HomiliaDB

św. abp Józef Bilczewski · Listy pasterskie, odezwy, kazania i mowy okolicznościowe — Tom I

List pasterski — Najświętszy Sakrament jako Serce Pana Jezusa (na Wielki Post 1902)

Lwów, w dniu Najśw. Imienia Jezus 1902

Gdy moja wiara stała się letniaGdy nie umiem się modlić EucharystiaNajświętsze Serce
W skrócie. Rozległy list i instrukcja pastoralna poświęcone czci Najświętszego Sakramentu jako żywego Serca Jezusowego. Arcybiskup wykłada teologię Eucharystii – od obietnicy w Kafarnaum przez ustanowienie do skutków społecznych Komunii – oraz zaprowadza w archidiecezji miesięczną adorację publiczną i rozszerza Bractwo Adoracji. List zawiera szczegółowe wskazania liturgiczne dla duchowieństwa dotyczące organizacji adoracji.

„żywego Serca Jezusowego nigdzie na ziemi nie masz, jeno w Najśw. Sakramencie.”

*Lwów, w dniu Najśw. Imienia Jezus 1902*

Najdrożsi moi w Panu naszym, Jezusie Chrystusie!

Przy rozpoczęciu Wielkiego Postu, w którym przez modlitwę, umartwienie i dobrą Spowiedź mamy się przygotować do godnego przyjęcia Komunii Świętej i Święcenia uroczystości wielkanocnych, wybrałem za przedmiot mojego do was listu pasterskiego tajemnicę, która jest najkrótszem streszczeniem naszej Wiary Świętej, skarbnicą i przyczyną wszelkich łask Bożych, ogniskiem miłości i sercem Kościoła, koło którego obraca i skupia się całe życie i nabożeństwo katolickie.

Mam na myśli Najświętszy Sakrament.

Istota bowiem prawdziwej religii spoczywa w tem, że Bóg jest z człowiekiem i w człowieku, a człowiek złączony najściślej z Bogiem. Najświętszy zaś Sakrament, to właśnie Emanuel, czyli Bóg z nami. Przy wcieleniu Syn Boży uniżył się aż do tego, że został człowiekiem; w Najśw. Sakramencie cała ludzkość dźwiga się aż do najściślejszego zjednoczenia się z Bogiem.

Chciałbym listem moim to sprawić, żebyście lepiej poznali Zbawiciela utajonego pod zasłoną chleba i wina, przypomnieli sobie, co w Nim posiadamy, na co to wśród nas przebywa stale jako więzień miłości, abyśmy następnie wszyscy o Nim chętnie myśleli, czynniej Go kochali, żarliwiej czcili i częstemi odwiedzinami stwierdzili, że sobie cenimy Jego obecność, że dobrze nam z Nim, jak Apostołom na górze Tabor i nawzajem od Niego otrzymali zapewnienie, że i Jemu dobrze wśród nas, swych wiernych czcicieli. Kocha się bowiem, czci i ceni tylko to, co się wprzód jako czci i miłości godne poznało.

Dotychczas z małymi wyjątkami znajomość Jego i wiara nasza w rzeczywistą obecność tego niebieskiego Gościa na naszych ołtarzach jest stanowczo za słaba, miłość za chłodna, cześć za uboga, gorliwość o ozdobę Jego domów, ołtarzy, naczyń i szat liturgicznych za mała; za mało też korzystamy z miłościwej Jego wśród nas obecności tak, że słusznie mógłby powtórzyć wobec nas wyrzut, jaki niegdyś uczynił Samarytance: „Byś wiedziała dar Boży!" (Jan 4, 10) i zarzut, który Św. Jan Chrzciciel uczynił żydom: „w pośrodku was stanął, którego wy nie znacie." (Jan 1, 26).

Wybrałem zaś dlatego tę tajemnicę za osnowę mojego do was orędzia, ponieważ wedle wskazówki Ojca Św. Leona XIII w liście okólnym o czci Najśw. Serca Jezusowego, Boskie to Serce jest danym z Nieba znakiem, pod którym wierni naszych czasów skupiać się, nieprzyjaciół Boga i wrogów chrześcijańskiego ładu społecznego zwyciężyć i tyle światu potrzebny pokój wywalczyć mają.

A żywego Serca Jezusowego nigdzie na ziemi nie masz, jeno w Najśw. Sakramencie. Stąd czcić Najśw. Sakrament, znaczy czcić Najśw. i najmiłosierniejsze Serce Zbawiciela.

Że tak jest, że mianowicie cześć Najśw. Sakramentu schodzi się i spływa najściślej z czcią Boskiego Serca Jezusowego, że żywego Serca Chrystusowego szukać nam należy tylko na ołtarzach w świętym przybytku, dowodem między innemi okoliczność, iż Pan Jezus uchyliwszy swej zasłony eucharystycznej, ukazał niejednokrotnie wiernej swej służebnicy Św. Małgorzacie Maryi promieniami jaśniejące Swoje Serce właśnie z głębin Najśw. Sakramentu, kiedy modliła się przed Nim, wystawionym ku czci publicznej; oświadczył też jej wyraźnie, że chce i pragnie, abyśmy Jego Serca szukali w Eucharystyi, kochali i czcili Je w Eucharystyi. Skarżył się nadto i żalił, że Ono właśnie w Sakramencie miłości, z którego idą promienie łaski, natchnienia, pociechy i przebaczenia do każdej duszy ludzkiej, odbiera prawie same tylko niewdzięczności i zniewagi nawet od tych, którzy Mu są najbliżsi.

Znamy malarzy, którzy padali na kolana, gdy mieli malować oblicze Zbawiciela lub Najśw. Jego Matki i w ten sposób stwierdzali swą nieudolność i wypraszali sobie potrzebne natchnienie do wykonania wielkiego dzieła. Ileż bardziej mnie nędznemu korzyć się aż do ziemi przed Panem, kiedy mam opisać Jego dziwy i bezmiar łask, mieszczących się w Najśw. Jego Sakramencie.

Był niegdyś raj na ziemi, a jego szczęście polegało głównie na tem, że Bóg obcował z ludźmi jak ojciec z dziećmi, ucząc ich i wychowując na dziedziców Nieba. Szczęście to trwało jednak nie długo. Zburzył je grzech. Pamięć owych dni błogosławionych pozostała u wszystkich ludów, a zarazem tęsknota, aby się znowu nawiązał zerwany węzeł miłości, aby Bóg znowu zstąpił między Swoje stworzenie. Pragnienie to zostało z czasem zaspokojone, bo „Słowo Ciałem się stało i mieszkało między nami."

Opowiada Pismo Św., jak lud żydowski chodził za Zbawicielem, aby słuchać Jego Świętej nauki i dotknąć się kraju Jego szaty i jak Jezusa cieszyło to tłoczenie się rzeszy koło Niego, jak wreszcie całe spółczesne Mu pokolenie mogło powtarzać z Janem Św.: „Słyszeliśmy Go, oglądały Go oczy nasze, i dotykały się Go ręce nasze." (I List 1, 1). Kiedy to czytamy, powstaje w sercu żal i zazdrość, dlaczego i nam nie jest danem patrzeć w Jego Święte Oblicze, dlaczego i naszej biednej ziemi nie dotknęły stopy Jego, nie zrosiły łzy, krew Jego? Wszak w każdej duszy ludzkiej leży pragnienie, któremu dali wyraz prości a wymowni przybysze na Święta Wielkanocne w Jerozolimie, zwracając się do Apostoła Filipa ze słowami: „Panie, chcemy Jezusa widzieć." (Jan 12, 21). Nie krzywdujmy sobie. Zbawiciel znalazł sposób powrotu do Ojca i pozostania równocześnie wpośród nas.

Ile razy Chrystus zamierzał spełnić coś bardzo niezwykłego, zapowiadał to najpierw uczniom raz jeden i drugi, aby, jak sam mówił, potem się nie gorszyli, kiedy to nastąpi. (Jan 16, 1, 4). Zanim Piotra ustanowił widzialną Głową Kościoła i Swoim zastępcą na ziemi, przepowiedział wprzód, że go uczyni opoką i odda mu klucze Królestwa niebieskiego. Również na mękę i na zmartwychwstanie Swoje, na zesłanie Ducha Św. i na prześladowania, jakie czekają Kościół do końca świata, przepowiedniami przygotował ludzkość całą. Tak postąpił i teraz. Jak uczynił jutrzenkę, aby przyzwyczaić oko człowieka do żaru południa, tak chciał też, żeby i wielka tajemnica Eucharystyi, to słońce życia chrześcijańskiego, miała swą jutrzenkę, któraby ludzi przygotowała na jej przyjście i ustanowienie.

Ponieważ chodziło o największy cud wszechmocy i miłości Bożej, rozpoczął więc przygotowanie już z daleka i od początku świata — w rajskiem drzewie żywota, dającem zdrowie i nieśmiertelność, w ofierze Melchizedecha i w mannie na puszczy, w podpłomyku, którym Anioł żywił cudownie Eliasza, w chlebach pokładnych świątyni jerozolimskiej, w ofierze Abla, Izaaka i baranka wielkanocnego. Po tych wszystkich zapowiedziach dalszych, nastąpiła jeszcze zapowiedź już całkiem z blizka, która tak jasno i wyraźnie pokazała na Najśw. Sakrament, jak Św. Jan Chrzciciel, ostatni z Proroków, palcem ukazał obiecanego Baranka Bożego.

Domyślacie się, Ukochani moi, że mam na myśli rozmnożenie chleba na puszczy i mowę, którą Chrystus wypowiedział z okazyi tego cudu.

Po nakarmieniu przeszło pięciotysięcznej rzeszy pięciorgiem chleba i dwiema rybkami, lud wdzięczny chciał Pana Jezusa obwołać królem. Ale On przeprawił się w nocy przez jezioro Genezaret i poszedł do pobliskiego miasta Kafarnaum. Kiedy lud i tam za Nim podążył, Zbawiciel jął mu tłumaczyć, że prawdziwym chlebem, którego człowiek najbardziej potrzebuje, nie jest ten chleb gruby, którym się dnia wczorajszego cudownie posilili, ani nawet manna, dana przez Mojżesza na puszczy, bo jeden i drugi chleb nie zachowywał od śmierci. Prawdziwym chlebem, którego cała ludzkość jest głodna, który przeprowadzi ją bezpiecznie przez śmierć na szczęśliwe życie wieczne — to ciało Jego i krew Jego. „Jam jest chleb żywy, mówi Pan Jezus do rzeszy, którym z Nieba zstąpił. Jeśliby kto pożywał tego chleba żyć będzie na wieki. A chleb, który Ja dam, jest Ciało Moje na żywot świata." (Jan 6, 51).

Słowa te tak są proste i jasne, że żydzi dobrze rozumieli, iż Pan Jezus obiecuje Swoje Ciało na pokarm. Swarzyli się tedy między sobą, mówiąc: „Jakóż ten nam może dać Ciało Swe ku jedzeniu?" (Jan 6, 52). Zbawiciel to słyszał. Co powinien był uczynić i byłby z pewnością, On dobry, uczynił, gdyby nie był myślał o pożywaniu prawdziwego Swego Ciała i o piciu prawdziwej Swojej Krwi? Byłby im powiedział, jak przy innych podobnych okolicznościach, kiedy Go nie rozumieli: „Wy Mnie nie pojmujecie — Ja tylko przez podobieństwo i porównanie chciałem powiedzieć, że jako prawda, przykład i pomoc wasza, będę posileniem i umocnieniem dusz waszych." — Czy to uczynił? Bynajmniej; — Owszem jeszcze silniej zatwierdził: „Kto pożywa Ciała Mego i pije Moją Krew, ma żywot wieczny; a Ja go wskrzeszę w ostatni dzień. Albowiem Ciało Moje prawdziwie jest pokarm. Kto pożywa Mego Ciała, a pije Moją Krew, we Mnie mieszka, a Ja w nim."

Żydzi nie pytali już dalej. Odeszli, szemrząc: „Twarda jest ta mowa i któż jej słuchać może?" (Jan 6, 60). I wielu uczniów opuściło Go także. Wtedy zwrócił się Pan Jezus do Apostołów: „Azaliż wy odejść chcecie?" Czy i wy Mie jeszcze nie znacie i wątpicie o mocy Mojej? Odpowiedział Piotr imieniem wszystkich: „Panie, do kogoż pójdziemy? słowa żywota wiecznego masz. A my wierzymy i poznaliśmy, żeś Ty jest Chrystus, Syn Boży." (Jan 6, 66–68).

Taka jest obietnica Najśw. Sakramentu. Przypatrzmy się teraz jej ziszczeniu. Było to w Wielki Czwartek, w wigilię śmierci Zbawiciela. W takiej ciężkiej chwili każdy inny radziłby tylko o sobie. Jezus myślał tylko o nas. Spożył baranka wielkanocnego, umył uczniom nogi i wrócił do stołu, aby zrobić testament. Co zapisze uczniom Swoim, kiedy przez lat trzydzieści żył tylko z pracy rąk Swoich, a trzy ostatnie lata życia Swojego tylko z jałmużny? Posłuchajmy, co podali naoczni świadkowie.

Po wieczerzy wziął Pan Jezus chleb, opowiadają Ewangeliści, błogosławił, łamał i dał uczniom, mówiąc: „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało Moje. Potem wziął kielich, dzięki czynił i dał uczniom, mówiąc: pijcie z tego wszyscy, albowiem to jest Krew Moja." Temi słowy Zbawiciel przemienił chleb w Ciało, a wino w Krew Swoją i przyprawił je uczniom Swoim na pokarm i napój. Po obietnicy w Kafarnaum wiedzieli tylko, że kiedyś będą pożywali Ciało swojego Mistrza, nie przeczuwali zaś, w jaki to nastąpi sposób i pod jaką postacią. Teraz i ta wątpliwość usunięta. Pan powiedział, że to się spełnia pod postacią chleba i wina. Na początku świata rozkazał Bóg: „Niech się stanie światłość: i stała się światłość." Potem byli Apostołowie świadkami, jak Zbawiciel nad grobem przyjaciela zawołał głosem wielkim: „Łazarzu, wyjdź z grobu! I natychmiast wyszedł, który był umarły." A więc, kiedy teraz rzekł nad chlebem: „To jest Ciało Moje" — chleb musi być Jego Ciałem. Bóg bowiem jest wszechmocną Prawdą, która się ani sama omylić, ani drugich w błąd wprowadzić nie może.

Gdyby Apostołowie i wszyscy, którzy za nimi uwierzyli na proste i jasne słowa Zbawiciela, że chleb i wino konsekrowane są Ciałem i Krwią Chrystusową, byli się omylili i, co strach pomyśleć, byli uklękli przed zwyczajnym chlebem i dopuścili się w ten sposób największego bałwochwalstwa, to grzech ten spadłby na Jezusa i wszyscy moglibyśmy doń w dzień sądu wołać: Tyś, Panie, winien, żeśmy chleb jako Boga uczcili, boś aż nadto jasno powiedział: „To jest Ciało Moje... to jest Krew Moja."

Uczniowie dobrze też pojęli znaczenie i doniosłość słów Mistrza, że je mianowicie należy rozumieć dosłownie i wszyscy chorem powtórzyli: „Oto teraz jawnie mówisz, a żadnej przypowieści nie powiadasz. Teraz wiemy, że wszystko wiesz, a nie potrzeba, żeby Cię kto pytał." (Jan 16, 29, 30).

W tej chwili w wieczerniku Pan Jezus odprawił pierwszą bezkrwawą Ofiarę, czyli jak mówimy, pierwszą Mszę Św. Nowego Zakonu. Wynika to ze słów samego Chrystusa w Ewangelii Świętego Mateusza, Marka, Łukasza i z pierwszego listu Św. Pawła do Koryntyan, które, razem zestawione, głoszą dokładnie co następuje: To, co w tej chwili trzymam w ręce, co się wam wydaje być chlebem, nie jest już chlebem — to jest Ciało Moje, Moje własne Ciało, które się w tej chwili łamie za was na odpuszczenie grzechów. I co w tej chwili jest w kielichu, nie jest już winem, ale to Krew Moja, Moja własna Krew, Krew Nowego Testamentu, która wylewa się w tej chwili za was i na odpuszczenie grzechów wszystkich ludzi.

Nasz Złotousty Skarga, nawiązując do tego opowiadania Pisma Św., powiada: „Ze słów ustanowienia ta się prawda o ofierze Ciała i Krwi Pana naszego wykrzesać jako ogień z kamienia może. Mówi bowiem (Chrystus) jako teraz, na onej wieczerzy, iż się Ciało Jego daje. Nie mówi: Wam się daje, ale za was się daje i za innych wiele się daje. Komuż się daje? Bogu na ofiarę. Insza rzecz mówić: daje się wam do pożywania, a insza: daje się za was... Gdy bierzemy i używamy, nam się daje: i jest Sakrament; ale gdy za nas się daje na odpuszczenie grzechów, jest ofiara, która się oddaje Bogu za nas, abyśmy łaskę u Niego i odpuszczenie grzechów mieli." (O Mszy Św. kaz. III).

Spytacie, jak to już przy ostatniej wieczerzy było łamane Ciało Zbawiciela i przelana Jego Krew, kiedy przecież zdrowy siedział wśród Swoich uczniów? Otóż to umieszczenie i ukrycie się żywej Osoby Boga-Człowieka pod postaciami chleba i wina jest najprawdziwszem ofiarowaniem się Chrystusa, zdruzgotaniem i zmieleniem na tajemniczą śmierć naszej Boskiej Hostyi. Bo żyć, a nie móc na zewnątrz dawać znaków życia, nie mieć wolności głosu ludzkiego i swobody ruchu, ani kształtów, pod którymi możnaby poznać człowieka, być dalej zdanym jako pokarm i napój na dobrą i złą wolę ludzi, niby rzecz jaka martwa, nie móc się bronić przed zdeptaniem — czyż to wszystko nie jest większe nawet uniżenie się i wyniszczenie, niż owo, kiedy Go skrępowano powrozami i przybito do krzyża? Na Kalwaryi wszyscy widzieli przynajmniej postać człowieka — a tu w Najśw. Sakramencie utaiła się i Jego natura ludzka tak, że sami Jego przyjaciele muszą wespół z Prorokiem powtarzać: „Widzieliśmy Go, a nie było na co spojrzeć... a jakoby zasłoniona twarz Jego i wzgardzona." (Izaj. 53, 2, 3); oglądaliśmy Hostyę konsekrowaną i w niczem nie mogliśmy jej odróżnić od niekonsekrowanej!

W sposób krótki i jasny wykłada ojciec Św. Grzegorz Nysseński, że przemiana chleba i wina w Ciało i Krew Pana Jezusa na ostatniej wieczerzy, była pierwszą prawdziwą ofiarą chrześcijańską, a śmierć krzyżowa na Golgocie w pierwszy Wielki Piątek jej krwawem tylko dopełnieniem w oczach całej Jerozolimy i głośnem, uroczystem obwieszczeniem na cały świat. „Owca nie nadaje się do jedzenia, póki jest żywa; musi ona wprzód być zabita, potem dopiero można ją pożywać. Temsamem, skoro Pan Jezus dał Apostołom Swoje własne Ciało na pokarm, to znak w tem nieomylny, że ucztę z Jego ciała wyprzedziło ofiarowanie i śmierć Chrystusa i że nożem duchownym, którym przyprawił się uczniom na pokarm, były słowa: „To jest Ciało Moje, to jest Krew Moja."

Po Mszy Św. nastąpiła pierwsza Komunia Apostołów. Nikt nie jest w stanie opowiedzieć, co się wówczas działo w duszach uczniów. Jan Ewangelista w świętym zachwycie skłonił głowę na piersiach i Sercu Jezusowem, dając tem znać, że z Jezusem dobrze, że przy Jezusie prawdziwe, pełne szczęście.

Ale czy tylko Apostołom Pan Jezus odprawił Mszę Św. i rozdał Siebie w Komunii Świętej? Nie. On umiłowawszy Swoje, do końca je umiłował. Po konsekracyi chleba i wina dodał bowiem: „To czyńcie na Moją pamiątkę." Przykazaniem tem Zbawiciel dał Apostołom i ich następcom moc odnawiania Mszy wieczernikowej i co na jedno wychodzi, ofiary Krzyżowej, a równocześnie zostawił nam pamiątkę, jakoby na zabezpieczenie się, że o Nim nie zapomnimy.

Jakto, czyż możliwa, aby ludzkość zapomniała kiedyś swojego Boga, który umarł dla jej zbawienia? Zapewne, że nie, jeśli o całkowitem zapomnieniu mowa. Jezusowi chodziło jednak nie o byle jakie wspomnienie, ale o pamięć świeżą, ciągle żywą! Tymczasem jest wielką słabością duszy ludzkiej, że z czasem zacierają się w niej rysy i blednie pamięć osób nawet najdroższych. Co z oczu, to i z myśli. Stąd też to stawianie posągów, nagrobków, umieszczanie tablic w kościołach, na cmentarzach, domach i placach publicznych, które niczem nie są innem, jak walka i obrona przeciw zapomnieniu. Prawda, że są serca, które można w kawałki poszarpać i jeszcze każda okrucha będzie szeptała imię istoty umiłowanej. Ale tych serc jest niewiele, a nawet i najlepsza matka bierze jeszcze na pamiątkę pęk włosów dziecięcia, aby ciągle przypominał jej i odświeżał w duszy ukochane jego rysy.

Zbawiciel znał najlepiej tę niedoskonałość duszy ludzkiej i dlatego testamentem zapisał nam pamiątkę i to taką, jakiej nikt jeszcze nikomu nie zostawił — samego siebie. Przez tę pamiątkę Ołtarz chrześcijański jest codzień świętą górą boleści i męki Zbawiciela. Konsekracya przy Mszy, to czas zabijania Baranka Bożego, to chwila, w której wielka ofiara Kalwaryi odnawia się w naszych oczach w całej prawdzie i odkupienie, raz dokonane przed dziewiętnastu przeszło wiekami, staje się nam całkiem bliskie, tak, że każdy wprost własności rękami może sobie przydzielać, przystosowywać, przyswajać owoce odkupienia.

Jeśli zaś tak jest, jeśli wierzymy, że Msza Święta jest niekrwawem powtórzeniem Ofiary krzyżowej, to któż z nas odtąd bez największego wzruszenia będzie w stanie wymówić te proste słowa: Idę na Mszę — żeby być świadkiem ofiarowania się za mnie Syna Bożego! Kto dalej będzie miał odwagę opuścić, spóźniać się na Mszę Świętą w Niedzielę i Święta?

Na Mszę więc! Na Mszę Św., jak najczęściej, wszyscy, mężczyźni, niewiasty, starcy i dzieci, prostaczkowie i uczeni, wielcy i mali, bo nie my czynimy łaskę Bogu, przychodząc do Kościoła, ale to Bóg świadczy nam największe dobrodziejstwo, że pozwala podstawić i pochylić pod Swój Krzyż dusze nasze, aby z otwartych Jego ran potokami łask spłynęła po nich zasługa Jego męki i śmierci.

---

Także Ciało i Krew Swoją Najświętszą Pan Jezus rozdał Swoim Apostołom nie tylko raz jeden, ale ciągle powtarza w Swoim Kościele ucztę wieczernikową z wszystkiemi pokoleniami i z każdym człowiekiem z osobna. Po każdej Mszy Świętej rozdziela się równocześnie na tysiącach miejsc, cały pod postacią chleba i cały pod postacią wina.

Aby pojąć tę bezmiernę hojność i rozrzutność Zbawiciela, trzeba ciągle mieć przed oczyma słowa Św. Jana, który bez ustanku powtarzał: „Bóg jest miłość... i myśmy poznali i uwierzyli miłości, którą Bóg ma w nas." (1 Jan 4, 16). Już miłość ludzka nie obrachowuje, nie zna miary i gotowa na wszelkie ofiary, byle tylko zjednoczyć się i złączyć z tym, którego miłuje. Miłość zaś nieskończona i wszechmocna daje wprost nieskończone dowody na to, że istnieje i jest wszechmocna. Jeśli, przyjacielu, nie kochasz, to nie zrozumiesz tego, co mówię. Jeśli zaś jesteś dobrym ojcem, kochającą matką, to pojmiesz mię, a raczej odczujesz, że Zbawiciel prawie nie mógł inaczej postąpić. Zrozumiesz mianowicie racye, dlaczego Pan Jezus chciał być z Ciałem, Krwią, Sercem i duszą Swoją na każdem miejscu, gdzie tylko znajduje się człowiek, Krwią Jego odkupiony. Dał ci Bóg, ojcze, matko, troje, czworo dzieci. Rosną one dokoła ciebie jak młode drzewka, mające być kiedyś podporą twojej starości. Z czasem wyrosły i rozbiegły się za chlebem na wszystkie strony świata. Powiedzcie, czy was to nie boli, czy nie chcielibyście mieszkać z każdem z nich? Radzicie sobie, jak możecie. Miesiąc jeden jesteś dobra matko u jednego, na drugi miesiąc do drugiego idziesz. Ale gdyby twoje dzieci wszystkie naraz i równocześnie cię potrzebowały, gdybyś wiedziała, że wszystkie naraz smutne, naraz chore, że wszystkie umierają tej samej godziny i szukają cię swem ostatniem spojrzeniem; powiedz, czy nie byłoby to dla ciebie największą męczarnią, że nie możesz się podwoić i potroić, aby być wszędzie, gdzie cierpią ci, których kochasz! Otóż coby dobry ojciec rodziny i dobra matka chcieli uczynić, a nie mogą, bo są ludźmi i moc ich ograniczona, to Bóg spełnił, bo On także Ojcem, który ma dzieci wszędzie, i jest nie tylko nieskończoną miłością, ale i nieskończoną potęgą. Mógł to uczynić, miłość skłaniała Go, żeby to uczynił, a więc uczynił.

Są różne uczty i prywatne i publiczne, przyjacielskie, rodzinne, obywatelskie. Ta jedna, eucharystyczna, jest z wszystkich najwspanialsza, nawskroś Boża i Święta. Przy niej nie siada się, ale klęka, do niej zbliżamy się z rękoma złożonemi, ze spuszczonemi oczyma, z sercem płonącem miłością. O niej śpiewa Kościół Święty: „O Święta uczto, w której Chrystusa przyjmujemy, świecimy pamiątkę Jego męki, duch napełnia się łaską i otrzymujemy zadatek przyszłej chwały!" Tu Bóg zbliża się do Swego stworzenia z pocałunkiem i z żywem Sercem Swojem tak, że za Jobem zawołać powinno: „Cóż jest człowiek, iż go wielmoższ? albo co przykładasz ku niemu Serce?"

Największa jednak różnica między biesiadami ludzkiemi a eucharystyczną leży w tem, że w ucztach powszednich pokarm zwyczajny, jako rzecz martwa, przemienia się w nas, w nasze ciało, w naszą krew i kości. Przeciwnie zaś pokarm eucharystyczny nas w siebie przerabia i przemienia i wynosi do uczestnictwa swojego życia Bożego na mocy prawidła, które już Origenes w III wieku podniósł, że mianowicie to, co jest wyższej, doskonalszej natury i mocy, podnosi ku sobie i trawi to, co jest niższe. Chrześcijanin, który godnie przyjął Komunię Świętą, może powiedzieć z Św. Pawłem: „A żywię już nie ja, ale żywię we mnie Chrystus." (Gal. 2, 20). Z Apostołem narodów to samo powtarza Święty Leon Papież i Św. Augustyn. „Pożywanie Ciała i Krwi Jezusa Chrystusa, mówi pierwszy, ma ten sam cudowny skutek, iż przemieniamy się w to, co przyjmujemy." (Kaz. 14, o męce Chrystusa). „To nie ty Mnie przemienisz w siebie, woła Św. Augustyn w imieniu Pana Jezusa, ale Ja ciebie przemienię."

Abyś chrześcijaninie jeszcze lepiej zrozumiał swoją godność i wielką wartość Eucharystyi, przypominam jeszcze słowa Św. Jana: „Patrzcie, jaką miłość dał nam Ojciec, że nazwani jesteśmy synami Bożymi i jesteśmy, a jeszcze się nie okazało, czem będziemy." (1 List 3, 1, 2). Z czasem rozwinie się i dojrzeje w nas jeszcze bardziej owo ziarno nadprzyrodzonego podobieństwa Bożego, które Odkupiciel włożył w dusze nasze przy chrzcie, więcej jeszcze w Komunii Świętej; nastąpi to mianowicie wtedy, kiedy naszego Boga ujrzymy w Niebie twarzą w twarz, bez zasłony eucharystycznej — ale dokonuje się ono w części już i tu na ziemi przez to, że przypuszczeni do uczestnictwa w życiu Chrystusa, tj. do spólnictwa w Jego myślach, uczuciach, pragnieniach, modlitwach, rządach i wykonaniu planu Opatrzności Bożej — jesteśmy jakby „alteri Christi", — drugimi Chrystusami, wedle słów Apostoła i bogami w zawiązku, w kwiecie, jak dawni chrześcijanie pięknie się wyrażali.

Lecz nie tylko dusza wielką ma cenę w oczach Boga z powodu zetknięcia się jej z Eucharystyą, uświęca się nią także i ciało. Być może, że właśnie ta okoliczność, że i ciała nasze dotykają się Zbawiciela, natchnęła Kościół do ułożenia modlitwy, którą kapłan zanosi przy składaniu zwłok do grobu: „Boże — prosi on — poświęć ten grób nad nim Anioła Twego stróżem postanów", bo leży w nim chrześcijanin, który jako nadrozne na wieczność przyjął Ciało i Krew swojego Boga.

Bracia moi ukochani! Po tem wszystkiem, cośmy dotychczas rozważyli, śmiem twierdzić ze Św. Augustynem, że „sam Bóg, choć jest wszechmocnym, więcej dać nie mógł; choć nieskończenie mądry, więcej by dać nie umiał; i choć nieskończenie bogaty, nie ma, coby jeszcze dał, bo i cóż mógł dać więcej, jako kiedy nam dał samego Siebie?"

Czemużby tedy znowu, czemużby tak wielu jeszcze stroni od tej Świętej uczty, a inni przystępują do niej tak rzadko?

Jak więc przed chwilą przypomniałem, żeby nikt przynajmniej w Niedzielę i Święta nie opuszczał Mszy Św., tak teraz wołam do wszystkich: „Chodźcie i skosztujcie, jak słodki jest Pan! Pożywajcie chleba i pijcie wino, które wam dobroć Boża roztworzyta." (Pror. 9, 5). Zapraszam was, bogatych i ubogich, słowami Proroka: „Przyjdźcie wszyscy, którzy nie macie srebra, kwapcie się, kupujcie i jedźcie; chodźcie, kupujcie bez srebra i bez żadnej zamiany wino." (Izaj. 55, 1).

Słyszałem o chorej dziewczynce, która z wielkiem skupieniem przyjęła nad rankiem wiatyk. Potem zwróciła się z zapytaniem do ojca, który był wyższym urzędnikiem: „A tatko kiedy przyjął Pana Jezusa?" Biedny ojciec nie chciał w tej uroczystej chwili skłamać, że to było już dawno... wybiegł na ulicę wprost do kościoła, a powróciwszy niezadługo, ucałował umierające dziecinę, szepczącą... kochanie moje, ja bardzo niedawno byłem u Komunii Św.

Ach, czemużby ten ojciec nie spełnił swojego obowiązku wcześniej, czemu przynajmniej nie w każdym czasie wielkanocnym? Jeszcze smutniej, jeśli w domu chrześcijańskim syn niedorostek, zepsuty złym przykładem, może wystąpić z uwagą: mamo, kiedy ja już będę taki duży, że jak ojciec nie będę potrzebował przystępować do Św. Sakramentów?

Raz już otrząśnijmy się z grzesznej obojętności i wszyscy przystępujmy po kilka razy w roku do Św. Sakramentów. Dopóki mężczyźni z klas wykształconych tego wezwania nie rozumieją i omijają nawet Komunię Św. wielkanocną, spowiadają się, po opuszczeniu szkół, przed ślubem dopiero, a potem ledwie na łożu śmierci: dopoty nie dźwigniemy i nie odrodzim się moralnie i ciągle skarżyć się będziemy na brak ludzi zasad w społeczeństwie.

Nie mogę też nie napiętnować tutaj jako zbrodni praktyki, utrzymującej się zwłaszcza w większych miastach, że mianowicie z obawy, aby widok kapłana nie zabił umierającego, a z drugiej strony, żeby przecież ratować pozory religijności i móc napisać na kartach pogrzebowych, iż chory umarł opatrzony świętymi Sakramentami, sprowadza się ojcu, matce, żonie, mężowi Najświętszy Wiatyk dopiero wtedy, kiedy już konają, lub nawet już oczy zamknęli! Więcże taka jest miłość i wdzięczność wasza ku osobom najdroższym, iż w chwili najcięższej walki nie dopuszczacie posilić się im chlebem, o którym przecież Zbawiciel powiedział: „że jeśliby go kto pożywał, nie umrze... ale żyć będzie na wieki." (Jan VI, 50–51). Gdzie podziejecie się w dzień sądu, jeśli rzuca wam w oczy oskarżenie, żeście to wy wydarli im wieczność szczęśliwą?!

Kiedy mowa o Komunii Św., nie mogę pominąć jednego jeszcze wielkiego jej skutku. Oto jest ona nie tylko pokarmem, który każdą duszę z osobna łączy najściślej z Chrystusem, ale także spólną ucztą wszystkich chrześcijan, jednocząc ich między sobą w wielkiej rodzinie.

Już pokarm i napój naturalny ma ten podwójny skutek, że podtrzymuje życie człowieka, a przytem zbliża ludzi i umacnia między nimi stosunki towarzyskie. Eucharystyi moc ta bratania ludzi jest właściwa w stopniu daleko wyższym, niż każdej biesiadzie ziemskiej.

W jaki się to dzieje sposób, objaśnia Św. Paweł w I liście do Koryntyan (10, 16, 17). „Kielich błogosławienia, któremu błogosławimy, izali nie jest uczestnictwem krwi Chrystusowej? i chleb, który łamiemy, izali nie jest uczestnictwem Ciała Pańskiego? Bo jeden chleb, jedno ciało nas wiele jesteśmy, którzy jednego chleba uczestnikami jesteśmy." A w liście do Rzymian (r. 12, 5), powiada: „Wiele nas jednem ciałem jesteśmy w Chrystusie, a każdy z osobna jeden drugiego członkami."

Przez to więc, że w Eucharystyi każdy pożywa tego samego żywego i serdecznie nas kochającego Chrystusa, łączy on się z Nim jak latorośl ze szczepem winnym, jak członek ciała z głową i z całem ciałem. Jednocząc się zaś z Chrystusem, łączy się i brata równocześnie z wszystkimi innymi, którzy w Komunii Św. tak jak on wszczepiani są w Zbawiciela. Prosty rozum mówi bowiem, że, jeżeli dwie rzeczy spajają się z trzecią, są one spojone także między sobą. Ręka prawa, która zostaje w łączności z ciałem i lewa złączona z tem samem ciałem, są też w łączności między sobą.

W tej myśli pisze Św. Hilary, że Eucharystya łączy nas w jeden Kościół: Kościołem zaś tym jest Chrystus, który go cały nosi w Sobie z wszystkimi jego członkami, a to przez Sakrament Swego Ciała. (In. Ps. 4, 25, 46). Św. zaś Augustyn, a za nim Sobór Trydencki nazywa Eucharystyę „Sakramentem pobożności, znakiem jedności, związką spólnej miłości."

Wedle Św. Tomasza, Eucharystya oznacza jedność Kościoła i sprawia też jedność tego mistycznego Ciała Chrystusowego, na co wskazuje już jej nazwa Komunia, czyli połączenie. I jak chleb i wino powstają z wielu ziarn i kropli, tak też wszyscy przyjmujący Zbawiciela, ukrytego pod postaciami chleba i wina, mają stać się jednem ciałem.

Piękny był zwyczaj w dawnym Kościele, że Biskupi posyłali sobie nawzajem, jakoteż bliskim i dalszym parafiom Święte Hostye konsekrowane na znak jedności kościelnej. Zwyczaj ten nie skądinąd wziął się, jeno z tej wiary, że Eucharystya łączy wszystkich katolików w jedną rodzinę.

Przypatrzmy się jeszcze trochę bliżej, jakie to spółki i związki ludzkie biorą siłę wewnętrzną, zdrowie i błogosławieństwo z uczty eucharystycznej.

Najpierw rodzina katolicka. Przepięknie Św. Augustyn nazywa Eucharystyę Sakramentem miłości rodzinnej. Gdzie mąż żyje według wiary i przystępuje częściej do Stołu Pańskiego, tam żona może zawsze mu ufać i bezpiecznie w dobrej i złej doli oprzeć się na jego ramieniu; on jej nie zdradzi — matki swych dzieci. Sam też będzie miał żonę cichą, jasną, czystą, świętą. Dzieci będą mieli karne, wdzięczne, gotowe każdej chwili do ofiary i poświęcenia się za rodziców i rodzeństwo.

Dalej jako ogniwo, łączące ludzi z Chrystusem, Eucharystya jest także węzłem jedności i spójnią miłości między członkami gminy, parafii, dyecezyi, kraju. Wskazuje na to także okoliczność, że Pan Jezus właśnie w czasie ostatniej wieczerzy na miejscu, gdzie spełnił się największy cud miłości, ogłosił światu przykazanie bratnie: „Abyśmy się spólecznie miłowali, jako On nas umiłował." (Jan 14, 12). I po tem poznają nas, żeśmy uczniami Jego, jeśli się wzajemnie miłować będziemy.

W tej myśli też Ojcowie Kościoła zowią Eucharystyę „Sakramentem pokoju i chlebem zgody." „Ci, którzy ten chleb jedząi — powiada Św. Augustyn — nie kłócą się nigdy, nie sprzeczają się z sobą nigdy." Jeśli jest inaczej, to znak, że źle i niedość przysposobieni ten Sakrament przyjmują. Na ten społeczny skutek Eucharystyi wskazuje też dawny zwyczaj Kościoła, że w czasie Mszy Świętej wszyscy obecni dawali sobie wzajemny pocałunek. I dziś jeszcze, jak to, Ukochani moi, pewnie zauważyliście, i dziś jeszcze przy Mszy Świętej uroczystej kapłan daje pocałunek Dyakonowi, a przez niego innym klerykom, przedstawiającym wszystkich wiernych. Także ceremonia, poprzedzająca to danie sobie pocałunku, jest wielkiego znaczenia. Kapłan i Dyakon mianowicie całują Ołtarz, wyobrażający Chrystusa Pana, czem chcą pokazać, że prawdziwe, wewnętrzne zjednoczenie serc pochodzi od Chrystusa, który pod postacią chleba i wina jest na Ołtarzu.

Szczęśliwa gmina, która zrozumiała, jaki skarb ma wśród siebie w Chrystusie, który w Najśw. Sakramencie stał się spółobywatelem i spółmieszkańcem naszych miast i wiosek. Szczęśliwa parafia, której członkowie odbywają częściej w roku dobrą Spowiedź i często, przysposobieni dobrze, przystępują do tej spólnej, parafialnej uczty Bożej! Niepodobna, aby jej mieszkańcy rozdzierali się kłótniami i niezgodą i niszczyli procesami. Na nią musi spłynąć więcej łaski i błogosławieństwa Bożego, niż na dom Obededoma, który przechowywał u siebie jakiś czas arkę przymierza z manną, figurą Eucharystyi. Do takich parafian, którzy w Chrystusie tworzą jakby jedno serce, odnoszą się słowa Psalmisty: „Oto jako dobra, a jako wdzięczna rzecz, mieszkać braci spółem."

---

A teraz, kiedy wiemy, kto przebywa w Najśw. Sakramencie, wyprowadźmy z tej prawdy praktyczny wniosek.

Powiedział pewien uczony niekatolik, „że gdyby mógł uwierzyć w prawdziwą, rzeczywistą i istotną obecność Pana Jezusa w Najśw. Sakramencie, to już by się nie podniósł z kolan i nie przerwałby nigdy Adoracyi." My wierzymy w tę prawdziwą obecność Chrystusa w Sakramencie Ołtarza; przekonaliśmy się, że Eucharystya, to sam Jednorodzony Syn Boży, Król i Pan nasz, a my jego własność i „lud nabycia" (J. I. Ś. Piotra 2, 9); wiemy, że Jemu „dana jest wszystka władza na Niebie i na ziemi" (Św. Mat. 28, 18) — i że te władzę i rządy nad Kościołem i każdą duszą wykonuje właśnie z tronu Swojego eucharystycznego, a więc — pójdźmy, uczcijmy i upadnijmy na twarz przed Najświętszym Sakramentem!

W jaki sposób objawia się cześć ku Najśw. Sakramentowi? Oto najpierw przez pobożne słuchanie Mszy Świętej, przez godne przyjmowanie Komunii Świętej, branie udziału w procesjach z Przenajśw. Sakramentem, częste odwiedzanie tego Gościa niebieskiego i rozważanie Jego cnót w czasie godzin Adoracyi.

Ale modlitwa i rozważanie doskonałości Jego, to jeszcze nie wszystko. Są one tylko środkiem do wielkiego celu, końcem zaś tych wszystkich praktyk eucharystycznych, podobnie jak Ofiary Mszy Świętej i Komunii Świętej, jest przerobienie jednostek i całego społeczeństwa na wzór Chrystusa i najzupełniejsze ich poddanie się Jego Boskim rządom.

Przebywanie Zbawiciela w Eucharystyi jest ciągłem nawiedzaniem ludzkości, za które należą mu się bezustanne odwiedziny nasze tak, aby nie było jednego dnia, w którymby nikt nie odbywał straży koło Najśw. Sakramentu, ani jednej godziny, w którychby stworzenie nie zawiodło żadnej do Niego modlitwy, bo ten dzień i ta godzina byłaby ostatnim dniem i ostatnią godziną dla naszej ziemi.

W nawiedzinach tych mamy złożyć pokłon i uwielbienie Zbawicielowi w Najśw. Sakramencie, przebłagać i zadość uczynić Jego Sercu za zniewagi, wyrządzane Mu w Eucharystyi, mamy Mu podziękować za dotychczasowe łaski duchowne i doczesne i uprosić sobie nowe, a nadto rozważać Jego cnoty i doskonałości.

Najlepszym hołdem, pokłonem i uwielbieniem są akty głębokiej wiary, niezachwianej nadziei i gorącej miłości ku Najśw. Sercu Bożemu w Eucharystyi. Jako wzór dziecięcej i najgłębszej wiary w rzeczywistą Jego obecność w Najśw. Sakramencie służy wielki rycerz chrześcijański Szymon Monforte. Kiedy mu pewnego dnia doniesiono, że w Hostyi wystawionej ku czci publicznej cały lud ujrzał dziecię, jaśniejące blaskiem słońca i błogosławiące swoich czcicieli i kiedy jego też zapraszano, żeby pospieszył zobaczyć ten cud, on odpowiedział: „Niech inni tam biegną, którzy wątpią w rzeczywistą obecność Pana Jezusa pod ostoną chleba; moja wiara daje mi całkowitą pewność, bo jest ona oparta na słowach Boga. Oczy moje mogą mnie mylić, wiara nigdy."

O innym przykładzie takiej żywej i wielkiej wiary opowiada ksiądz Jan Vianney, zmarły niedawno jako święty w miasteczku Ars we Francyi.

Zaprowadził on w swej parafii codzienną adoracyę Najśw. Sakramentu i zachęcał do niej gorąco swoje owieczki słowem i przykładem. Wkrótce miał to szczęście, że parafia, wprzód zła i obojętna, rozmiłowała się w nawiedzinach Zbawiciela, a w następstwie zmieniła się w owczarnię wzorową. Między rożnymi adoratorami proboszcz zauważył biednego wyrobnika, który przechodząc na robotę i wracając z niej, wstępował stale do kościółka na dłuższą adoracyę. Razu pewnego zapytał go proboszcz: „Mój kochany, powiedz no mi, co też ty mówisz do Pana Jezusa w Najśw. Sakramencie, nie mając książki do modlenia?" Robotnik odpowiedział: „Nic nie mówię do Niego; patrzę na Niego, a On na mnie." — Prostaczek ten stawał przed Bogiem, jak dziecię kochające przed obliczem ojca i, wpatrując się codzień w Miłość i Dobroć wcieloną, wracał do domu zawsze lepszy, świętszy.

Dalej należy się od nas Zbawicielowi przeproszenie i wynagrodzenie za wszystkie zniewagi, jakich od chwili ustanowienia aż po dziś dzień doznaje w Sakramencie swej miłości. Bo dziwna i prawie niepojęta rzecz! Został z nami na ołtarzach, aby naprawiać krzywdy, jakie ludzie wyrządzają grzechami Ojcu niebieskiemu, a tymczasem On sam, Boski nasz pośrednik, otrzymuje rany od tych, w których imieniu składa zadośćuczynienie. Zamieszkał w pośrodku nas, aby być naszym gościem, a jest często więźniem. Od kogo odbiera te zniewagi?

Najpierw od tych, którzy wprawdzie wierzą, że On przebywa w domku eucharystycznym, jednakże w niezliczonych wypadkach tak postępują, jak gdyby żadnej wiary nie mieli. Prawie nigdy na Mszy i przy Komunii Świętej nie bywają, wstydzą się Go spotkać na ulicy i gdy spostrzegą, że kapłan niesie Go do chorego, uciekają i nie mają odwagi, albo na tyle miłości, aby uklęknąć i jawnie wyznać swą wiarę w obecność Jego. Na wszystko znajdą czas, na odwiedziny światowe, na bale, teatr, na czytanie bezpożyteczne, a często wprost szkodliwe; wszędzie ich pełno: w przedpokojach mocarzy tego świata, na ulicach, wystawach, placach publicznych. Tylko dla Jezusa nie mają chwili wolnej, choć do Niego tylko kilka kroków i przystąpić doń można każdej pory bez długiego czekania i nie narażając się na upokorzenia. Jeśli czasem przychodzą do kościoła, to raczej po to, żeby zobaczyć znajomych i żeby ich drudzy widzieli. Oczyma rzucają na wszystkie strony, tylko nie na Ołtarz; zajmują się wszystkiem, tylko nie Najświętszą Ofiarą, myślą o wszystkiem, tylko nie o Chrystusie. Uciekają też z kościoła przed ukończeniem nabożeństwa. Słowem: wszędzie im dobrze, tylko z Bogiem wytrzymać nie mogą, jak się Tertulian dosadnie wyraża.

Ale to dopiero początek upokorzenia i cierpień Pana Jezusa w Najśw. Sakramencie. Są ludzie, którzy i dzisiaj powtarzają: „Co mi dacie, a ja Go wam wydam!" Jeden Bóg wie, ilu takich Judaszów przyniosło Mu w Komunii Świętokradzkiej pocałunek zdrady, jak z chciwości lub nienawiści gwałtownie wyłamali drzwi tabernakulum, porozrzucali i podeptali Święte Hostye.

Dusze Zbawicielowi całkowicie oddane, pragnąc wynagrodzić Mu te wzgardy i krzywdy, modlą się: „Serce Jezusa po dziś dzień jeszcze od niewdzięcznych ludzi w Najśw. Sakramencie miłości Twojej rozdzierane, zmiłuj się nad nami." I my przyłączmy się do nich, odczujmy z Kościołem cierpienia i smutki Najświętszego Serca Bożego, przebłagajmy je i wynagrodźmy aktami wiary za krzywdy niewiary, aktami miłości za nienawiść, ciągłą o Nim pamięcią i nawiedzeniami za obojętność i zapomnienie, dobrą Komunią za świętokradztwa. Niech Serce Jezusowe już się nie skarży na nas i niech nie mówi przez usta proroka: „Czekałem, ktoby się spółem smucił, ktoby pocieszył, a nie było i nie znalazłem." (Ps. 68, 21).

Dziękujemy też Najśw. Sercu Pana Jezusa za to, że raczył stać się naszą ofiarą na Kalwaryi i we Mszy Świętej, a w Komunii Świętej naszym posiłkiem, ojcem, przyjacielem, bratem, doradcą, lekarzem.

Któż jest wreszcie, ktoby nie potrzebował prosić o coraz nowe łaski i siły do sumiennego spełniania obowiązków dla siebie, rodziców, dzieci, przyjaciół, dla kapłanów — o zwycięstwo dla Kościoła Świętego? Niemasz także chyba takich, którzyby nie czuli owych ucisków moralnych, wśród których z Apostołem muszą podnieść krzyk do Nieba: „Nieszczęsny ja człowiek, kto mię wybawi od ciała tej śmierci?" (List do Rzym. 7, 24). Otóż z Najświętszego Sakramentu dojdzie ich głos i uspokojenie: odwagi synu, córko, nie jesteś sam, jam z tobą, „wystarcza ci łaska moja."

Modlitwa pokłonna, wynagradzająca, błagalna i dziękczynna, to dopiero, jak już wspomniałem, jakby wstęp do adoracyi. Co najmniej równie tyle czasu i pracy należy obrócić na rozważanie cnót Zbawiciela, aby według nich uporządkować wnętrze naszej duszy. Zbawiciel w Najświętszym Sakramencie wyraźnie powiedział Świętej Małgorzacie Maryi, że nabożeństwo eucharystyczne nie tyle zależy na afektach i aktach uczucia, ile na naśladowaniu doskonałości Jego Boskiego Serca. W tej myśli nazwał też Swoje Serce szkołą, w której mamy zaprawić się do naśladowania Jego cnót i księgą otwartą, w której czytamy Jego wezwanie do naszych myśli, do naszych pragnień, do naszych uczynków: postąp wyżej, wyżej! Nie żąda Ono od wszystkich swoich sług i czcicieli równego stopnia doskonałości, ale nie mniej domaga się, aby każdy, zwlókłszy z siebie starego, grzesznego człowieka, mógł w pewnej mierze powiedzieć: „czuję w sobie, co i w Chrystusie Jezusie." (Filip. 2, 5). Tu, u stóp Najśw. Sakramentu, gdzie Zbawiciel najpokorniejszy i ubożuchny mieszka jakby pod pożyczaną suknią sakramentalną, mamy się nauczyć przestawania na małem, cichości, wyrozumiałości, posłuszeństwa, cierpliwości.

Niektórych cnót, jak pokory i czystości w ogóle nikt nie nabędzie inaczej, jak przez gorącą cześć do Najświętszego Sakramentu i częstszą Komunię Świętą, bo w niej „zboże wybranych i wino, które rodzi panny" (Zachar. 9, 17). Niemasz także skuteczniejszego lekarstwa dla dusz, nawiedzonych krzyżem, nad rozmyślanie o unicestwieniu się Syna Bożego w Eucharystyi. Kto tedy cierpi, niech przyjdzie przed Najświętszy Sakrament i położy w duchu swoją twarz rozpaloną na twarzy poranionej Zbawiciela, serce swoje stroskane na Jego Sercu przebitern, ręce swoje spracowane na Jego rękach pokaleczonych, niech złączy swoją duszę zbolałą z Jego duszą smutną, a zrozumie tajemnicę cierpienia, pogodzi się z niem, a nawet pokocha je jako drzazgę z krzyża Chrystusowego.

Adoracje można odprawić prywatnie, czyli osobno i cicho, albo też publicznie tj. głośno i wspólnie z innymi. Można ją odbyć jako członek rozszerzonego w całym kościele i we wszystkich nieomal krajach rzymskiego Arcybractwa adoracji Najśw. Sakramentu, albo też nie należąc do niego. W naszej archidyecezyi istnieje wspomniane bractwo jako Stowarzyszenie brackie przy kościele katedralnym we Lwowie. Pełny jego tytuł opiewa: „Stowarzyszenie nieustającej adoracji Najśw. Sakramentu i niesienia pomocy ubogim świątyniom katolickim."

Przez wzgląd na nieobliczone korzyści duchowne, jakie może przynieść wiernym, chcę je niniejszym moim listem pasterskim rozszerzyć w całej archidyecezyi.

Zapraszam tedy Was, Najdrożsi moi współpracownicy Kapłani i wszystek lud wierny, abyście doń przystąpili jeszcze w tym roku, jak najliczniej, tak, aby wkrótce ani jedna u nas nie znalazła się parafia, w którejby tego bractwa nie było.

Jak z jego nazwy wynika, członkowie mają zadanie i obowiązek okazać osobliwszą cześć i miłość ku Panu Jezusowi przez adoracje Najśw. Sakramentu, jako też przez zaopatrywanie biednych kościołów w sprzęty liturgiczne, a więc w kielichy, monstrancye, ornaty, kapy, alby itd. Cel jest więc najszlachetniejszy: większa chwała Zbawiciela w Sakramencie Ołtarza i większa ozdoba przybytków i Ołtarzy Pańskich. Niepodobna mi tutaj omówić szerzej historyi, organizacyi i rozlicznych odpustów bractwa.

Wspomnę tylko, że jego główna siedziba i zarząd jest w Rzymie, do którego lwowskie jest przyłączone. Protektorem dyecezjalnego Stow. brackiego jest każdorazowy Arcybiskup lwowski, dyrektorem Kapłan przez Arcybiskupa wyznaczony. Sprawami jego kieruje w porozumieniu z dyrektorem Wydział bractwa, który ma do pomocy zelatorki, wybrane z różnych stron kraju. Członkami mogą być katolicy obojej płci. Kto chce być członkiem rzeczywistym i mieć udział w odpustach, musi każdy miesiąc odprawić godzinę adoracji, a nadto złożyć roczny datek na zakupienie przyborów liturgicznych dla ubogich kościołów.

Dzień, godzinę, miejsce adoracji, każdy członek wybiera sobie dowolnie w najstosowniejszym dla siebie czasie. Jest jednak rzeczą pożądaną, aby każdy obrał sobie stały dzień i godzinę i aby odprawił adorację, o ile to możliwe, przed wystawionym Najśw. Sakramentem. — Czas dziennej adoracji trwa od godziny 6 rano do 6 wieczór; adoracja nocna, którą w naszej archidyecezyi odprawiają zakonnice, rozpoczyna się o godzinie 6 wieczorem, a sięga do 6 rano włącznie. Prywatnie może każdy odprawić nocną adorację także w swojem mieszkaniu. Główne święto Arcybractwa jest uroczystość Bożego Ciała, a dalej święto Najśw. Serca Jezusowego, Niepokalanego Serca Najśw. Panny Maryi i św. Józefa, którzy oboje byli pierwszymi najgorętszymi czcicielami Jezusa i pierwsi starali się o szaty dla Zbawiciela. Patronem osobliwszym Arcybractwa, jak i wszystkich dzieł eucharystycznych, jest Św. Paschalis Baylon, a dalej inni wielcy czciciele Najśw. Sakramentu, jak św. Franciszek z Assyzu, Św. Tomasz z Akwinu, Św. Ignacy Lojola, Św. Juliana, Św. Stanisław Kostka, Św. Alfons Liguori.

Jestem pewny, że nie znajdzie się chyba między nami nikt, ktoby zasłaniał się wymówką, że należy już do wielu innych bractw i że wprowadzenie nowego mogłoby osłabić skuteczność już istniejących w parafii. Ktoby tak sądził i dla Bractwa wieczystej adoracji Najśw. Sakramentu okazał się obojętnym, do tego moglibyśmy słusznie odezwać się słowami Pana Jezusa: „Nie wiecie, czyiego ducha jesteście" (Łuk. 9, 55). I znowu: „Jeśli kto ducha Chrystusowego nie ma, ten nie jest Jego." (Rzym. 8, 9). Wobec Bractwa adoracji Najśw. Sakramentu, powiedział dobrze jeden ze zmarłych naszych Biskupów, wszystkie inne maleją i bledną, jak maleją i bledną gwiazdy wobec światła słonecznego. Wszak wiara w Pana Jezusa w Przenajśw. Sakramencie, pokorna cześć i miłość ku Niemu, to fundament i źródło innych bractw, które o tyle tylko należycie spełniają swoje zadanie, o ile ułatwiają i prowadzą wiernych do zjednoczenia się z Chrystusem w Sakramencie Ołtarza. — Wszystkie też inne nabożeństwa brackie tyle prawie tylko mają powabu dla wiernych, o ile odprawiają się z wystawieniem Najśw. Sakramentu i o ile łączą się ze spólną dla członków Komunią.

Członkowie bractwa Najśw. Serca Jezusowego, Różańca Świętego, Świętej Rodziny, Szkaplerza Matki Bożej itd., najlepiej spełniają życzenia Boskiego Serca Zbawiciela i Jego Matki Najświętszej, gdy osobliwszą czcią i miłością otaczać będą Najświętszy Sakrament.

Niemało pożytku, jak sobie obiecuję, spłynie z adoracji także na dzieło powszechnego nauczania katechizmu, które zaleciłem wam poprzednim moim listem pasterskim; albowiem w niej czerpać i odnawiać w sobie będziemy ciągły zapał do tej nie łatwej, a dla Kościoła i społeczeństwa tyle pożytecznej pracy. Nadzieję moją opieram na tem, że gdzie Bractwo adoracji jest w stanie kwitnącym, dostarcza ono najwięcej zelatorów i zelatorek katechizmowych, którzy całą duszą pomagają w uczeniu dziatwy prawd wiary i wychowaniu jej według zasad chrześcijańskich, zwłaszcza tam, gdzie kapłani zbyt obarczeni pracą duszpasterską, nie mogą należycie temu obowiązkowi zadość uczynić.

Jeśli moje wezwanie znajdzie dobre u was przyjęcie, — a w niczem się dotychczas na Was nie zawiodłem, owszem dużo z Was, Ukochani moi, mam pociechy, — to po jakimś czasie zwołam do naszej stolicy pierwsze walne zgromadzenie celem należytego zorganizowania dzieła, wybierzemy zelatorów i zelatorki na całą dyecezye i ogłoszę ich imiona w kurendzie dyecezjalnej, jako też parafie, które przystąpiły do bractwa.

Obok właściwej adoracji w kościele, jest jeszcze jeden jej sposób bardzo Chrystusowi miły, a nam wielce pożyteczny. Adorację taką każdy codziennie bez książki może odprawiać przy każdej pracy, w domu, lub poza domem. Zależy ona na tem, że myślą i duszą przenosimy się do swojego kościoła, do Pana Jezusa w Sakramencie Ołtarza, i mówimy Mu, że mocno wierzymy, iż tam jest obecny, przepraszamy Go za krzywdy, wyrządzone Mu grzechami, dziękujemy za wszystkie łaski udzielone naszemu domowi i polecamy nadal Jego opiece Kościół Święty, Biskupów, kapłanów, nasze rodziny i świat cały. Wiecie, Ukochani moi, z nauki waszych Duszpasterzy, że należy ciągle pamiętać na obecność Bożą i ofiarować Panu Bogu wszystkie nasze myśli, słowa, uczynki; ja Was teraz proszę, abyście wszystkie swoje dzienne sprawy składali w swoim kościele parafialnym u stóp Zbawiciela w Najśw. Sakramencie, powtarzając Mu często, że to z czci i miłości ku Niemu pragniecie jak najlepiej spełnić swoje obowiązki.

Porządek w domu i praca nic na tem nie powinny ucierpieć, ale zyskać, bo każdy, ożywiony pamięcią na Pana Boga, spełni swe zajęcie sumienniej. Ręka zostanie dalej przy piórze, książce, przy pługu, sierpie, kowadle, tylko serce wyrwie się od czasu do czasu do Najśw. Sakramentu, odmawiając cicho lub głośno, jak miejsce i okoliczności pozwolą: „Niech będzie pochwalony Najśw. Sakrament", „Niech będzie pochwalony Najśw. Serce Pana Jezusa w Najśw. Sakramencie" — albo znane: „Chwała i dziękczynienie bądź w każdej chwili Jezusowi w Najśw. Boskim Sakramencie." Także przy pracy w polu można bez trudności odprawić taką adorację aktami strzelistymi, oraz pieśniami o Najśw. Sakramencie.

* * *

Ale prócz tej adoracji cichej, prywatnej, należy się od nas Najśw. Sercu Zbawiciela jeszcze coś więcej. Wielu wypiera się Go dzisiaj publicznie, wołając jak niegdyś żydzi: „Ukrzyżuj Go, nie chcemy, aby On królował nad nami!"

Za te częste bluźnierstwa i publiczne zniewagi należy się Chrystusowi hołd, cześć i dziękczynienie przez czytelniejszą niż dotychczas adorację publiczną. Potrzeba, aby wszyscy, którzy w Niego wierzą, z tysiąca piersi na zniewagi razem odpowiedzieli: „On nasz Król i Pan i musi królować." (1 Kor. 15, 25).

Idąc tedy za głosem i wskazówką Ojca Św., spełniam dziś najgorętsze pragnienie mojej duszy i ku większej chwale Boga i pożytkowi dusz, sterownicstwu mojemu powierzonych, zaprowadzam równocześnie w całej naszej archidyecezyi spólną, głośną, publiczną adorację, którą kapłan ma odprawić łącznie z ludem w jedną Niedzielę miesiąca przed wystawionym Przenajświętszym Sakramentem.

Ponieważ dziś byłoby zawcześnie myśleć o ujednostajnieniu aktu adoracji w całej dyecezyi, więc zostawiam W. W. Rządcom kościołów swobodę w jej urządzeniu, stosownie do miejsca i okoliczności. Na razie rozporządzam tylko, że co najmniej musi ona odbywać się w tym czasie, w którym przypada kazanie i suma. Doświadczenie, jakie poczynimy w roku bieżącym wskaże Nam, co w przyszłości dodać lub zmienić wypadnie.

Przy końcu każdej adoracji wszyscy zgromadzeni odmówią za kapłanem Litanię o Najśw. Sercu Pana Jezusa, a potem głośno i chórem znaną modlitwę, ułożoną przez Ojca Św., a zawierającą akt oddania i poświęcenia się parafii, kraju, Kościoła i całego społeczeństwa Boskiemu Sercu Zbawiciela w Najśw. Sakramencie.

Z chlubą i radością podnieść możemy, że nie nowina narodowi polskiemu czcić Serce Jezusowe. Praojcowie nasi pokładali w Niem wielką ufność, czego między innemi dowodem, że nasi królowie i Biskupi uprosili już w r. 1765 u Papieża Klemensa XIII dla Polski to święto Najświętszego Serca Jezusowego, które dopiero Pius IX rozszerzył na cały świat katolicki. Piękny jest w dziejach naszej archidyecezyi także dzień 16 czerwca r. 1875, a następnie 11 czerwca 1899, kiedy to wszystkie stany wieńcem otoczyły Najśw. Serce Zbawiciela, utajone w przybytku na ołtarzu i jak bratnie wojsko ofiarowały się Jemu i przysiągły Mu wierność.

Otóż takich dni świątecznych będziemy odtąd mieli więcej, bo przybywa w każdym miesiącu jedna Niedziela, w której oblegać będziemy i zmusimy spólną modlitwą Serce Jezusa, by roztworyło źródła łask i wylało obficiej swe błogosławieństwa na nasz biedny naród.

I to jeszcze podnieść należy, że jeśli członek „Bractwa nieustającej adoracji Najśw. Sakramentu i niesienia pomocy ubogim kościołom" bierze udział w tej spólnej, głośnej adoracji miesięcznej, spełnia już tem samem jeden z głównych obowiązków brackich.

Abyś zaś, ludu mój ukochany, nie sądził, że wkładam na ciebie ciężar, którego my kapłani nosić nie chcemy, dodaję zapewnienie, że wielka część duchowieństwa archidyecezyi odprawia nie tylko tę wspólną miesięczną adorację, ale co tygodnia. Rozumiemy bowiem dobrze, że jak za doczesnego życia Pana Jezusa, z Ciała Jego Najśw. wychodziła moc cudowna na tych, którzy się Go dotknęli, tak i dzisiaj tylko z częstego zetknięcia się z Sercem Chrystusowem w Najśw. Sakramencie, możemy zaczerpnąć i nabrać potrzebnych sił i coraz nowego zapału do cięższej z każdym dniem pracy i posługi duchownej.

Bracia moi Ukochani, jeszcze raz wypowiadam ufność, że moje pragnienie i troska, aby Chrystusowi w Najśw. Sakramencie przysporzyć gorących czcicieli, nie będą próżne i daremne. Mam mianowicie wielką nadzieję, że jak na moją prośbę i wezwanie o pomoc w nauczaniu katechizmu najpierw szlachetne niewiasty pospieszały odpowiedzieć czynami, tak i teraz nie braknie gorliwych chrześcijanek, które w domach swoich będą się krzątały koło dzieci i męża, jak Marta, a równocześnie adorowały Najśw. Serce Zbawiciela, jak Marya. Wszak ku wiecznej Waszej czci zapisane w Ewangeliach owe najpiękniejsze karty miłosierdzia, jakie Matka Najświętsza i inne wasze poprzedniczki świadczyły Chrystusowi w ciągu całego Jego ziemskiego życia, za co też otrzymały największą nagrodę i łaskę, że mianowicie ich ręce uściełały do grobu Najświętsze Jego Ciało. I przez wszystkie wieki następne wy najwierniej odbywałyście straż koło Jego domku eucharystycznego, niby lampy żyjące, jaśniejące wiarą, poruszane falami nadziei, palające miłością, skąd Kościół Święty daje Wam w swoich modlitwach zaszczytny przydomek „pobożnego rodu niewieściego."

Ale więcej prawie niż o Was, chodzi mi o mężów, braci, synów Waszych, aby ich także nie brakło przy wielkiem dziele adoracji. I oni niech przyjdą i upadną w proch przed Panem! Nigdy człowiek nie jest większy, niż wtedy, gdy oddaje należną cześć swojemu Bogu.

Korząc się aż do ziemi przed Najśw. Sakramentem, znajdziecie się, mężowie chrześcijańscy, w towarzystwie ludzi, którzy są chlubą swoich narodów i całej ludzkości — filozofów Justyna i Św. Augustyna, pieśniarzy Eucharystyi Św. Tomasza i Dantego, mistrzów pędzla Anioła z Fiesole, Leonarda da Vinci, Raffaela, Michała Buonarottiego i takich królów, jak nasz Jan Sobieski, który za szczęście sobie poczytywał, że mógł służyć do Mszy świętej.

Ja się tak bardzo cieszyłem, kiedy na zeszłorocznych wielkich procesjach jubileuszowych widziałem ludzi wszystkich stanów, od mężów piastujących najwyższe urzędy i godności w kraju, aż do najbiedniejszego wyrobnika i gdy od moich kapłanów słyszałem, że także poza stolicą naszą wierni chętnie korzystali z łask jubileuszowych. Dzięki wam wszystkim za jawne to wyznanie wiary. Ale tego nie dość; nie wystarcza być katolikiem tylko na wielkie święta i od manifestacyj publicznych.

Czasy dzisiaj są złe. Cały świat jest w ogniu, możemy powtarzać za Św. Janem Chryzostomem. Nikt nie wie, co jutro przyniesie. Wszyscy jesteśmy niespokojni co do planu, jaki Opatrzność gotuje się spełnić w najbliższej przyszłości. Nie przewidujemy, dobreli czy źle rychło odniesie tryumf.

Otóż w takiej chwili moim obowiązkiem wynieść wysoko Zbawiciela na Jego tronie eucharystycznym i położyć tuż obok Niego na oku wszystkich katechizm, jako najpewniejszy drogoskaz ku lepszej przyszłości. Wasza zaś rzeczą, o mężowie, starać się o dokładniejszą znajomość Chrystusa i Jego nauki, bo dotychczas niejeden z was wie o Nim nieomal mniej, niż o pierwszym lepszym z naszych królów i poetów.

Poznawszy Go zaś gruntownie jako Boga i Zbawiciela nie tylko jednostek ale i całego społeczeństwa, ukochawszy Go w Najśw. Sakramencie, pomożecie wprowadzić ducha i obyczaj chrześcijański w życie rodzinne, w ustawodawstwo, we wszystkie instytucye społeczne.

Wobec haseł wolności, równości, braterstwa, które nieprzyjaciele Chrystusa okrzykują dziś głośno jako swoją zdobycz i własność, jak gdyby oni je dopiero byli odkryli i wynaleźli i Kościołowi chcieli dać początkowe lekcye miłości bratniej — wobec tych haseł, mężowie, powinnością wasza świętą przypominać i nauczać w spółce z kapłanami, że one zrodziły się na gruncie chrześcijańskim, że Kościół od początku wskazywał ludziom na wspólnego Ojca w Niebie, na wspólnego wszystkich brata Jezusa Chrystusa, wszystkim zastawiał jedną i tę samą ucztę z Ciała i Krwi Syna Bożego i wszystkim obiecuje wspólne dziedzictwo w Niebie, które będzie dane nie za tytuły, przywileje i godności ziemskie, ale za istotne zasługi. Praktycznie przeprowadził tenże Kościół równouprawnienie w ten sposób, że przy wyborze Papieżów nie patrzył na ród i pochodzenie; że pana czy niewolnika, jeśli dali życie za Chrystusa, obu na równi wynosił na swoje ołtarze i w modlitwach swoich czcił i wzywał pomocy jednego, tak samo jak drugiego.

Nadewszystko zaś chciejmy wszyscy naśladować czynną miłość Zbawiciela, który jak ostatni i najpokorniejszy niewolnik obmywał nogi uczniom, stał się sługą wszystkich i dziś służy ludziom dobrej woli pod osłonami chleba i wina, jako nasza ofiara, jako nasza strawa, jako więzień miłości i towarzysz pielgrzymstwa naszego, nam wyłącznie dając się na pożytek.

Nie słowami, ale tylko czynami ofiarnej miłości, ustępstw, poświęcenia, można zmienić i poprawić świat, i nie słowom, ale tylko żywej wierze i czynnej miłości chrześcijańskiej jest obiecany tryumf razem z Chrystusem; tryumf tak pewny, że On już go odniesionym mieni, mówiąc: „Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Jam zwyciężył świat." (Jan 16, 33).

* *

Daj, o wielki Boże, zrozumieć wiernym Twoim, że pokój między ludźmi może przyjść do skutku tylko u stopni Twoich ołtarzy, że przymierze narodów, jeśli ma być szczere i trwałe, musi być podpisane krwią Twojego Syna, że prawdziwe zjednoczenie umysłów i serc może się dokonać tylko w Boskiem Sercu Zbawiciela. A żywe Serce Jezusowe, to Najświętszy Sakrament. Jemu cześć, chwała, miłość, dziękczynienie na wieki.

Christus regnat, Christus imperat. — Niechto Najśw. Serce nam króluje, niech nami rządzi, niech to sprowadzi i rozszerzy na całą ziemię eucharystyczne królestwo Swoje większej miłości Boga i ludzi.

Łaska Serca Bożego w Najświętszym Sakramencie niech będzie z Wami wszystkimi!

---

w sprawie zaprowadzenia w archidyecezyi adoracji Najśw. Sakramentu.

Niedawno złożyłem w Wasze ręce, Bracia moi Ukochani, sprawę zorganizowania w naszych parafiach powszechniejszego nauczania katechizmu. Teraz przystępuję do wykonania drugiego dzieła, które było jednym z głównych przedmiotów narad na zeszłorocznej u mnie kongregacyi XX. Dziekanów.

Idąc mianowicie za przykładem wielkiego miłośnika Eucharystyi, a mojego poprzednika, błogosławionego Jakóba Strepty, któremu nie jestem godzien zetrzeć prochu z Jego nóg, i pragnąc, aby Boskie Serce Pana Jezusa w Najśw. Sakramencie było coraz lepiej znane, czczone, kochane i naśladowane, zaprowadzam niniejszem od miesiąca lutego b. r. w całej naszej archidyecezyi adorację Najśw. Sakramentu, którą kapłan razem z ludem odprawia w jedne z niedziel każdego miesiąca.

Jak każde dzieło, które do zbawienia się odnosi, według nauki Kościoła, jest „totum Dei — całe Boże", bo łaska uczynkowa je zaczyna, prowadzi i kończy, a z drugiej strony „totum hominis — całe człowiecze" dlatego, że spełnia się przy współdziałaniu wolnej woli ludzkiej, tak i udanie się dzieła adoracji zależy w pierwszym rzędzie od błogosławieństwa Bożego, a następnie od Waszego, moi Bracia, przyczynienia się i gorliwości. „Totum Dei, totum nostrum." Błogosławieństwa Najśw. Serca Bożego możemy być pewni. Chodzi teraz jeszcze o to, żebyście Wy, Ukochani moi, tyle w nie włożyli pracy, zachodu, troski, jak gdyby jego pomyślność i powodzenie wyłącznie w Waszem spoczywały ręku.

Dwie rzeczy miałem ciągle na oku przy obmyśleniu i zaprowadzeniu dzieła adoracji. Chciałem mianowicie podać Wam niezawodny, najświętszy środek do rozbudzenia pobożności, czynnej wiary u ludu, i tak gorącego przywiązania go do Kościoła i swojego duchowieństwa, żebyście jego duszę i serce niejako mieli w swoich rękach. Równocześnie pamiętałem ustawicznie o tem, aby Wam nie przyczyniać nowego, przynajmniej większego ciężaru, ale przeciwnie, ułatwić Waszą pracę i uczynić ją jeszcze obfitszą w błogie skutki. Lud, umiłowawszy bardziej Pana Jezusa, i Was bardziej pokocha i łatwiej da się kierować drogą cnoty.

Wiedząc, że w ciągu tygodnia i w niedziele macie ekskursye do wsi inkorporowanych i wiele innej pracy, przepisuję tylko minimum adoracji dla każdej parafii, tj. godzinę przed sumą w jedne z niedziel każdego miesiąca, a więc w czasie, w którym przypada kazanie. Niedzielę adoracji wybierze sam Rządca parafii, stosownie do miejscowych stosunków; — raz obrana należy podać z ambony do wiadomości ludu i nie zmieniać, aby nie wywołać zamieszania.

Bardzo jest jednak pożądanem, aby WW. Duszpasterze już o wcześniejszej godzinie wystawiali Najśw. Sakrament ku czci publicznej w oznaczoną niedzielę miesiąca, tam mianowicie, gdzie więcej jest kapłanów i pewność, że znajdzie się odpowiednia liczba osób, któreby prywatnie bez przerwy, aż do rozpoczęcia wspólnej adoracji, odbywały straż przed Sanctissimum.

Po jakimś czasie okaże się może potrzeba zaprowadzenia pewnej zmiany w sposobie adoracji. WW. Rządcy kościołów zechcą w tym względzie przedstawić swoje uwagi na kongregacjach dekanalnych. WW. XX. Dziekani zaś zwrócą przy wizycie dziekańskiej baczną uwagę na organizację tego dzieła w poszczególnych parafiach, a słuszne i trafne spostrzeżenia WW. Duchowieństwa zakomunikują mi na najbliższem u mnie zebraniu XX. Dziekanów, którego termin później określę.

Porządek i sposób adoracji przepisuję na miesiąc luty, marzec i kwiecień b. r. następujący:

1. W niedzielę Quinquagesimae celebrans przed Sumą udzieli modo solito po odśpiewaniu „O Przenajświętsza", błogosławieństwa cum Sanctissimo in monstratorio, poczem wystawi Sanctissimum na tronie i odprawia Mszę Świętą Śpiewaną aż do Credo.

2. Po Credo kapłan wyjdzie na ambonę, odczyta wobec Sanctissimum, nie zasłoniętego, Ewangelię niedzielną a potem jedną część listu pasterskiego „O czci Najśw. Sakramentu", mianowicie wstęp i część pierwszą, omawiającą przygotowanie, ustanowienie i charakter ofiarny Eucharystyi.

Potem kapłan z ambony odmówi z ludem Litanię do Najśw. Serca Jezusowego, ogłoszoną w kurendzie dyec. z dnia 9 maja 1899 l. 2507, a wreszcie głośno, powoli i wyraźnie akt poświęcenia się Najśw. Sercu Zbawiciela, w formie, którą Leon XIII. przepisał a Konsystorz Metrop. podał do wiadomości WW. Duchowieństwa okólnikiem z dnia 5 czerwca 1899 nr. VI.

Podczas Mszy lud śpiewa pieśni o Najśw. Sakramencie. Jeśli pora pozwoli, należy po sumie odprawić procesję cum Sanctissimo. Przy końcu Te Deum i benedykcja solito modo.

Jeśliby wystawienie było do nieszporów, procesja odbędzie się dopiero przy zakończeniu nieszporów.

Zaraz w lutym WW. Rządcy parafii ogłoszą ludowi, którą niedzielę marca i w miesiącach następnych obrali na drugą i następne spólne publiczne adoracje.

Taki sam porządek adoracji należy zachować w miesiącu marcu i kwietniu z tą różnicą, że w marcu odczytać należy dalszy ciąg listu pasterskiego „O Eucharystyi jako Komunii i jej znaczeniu społecznem;" w kwietniu zaś ostatnią część (II) orędzia, omawiającą potrzebę, sposób i pożytki adoracji Najśw. Sakramentu.

Najpóźniej w miesiącu kwietniu otrzymają WW. Bracia podręcznik do spólnej, publicznej, głośnej adoracji, który wedle Naszych wskazówek opracuje W. X. Dziekan Wawrzyniec Puchalski. Od maja więc i w miesiące następne WW. Rządcy parafii, a względnie XX. Kooperatorzy po wystawieniu Sanctissimi i po odprawieniu Mszy sw. aż do Credo, jak w miesiącach poprzednich, przeczytają Ewangelię a następnie odprawią razem z ludem adorację.

Inwokacje przy aktach uwielbienia, przebłagania, dziękczynienia i prośby, należy wygłosić powoli, wyraźnie, głosem donośnym, aby cały lud je słyszał i mógł na nie odpowiedzieć stosownemi responsoryami. Aby nie powstało zamieszanie i odpowiedzi ludu wypaść mogły dobrze i równo, WW. Duszpasterze pouczą wprzód lud należycie i urządzą kilka prób w kościele po nieszporach, w kaplicach i szkołach. Zachęca też wiernych do jak najliczniejszych zamówień wspomnianego podręcznika adoracji, które zbiorowo przesłać należy do P. X. Dziekana Wawrzynca Puchalskiego w pałacu Arcybiskupim we Lwowie. Egzemplarz podręcznika będzie możliwie najtańszy: są dzienny, i nie przekroczy ceny 70 halerzy.

Krótkie nauki wstępne i pouczenia, jakie będą wplecione w każdą godzinę adoracji, mogą WW. Bracia odczytać lub też nawet nieco rozszerzyć i powiedzieć ludowi z pamięci. Po aktach uwielbienia, przebłagania, dziękczynienia, prośby, należy zawsze odmówić: Litanię o Najśw. Sercu Pana Jezusa i wspomniany akt spólnego poświęcenia się temuż Boskiemu Sercu.

Tej formy wspólnej, głośnej adoracji nigdzie zresztą nie znalazłem. Mam przekonanie, że ona w naszych stosunkach, gdzie lud nie dość oświecony w Katechizmie, jest najodpowiedniejsza i prawie jedynie możliwa. Nie taję przed sobą pewnych trudności, które jak z każdem dziełem większem, tak i z nią się łączą, przedewszystkiem, że znaczna część wiernych nie umie czytać i nie zna dość swego języka ojczystego, przez co, zwłaszcza w początkach, może powstać przy odpowiedziach ludu pewne zamieszanie. Trudności te jednak nie tylko nie odstraszyły mnie od wprowadzenia wspólnej adoracji, ale owszem były pobudką, że z nią występuję zaraz w początkach moich rządów. Mundus in maligno positus. Caritas ergo Christi urget nos. Troska o przyszłość, lęk, że możemy się kiedyś znaleźć w warunkach jeszcze cięższych, są powodem, dlaczego mi tak spieszno roznieci gorętszą cześć Najśw. Sakramentu.

Adoracja wspólna coram Sanctissimo exposito ma właśnie wydobywać przed oczy ludu coraz to nowe doskonałości Zbawiciela, aby je naśladować. Wystawienie najsilniejszą jest podporą i podnietą ciągle żywej wiary w obecność Zbawiciela pod osłoną chleba. Z wystawionego Najśw. Sakramentu niby ze słońca zlewają się do dusz promienie i potoki dobrych natchnień, pobożnych wzruszeń i uczuć, które rozgrzewają nawet oziębłe serca, budzą i podtrzymują ducha modlitwy. Jestem pewny, iż żaden z Braci po kilku wspólnych adoracjach nie będzie się skarżył, że lud po wejściu do świątyni wprzód oddaje pokłon wszystkim obrazom w kościele, zanim sobie przypomni i uczci Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie.

Obok tego wystawienia Najśw. Sakramentu dla publicznej adoracji w jedną z niedziel każdego miesiąca, zostaną nadal wszystkie dotychczas zarządzone lub dozwolone wystawienia Najśw. Sakramentu in monstratorio. Gdyby gdzieś powstały jakie wątpliwości i trudności, WW. Duszpasterze zechcą o nich powiadomić XX. Dziekanów, którzy Nam je swego czasu zakomunikują.

Nikt chyba nie powie, że wystawienia Sanctissimi będą u nas odtąd za częste, że uroczystość ta spospoliceje w oczach ludu, straci swój urok i właściwy sobie majestat. Powszednieje tylko człowiek lub rzecz, których wartość jest skończona a przyroda tak małe, że je kilkugodzinnem rozpatrywaniem się w nich wyczerpać można. Obecnością Boga tylko ten się znudzić może, kto Boga nie zna, albo zna tylko mało i nie chce poznać. Są dyecezye, gdzie codzień jest błogosławieństwo Najśw. Sakramentem w monstrancyi, a nikt nie skarży się, że wystawień jest za wiele.

Dalej przypominam, Bracia moi ukochani, że przed 30 laty zawiązało się we Lwowie przy kościele archikatédrálnym tyle zbożne brackie Stowarzyszenie nieustającej adoracji Najśw. Sakramentu i niesienia pomocy ubogim świątyniom katolickim.

Moi Czcigodni Poprzednicy zalecili je jak najgoręcej WW. Duchowieństwu i wiernym. I ja proszę i wzywam Was teraz, moi Bracia, abyśmy spólnemi siłami rozkrzewili to dzieło na całą dyecezye. W tym celu zachęcajcie swoje owieczki do wpisywania się jak najliczniej do wspomnianego Bractwa. Obowiązki brackie są łatwe, jak zobaczycie z ustaw Bractwa, które kładę poniżej. Godzinną adorację, przepisaną ustawami, mogą członkowie odbyć także wspólnie w czasie publicznej miesięcznej adoracji w kościele parafialnym. Jako członkowie Bractwa zyskują oni przez tę wspólną adorację odpusty brackie, których adoratorowie, nie wpisani do Bractwa nie otrzymują.

Jednajcie też Bractwu jak najwięcej członków dobrodziejów, spółpracowników i spółpracownic, któryby przyszli mu z pomocą w ofiarach pieniężnych, pracą i datkami w naturze, tj. składali na przybory liturgiczne także płótno, materye jedwabne i złoto.

Na pierwszem jednak miejscu przystąpcie sami do Bractwa, bo głównym zelatorem brackim jest proboszcz w każdej parafii. Jak wszędzie gdzieindziej, tak i tutaj Duchowieństwo pierwsze musi dać przykład, że umie adorować i uznaje potrzebę adoracji.

Celem utrzymania dokładnej ewidencyi każdy Rządca parafii założy u siebie osobną księgę dla członków bractwa i wpisania wkładek. Datki członków winno się odsyłać do kasy Zarządu głównego na ręce P. X. Kanonika Lubomęskiego we Lwowie. Aby jednak nie wywołać nieufności i niechęci ludu, że jego grosz wychodzi poza granice parafii, wprowadzam pewną zmianę w dawniejsze ustawy bractwa i zostawiam uznaniu WW. Duszpasterzy, czy zechcą wszystkie wkładki odsyłać do Lwowa, czy stworzyć z części wkładek na miejscu fundusz na zakupno lub odnowienie przyborów liturgicznych. W pierwszym rzędzie będą jednak te parafie ubogie uwzględnione przy rozdawaniu sprzętów liturgicznych, które wkładkami swemi zasilają główną kasę bractwa we Lwowie.

Jeśli bractwo rozszerzy się w naszej dyecezyi, zwołam po jakimś czasie do stolicy Kongres eucharystyczny i walne zgromadzenie, celem przeprowadzenia ścisłej jego organizacyi.

Wreszcie jeszcze jedno. Z radością i wdzięcznością podnoszę, że pewna część naszych kapłanów przystąpiła już do specyalnie dla duchownych zorganizowanego „Stowarzyszenia kapłanów adoracji Najśw. Sakramentu."

Chodzi mi jeszcze o resztę mojej drogiej Braci i proszę, aby ani jednego Kapłana w archidyecezyi nie było, któryby się do tej legii honorowej jak najprędzej nie wciągnął. Organem Stowarzyszenia Kapłanów adoratorów będzie miesięcznik, który od 1 stycznia 1902 r. wychodzi pod redakcją ks. Dr. Stan. Narajewskiego, prof. przy uniwersytecie lwowskim. Do niego też należy się udawać we wszystkich sprawach, dotyczących Stowarzyszenia Kapłanów adoracji Najśw. Sakramentu. Miesięcznik dostarczy WW. Braciom zawsze jakiejś nauki, a względnie medytacyi o Najśw. Sakramencie i zaznajomi Was z ruchem eucharystycznym w Kościele.

Godzina tygodniowej adoracji, do której członkowie Stowarzyszenia są zobowiązani, sowicie opłaci się i adoratorom i całej parafii. Będę spokojny o los wspólnej adoracji parafialnej, gdzie kapłan będzie szczerym, gorącym adoratorem. On ciepłem miłości, jakie włoży we wspólne akty adoracji, porwie za sobą lud cały i uczyni z niedzielnego dnia adoracji wielkie święto w parafii. Wierni będą w niej uczestniczyć z rozkoszą i najżywszem przejęciem i wrócą do swoich zajęć do głębi wzruszeni i na duchu umocnieni. Lud będzie się budował i szczycił swoim pasterzem, widząc z jaką czcią, cichością, spokojem chodzi koło Najśw. Sakramentu i jak pobożnie odprawia Mszę świętą, przestrzegając ściśle rubryk. Za naszym przykładem organista, kościelny, ministranci zachowają się wobec ołtarza Pańskiego tak, jak chrześcijanin wierzący powinien się zachowywać wobec swojego Boga. Głos Boży do Mojżesza: „Rzeźuj buty z nóg twoich, miejsce bowiem na którem stoisz ziemią świętą jest" (II Mojż. 3, 5), będzie ciągle brzmiał w uszach wszystkich parafian.

Lat temu kilka umierał w pokoju Bożym kapłan, którego całe życie było zapełnione pracą apostolską i obfite w najszlachetniejsze czyny poświęcenia się dla sprawy Boga i ludu. W ostatniej chwili zapytał go kolega, który przybył pożegnać go i opatrzyć wiatykiem: „Czyś mój bracie bardzo kochał Pana Jezusa?" „Czym kochał Pana mojego? — odpowiedział umierający cichym głosem — czy Go kochałem? Widzisz, żem nie stary. Miłość Jezusa strawiła mnie!"

Oby każdy z nas mógł za tym sługą dobrym powtórzyć: Miłość Zbawiciela, którą podtrzymywałem i pomnażałem codziennie dobrą Komunią Sw. i częstą adoracją Jego Boskiego Serca w Najśw. Sakramencie — strawiła mnie.

← wróć do odkrywania