HomiliaDB

św. abp Józef Bilczewski · Listy pasterskie, odezwy, kazania i mowy okolicznościowe — Tom I

List pasterski — do duchowieństwa archidyecezyi w dniu konsekracji i intronizacji

Lwów, 20 stycznia, w dzień N. Imienia Jezus 1901

Gdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czegoGdy moja wiara stała się letnia Apostolat i misjeŻycie kapłańskie
W skrócie. List pasterski skierowany do duchowieństwa archidiecezji lwowskiej w dniu konsekracji i intronizacji abp. Bilczewskiego. Arcybiskup przedstawia program duszpasterski oparty na jedności kleru z biskupem, wychodzeniu do ludu, katechizacji dzieci i osobistej świętości kapłana jako warunku apostolskiej skuteczności. Wzywa do pracy z wszystkimi warstwami społecznymi, zachowania godności wobec przeciwników i codziennej modlitwy jako źródła siły.

„Jeden za wszystkich; wszyscy za jednego!”

*Lwów, 20 stycznia, w dzień N. Imienia Jezus 1901*

Bracia moi serdeczni!

Najwyższy Pasterz powołał na spoczynek po pracy i nagrodę wieczną świątobliwego i pełnego cichych zasług mojego poprzednika, a Waszego ojca przez lat piętnaście. Na jego miejsce, wbrew wszelkiemu oczekiwaniu, mnie Wam Bóg posyła jako pasterza. Ufam, że tak jest, że to wola Boża mnie na ten urząd i służbę powołała i że jestem owym Ojcem Archidyecezyi, o którego modliliście się, Ukochani moi Bracia-Kapłani, w czasie Waszego osierocenia.

Nigdy bowiem godności tej nie pragnąłem, żadnego też nie zrobiłem kroku, ażeby sobie jej otrzymanie ułatwić; na niższym szczeblu posług kapłańskich można o wiele szczęśliwiej żyć i spokojniej umierać. A jeśli mam duszę przed Wami otworzyć na oścież, to wyznam, że po otrzymaniu łaski kapłaństwa jednej tylko rzeczy pożądałem na ziemi: katedry Św. Teologii, po niej zaś już tylko szczęśliwej śmierci w celi zakonnej.

Bóg inaczej postanowił. Stało się. Dziś, kiedym już jął się pługa, nie wolno mi więcej oglądać się wstecz, ani wątpić, że spoczęła i na mnie misya Pańska, niegdyś Apostołom zwierzona słowy: „Dana Mi jest wszystka władza na niebie i ziemi; idąc tedy nauczajcie wszystkie narody." (Mat. 28, 18–19). Mam tedy nadzieję w Bogu, że Pan, posyłając mnie do Was, „będzie też ze mną po wszystkie dni" mego pasterzowania.

Że przychodę w Imię Jezusa Chrystusa, dowodem także ta bulla, która Ojciec Św. mnie Waszym, Bracia Ukochani, Arcypasterzem postanawia i posłuszeństwo dla moich nauk i upomnień przykazuje.

Po Bogu, nadzieja moja Królowa Apostołów, Najśw. Panna, Patron mój, św. Józef, Patronowie narodu i inni Święci Pańscy; a po Nich zaraz Wy, Czcigodni Bracia-Kapłani, świeccy i zakonni, jesteście moją otuchą.

Pokładam ufność w Bogu, a Bóg chce, abym liczył na Was i spodziewał się, że znaczna część pomocy Bożej przez Was mi przyjdzie. Już zresztą i sami uprawniliście to oczekiwanie, kiedy na pierwszą wiadomość o powołaniu mnie na czoło archidyecezyi, pospieszyliście z jednomyślnym zapewnieniem: „Teraz tedy wszyscy jesteśmy tu przed oczyma twemi, abyśmy słuchali wszystkiego, cokolwiek tobie jest rozkazano od Pana." (Dzieje Ap. 10, 33).

Wiem dobrze, że bez Was niczemu nie podołam; z Wami przy pomocy Bożej mogę wiele i „moje wejście do owczarni nie będzie próżne." (1. Tess. 2, 1). Wyznaję to głośno i z całą szczerością, bo wiem, że mówię do Duchowieństwa zacnego, gorliwego, gorąco miłującego Kościół i społeczeństwo. Wy też jesteście przeświadczeni, że słowa moje idą z duszy i serca, gdyż choć z obcej dyecezyi, nie jestem Wam obcy i wielu z pomiędzy Was, to nawet po części dzieło rąk moich.

Pozdrawiam i witam Was wszystkich z serdeczną miłością i słowem Św. Pawła: „Dziękuję Bogu za Was wszystkich, wspominając Was w modlitwach moich bez przestanku, pamiętając na dzieło wiary Waszej i pracę i miłość i cierpliwość nadziei Pana naszego Jezusa Chrystusa przed Bogiem i Ojcem naszym." (I. Tess. 1, 2–3).

Gorące słowa podzięki zwracam do Przewielebnej Kapituły metropolitalnej za życzliwość, okazywaną mi stale przez całe dziesięciolecie mojej pracy w archidyecezyi, aż i teraz po mojej nominacyi. Na pierwszem zaś miejscu dziękuję Przewieblebnemu Księdzu Wikaryuszowi Kapitulnemu za Jego niestrudzną gorliwość, z jaką kierował sprawami osieroconej owczarni.

Wszyscy Wy, Kapłani starsi i młodzi, jesteście odtąd moją najbliższą rodziną; losy nasze splotły się tak, że radość Wasza jest moją radością, Wasze troski moją są troską. Będziecie stale spoczywali w sercu mojem, póki życia mojego i w godzinę śmierci. Żywię też głęboką nadzieję, że uzyskam całe Wasze zaufanie i że zawsze będziecie się odnosili do mnie we wszystkich swoich trudnościach z całą szczerością i otwartością, niczego przede mną nie ukrywając.

Wszak wspólne są cele nasze: naprawa i zbawienie dusz, a pośrednio — naprawa smutnych stosunków społecznych przez te ulepszone dusze.

Zadanie to trudne w każdym czasie, a jeszcze trudniejsze dzisiaj, kiedyto ludzie przewrotu wyszydzają publicznie najświętsze tajemnice i urządzenia naszej Wiary Świętej i najniegodziwsze oszczerstwa bezkarnie na Kościół i Jego sługi miotają. Z jednej strony chcą oderwać od nas młodzież, włościan i robotników; z drugiej zaś starają się wkraść nawet w serca niektórych z duchowieństwa rzekomą obroną jego interesów, wzniecić nieufność ku Biskupom, naszą jedność rozluźnić.

Stąd też podwoić nam czujność! Kiedy wszystko dokoła niesfornieje, rozsprzęga się i dzieli, my musimy dawać przykład ścisłego zespolenia, karności, ładu i zwartym szeregiem iść na spotkanie wspólnego nieprzyjaciela.

Jeden za wszystkich; wszyscy za jednego!

Składając przed kilku laty imieniem Wydziału teologicznego życzenia ś. p. Arcybiskupowi Morawskiemu, określiłem stosunek duchowieństwa do swego Arcypasterza. Przytoczyłem wówczas te słowa Św. Ignacego antiocheńskiego do Efezów, że kler, jeśli ma skutecznie odprzeć nieprzyjaciela, zakradającego się do owczarni, „musi zawsze być jednej myśli z Biskupem i dostroić się do niego, tak strunnie jak Wasi, po to w takiej harmonii i zgodnej miłości uwielbi się Jezus Chrystus." Wyraziłem wówczas głębokie przekonanie, że pastoral jest podporą nie samego tylko biskupa, ale każdego z kapłanów z osobna, opierając się bowiem o władzę arcypasterską, kapłan pnie się bezpiecznie jak winna latorośl w górę, zdolny wciągać w siebie światło łaski Bożej i przynosić Boże owoce. Z chwilą zaś, kiedy się odłączy od pastorału, poczyna pełzać po ziemi, igrzysko wichrów, żertwa zgnilizny, zgorszenie ludu, pośmiewisko wrogów Kościoła. I złożyłem wówczas, jako dziekan, ślubowanie, że profesorowie Wydziału teologicznego w dobrej i złej doli dochowają niezłomnie wiary, czci, wierności i posłuszeństwa swoim pasterzom.

Dzisiaj, jako biskup, ani na jotę nie mogę zmienić swoich zapatrywań, a co wtenczas sam obiecywałem, tego muszę żądać od mego Duchowieństwa. Dodam tylko chyba jeszcze, że doświadczenie ostatnich lat kilkunastu przypomniało nam aż nadto boleśnie potrzebę ścisłej jedności kleru z biskupem i dosadnie nas pouczyło, że głownia, ręką złośliwą rzucona na niebronione domostwo biskupie, rychło przenosi pożar na strzechy plebańskie.

Żądając posłuchu dla moich rozporządzeń, będę to czynił jedynie w tej myśli, „że miasto Chrystusa poselstwo sprawuję, jakoby Bóg przeze mnie napomina." (2. Kor. 5, 20). Ten bowiem, który mnie do Was posyła, temsamem pod groźbą kary i przekleństwa, jakie spadło na dom Helego, przykazuje mnie, żebym z władzy dobry użytek czynił, a Wam, abyście słuchali. Takie posłuszeństwo, to chwała i wolność i uźacnienie Wasze.

I może łatwiej Wam przyjdzie słuchać, niż mnie rozkazywać, bom ja tylko sługa sług Chrystusowych i nie na to zostałem biskupem, „aby mi służono, lecz abym służył" (Mat. 20, 28). Nie odważę się też rozkazywać inaczej jeno tak, że sam zawsze będę posłusznym Zastępcy Boga na ziemi. A chodzi tu nie o słuchanie z musu lub z ludzkiego przywiązania, lecz o owe, które zasadza się na płynącym z miłości i miłości pełnem posłuszeństwie dla Kościoła. Inne posłuszeństwo byłoby tylko niegodnym pozorem i wstrętną obłudą, a nie żyjącą prawdą i rzeczywistością.

Tyle na razie o Waszym stosunku do biskupa.

Teraz słów kilka o naszym stosunku do wiernych.

Powiedziałem był, że apostołowie przewrotu wszelkim sposobem starają się społeczeństwo od Chrystusa oderwać. Widać już owoce tej roboty. Są ludzie, niedawno jeszcze wierni, którzy już nie chcą przyjść do nas po pociechę i zbawienie. Stąd obowiązek dla nas, żebyśmy ich szukali. Kiedy oni nie chcą przyjść do nas, my do nich iść musimy!

„Idźcie w lud" — opiewa też formuła, z którą Ojciec Święty niejednokrotnie zwracał się do duchowieństwa różnych krajów. I ja proszę: Idźcie w lud! Formuła to Apostolstwa nie nowa, owszem tak dawna jak Kościół; obowiązek ten nie datuje się od dzisiaj, ale od chwili, kiedy Chrystus powiedział: „Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, nauczając je chować wszystko com wam kolwiek przykazał." (Mat. 28, 19–20). Kapłani nie czekali też dopiero aż do końca XIX wieku, aby ten mandat zrozumieć i spełnić. Nie wyszła ta formuła z użycia i w naszych czasach.

Jeśli jednak Ojciec Św. przypomina ją z takim naciskiem, musi tego zachodzić szczególniejsza przyczyna. Chce On mianowicie powiedzieć, że w naszych czasach nie można tego upomnienia stosować w sposób byle jaki; dzisiaj powszednia gorliwość nie wystarcza, żeby lud powstrzymać od dalszej apostazyi, a zbłąkanych sprowadzić napowrót do Boga.

Nie możemy dzisiaj rozmnażać chlebów i cudownie leczyć trędowatych, jak czynił Pan nasz, Jezus Chrystus, jednając sobie cudami rzesze, by szły za nim i przyjmowały jego naukę; ale możemy i musimy całą duszą kapłańską być przy każdej posłudze duchownej i pracować na czele tych wszystkich, którzy usiłują złagodzić wszelkie formy ludzkiego cierpienia, ludzkiej troski i nędzy. Mamy być w ciągłej styczności ze społeczeństwem, poznać jego iluzye i choroby, potrzeby i błędy i z całą miłością ewangelicznego Samarytanina leczyć je szczepieniem cnót chrześcijańskich, tego jedynego środka i sposobu wszelkiej naprawy w porządku fizycznym i moralnym. W kazaniach należy gruntownie wyświecać zasadnicze prawdy wiary, zostające w ścisłym związku z wielkiemi zagadnieniami, poruszającemi dzisiaj umysły wszystkich, a czynić to w sposób szlachetny i w zrozumiałej formie, abyśmy wszyscy mogli powtórzyć o sobie słowa Św. Pawła: „Dziękuję Bogu mojemu, iż językiem was wszystkich mówię. Ale w kościele wolę pięć słów zrozumieniem mojem (zrozumiałych wszystkim) mówić, abych i drugie nauczył, niżeli dziesięć tysięcy słów językiem" (niezrozumiałym) (1. Kor. 14, 18–19).

Wszystko to nie wystarcza jeszcze. Dziś, kiedy chodzi o to, żeby siekierę przyłożyć do samego korzenia zła: do egoizmu, głównej przyczyny zamętu i niemocy, na jakie społeczeństwo cierpi, dziś potrzeba przedewszystkiem świętych pasterzy, którzyby bezinteresownością i uczynkami miłosierdzia zwalczali materyalizm i cześć złotego cielca i byli żywym wzorem Mistrza, który przeszedł przez życie nie tylko dobrze mówiąc, ale i czyniąc dobrze. Gdy rzeczemy ludowi: „Pójdźmy wspólnie do doskonałości", to pójdzie z nami; gdy powiemy mu: „Idź!", to nie pójdzie, a nawet niżej spadnie, zgorszony naszą obłudą. Wzniosłe rzeczy prawić, a poziome czynić — summa dicere et ima facere — znaczy Bożego i ludzkiego gniewu przywoływać. U nas summa dicere musi być to samo, co summa semper velle et facere. Inaczej świat przyrowna nas do owych słupów przydrożnych, które innym wskazują drogę, a same na miejscu stoją.

Iść w lud — znaczy dalej: iść z katechizmem do dziatwy szkolnej wszelkiego rodzaju. Nie potrzeba być prorokiem, aby zrozumieć, że bez fundamentów buduje się gmach parafii, jeśli w niej dzieci łakną chleba, a niema, ktoby im łamał.

Ojciec Święty kładzie na serce klerowi ten rodzaj pracy między innemi w Encyklice „Humanum genus", mówiąc: „Byśmy pewniej doszli do celu, polecamy w szczególny sposób waszej sumiennej pieczowitości młodzież, która jest przecież nadzieją społeczeństwa. Wasza troska niech w pierwszym rzędzie zwróci się ku jej wychowaniu i wykształceniu." I moi czcigodni poprzednicy niejednokrotnie przypominali Wam ten obowiązek. „Podstawą nauczania i warunkiem pożyteczności jego — pisał lat temu trzydzieści kilka ś. p. arcybiskup Wierzchleyski — jest nauka katechizmu i gruntowna jego znajomość. Ona jest właściwą miarą gorliwości pasterza, która w pilnem uczęszczaniu do szkółek ludowych, w katechizacyach kościelnych i w ekskursyach do miejsc inkorporowanych obszerne znajduje pole do spełniania tak ważnego i świętego obowiązku."

Zadanie to dzisiaj tak ważne i tak wielkiej zasługi socyalnej, żebym upadł na kolana przed gorliwym, całą duszą młodzieży oddanym kapłanem i całował mu stopy tem chętniej, im trudniejszą z dniem każdym staje się katechizacya i im mniej uznania mozolna ta praca znajduje.

„Idźmy w lud!"

Jednostronnie spełniłbym obowiązek pasterski, gdybym jeszcze nie ostrzegł Was, Bracia, abyście nie czytali w tej formule tego, czego w niej niema.

Rzecz oczywista, nie mówi ona, że mamy iść do robotników i wieśniaków z krzywdą innych klas społeczeństwa. Kazać o potrzebie naprawy stosunków społecznych, należy unikać wszelkiej ostrości w słowach i głoszenia jakiejś sprawiedliwości, graniczącej z doktrynami demagogów, chcących do jednej miary przykroić wszystkich, bo nie wiemy, czy słów naszych — jak się to często zdarza — ludzie źle nie zrozumieją i złego z nich użytku nie zrobią. Przygarnąć mamy pokrzywdzonych, ubogich, ale nigdy podsycać dla chwilowej korzyści oczekiwań, które się ziścić nie mogą.

Bogatym mówmy: macie dawać nie to, co chcecie, ale to, do czego na mocy sprawiedliwości i miłosierdzia chrześcijańskiego zobowiązani jesteście. Ubogim i uciśnionym znów powiecie: bronimy waszych żądań, ale wy nie żądajcie tego, co się wam podoba, lecz tego, co wolno. Nie bądźmy ludźmi stronniczymi, ale wodzami ludu. Kościół nie jest stronnictwem i my też jesteśmy dla wszystkich, a nie dla jednego stanu. Żaden stan nie stanowi sam społeczeństwa ludzkiego, ale połączenie wszystkich razem; każdy stan ma służyć całemu społeczeństwu i do dobra powszechnego się przyczyniać.

Biada biskupowi, biada kapłanowi, który Kościół powikła z polityką i pozwala się prowadzić jakiemuś stronnictwu! Jako słudzy Boga i wszystkich, musimy stać zawsze ponad partyami. Nie wyklucza to jednak, że tym, którzy najbardziej naszej opieki potrzebują, przedewszystkiem będziemy ojcami i opiekunami, występując przytem zawsze jako apostołowie pokoju i zgody społecznej, z jednakową miłością i męstwem jednakowem zwróceni ku górze i ku dołowi.

Zaznaczajmy, że nie z ludźmi, ale z ich przewrotnemi zasadami i błędami walczyć chcemy, a walczmy z godnością i miłością. W walce zachowajmy zawsze spokój, bo inaczej nie moglibyśmy wraz z Chrystusem powiedzieć, że nasi przeciwnicy nic nie mogą przywieść na swoje usprawiedliwienie. Owszem, musielibyśmy przyznać, że mają przynajmniej pozorną wymówkę. Chciejmy w całem życiu stosować praktykę wielkiego Manninga: „Ile razy czegoś dowodzę, staram się nie drażnić mego przeciwnika, bo póki on spokojny, dopóty cała łaska Boża, mieszkająca w nim, jest po mojej stronie." Nie ubiegajmy się o wpływ osobisty, lecz o to raczej dbajmy, aby prawdy religijne, które Ewangelia na świat przyniosła, miarodajnemi były w społeczeństwie.

Nie zrażajmy się też niewdzięcznością ludu, ani upadajmy na duchu, jeśli zaraz nie widzimy owoców naszej pracy. Z niewyczerpaną cierpliwością działajmy na ludzkość taką, jaką jest — z jej szlachetnemi aspiracyami, aby je podtrzymać i rozwinąć, z jej potrzebami powszedniemi i instynktami nizkimi, żeby je oczyścić i uszlachetnić. Praca to w pewnej mierze syzyfowa, rozłożona nie na dni, miesiące, ale na wieki całe i mająca trwać do końca Świata.

Powiecie może: Skąd wziąć czas i siły na to wszystko, czego dziś od nas społeczeństwo wymaga? Wiem, Bracia, że z nadmiaru uznojenia ręce Wam nieraz opadają i chwieje się osłabione kolana. (List do Żyd. 12, 12). Wiem, bo sam byłem lat kilka na parafii, że w tej pracy godziny tak szybko nie następują po sobie, jak troski; słońce zachodzące najczęściej nie widzi końca Waszego uznojenia dziennego, bo i noc nie do Was należy. Rozumiem też, że nie możecie przeznaczyć całego czasu na bezpośrednią posługę około dusz, gdyż wiele godzin, które chcielibyśmy i wypadałoby całe poświęcić na to, co jest najbardziej Boskiego w naszem powołaniu, idzie na pracę biurową i troski gospodarcze. Wypada nam nieraz powtórzyć za Św. Grzegorzem W. słowa do Leandra, biskupa, wyrzeczone: „Jesteśmy zmuszeni przyłożyć rękę do rzeczy doczesnych, administrować materyą" w przeświadczeniu, że dopiero wtedy skutecznie osłonimy to, co tworzy duszę dyecezyi, gdy ciągle czuwać będziemy nad tem, co stanowi jej zewnętrzną powłokę i ciało.

Ale mimo przeszkody i trudności i choć rąk mało, musimy starczyć na wszystko. Ja też nie myślę sobie folgować, ale, jeśli Bóg pozwoli, „chcę więcej pracować niż wszyscy; a nie ja, lecz łaska Boża ze mną." (1. Kor. 15, 10).

Nie potrzebuję zaś rozwodzić się nad tem, co stanowi sekret powodzenia pracy kapłańskiej, co sprawi, że jak w czasach apostolskich, tak i dzisiaj gotowa sprawdzić się przepowiednia Pisma Św., iż jeden zwycięży tysiąc, a dwóch dziesięć tysięcy. Rzecz znana, że zanim pójdziemy z pracą do ludu, musimy zawsze wprzód iść do Boga; codzień w medytacyi i choćby krótkiej adoracyi odbyć naradę z naszym Mistrzem, aby się upewnić, jak on chce mieć spełnione dzieło swoje. Ogień zapala się tylko od ognia. Ta rozmowa z Bogiem nie pozwoli, aby w nas zmalała i osłabła idea kapłaństwa; sprawi, że miłość nasza popłynie tylko jednem łożyskiem miłości Boga i bliźniego, że sprawa Chrystusowa będzie stale osią i treścią naszego życia, trosk, zabiegów, znojów i cierpień; że tytuł nasz „kapłana świeckiego" nigdy nie będzie znaczył tyle, co: żyjący wedle świata, ale tylko żyjący i działający w świecie, walczący i cierpiący za uświęcenie i uratowanie świata. Spoczywszy codzień chwilę, jak Jan Św., na Sercu Jezusowem, zrozumiemy coraz lepiej, że należymy nie do siebie, ale do Chrystusa — iam non estis vestri... sed Christi — i odejdziemy do naszej pracy z okrzykiem: immolor sed gaudeo! Spłonę cały ofiarą na ołtarzu celów kapłańskich i wydam się cały za Chrystusa, bo On wprzód wydał się na krzyżu za mnie. Wszystkie uderzenia serca mego niech zbiegają się w tem jednem haśle: nihil volo nisi Jesum et hunc crucifixum!

Uwagi, jakie dotąd uczyniłem, odnosiły się zarówno do duchowieństwa świeckiego, jak i zakonnego. Niemniej, spowodowany potrzebą serca, chcę jeszcze osobno podziękować Wam, Przewielebni Członkowie Zgromadzeń zakonnych, a Bracia moi ukochani, podziękować za pomoc duchowną, jaką za rządów moich poprzedników zasilaliście przerzedzone szeregi kapłanów świeckich i uprosić sobie także w przyszłości Wasze chętne, ofiarne współpracownictwo. Znając Waszą gorliwość, ufam, że u nas żaden biskup nigdy nie będzie potrzebował wystąpić ze skargą, jaką słyszy się niekiedy w innych krajach, iż dokoła klasztorów giną dusze, podczas gdy zakony kryją się wygodnie za literę swych konstytucyi, utrzymując, że im reguła nie pozwala spieszyć z pomocą i ratunkiem, że święci ich założyciele nie pozwalają dostroić jej ducha do potrzeb chwili.

Wiele liczę też na pomoc Zakonów i Zgromadzeń żeńskich, poświęconych modlitwie, pokucie, wychowaniu młodzieży i dziełom miłosierdzia wszelkiego rodzaju. Świat, który pozwala łączyć się ludziom nawet w stowarzyszenia wprost szkodliwe społeczeństwu, nieraz patrzy na te Zakony okiem niechęci i nienawiści, niezdolny zrozumieć ich celów i ofiary. Za to biskup widzi w zakonnicach wierne sojusznice w sprawie szerzenia królestwa Bożego na ziemi, zniewalające Boga modlitwą i umartwieniami, aby Jego łaska i miłosierdzie obficie zstępowały na wszelkie nędze ziemskie. Ufam też, że one wyproszą dyecezyi liczniejsze powołania kapłańskie.

Zwracam się jeszcze do Was, młodzi lewici, którzy w seminaryum gotujecie się do posługi apostolskiej. Praca nad zgłębianiem razem z Wami prawd naszej Wiary Świętej była dotąd szczęściem mojego życia. U Was też w przyszłości będę szukał pociechy i ulgi, ile razy zbytnio mnie przygniecie ciężar i upał dnia. Patrzajcie, abym jej nigdy nie szukał daremnie i żebyście zawsze byli uweseleniem mojem. O Świętym Bazylim pisze Św. Grzegorz Naz., że już w czasie swych studiów teologicznych był kapłanem przed przyjęciem kapłaństwa, rozumiejąc, że kapłaństwo jest stanem doskonałości już nabytej, nie zaś mającej się dopiero nabyć w przyszłości. Niech i w Was zawczasu duch kapłaństwa objawi się wielką miłością nauk teologicznych, prawdziwą pobożnością i gorącem pragnieniem szerzenia królestwa Bożego. Daj mi punkt oparcia, powiedział mędrzec, a świat wyważę z posad. Ja powiem: daj mi kler, któryby z seminaryum wychodził z hasłem: da mihi animas, caetera tolle, a świat cały sprowadzę do stóp Chrystusa!

Kończąc moje orędzie, polecam się, moi Bracia ukochani, wytrwałej Waszej i gorącej modlitwie, która „tarczą jest naszej służby kapłańskiej" (Ks. Mądr. 18, 21). Módlmy się bez przestanku za siebie nawzajem, aby każdy z nas, wierny wezwaniu Św. Bernarda, „pasł trzodę swoją myślą i usty i czynem i duchem modlitwy i upomnieniem słowa swego i przykładem wszystkich uczynków swoich."

„Daj nam, o Panie, abyśmy przynieśli owoc i aby owoc nasz trwał." (Jan 15, 16.) Jako zstępuje deszcz i śnieg z nieba, a tam się więcej nie wraca, ale napajają ziemię i zwilżają ją, i rodzą i dają nasienie siewącemu i chleb jedzącemu, tak niech będzie słowo nasze, które wynijdzie z ust naszych; niech nie wróci się do nas próżne, ale niech uczyni cokolwiek chciałeś i niech zdarzy mu się w tem, na cos je posłał. Niech miasto głogu wyrośnie jodła, a miasto pokrzywy wyrośnie mirt: i będzie Pan mianowany na znak wieczny, który nie będzie zgładzony." (Izaj. 55, 10–13).

Niech Wam i mnie błogosławi Bóg Ojciec, Syn i Duch Święty i niech Jego błogosławieństwo zostanie z nami.

← wróć do odkrywania