Józef z Bożego zmiłowania i św. Stolicy Apostolskiej łaski Arcybiskup i Metropolita Lwowski obrz. łać. Wszystkim Wiernym Archidyecezyi
Pozdrowienie i błogosławieństwo w Panu!
Najdrożsi moi!
W chwili, kiedy kapłani czytają Wam z ambony to pierwsze moje do Was orędzie, Najprzewielebniejsi XX. Biskupi naszego kraju otaczają mię wieńcem i kładąc na mnie ręce i wzywając Ducha Św., święcą na Waszego Arcypasterza.
Biskup Konsekrator namaszcza głowę moją Krzyżmem Świętym, aby mię Bóg napełnił mądrością i mocą. Poświęca temże Krzyżmem ręce moje, aby wszystko, co odtąd pobłogosławię, było błogosławionem, co poświęcę, poświęconem. W dłoń daje mi laskę pasterską, żebym nią przygarnął do owczarni owce, a szkodniki bacznie i statecznie odmiatal.
Na palec wkłada mi pierścień, znak tajemniczych zaślubin z Kościołem Świętym i tą drogą cząstką owczarni Pańskiej, która jest Archidyecezją moją. W ręce podaje mi Księgę Ewangelii z wezwaniem, żebym ją ludowi głosił wiernie i sam jej duchem oddychał i żył. Skroń uzbraja mi mitrą niby hełmem, żebym nieustraszony zastawiał się za prawa Boże i jego prawdę świętą. Na ramiona zarzuca mi paliusz, oznakę metropolitalnego urzędu, utkany z czystej wełny i wzięty z grobu Św. Piotra, a więc jakby z ciała pierwszego Pasterza, na przypomnienie, że władzę arcypasterską otrzymuję z ręki Namiestnika Chrystusowego i zachowuję tylko tak długo, póki zostaję w jedności ze Świętym Kościołem rzymskim. Na piersiach osadzitem krzyż, herbowne znamię mojego Pana, które odtąd będzie godłem i wskazówką moich myśli, pragnień i czynów.
W ten sposób staję przed Wami jako prawowity Wasz Biskup, Pasterz i Ojciec.
Daremniebym się silił opowiedzieć Wam, Ukochani moi, co się w tej chwili dzieje w sercu mojem i jak różne, a sprzeczne miotają niem uczucia. Zaprawdę, chciałoby się wołać: „Wielbij duszo moja Pana, iż wejrzał na nizkość sługi swego i uczynił mi wielkie rzeczy, który możny jest!" Jest więc w duszy rozradowanie i ogromne uczucie wdzięczności dla tego Boga, który tak dziwnie prowadził mię od łona matki i mimo licznych grzechów i niewierności moich, jakby na rękach swoich nosił. Równocześnie jednak przyłącza mię większy jeszcze smutek i zawstydzenie, że na Stolicy biskupiej, opromienionej blaskiem świętości, cnót i nauki, zasiadłem ja niegodny; przejmuje lęk, aby z mej winy i nieudolności choćby jedna z moich owieczek nie zginęła na wieki.
Uspokaja mię do pewnego stopnia myśl, żem nigdy nie pragnął tej godności i od niej się wypraszałem; przyjąłem ją dopiero wtedy, gdy mi oświadczono, że byłoby rzeczą małoduszną uchylać się od tej służby dlatego, że jest cięższa; gdy powiedziano mi jasno i stanowczo, że ani Ojciec Święty, ani Najjaśniejszy Pan nie zgodzą się na to, abym jej nie przyjął.
Skoro tak się stało, dziéj się wola Twoja święta, Boże! Niech ona iści się we mnie teraz i zawsze, w pokoju i walce, we czci, jaką by mi ludzie mogli okazać i w poniewierce, w pomyślności i prześladowaniu. Liczę odtąd już nie na siebie ani na swoje siły, ale „podnoszę oczy ku Wzgórzom, z których przyjdzie mi pomoc."
Przychodzę tedy do Was, nie jako samostaniec, ale w Imię Jezusa Chrystusa i z rozkazu Jego Zastępcy na ziemi, Ojca Świętego. On to zleca mi pieczę, ster i zarząd nad osieroconą archidyecezją i przykazuje Wam wszystkim osobnem pismem, „żebyście mnie jako ojca i pasterza dusz Waszych uprzejmie przyjęli, należytą cześć mi okazywali, upomnień i rozkazów moich zbawiennych słuchali tak, abym miał pociechę, żem znalazł w Was synów uległych."
A teraz, kiedyście się już stali dziećmi mojemi, nie mogę Wam nie powiedzieć, co dla Was serce moje czuje.
WyścIe odtąd moją miłością, moją nadzieją, moją myślą. Wasze dusze są od tej chwili w pewnej mierze największą cząstką duszy mojej. Przychodzę do Was jako Wasz arcykapłan jedynie dla Was. Zbawienie Waszych dusz jest odtąd moim obowiązkiem, moją troską i zarazem moją nagrodą. Bóg, który jest naszym celem ostatecznym, uczynił mi Was celem moim najbliższym. Nie mogę żyć odtąd w Nim, jeno żyjąc dla Was i w Was. Stałem się głową tej archidyecezyi na to, aby być także jej sercem. Wszystko, co Was obchodzić będzie, znajdzie oddźwięk w duszy mojej. Bo też gdyby się kiedy trafił dzień smutny, w którym nicbym nie uczynił dla Was, żadnego dla Was nie poniósł trudu, na żadną nie zdobył się ofiarę: to próżna ta karta w księdze mojego życia napełniałaby mnie trwogą, jako przyszła oskarżycielka moja w dzień sądu Pańskiego.
Za to wszystko, że mianowicie w pracach moich będę miał ciągle na oku Wasz interes duchowny, a nawet doczesny, żądam tylko jednej rzeczy — serc Waszych, a chcę ich nie dla siebie, ale dla tego Pana, który mię posłał, bo pragnę, abyście się wszyscy zbawili.
W lutym bieżącego roku będzie lat dziesięć, jak opuściłem skromne stanowisko wikarego przy kościele Świętego Piotra w Krakowie, aby we Lwowie zostać nauczycielem przyszłych kapłanów. Dwa, czy trzy dni przed wyjazdem wracałem do domu z rynku lewą stroną ulicy Grodzkiej, a tuż przede mną szedł biednie ubrany robotnik, którego przedtem nigdy nie widziałem. W tem spadiła z gzymsu kilkopiętrowej kamienicy cegła, trafiła robotnika w głowę i zraniła go tak ciężko, że padł krwią zalany u stóp moich. Za chwilę dźwignął się, podniósł ku mnie oczy i powiedział: „Jak ice ze to Was, Ojcze, nie trafiło."
Nigdy tych słów nie zapomnę. I teraz cisną się one do pamięci, ale na to tylko, żeby powiedzieć: „Lepiej, abym wówczas padł był na miejscu nieżywy, niż żebym memu ludowi miał być kiedyś złym biskupem!" I błagam dziś, Panie, jak o największą łaskę: skróć dni mojego żywota, gdyby pasterzowanie moje miało przynosić szkodę tej cząstce Kościoła Twojego, której zbawienie mnie powierzyłeś.
Albowiem tak Was pragnąc, wołam do Was słowy Św. Pawła, chcielibyśmy chętnie dać Wam nie tylko Ewangelię Bożą, ale też dusze nasze: żeście się Nam stali najmilszymi.
Ale właśnie dlatego, że staliście się mi najmilszymi w Panu, muszę spełnić obowiązek ojcowski i zwrócić Waszą uwagę na złe, które w ostatnich czasach i u nas się rozplenito.
Wszędzie, gdzie okiem rzucimy, dziwny zamęt zapanował w umysłach i wielkie rozprzężenie woli. Rodzice starają się zrzucić z siebie ciężar wychowania, a przynajmniej złożyć odpowiedzialność za złe prowadzenie się dzieci na kogoś z boku; dzieci, skoro trochę podrośną i stają się zuchwalszymi, odmawiają czci i posłuszeństwa rodzicom i nauczycielom; robotnicy i służbodawcy patrzą na siebie z nieufnością i uważają się wzajemnie za wrogów; poszczególne stany zapominają coraz bardziej o tem, że stanowią jedną rodzinę w Bogu. Zdaje się, że ziściło się za dni naszych proroctwo: „Oburzy się lud, mąż na męża, każdy na bliźniego swego; powstanie chłopię na starca, a wzgardzony na uczciwego."
Mało kto zadowolony ze swego losu. Każdy chciałby mieć dużo praw, a mało obowiązków, brać wielką płacę, a pracę zbyć lub zepchnąć na drugiego. Powstała jakby nowa religia, która rozlała się szeroko i po pałacach i chatach, miastach i wioskach, po rodzinach i szkołach, warsztatach i fabrykach, wdarła się w prawodawstwo i politykę, a na imię jej: samolubstwo, czyli ubóstwianie siebie samego i służenie tylko sobie. — Dawniej mówiło się: „Wierzę w Boga, kocham Boga nadewszystko, a bliźniego jak siebie samego, mam nadzieję w Bogu i ufam, że w swem miłosierdziu nie opuści ni mnie ni bliźnich moich." Dzisiaj inaczej. Wielu jawnie to głosi: „Mam wiarę swoją, kocham tylko siebie, pokładam nadzieję jedynie w sobie, w swem silnem ramieniu i sprycie."
Doszliśmy do tego, że nawet młodzieniaszkowie chlubią się z grzechu, że zło, którego nigdy nie brakowało na ziemi, stało się bezczelnem. A starsi? Starsi i ci, co dzierżą władzę w ręku, nie umieją nieraz podnieść się duchem do tej odwagi, aby złemu śmiało zajrzeć w oczy i zastąpić mu drogę całą piersią; coraz częściej wdają się z niem w układy i coraz większe czynią mu ustępstwa.
Serce zalewa się smutkiem, kiedy kreślę ten obraz i mimowoli myśl przenosi się na pola Senaar, gdzie zebrały się liczne rzesze i rzekły: „Pójdźcie, zbudujmy sobie miasto i wieżę, której by wierzch dosięgnął nieba: a uczynimy sławne imię nasze."
Wiadomo Wam, moi Bracia, co potem nastąpiło. Ponieważ owe tłumy, zaślepione pychą, mniemały, że wystarczają sobie same, że obejdą się bez pomocy Boga, przeto Bóg pomieszał ich języki. I stało się, że słowa zmieniły swe znaczenie, i ludzie już się nie rozumieli. Ten, który winien był spełnić rozkaz, nie rozumiał posłuchu; dzierżący władzę nie umiał rozkazywać; każdy chciał, aby przede wszystkiem jego wola się działa. Następstwem zaś tego pomieszania było, że ci, co dotąd tworzyli jakby jedną rodzinę, poszli w rozsypkę, nie ukończywszy gmachu sławy.
Nieomal to samo powtórzyło się w naszych czasach. I dziś ludy krzątają się koło wielkiego dzieła. Rozlega się hasło: Zburzmy dzisiejszy gmach społeczny i zbudujmy lepszą przyszłość, w której nie będzie ni Boga, ni pana, lecz każdy sam sobie będzie panem. Za podwalinę użyjemy gruzów ołtarzy, tronów, rodziny, stanów; za cement choćby łez i krwi ludzkiej. W ten sposób uczynimy imię nasze sławne!
I nastało pomieszanie języków, bo przyzywają ludzie wolności, a otrzymują niewolę, domagają się równości, a wszystkich zrównuje wspólna niedola; wołają „braterstwo!", a są w zupełnym rozbracie i nie miłość ich łączy przy wspólnej pracy, ale od czasu do czasu gromadzi ich namiętność i nienawiść przy wspólnem zbiegowisku. Władzę nazywa się tyranią, jeśli nie przyklęka przed każdym, a tyrania i terroryzm uchodzą za prawowitą władzę. Kto idzie za sumieniem, sprawiedliwością i cnotą, dostaje miano głupiego, a sławi się rozum i zacność takich, co wśród różnych hanb życia umieją się nie rumienić i noszą czoło ponad tłumy uczciwych.
Oto, Bracia kochani, główna choroba naszych czasów i ważniejsze jej objawy.
Szukajmy teraz na nią lekarstwa.
Poprowadziłem Was przed chwilą w duchu na równiny Senaar, gdzie mrowisko ludzi tłoczy się u stóp wieży Babel, nawołuje się, a nie może się zrozumieć. Odwróćmy oczy od tego smutnego miejsca, a przenieśmy się myślą do Jerozolimy, kolebki naszej religii.
Minęło 50 dni od chwili, kiedy Chrystus ceną Krwi Swojej odkupił ludzkość. Stosownie do obietnicy zesłał On w Zielone Świątki Ducha Św. na Apostołów, którzy też zaraz poczęli opowiadać Ewangelię Żydom, Parthom, Medom i Elamitom, bawiącym podówczas w mieście Świętym. I dziwili się wszyscy, że rozumieją naukę apostolską tak dobrze, jak gdyby była głoszona w ojczystym języku każdego przychodnia.
Uczmy się stąd tej prawdy, że jak niewiara, pycha i samolubstwo dzielą języki, iż ludzie się więcej nie rozumieją, tak znowu Duch Święty, który jest miłością, i Wiara Święta katolicka sprawiają, że ludzie mówią tym samym językiem miłości i wspierają się życzliwie w osiągnieniu wspólnego celu. Innymi słowy, jak wedle świadectwa Ducha Świętego przede wszystkiem „grzech czyni ludzi mizernymi" (Przypow. 14, 34), tak znów jedno tylko „jest zwycięstwo, które zwycięża świat, wiara nasza" (I Jan 5, 4).
Tylko wiara zdolna skutecznie powiedzieć nędzy: „Zatrzymaj się!", a krwawym przewrotom: „Nie przychodźcie!", bo tylko na jej zasadach może wyrosnąć ustrój społeczny, w którymby wszystkich obowiązków przestrzegano a wszystkie prawa szanowano święcie, gdzieby ubogi i bogaty, słaby i silny łączyli się we wzajemnym uścisku — nie z musu, lecz z miłości i poczucia obowiązku.
Powiecie może: Ależ, ojcze, wyrzucasz nam niewiarę, podczas gdy u nas przecież tylko garstka przewrotnych wypiera się Boga i Jego Kościoła.
Nie chciałbym, moi Bracia, dopuścić się przesady, bo wiem, że ona zawsze szkodliwa. Przyznaję też, że nie brak u nas we wszystkich stanach ludzi, żyjących wedle prawideł wiary. Z drugiej jednak strony zostaje prawda, że kwas ewangeliczny nie przeniknął naszych dusz do gruntu, że u wielkiej części społeczeństwa wiara jest martwa i tylko na ustach. Nie uwodzmy się blichtrem. Nie wystarcza jeszcze imię katolika. Musimy nie tylko zwać się katolikami, ale nimi być. Musi po katolicku myśleć i działać: nauczyciel w szkole, adwokat w kancelaryi, sędzia w trybunale, wyborca i wybrany do Rady gminnej czy miejskiej, do Sejmu, czy parlamentu. Musimy być katolikami w domu i poza domem, każdego dnia i każdej godziny, w każdym, że tak powiem, calu naszego jestestwa. Zasady i prawidła naszej Wiary Świętej muszą wniknąć w skład naszej istoty, niemi muszą żyć i rządzić się jednostki i rodziny, na nich ma wychować się dziatwa szkolna, na niej oprzeć się muszą wszystkie instytucye całego kraju, niemi musimy mierzyć i sądzić czyny tych, co są na górze i tych, co są na dole. One wreszcie powinny znaleźć wyraz w ustawodawstwie, w pracy społecznej, w stosunku ludzi między sobą i w prawie międzynarodowem.
A naprawę musi każdy zacząć od siebie, od swojej rodziny i domu i to dziś, i to natychmiast. Całość doskonała nie złoży się z części ladajakich. Cnota narodu składa się z sumy cnót jednostkowych, tak jak cnota rodziny z cnót każdego jej członka. Uczyńmy tedy krok stanowczy i wszyscy zawołajmy: wróćę po drodze praktyk religijnych do Chrystusa, jedynego Zbawiciela naszego, do Kościoła, matki naszej! I — idzmy!
Po tem wszystkiem, co powiedziałem, nie może być wątpliwem, jak pojmuję zadanie moje, jako biskupa.
Biorę pastoral ze skostniałej ręki mojego czcigodnego i pełnego cichych zasług Poprzednika, opieram go o skałę Piotrową i ślubuję Bogu przy pomocy Jego łaski być dobrym i wiernym pasterzem i poświęcić wszystkie siły mego życia szerzeniu wśród nas Królestwa Chrystusowego i odrodzenia w ten sposób społeczeństwa na zasadach Ewangelii.
Sztandar mój — to sztandar białego Starca z Watykanu, a na nim hasło: „Sprawiedliwość!" Sprawiedliwość jedna i ta sama, dziesięciorgiem Bożego przykazania określona i przez prawo chrześcijańskie dopełniona, obowiązująca zarówno tak ludzi pojedynczych, jak stany i społeczeństwo, tak podwładnych, jak władze; sprawiedliwość w każdym czasie i na każdem miejscu, względem przyjaciół i nieprzyjaciół.
Stronnictwem mojem — ludzie dobrej woli wszystkich stronnictw, którzy szczerze i otwarcie, słowem i czynami przyznają się do Chrystusa.
Myśląc w pierwszym rzędzie o naprawie dusz, nie omieszkam razem z mojem duchowieństwem poprzeć wszystkich dążeń i prac, zmierzających do rozmnożenia chleba powszedniego i do rozszerzenia oświaty.
Pobudką zaś we wszystkich moich czynach będzie jedynie miłość dusz mej opiece zdanych, ta miłość, która wedle Św. Pawła „cierpliwa jest, łaskawa jest; nie zajrzy, złości nie wyrządza, nie nadyma się; nie jest czci pragnąca; nie szuka swego, nie wzrusza się ku gniewu, nie myśli złego; nie raduje się z niesprawiedliwości, ale się weseli z prawdy; wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się nadziewa, wszystko wytrwa. Nigdy nie zginie." (I. Kor. 13, 4 i nast.) Ona będzie podstawą, na której chcę oprzeć działanie.
Może kiedy moje postępowanie wyda się komu przeciwne przykazaniu miłości i gotów mię oskarżyć o surowość i niewyrozumiałość: niech zbada rzecz bliżej, a przekona się, że i w tym przypadku pobudką była mi miłość. Gdybym widział kiedy publiczne zgorszenie, czego nie daj Boże, albo zagrożoną wiarę, podniosę głos donośny — a pobudką będzie mi miłość.
Jeślibym widział, że ktoś lekceważy Kościół Święty i Ojca Św., że wykręca i tłomaczy fałszywie Jego intencye, miota oszczerstwa na kapłanów i zakony, wystąpię z pasterskim sprzeciwem i ostrzeżeniem — ale pobudką będzie mi miłość.
Przeciw złej prasie, uprawiającej zepsucie dla zepsucia, przeciw pisarzom, starającym się zatrzeć różnicę między prawdą a fałszem, między dobrem a złem, wystąpię całą siłą mej duszy — a pobudką będzie mi znowu miłość: miłość ku duszom błądzących i psowanych.
Gdybym w tych wszystkich przypadkach zamknął się w gnuśnem i wygodnem milczeniu, to miłość moja ku owczarni byłaby obłudną, nie służyłbym Bogu i społeczeństwu, ale sobie.
Wiem, że wielu uczonych i pisarzy ma ideały, przeciwne ideałom moim. Ja wyzwany, będę walkę prowadził z godnością. Niech nikt nie żąda, aby katolik, a tem mniej biskup mówił lub działał przeciw zasadom swej wiary.
Można zrzec się czasem swoich praw; obowiązku nie wolno zaniedbać nigdy. Obowiązkiem zaś jest biskupa katolickiego, potwierdzać to, co Kościół potwierdza, a potępiać to, co on potępia. To samo odnosi się do kapłanów. Wprost nieuczciwem byłoby szarpać ich za to i obrzucać błotem, że słuchają Kościoła i swojego biskupa.
Żywię też nadzieję, że przeciwnicy uznają słuszność mych zapatrywań, albowiem doświadczenie przekonało mię nieraz o tem, że szczerość i otwartość przekonań zjednywuje szacunek; przekonało mię, że także między przeciwnikami znajdują się ludzie uczciwi i szlachetni, ludzie, którzy przez szczęśliwą sprzeczność i niekonsekwencyę, często wewnętrzną wartością duszy swojej i czynów swoich lepsi są od teoryi, jakie wyznawają.
Zadanie czeka mię wielkie.
Pamiętam też, że „ani który szczepii jest czem, ani który polewa, ale Bóg który pomnożenie dawa" (I Kor. 3, 7), i dlatego, jak na wstępie mego listu zaznaczyłem, cała moja ufność w Chrystusie, w Najśw. Jego Matce, w Świętym moim poprzedniku, błogosławionym Jakóbie Strepie i innych naszych Świętych Patronach.
Po Bogu zaś i Jego Świętych liczę przede wszystkiem na pomoc gorliwego mojego Duchowieństwa, a w pierwszym znowu rzędzie na współpracownictwo Czcigodniejszego Księdza Biskupa Sufragana i Przewielebnego mojego Senatu kapitulnego.
Jeśli kiedy, to dzisiaj praca Duchowieństwa jest niezwykle ciężka, albowiem z każdym rokiem przybywają nowe obowiązki w kościele i szkołach, a powołań do stanu duchownego coraz mniej.
Szanujcie tedy, moi Bracia i kochajcie Waszych kapłanów! Jak Św. Paweł polecał Koryntyanom umiłowanego ucznia, Św. Tymoteusza, tak ja Wam polecam moich współpracowników słowy: „Patrzcie, aby bez bojaźni był u Was: bo Pańską robotę robi, jako ja." (I. Kor. 16, 10). Bez nich niema szafarstwa Św. Sakramentów, a więc niema nadprzyrodzonego życia i zbawienia wiecznego dla jednostek i społeczeństwa. Oni zastępują najważniejsze Wasze sprawy wobec Boga na wzór owych Aniołów, którzy wstępowali i zstępowali nieustannie po drabinie Jakóbowej. Schodzą, aby pozbierać życzenia i potrzeby swojego ludu; wstępują zaś przez modlitwę, którą zanoszą przed tron Boga i otwierają nią skarbiec Jego miłosierdzia.
Ponieważ jedna z największych moich trosk jest ten wielki brak kapłanów, z powodu którego wiele kościołów i szkół archidyecezyi niema dostatecznej obsługi religijnej; ponieważ ten brak powołań duchownych przybiera już rozmiary klęski społecznej: więc zaraz u wstępu mojego pasterzowania zanoszę do Was wszystkich wiernych dyecezyi mojej z głębi duszy płynącą prośbę, aby w każdej rodzinie chrześcijańskiej codziennie odmawiano Ojcze nasz i Zdrowas Maryjo w tej intencyi, iżby Bóg zmiłował się nad nami, wzbudzał w naszem społeczeństwie więcej powołań kapłańskich i nie pozwolił im zmarniec.
Zwracam się zwłaszcza do Was, dobre matki chrześcijanki i błagam: złóżcie w tej myśli do modlitwy codziennie ręczęta waszych niewinnych dzieci, bo ich prośbom Bóg się nie oprze. Krzątając się koło wiela, nie zapomnijcie roznieCAć i podtrzymywać u swych synów chęci obrania tej najlepszej cząstki, jaką jest poświęcenie się całopalne w stanie kapłańskim za swój naród. Jeśli społeczeństwu dacie dobrych kapłanów, błogosławionemi zwać Was będą już tu na ziemi te dusze, którym synowie Wasi ułatwią zbawienie, a Bóg obdarzy Was osobnem szczęściem za pomnożenie liczby Jego czcicieli w niebie.
Na miłość Jezusa Chrystusa, na szczęście Waszych dziatek, proszę i zaklinam Was, Rodzice chrześcijańscy, „wychowajcie dzieci w karności i grozie Pańskiej." (Efez. 6, 4). Jeśli przy dziele wychowania świętą wolę Boga na pierwszem zawsze stawicie miejscu, to z ust Jego Apostoła macie zapewnienie, że opatrzy Wasze dzieci na czas i wieczność, „albowiem pobożność do wszystkiego jest pożyteczna, mając obietnicę żywota, który teraz jest i przyszłego." (I. Tym. 4, 8).
Obracam dalej moje słowa do Was, którzy górujecie nauką i wykształceniem, którzy jako nauczyciele urabiacie myśli młodzieży i jako pisarze, redaktorowie i współpracownicy pism peryodycznych docieracie swojem słowem tam, dokąd nieraz nie dochodzi słowo kapłana. Pamiętajcie, że nie tylko bogactwo i urodzenie, ale także talent, wykształcenie i wybitne stanowisko społeczne nakładają obowiązki. Witam w Was moich sprzymierzeńców, ufny, że nigdy fałszu nie podacie za prawdę, że nie zatrujecie młodzieży jadem niewiary i zgorszenia, że przy całej czci i miłości dla nauki i sztuki nie obwołacie jej błędnie bogiem ludzkości. Jeden jest tylko Bóg prawdziwy, Bóg ojców naszych, któremu jednemu kłaniać się i całą duszą służyć mamy!
Osobno zwracam się jeszcze do Was, Nauczyciele szkół ludowych, z których wielu należy do najściślejszych i najbliższych mi współpracowników, uczycie bowiem religii z mojego upoważnienia. Przychodzę do Was, jako chrześcijanin, z pasterskim wezwaniem i przyjacielską prośbą, żebyście całe nauczanie szkolne przeświecali wiarą katolicką, przepromieniali miłością Boga i bliźniego w tem głębokiem przeświadczeniu, że w ten sposób spełniacie najlepiej obowiązki zawodu i obywatelskie. Pamiętajcie zawsze, że odpowiadacie w znacznej części nie tylko za to, czego się powierzona Wam dziatwa nauczy, ale też za to, co się z niej stanie; że Bóg i społeczeństwo będą żądali jej dusz z ręki Waszej, że te dzieci będą Wam kiedyś chlubą i nagrodą, albo też żywym, chodzącym wyrokiem potępienia na Was. Wiem, moi Przyjaciele, że zawód Wasz ciężki, praca nieraz do dna wyczerpująca, dlatego będę się codziennie modlił, aby Bóg podtrzymał Wasze siły, a ile razy zajdzie potrzeba i sposobność, nie omieszkam wystąpić w obronie godziwych Waszych interesów i praw.
Wiele miałbym Tobie do powiedzenia, młodzieży chrześcijańska, która tyle jesteś droga sercu mojemu. Zanim danem mi będzie, moi Przyjaciele, zetknąć się z Wami osobiście, przestrzegam Was słowy Św. Jana: „Bądźcie mocni w wierze i miłości Boga; niech Jego Święte słowo w Was mieszka i zwyciężajcie pokusy złego." (1. Jan 2, 14). Nie wstydźcie się przed światem swej religii, nie porzucajcie jej praktyk, bo one darzą duszę wieczną młodością i stoją nawet na straży żywota cielesnego. Kto wiarą wzgardzi, ten dotknięty wnet czerwiem zepsucia, nie wyrośnie dębem i podporą ojczyzny, ale jako lichy krzak na porębie całe życie karleć i chwiać się będzie za lada namiętności powiewem.
Liczę wiele na pomoc wszystkich klas społeczeństwa, ale z większem prawem oczekuję poparcia moralnego i materyalnego od tych, którzy więcej mają. Nie wystarcza nie czynić nic złego, trzeba koniecznie jeszcze czynić dobrze, a też wedle sił i zasobów zwalczać zło. Jeśli kto stoi na górze, to wedle nauki Chrystusa nie jest tam na to, aby zająć miejsce, ale aby spełnić obowiązek; nie jest tam dla korzyści tylko własnej, lecz dla dobra powszechnego, a przede wszystkiem dla dobra najbiedniejszych. I nie to gniewa lud, iż widzi, że niektórzy stoją na świeczniku, podczas gdy on jest na dole, ale że wielu stoi tam bezczynnie. Do ludzi zamożnych wszystkich stanów zanoszę więc prośbę, aby zawsze byli pierwszymi w pełnieniu przykazań Bożych i kościelnych, bo mają na to więcej sposobów i czasu, niż biedni, a przytem niech pamiętają, że przeważnie na ich cnotach i wadach urabia się społeczeństwo.
Lud nasz o własności swojej powiada: „To naprzód Boże, a potem moje." Wyrażenie to urobiło się na gruncie prawdy chrześcijańskiej, że najwyższym Panem wszelkiego dobra ziemskiego jest Bóg, a człowiek-właściciel, ściśle biorąc, ma tylko dzierżawę u Boga, któremu czynsz się należy. Czynsz ten zamożni składają Panu Bogu w dwojaki formie: ofiarami na cele kościelne, dotyczące wprost chwały Bożej i jałmużnami na rzecz ubogich. Cała nasza przeszłość dziejowa chlubnie świadczy o ofiarności na cele kościelne; licznie rozsiane po obszernej dyecezyi naszej wspaniałe Domy Boże i gmachy klasztorne, bogato uposażone fundacye przeróżne odziedziczyliśmy po ubiegłych wiekach. Wiele takich fundacyi ginęło w czasie rozruchów i wojen, na które wystawione były ciągle te części dawnej Polski; wiele kościołów i klasztorów zburzono w czasie licznych napadów tatarskich i kozackich; ale pokolenia następne prześcigały często swych przodków w hojności; na ruinach dawnych wznoszono nowe, jeszcze okazalsze gmachy ku chwale Bożej. Hojność i ofiarność na takie cele stała się tradycyjną u rodów polskich i przetrwała nawet nasz upadek polityczny; dzisiaj jeszcze z rokiem każdym powstają w naszej dyecezyi nowe Domy Boże, może nie tak wspaniałe, jak dawniej, nie mniej jednak świadczące o ofiarności zamożniejszych. Ustać ona nie powinna. Jeszcze tysiące dusz pragnie dla siebie kościoła lub kaplicy i oczekuje pomocy od zasobniejszych braci.
Bardziej jeszcze rad bym zapalić bogatszych do ofiarności na cele dobroczynne, gdyż ubóstwo i nędza wzmogły się za dni naszych do niebywalych rozmiarów, a wrogowie religii i porządku społecznego z tej właśnie nędzy i ubóstwa kują broń przeciwko bogatym i jeżeli zdrowsze moralnie warstwy między ubogimi nie zyskają przewagi, to nie tylko mieniu, ale i życiu bogatszych grozi poważne i bliskie niebezpieczeństwo. Bogu dzięki, od pewnego czasu budzi się wśród warstw niższych naszego kraju ruch zdrowy; organizują się szeregi katolickich robotników w obronie wiary i narodowości, tudzież w obronie własności prywatnej. Szeregi te dotychczas liczbą szczupłe, narażają się niejednokrotnie na prześladowania ze strony zwolenników przewrotu, możniejszych w sile i zasoby, a jednak nie wszystkie jeszcze warstwy wyższe poczuwają się do solidarności z robotnikami katolickimi. Za naszą sprawę, za nasze wspólne dobra duchowe i materyalne nadstawiają oni piersi, przeto ze strony wszystkich słusznie należy się im nie tylko uznanie i poklask, ale także poparcie takie, na jakie nas stać.
Występuję tedy z wezwaniem ewangelicznem: Bądźcie ochoczymi w świadczeniu wszelkiego miłosierdzia, bo ono okupuje wiele grzechów. A choćbyście nawet zostawili majątek mniejszy swoim dzieciom, to jest uszczuplony datkami na cele kościelne i społeczne, to pozostawicie za to spadek pewny, bo strzeżony wdzięcznością ubogich i uznaniem całego społeczeństwa.
Jeszcze kilka słów do ciebie, mój ludu, do Was, najdrożsi mi Bracia włościanie i robotnicy wszelkiego rodzaju. Jak widzieliście, Was przede wszystkiem miałem na oku w całym liście, nawołując inne stany do sumiennego spełniania wobec Was obowiązków chrześcijańskich i społecznych. Podobnie jak wszyscy biedni byli najbardziej umiłowanymi braćmi Jezusa Chrystusa, tak i Wy jesteście cząstką moją najbardziej ukochaną. I nie może być inaczej. Wszak jestem pasterzem tej archidyecezyi, w której katedrze król, biskupi i szlachta u stóp cudami słynącej Najśw. Panny Łaskawej złożyli ślubną obietnicę, że zajmą się poprawą losu ludu wiejskiego i wszystkich upośledzonych w narodzie. Przytem jestem synem ludu, bo mój ojciec ubogim rolnikiem i cieślą, a moja matka dobra umarła przedwcześnie, nie ze zbytku i rozkoszy, lecz z nadmiaru pracy i troski.
Wyszedłszy z pośrodka Was, znam z blizka i z własnego doświadczenia Wasze potrzeby i niedostatki. Stanę też zawsze po stronie tych, którzy będą na gruncie chrześcijańskiej sprawiedliwości bronili słusznych praw Waszych. Ale z drugiej strony nie ustanę w przypominaniu, że dopiero wtenczas będzie lepiej na świecie, jeśli winy nie złożymy na upatrzonych z góry, kilku kozłów ofiarnych, ale wszyscy uczynimy ofiarę z pragnień i dążeń samolubnych i jako dzieci jednej matki kierować się zechcemy w życiu prywatnem i publicznem troską, aby wszystkim stała się sprawiedliwość i wszystkim było dobrze, o ile tu na ziemi może być dobrze.
A nie tylko Polak Polakowi powinien życzyć i świadczyć dobrze. Szczerej i czynną miłość mamy okazywać także naszym braciom Rusinom i tym wszystkim, którzy, aczkołwiek innym mówią językiem, są z nami złączeni węzłem Świętej naszej Wiary katolickiej.
Macie dziś, moi Bracia, dużo opiekunów. O, nie słuchajcie tych, którzy jak Kainy szukają i obiecują szczęście na ziemi za cenę krzywd i krwi bratniej! Wołają Wam: Wyście milion, więc wasze jest królowanie i nikt inny nie powinien panować nad nami na niebie i ziemi!
Ale czy wiecie, jakie Wam gotują oznaki Waszej władzy i godności? Oto: postąpią z Wami, jak zbiry rzymskie z Chrystusem w domu Piłata, zarzucą Wam na ramiona szkarłatny łachman, w ręce dadzą trzcinę i będą Wam się kłaniać obłudnie tak długo, póki spinając się po Waszych barkach, nie dojdą sami do władzy, nie uchwycą sami korony i berła, aby Was potem cisnąć i porzucić jak łachman zużyty i nadużyty.
Wiem, Bracia moi, że ile razy kapłani przychodzą do Was ze słowami ostrzeżenia przed tymi fałszywymi zbawicielami i mówiąc o Waszych prawach, przypominają Wam równocześnie obowiązki, tyle razy nachodzi Was może pokusa, żeśmy złączeni na Waszą szkodę z możnymi tego świata. Ale choć Cię bardzo kocham, mój ludu, i właśnie dlatego, że Cię kocham, nie mogę powiedzieć: uważaj za rzecz najważniejszą szczęście i wygody doczesne, a nie zbawienie wieczne; nie mogę powiedzieć: staraj się o polepszenie swej doli nawet kosztem grzechu! Nie, nie mogę tego mówić, bo wówczas wyparłby się nas Chrystus; wyparłby się mnie, tak nauczającego i Ciebie, słuchającego takiej nauki. Ufam też, iż Ty, ludu chrześcijański, zrozumiesz, że z grzechu przenigdy nie wyrośnie prawdziwe szczęście i trwałe polepszenie losu!
A teraz kiedy już dokonany związek mój z dyecezją, aby poświęcić i przypieczętować te Święte nasze śluby i gody, biorę Was wszystkich, Ukochanych moich, kładę na patenie obok Najświętszej naszej Hostyi Jezusa Chrystusa i błagam: Spraw o Ojcze niebieski, aby wszyscy zawsze byli ze mną jedno, jako Ty i Syn Twój kochany jedno jesteście. Daj, aby Chrystus królował w naszych sercach, rodzinach, miastach i wioskach! Niech od końca do końca kraju i po wszystkiej ziemi naszej idzie głos: Chwała bądź Bożemu Sercu, przez które stało się i stanie się zbawienie!
A Ty, Najsłodsze Serce Jezusowe, daj wreszcie mnie, ostatniemu słudze Twojemu, tę największą łaskę za przyczyną Twojej Matki Najświętszej, Św. Józefa i wszystkich tej dyecezyi Patronów, abym w dzień sądu powszechnego powtórzyć mógł Twoje słowa: „Któreś mi dał, strzegłem: żaden z nich nie zginął." (Jan 17, 12).
Aby się to ziściło: Błogosławieństwo Wszechmogącego Boga Ojca i Syna i Ducha Świętego niech zstąpi na nas i zostanie z nami. Amen.