HomiliaDB

Thomas N. Burke OP · Wykłady i kazania

7. Postacie Kalwarii. Św. Jan Ewangelista

Wygłoszone w niedzielę, 24 marca, w kościele dominikanów pod wezwaniem św. Wincentego Ferreriusza w Nowym Jorku.

Gdy moja wiara stała się letniaGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego Naśladowanie ChrystusaCzystość
W skrócie. Kazanie o postaciach Kalwarii skupione na świętym Janie Ewangeliście jako wzorcu chrześcijanina. Burke wyróżnia trzy przymioty Jana: dziewiczą czystość (nagrodzioną szczególną bliskością z Chrystusem przy Ostatniej Wieczerzy i powierzeniem Mu Maryi), głęboką miłość Bożą zrodzoną z tej czystości, oraz mężną odwagę publicznego wyznania wiary wbrew ryzyku wobec władz, którym był znany.

„Był tam jeden — młody i piękny — który nie cofnął się przed swym Mistrzem i Panem w tej godzinie; który szedł u Jego boku; który dzielił urągania zsypywane na głowę Syna Bożego i wziął swój udział w bólu i hańbie owego straszliwego poranka Wielkiego Piątku.”

*Wygłoszone w niedzielę, 24 marca, w kościele dominikanów pod wezwaniem św. Wincentego Ferreriusza w Nowym Jorku.*

Mówiłem wam dziś rano, bracia moi, że przez najbliższe kilka dni skupimy uwagę na grupach otaczających Pana naszego na Górze Kalwarii. Zamierzałem dziś wieczór przedstawić wam różnorakie postacie i klasy ludzkie, które stały tam jako nieprzyjaciele Boga. Muszę jednak nieco zmienić ten plan. Jutro przypada Uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny — jedno z największych świąt roku chrześcijańskiego — upamiętniające tajemnicę, z której wywodzą się wszystkie tajemnice naszego odkupienia. Będzie ono, jak wiecie, dniem nakazanym; dlatego też zmuszony będę odejść tak dalece od pierwotnego zamysłu, aby jutro wieczór wygłosić kazanie o tej wielkiej uroczystości — Zwiastowaniu Najświętszej Maryi Panny. Na tyle muszę naruszyć ułożony plan; zmusza mnie to zaś, abym dziś wieczór jedynie pokrótce naszkicował różne grupy i klasy, przez które reprezentowani byli nieprzyjaciele Pana naszego na Kalwarii. Przejdziemy następnie wprost do rozważenia tej postaci, która stała tam jako przyjaciel swego umierającego Pana i Zbawiciela.

Wiele klas ludzkich otaczało Pana naszego na owej straszliwej i groźnej drodze, kiedy to wyruszywszy z sali swego skazania, skierował oblicze ku Kalwarii i wyruszył bolesną „Drogą Krzyżową". Ci, którzy Go skazali, zasiadając w owym trybunale, nie poprzestali na samym wyroku; lecz w żarliwości swej zemsty pragnęli naocznie stać się świadkami Jego egzekucji — spełniając słowa Ewangelisty, że Uczeni w Piśmie i Faryzeusze szli za Panem i nasycali swe mściwe oczy widokiem Jego trzygodzinnej agonii na Krzyżu. Bezpośrednimi wykonawcami tej straszliwej egzekucji byli żołnierze rzymscy z kohorty, którzy Go ubiczowali, którzy ukoronowali Go cierniem i którzy z kamienną obojętnością odprowadzili Go na miejsce stracenia. Byli to poganie. Byli to ludzie, którzy nigdy nie słyszeli imienia Bożego. Byli to ludzie, którzy — gdyby je nawet słyszeli — musieliby słyszeć je w języku, który ledwie rozumieli, a który był środkiem powszechnego przekazu tego, co zwano „cudami", to jest opisem cudów Chrystusa. Ledwo jednak wzbudziło to w nich choćby naturalną ciekawość; dlatego też prowadzili Go na śmierć tak, jak by wlekli każdego innego przestępcę — z tym jednym wyjątkiem, że przez jakoweś dziwne, diaboliczne opętanie patrzyli na tego człowieka, o którym nic nie wiedzieli — na tego człowieka, który nie wyrządził im nigdy ni słowem, ni czynem żadnej krzywdy — z gwałtowną odrazą i nienawidzili Go nienawiścią niepojętą. Uosabiali w ten sposób narody, które nie znają Pana Prawdy. W pogaństwie, w ciemności i złości swej niewiary, nie znają imienia Bożego. Kiedy imię to wymawia się w ich obecności, pada na ich uszy raczej jako imię wroga niźli przyjaciela. Nie potrafią wytłumaczyć, dlaczego Go nienawidzą. I my nie potrafimy wytłumaczyć nienawiści żołnierzy rzymskich. Misjonarz wyrusza dziś w pełni kapłańskiej władzy Chrystusa. Staje przed ludem Chin albo Japonii. Dopóki mówi im o cywilizacji, o potędze militarnej, o bogactwach i chwale kraju, z którego przybywa, słuchają go chętnie i z zainteresowaniem. Dopóki odkrywa przed nimi tajniki wiedzy ludzkiej, korzystają z jego usług, radzi go gościć. Tak to — jak wiemy — niektórzy misjonarze jezuiccy zajmowali najwyższe stanowiska na dworze Cesarza Chin. Lecz skoro tylko misjonarz wymieni imię Chrystusa, nie tylko odmawiają go słuchać, lecz na miejscu ogarnia ich diaboliczna wściekłość; oczy błyskają nienawiścią i gniewem; chwytają posłańca, który przynosi im orędzie pokoju, miłości i życia wiecznego.

I zdaje im się, że nie dopełnili swego obowiązku, dopóki nie przelali krwi z jego serca na miejscu. O, jak ogromne są tłumy tych, którzy przez całe wieki witali tak Syna Bożego i każdego, kto mówił w Jego imieniu! Pomyślcie o niezliczonych milionach, do których Kościół — posłaniec Boży — głosił i przemawiał przez osiemset lat i więcej, lecz na próżno! Oto klasa, która była reprezentowana u stóp Krzyża — twarze obojętne, kamienne, a jeśli wyrażające cokolwiek, to tylko ponury gniew, wśród mąk Tego, który w owej godzinie swej agonii i swego poniżenia mieszał modlitwy o przebaczenie z ostatnią kroplą krwi, jaka wypływała z Jego ran z Jego konającego serca!

Jest tam i inna klasa. Tworzą ją ci, którzy Go znali dobrze albo znać Go byli powinni. Widzieli Jego cuda; byli świadkami Jego świętości; wiedli z Nim dysputy o prawie, dopóki nie przekonał ich, że mądrość Jego nie może być mądrością ludzką, lecz Bożą. Zamknął im usta. Odpowiedział na każdy argument, jaki ludzie zuchwalcy i hardzi Mu przedstawiali. Zawstydził ich do tego stopnia, że nikt już nie ośmielił się Go więcej zapytywać. Lecz ingerował On w ich interesy i ich pychę. Pycha ta buntowała się przeciw poddaniu się Jemu. Miłość własna i chciwość podsuwały myśl, że jeśli On żyje, Jego światło zaćmi ich, a wpływ na lud przepadnie. Byli to Uczeni w Piśmie i Faryzeusze. Byli wodzami ludu. Byli sędziami Jerozolimy. Byli ludźmi, których donośny głos i władcze tony rozbrzmiewały w Świątyni. Byli ludźmi, którzy wchodzili do niej, jak gdyby nie była domem Bożym, lecz ich własnym. Byli ludźmi, którzy bez trwogi zbliżali się do ołtarza, by wypowiadać słowa bluźnierczej pychy i nazywać je modlitwami. Byli ludźmi, którzy gardzili pokornym Celnikiem bijącym się w piersi. Byli ludźmi, którzy wznosili ku niebu cnotliwe ręce i obłudne oczy, by biadać nad słabością natury ludzkiej. Byli ludźmi, którzy nienawidzili Chrystusa, bo nie mogli z Nim prowadzić dysput — bo nie mogli bronić swych błędów przed Jego prawdą — bo nie mogli utrzymać swego stanowiska, lecz milkli skonfundowani wobec Jego świętości i dźwięku Jego potężnego głosu. Cóż więc uczynili?

Poczęli kłamać ludowi. Poczęli mówić ludowi, że jest oszustem i bluźniercą. Poczęli zwodzić lud — niszczyć tę ocenę, jaką lud mógł mieć o Jezusie Chrystusie. Starali się wyszukać fałszywych świadków, by pod przysięgą zniesławili Go najpierw, a potem pozbawili Go życia. A czyż muszę mówić, kogo reprezentują? Czyż muszę mówić ludowi, w którego pamięci żywe jest po dziś dzień nieustannie powracające kłamstwo rzucane w twarz Kościołowi katolickiemu — nieustannie powtarzane fałszywe świadectwo wnoszone przeciw niemu — palenie kościołów, znieważanie ołtarzy, gwałty na kapłanach, zniewagi sypane na głowy świętych zakonnic, lud podburzany przeciw samej nazwie katolicyzmu, aby spełniło się słowo Tego, który powiedział: „Wyrzucą wasze imię jako złe dla mego imienia" — ludzie, którzy sprawili, że samo słowo „mnich", „zakonnik", „jezuita" znaczy coś ohydnego, zmysłowego lub niskiego? Ci ludzie byli z natury światowi i fałszywi. Nie muszę wam wskazywać, że pośród was i każdego dnia — z ich kazalnic, z ich zborów, przez ich codzienną prasę — każdego dnia zaznajamiani jesteśmy ze starym kłamstwem, przesuniętym i zmienionym, umęczonym, zniekształconym, pokrętnym, i z fałszywym świadectwem przybranym w tysiączne formy nieprawdy. I byli jeszcze inni — tacy, którzy wierzyli w Chrystusa — którzy Go znali — którzy cieszyli się Jego rozmową i przyjaźnią, a w tej ciemnej godzinie bali się być widziani w Jego towarzystwie, na tej górze hańby. Gdzież byli Apostołowie? Gdzież byli Uczniowie? Uciekli od swego Mistrza, bo niebezpiecznie było być z Nim widzianym. Judasz — uosobienie człowieka, który sprzedaje swoją wiarę i swojego Boga za ten świat; który sprzedaje swoje sumienie, aby napełnić trzos; który sprzedaje wszystko, co najświętsze, gdy zażąda się od niego tego za doczesny zysk i ziemskie dobra; który pieczętuje swoją niegodziwość złą komunią, aby zachować pozory; i który jedną ręką brał pieniądze od Faryzeuszów, drugą zaś przyciskał Chrystusa do piersi; człowiek, który grał podwójną rolę; człowiek, który nie chciał zupełnie zerwać ze swym Panem ani poświęcić dobrej opinii swoich współapostołów; i dlatego przyjął sobie na potępienie złą komunię — on nie śmie wspiąć się na strome zbocze Kalwarii; lecz stoi z daleka i patrzy na straszliwy widok; widzi, jak przed jego oczami przechodzi jego Pan i Mistrz, w którego niewinność wierzy, choć Go wydał; jego Pan i Mistrz, pokryty ranami od biczowania od stóp do głów, ukoronowany cierniem, zalany krwią; jego Pan i Mistrz, który tak często mówił do niego słowa przyjaźni i miłości, przeszedł przed oczami renegata i zdrajcy. Kiedy patrzył i gdy na chwilę wzrok jego spotkał oblicze owej postaci, chylącej się z wyczerpania i bólu — ten widok przywołał wspomnienie minionych dni, lecz bez żadnego promyka nadziei, bez żadnego światła pociechy dla duszy, tylko z poczuciem, że zdradził swego Boga i że trzyma oto w swej haniebnej sakiewce pieniądze, za które sprzedał swą duszę i sumienie. Stanął blady i przerażony. Szarpał się za włosy i wznosił rozpaczliwe ręce. Przekonał się, że nie zdoła żyć, aby ujrzeć dopełnienie swej niegodziwości; i zanim Zbawiciel wydał ostatnie wołanie za odkupionym światem, dusza samobójcy Judasza zstąpiła do piekieł! „Lepiej dla niego byłoby, gdyby się nie urodził!" Czy reprezentuje on jakąś klasę? Czy nie ma na tym świecie ludzi, którzy niemal z radością szukają czegoś do przetargowania ze światem, gdy wyrzekają się świętej wiary i religii, by pochwycić światowe dobra? Czyż nie czytaliśmy w historii narodów — w historii kraju, z którego większość z nas pochodzi — czyż nie czytaliśmy nigdy o ludziach sprzedających swą wiarę za bogactwa i zaszczyty tego świata? Czyż nie czytaliśmy w historii świata o ludziach, którzy aby zachować pozory, przystępowali do świętego ołtarza i przyjmowali komunię świętą? O monarchach, którzy aby dobrze stać ze swymi katolickimi poddanymi, czynili pokaz przystępowania do komunii świętej? I o pochlebcach i dworakach, którzy aby przypochlebić się królowi w chwili pobożności czy skruchy, przystępowali do komunii świętej? Lecz czas nie pozwala mi zatrzymywać się przy rozważaniu licznych klas ludzi światowych: fałszywego przyjaciela, gorzkiego, choć świadomego nieprzyjaciela, bezlitosnych katów — ludzi, którzy Go wówczas otaczali i którzy są dokładnymi odpowiednikami tych, których spotykamy dziś.

Lecz był tam jeden — i ku temu jednemu zwracają się tej nocy moje myśli i moje serce. Był tam jeden, który przeznaczony był, przez wszystkie wieki i dla wszystkich narodów, być wzorem tego, czym musi być prawdziwy chrześcijanin — przyjaciel Chrystusa; prawdziwym wyrazicielem roli, jaką musi odgrywać, i ofiary, jaką musi czas po czasie składać, by wystawić na próbę siłę i czułość swej miłości. Był tam jeden — młody i piękny — który nie cofnął się przed swym Mistrzem i Panem w tej godzinie; który szedł u Jego boku; który dzielił urągania zsypywane na głowę Syna Bożego i wziął swój udział w bólu i hańbie owego straszliwego poranka Wielkiego Piątku. Był tam jeden, którego Mistrz dopuścił do swego boku, by mógł niejako oprzeć się na mocy jego męskości i nieustraszeniu jego miłości. Tym jedynym był Jan Ewangelista. Patrzcie na niego, gdy dziewiczymi oczyma spogląda jako człowiek na swego bliźniego na Krzyżu! Patrzcie na niego, jak gdyby mówił: „O Mistrzu! O Ukochany duszy mej i serca! Czy zdołam cię ulżyć w jednym chociażby cierpieniu, przyjmując je i czyniąc swoim własnym?" Taki był Jan. Zastanówcie się, kim był i czym. Trzy łaski otaczały go, gdy stał u stóp Krzyża. Trzy Boże dary tworzyły aureolę niebiańskiej światłości wokół jego głowy. Były to: łaska chrześcijańskiej czystości, łaska Boskiej miłości oraz prawdziwa męskość owej dzielności, która pogardza światem, gdy idzie o danie świadectwa miłości i wierności Bogu i Zbawicielowi — trzy szlachetne dary, w które świat jest dziś tak ubogi! O, bracia moi, czy trzeba wam mówić, że ze wszystkich plag naszych dni jedna przybrała tak ogromne rozmiary, że zyskała miano „plagi społecznej" — zło, które wkrada się w każdy stan i każdą warstwę społeczeństwa; zło, które wznosząc swą potworną głowę, raz po raz nas przeraża i trwoży cały świat dowodem swej szerokiej zarazy; zło, które dziś skaża serce, niszczy duszę młodych i wstrząsa naszą naturą i naszą męskością aż do samych fundamentów, i ściąga na całe narody piorunujące i druzgocące przekleństwo Boże! Czy trzeba wam mówić, że owym złem jest straszliwe zło nieczystości — niepohamowana namiętność, plugawa wyobraźnia, poniżone i zdeprawowane pożądania tej naszej materialnej krwi i ciała, podnoszącej się w buncie i głoszącej w swych rozpalonych pożądaniach, że nic z prawa Bożego, nic z odkupienia Bożego nie zdoła jej ruszyć; że wszystko, wszystko może przepaść, byle tylko nasycić się i upić owym pokarmem chuci, o którym Pismo mówi, że „jego smak jest śmiercią"? O tym już wam mówiłem, i o przeciwnej cnocie — cnocie „wskaźnikowej", jak się ją nazywa — cnocie cnót; o niej też wam mówiłem; tej, przez którą zgubiony człowiek wznosi się do samej doskonałości swojej duchowej natury; przez którą blask Bożej pełni, będącej najwyższym podobieństwem do Chrystusa, wyciska się na duszy; przez którą wonność i jasność Dziewicy i Syna Dziewicy zdaje się świecić nawet w ciele człowieka, podobnie jak w duchu, „napełniając całą istotę" — mówi św. Efrem — „wonią swojej słodyczy". Takiej cnoty anielskiej czystości przyszedł Pan nasz Chrystus ustanowić na ziemi. Taką cnotę złożył jako fundament swego Kościoła w czystym i dziewiczym kapłaństwie; w fundamentach społeczeństwa — w czystej i nieskazitelnej męskości; zachowując całość duszy w czystości ciała. Taka cnota przysługiwała Janowi, „uczniowi miłości"; i przysługiwała mu w jej najwyższej postaci; bo jak mówią nam święci Ojcowie i wykładacze tradycji Kościoła od samego początku, a zwłaszcza św. Piotr Damaszceński — Jan Ewangelista był dziewicą od kolebki do grobu. Żadna myśl o miłości ludzkiej nie przebłysnęła nigdy przez jego umysł. Żaden gwałtowny zryw ludzkiej namiętności nie zmącił nigdy równej natury jego niebiesko wyrobionej duszy i ciała. Był najmłodszy ze wszystkich Apostołów; i był zaledwie młodzieńcem, gdy dziewictwo tworzące spojrzenie Chrystusa spoczęło na nim. Chrystus spojrzał na niego i ujrzał dziewicze ciało, piękne i szlachetne w przejrzystej czystości swej niewinności. On — Stwórca i Odkupiciel — ujrzał duszę czystą, jasną i nieskalaną; duszę właśnie wkraczającą w wiek męski, w pełnym posiadaniu wszystkich sił swoich; i serce czułe, a przecież najczystsze, rozwijające się jak lilia, gdy pęka i rozchyla swe białe płatki, by zebrać w swym kielichu rosy niebieskie niczym krople diamentów w sercu najczystszej białości. Tak właśnie widział Pan nasz piękną duszę Jana. Jezus Chrystus przemówił do owego dziewiczego ucha słowami zaproszenia; i w ową dziewiczą duszę wszczepił łaski apostolstwa i miłości, i czułości, i mocy, które spoczywając tam wśród tych płatków chwały, wydały w duszy tego młodego człowieka wszystko, co najjaśniejsze spośród cnót Chrystusowych. Dziewica — to znaczy ktoś, kto nigdy nie pozwolił, by myśl jego umysłu ani uczucie serca jego odstąpiło od najwyższej formy Boskiej miłości — takim był on, zanim jeszcze ujrzał oblicze swojego Odkupiciela. Lecz gdy do owej dziewiczej czystości, która z natury szuka miłości Bożej w jej najwyższej postaci, ów Bóg uczynił siebie widzialnym w postaci świętego człowieczeństwa Pana naszego; gdy dziewiczy Król, Książę i Przywódca dziewiczych chórów w niebie, stanął przed oczami młodego Apostoła — och, wówczas instynktem czystości serce jego zdało się wychodzić z niego i szukać serca Chrystusa. I tak było przez trzy lata, pod oczyszczającym spojrzeniem Pana naszego. Przez trzy lata żył w najściślejszej wspólnocie miłości ze swym Mistrzem; wyróżniając się spośród wszystkich innych Apostołów — spośród których żaden, o ile wiemy, nie był dziewicą, jedynie Jan — wyróżniając się tym, że przez swą uprzywilejowaną dziewiczą czystość dopuszczony był do wewnętrznych komnat serca Chrystusa. Toteż gdy Pan nasz ukazał się Apostołom na wodach, wszyscy pozostali cofnęli się przerażeni; i mówili do siebie: „To widmo! To zjawa!" Jan spojrzał i natychmiast rozpoznał Mistrza, i rzekł do Piotra: „Nie bój się! To Pan!" Na co św. Hieronim mówi: „Jakież to były oczy Jana, które widziały to, czego inni nie widzieli? Och, to było oko dziewicy rozpoznające Dziewicę!" *Solus virgo virginem agnoscit.* Tak też pewien milczący przywilej był udzielony Janowi, co widać w samym zachowaniu Apostołów. Piotr z pewnością był uczczony ponad wszystkich innymi otrzymaniem pierwszeństwa i zwierzchnictwa; przez mianowanie go Wikariuszem i zastępcą swego Mistrza; innymi słowy — „Głową Apostołów". Co więcej, serce Piotra było sondowane aż do samej głębi jego pojemności i miłości, zanim Chrystus Pan mianował go swoim zastępcą. Trzykrotnie zapytał go: „Miłujesz Mnie?" I znów, w obecności Jana: „Czy miłujesz Mnie, Piotrze, więcej aniżeli ci?" Więcej aniżeli ci; więcej aniżeli ludzie, którzy stoją tu przede Mną i o których do ciebie mówię. I Piotr był w tej godzinie umocniony i wzniósł się przez Boską łaskę na wyżynę w oczach swego Boskiego Mistrza, jakiej nie osiągnął nigdy żaden człowiek. Nie jest to serce człowieka miłującego Pana, lecz serce Pana miłującego człowieka. Tak więc Piotr był wezwany, by kochać swego Pana bardziej niż inni. Lecz najczulsza miłość Boskiego Mistrza była przywilejem Jana. On był uczniem, „którego miłował Jezus". I wiedzieli o tym dobrze jego współapostołowie. Jaki to był przywilej dany Janowi przy Ostatniej Wieczerzy dla jego dziewiczej czystości? Był Mistrz i byli uczniowie wokół Niego. Był człowiek, którego przeznaczył na pierwszego papieża — zastępcę swej władzy i głowę swych wyznawców. Czy Piotr otrzymał pierwsze miejsce? Nie! Pierwsze miejsce miłości, miejsce po lewej stronie, najbliżej drogiego serca, było przywilejem Jana. I — o, niewypowiedziana godność udzielona przez Zbawiciela naszego Jego dziewiczemu przyjacielowi! — głowa ucznia spoczęła na piersi Mistrza, i ludzkie ucho Jana usłyszało bicie dziewiczego serca Chrystusa, Pana ziemi i nieba! Między tymi dwoma — w życiu — możecie łatwo spostrzec w tym i innych podobnych rysach zapisanych w Ewangelii; między tymi dwoma — Mistrzem i umiłowanym uczniem — było ciche wzajemne obcowanie, przemożna czułość miłości, o której inni Apostołowie zdają się nie wiedzieć. Z tej właśnie czystości Jana wyrosła miłość ku Jego Boskiemu Panu i Mistrzowi. Po zmartwychwstaniu to Pan nasz zapytał Piotra: „Czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?" Przed męką i śmiercią Syna Bożego Piotr, jeszcze nie utwierdzonyw miłości, zachwiał się w wierności i zaparł się Mistrza; miłość Jana nie doznała żadnej zmiany. Miłość Piotra musiała najpierw zostać upokorzona, a następnie oczyszczona łzami i serce skruszone żalem, zanim mógł wyznać: „Panie, Ty wszystko wiesz; Ty wiesz, że Cię miłuję!" Lecz w miłości św. Jana odnajdujemy miłość niezawodną i niezmienną. Czym był dla niego Mistrz w godzinie swej chwały, tym był i w godzinie swej hańby. Widział swego Pana jaśniejącego na szczycie Taboru w dniu Przemienienia; a kochał Go równie gorąco, gdy widział Go okrytego hańbą i sromotą na Krzyżu! Jakiej natury była ta miłość? O, przyjaciele moi, zastanówcie się, jakiej natury była owa miłość? Zawładnęła sercem potężnym, lecz pustym. Potężne w swej pojemności miłości jest serce człowieka — serce młodego człowieka — serce chłopca zdolnego, utalentowanego i oświeconego. Chcecie wiedzieć, ile miłości zdolne jest pomieścić to serce? Patrzcie na świętych Kościoła katolickiego. Patrzcie na każdego człowieka, który oddaje swe serce Bogu całkowicie i bez reszty. Patrzcie nawet na ofiary, jakie składają młode serca pełne czysto ludzkiej miłości. Patrzcie na ofiarę życia, zdrowia, wszystkiego, co człowiek posiada, składaną na ołtarzu miłości, nawet wtedy, gdy owa ludzka miłość przybrała niską i odrażającą postać nieczystości. Lecz zmierzcie — jeśli potraficie — żar czystej miłości do Jezusa Chrystusa. Mówię do serca młodego człowieka, a on nie może tego pojąć! Prawda jest tu taka, że nawet najbardziej rozwiązły i samolubny grzesznik na obliczu ziemi nie zaznał nigdy, w upajaniu się swymi najbardziej nieokiełznanymi ekscesami, pełnego ukojenia, zupełnej rozkoszy, przemożnej zdolności miłości, jaka jest w sercu człowieka, a którą tylko Bóg zdolny jest zaspokoić.

Takie to właśnie serce powołał do siebie Pan nasz. Takie było serce Jana. Było to serce pojemne. Było to serce młodego człowieka. Było puste. Nie było w nim żadnej miłości ludzkiej. Żadne poprzednie uczucie nie wchodziło w drogę ni nie przekreślało zamysłów Bożych nawet w najmniejszym stopniu, ani też nie opanowało najodleglejszego zakątka tego serca. Wtedy więc, znalazłszy je tak pustym w swej czystości, tak pojemnym w swej naturze, Syn Boży napełnił serce młodego Apostoła swoją miłością. O, była to najrzadsza, najwspanialsza przyjaźń, jaka kiedykolwiek istniała na tej ziemi — przyjaźń łącząca dwa dziewicze serca: serce umiłowanego ucznia Jana; wielka dziewicza miłość, która pochłonęła uczucia Jana, napełniając jego młode serce i umysł pięknem i najwyższym rozumieniem swego Pana i Mistrza, napełniając jego zmysły niewypowiedzianymi urokami zrodzonymi przez widok oblicza Świętego. Patrzył na piękno owej świętej i Boskiej ludzkości; i przenikliwymi oczyma umysłu dostrzegał pełnię Bóstwa, która na nim jaśniała. Słuchał słów Boskiego Mistrza, a były one słodsze od muzyki, którą słyszał w niebie i którą opisuje w Apokalipsie, mówiąc: „Usłyszałem głos wielu śpiewaków i harfiarzy grających na swych harfach." Daleko słodsze od ech nieba, które zstępowały w jego duszę na wyspie Patmos, było szlachetne, męskie głos jego Pana i Mistrza — raz wylewający błogosławieństwa nad ubogimi — raz mówiący tym, którzy płaczą, że kiedyś będą pocieszeni — raz szepczący wdowie z Naim: „Nie płacz" — raz mówiący pokutującej Magdalenie: „Odpuszczają ci się grzechy twoje, bo wiele miłowałaś!" — raz grzmiący w Świątyni jerozolimskiej, aż jej mury odpowiadały echem na Boski głos Tego, który mówił: „Napisane jest, że dom Mój jest domem modlitwy, a wyście uczynili zeń jaskinię zbójców" — był to wciąż wznioślejsza muzyka i melodia — harmonijny ton głosu Bożego — jak padał na oczarowane uszy zachwycającego Ewangelisty — tego młodego człowieka, który szedł za swoim Mistrzem i karmił swą duszę ową Boską miłością. Z tej miłości wyrosła nierozłączna wspólnota, która wiązała go z Chrystusem. Nie oddalał się dobrowolnie od boku Mistrza nawet na chwilę. Nie odłączał się choćby na moment od bezpośredniego towarzystwa swego Pana. I tu tkwi tajemnica jego miłości; bo miłość — czy ludzka, czy Boska — pragnie zjednoczenia i żyje widokiem i rozmową z przedmiotem swego uczucia. Dlatego też spośród wszystkich Apostołów Jan był tym, który zawsze trzymał się blisko swego Mistrza — zawsze starał się być przy Nim — zawsze starał się uchwycić miłujące oczy Chrystusa w każdym spojrzeniu. To było światło jego blasku — Boska mądrość, która go ożywiała!

Jakże różne jest postępowanie Jana w godzinie Męki od postępowania Piotra! Pan nasz Boski uprzedził Piotra: „Piotrze — rzekł — zanim kogut zapieje, trzykroć się Mnie zaprzesz." Nic dziwnego, że głos Mistrza napełnił serce Apostoła trwogą. A jednak, rzecz dziwna, nie uczynił go ostrożniejszym ani rozważniejszym. Gdy Pan nasz był pojmany, Ewangelista wyraźnie mówi nam, że Piotr szedł za Nim. Szedł za Nim? Zaprawdę, szedł za Nim; lecz szedł za Nim z daleka. „*Petrus autem sequebatur eum a longe.*" Czatował na obrzeżach tłumu. Starał się ukryć w ciemności nocy. Starał się zasłonić twarz, by nikt nie mógł go schwytać i uwięzić jako przyjaciela Odkupiciela. Lękał się potwierdzić, że jest sługą takiego Mistrza. Począł myśleć o sobie, gdy każda myśl jego umysłu i każda siła jego serca winna była skupić się na jego Panu. Szedł za Nim; lecz w pewnej odległości. Ach, w dobrej odległości. Jan natomiast rzucił się na czoło. Jan chciał być widzianym ze swym Mistrzem. Jan chciał ująć Mistrza za rękę, choćby związaną rzemykami, by przyjąć ożywczy dotyk łączności z Chrystusem. Jan chciał słyszeć każde słowo, które by padło, czy to za Nim, czy przeciw Niemu. Jan chciał karmić oczy swoje każdym przedmiotem, który zajmował uwagę jego Pana i który rozjaśniał się od Jego spojrzenia — prawdziwy wzorzec klasy chrześcijańskich mężów szukających towarzystwa i obecności swego Mistrza i czerpiących moc z owego szukania i z owej obecności. Jest on wzorem człowieka, który często przystępuje do komunii świętej, przygotowując się przez dobrą spowiedź i kładąc w ten sposób fundament sakramentalnej jedności z Bogiem, która staje się wielkim elementem jego życia — człowieka, który przystępuje do ołtarza co miesiąc — człowieka, który zna Chrystusa i wchodzi poniekąd do wewnętrznych komnat owego świętego serca nieskończonej miłości; człowieka, który zna owe kilka minut zachwytu zarezerwowanych dla czystych; dla tych, którzy nie tylko starają się służyć Bogu, lecz służyć Mu miłośnie i dobrze. Tacy właśnie kroczą śladami Jana; tacy są jego następcami. Piotr reprezentowany jest przez człowieka, który przystępuje do komunii świętej raz lub dwa razy w roku — może raz w Wielkanoc albo na Boże Narodzenie, po czym powraca do świata. Niechaj Bóg sprawi, by ani świat, ani ciało, ani szatan nie opanowały dni, tygodni ani lat reszty jego życia! Człowiek ten oddaje — może dwa razy w roku — godzinę lub dwie gorliwemu obcowaniu z Bogiem, a przez cały pozostały czas jedynie przelotne myśli, przebłyskujące przez nurt jego życia. I cóż była konsekwencją? Jan wszedł na Kalwarię i zajął najchlubniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek było dane człowiekowi. Piotr spotkał na zewnętrznym dziedzińcu małą służebnicę, a ta rzekła mu: „I ty byłeś z Jezusem Nazareńskim." W chwili gdy głos dziewczęcia padł na jego ucho, zaparł się Mistrza i przysiągł, że Go nie zna.

Przechodzimy teraz do trzeciego wielkiego przymiotu Jana; i to, przyjaciele moi, szczególnie pragnę poddać waszej uwadze. Jakże czuła była miłość tego człowieka ku jego Mistrzowi — ku jego przyjacielowi — zwróćcie uwagę, jak jednocześnie była silna i jak męska. Nie staje z boku. Nie pozwala żadnemu żołnierzowi, strażnikowi ani katu odsunąć się go od swego Mistrza. Stoi przy Jego boku, gdy Ten staje przed swymi oskarżycielami w Pretorium Piłata. Wychodzi. Jan przyjmuje Go w swe ramiona, gdy zemdlały z upływu krwi powraca otoczony żołnierzami ze straszliwej sceny biczowania; i gdy Krzyż jest wkładany na ramiona Odkupiciela — wśród tłumu mieszkańców wokół Niego — po prawicy, tak blisko, że mógłby się na nim oprzeć gdyby chciał, jest męska postać świętego Jana Ewangelisty. O, pomyślcie o miłości, jaka była w jego sercu, i o głębi jego bólu, gdy widział swego Pana, swego Mistrza, swego przyjaciela, swą jedyną miłość — w tak straszliwym stanie niedoli, nędzy i słabości! W takim stanie był Pan nasz Boski, gdy włożono na Jego ramiona ciężki krzyż. Jak bardzo Apostoł Miłości pragnąłby zdjąć ową bolesną i straszną koronę z jej cierniami z czoła, do którego przylgnęła, i włożyć ciernie na swoją własną głowę, gdyby tylko byli skłonni pozwolić mu dźwigać bóle i cierpienia jego Mistrza i jego Boga! O, jak bardzo musiał pragnąć wziąć ciężar złożony na niechętne ramiona Szymona z Cyreny! O, jak zazdrościł człowiekowi, który uniósł krzyż z zakrwawionych ramion Boskiej Ofiary i włożył na własne silne ramiona, i niósł nim w górę stromym zboczem Kalwarii! Z jaką wdzięcznością musiał Apostoł patrzeć na oblicze Weroniki, która ze łzami płynącymi z oczu i na zgiętych kolanach trzymała chustę, na której Zbawiciel odcisnął znaki swego Boskiego oblicza! A jednak kim był ten człowiek? Kim był ten człowiek, który przyjął cios jak przestępca idący na stracenie? Kim jest ten człowiek, który zajmuje miejsce hańby? Kim jest ten człowiek, który gotów przyjąć na siebie całą zniewagę i wszelką karę, jaka na nią idzie? Jest jedynym spośród Dwunastu Apostołów, który jest publicznie znany. Czytamy w Ewangeliach, że Apostołowie byli wszyscy ludźmi prostymi, powołanymi z tłumu przez Pana naszego. Jedynym, który wybił się, był znany, był pamiętany z tego czy innego powodu, był św. Jan. A komu był znany? Był znany — mówi Ewangelista — arcykapłanowi. Był mu tak dobrze znany, i jego straży, i jego sługom, i współkapłanom, że gdy Pan nasz był w domu Annasza, Jan wszedł bez przeszkód; i gdy Piotr razem z innymi był zatrzymany, Jan musiał jedynie powiedzieć słowo do odźwiernej i wprowadził Piotra. Był doskonale znany naczelnym władzom — znany możnym — znany naczelnym senatorom. „O Janie! Janie! Bądź rozważny! Pamiętaj, że jesteś człowiekiem rozgłośnym, tak że możni zapiszą cię ku hańbie, a może ku zniewadze, ba, nawet ku śmierci, jeśli będziesz widziany z Jezusem Chrystusem w tej godzinie. Myśl o swoim własnym dobru. Nie bądź lekkomyślny. Kto wie, co może cię spotkać." O, to jest mowa świata. To jest mowa, którą słyszymy dzień w dzień. „Roztropność i ostrożność!" „Nie ma potrzeby obnosić się z naszą religią!" „Nie ma potrzeby narzucać naszego katolicyzmu światu!" „Nie ma potrzeby nieustannie rozwijać sztandar, na którym wymalowany jest Krzyż Chrystusa — Krzyż, na którym umarł dla zbawienia dusz ludzkich." „Nie ma potrzeby do tego wszystkiego. Idźmy w spokoju ze światem! Módlmy się skrycie. Chódźmy w niedzielę cichutko na Mszę; a niech świat nic o tym nie wie!" O, jakże szlachetna odpowiedź tego, kogo znał cały świat! Jakże szlachetna dusza tego, który stanął przy Panu, wiedząc, że jest człowiekiem rozgłośnym, i że prędzej czy później jego wierność owego Wielkopiątkowego poranka narazi go na kłopoty! Ach, jakże chwalebne było postępowanie człowieka, który wiedział, że naraża się na szwank — że wystawia na niebezpieczeństwo swą reputację, wolność, samo życie! Że cierpiał może w najczulszej zażyłości i przyjaźni! Że tracił może estymę u owych ludzi światowych, którzy myśleli, że czynią rzecz mądrą, właściwą i roztropną, skazując Pana na ukrzyżowanie. Staje przy swoim Mistrzu. Mówi wobec całego świata: „Ktokolwiek jest Jego nieprzyjacielem, ja jestem Jego przyjacielem. Cokolwiek jest Jego dzisiejszym położeniem, ja jestem Jego stworzeniem; i uznaję Go za mojego Boga!" I tak kroczył krok za krokiem z mdlejącym Odkupicielem ku stromym zboczom Kalwarii. Nie wiemy, jakie słowa miłości i silnego, męskiego współczucia mógł wlewać w strapizone ucho Chrystusa. Nie wiemy, o ile pochylające się człowieczeństwo Pana naszego było wzmacniane i pokrzepiane w tej smutnej godzinie obecnością wiernego i kochającego Jana! Czy byliście kiedy w wielkim utrapienie, przyjaciele moi? Czy smutek przygniotł was kiedyś druzgocącym i przytłaczającym ciężarem? Czy brakło wam kiedy odwagi i sił w wielkim trudzie, a nie widzieliście wyjścia z miażdżącego ciężaru troski łamiącej wam serce? Czyż nie wiecie, co znaczy mieć choćby jednego przyjaciela — jednego przyjaciela, na którym można polegać z pełnym i bezwzględnym zaufaniem — jednego przyjaciela, który, jak wiecie, wierzy w was i was kocha, a którego miłość jest tak silna jak jego życie? Jednego przyjaciela, który, jak wiecie, podtrzyma was, choćby cały świat był przeciw wam? Taką była pociecha, takie ukojenie, które było przywilejem Ewangelisty ofiarować Panu naszemu na Kalwarii. Żadna ludzka roztropność argumentów nie odwiodła go. Uważał — i słusznie uważał — że szczytem mądrości jest drwić, gardzić i deptać nogami świat, kiedy ten świat ukrzyżowywał jego Pana i Mistrza. Najwyższy wzorzec człowieka, który mówi z głębi własnego sumienia: „Jestem ponad światem!" Niechaj każdy mężczyzna zapyta siebie tej nocy i odpowie na to pytanie własnej duszy: „Czy naśladuję czystość, czy naśladuję miłość, czy naśladuję odwagę i dzielność tego człowieka, o którym powiedziano, że był »uczniem, którego miłował Jezus«?"

Otrzymał on swoją nagrodę. Otrzymał swoją nagrodę wielką nad wyraz. Ach, jakże mało wiedział — wielka jak była jego miłość — jakże mało wiedział o darze, który na niego czekał i który miał mu dać jego umierający Pan! Mało wiedział o wieńczącej chwale zachowanej dla niego u stóp Krzyża. Jak jego serce musiało drżeć najżywszymi wzruszeniami rozkoszy, zmieszanej burzliwie z ogromem jego bólu, gdy z ust umierającego Mistrza usłyszał rozkaz: „Synu, oto Matka twoja!" — i gdy oczami zamgłonymi łzami udręki i miłości rzucił swe najczystsze, najmiłośniejsze i najczulsze spojrzenie na opuszczoną Matkę konającego Syna! Czym był jego zachwyt, gdy usłyszał głos umierającego Mistrza mówiącego do Maryi: „O Matko, bacz na Jana, mego brata, mego miłośnika, mego przyjaciela! Weź go za syna!" Do Jana mówi: „Synu, odchodzę, zostawiam ci tę kobietę — opuszczoną ze wszystkich stworzeń, jakie kiedykolwiek chodziły po ziemi. Prawda, że jest mi ona najdroższa w niebie i na ziemi. Przyjacielu, nie ma nic, co bym tak kochał! Przyjacielu, nie ma nikogo, kogo bym tak miłował jak jej! I tobie ją powierzam! Weź ją za matkę swoją, o najmilszy!" Jan uczynił krok naprzód — wzorzec i prototyp nowego człowieka odkupionego przez Pana naszego — człowieka, którego chwałą miało być to, że był Synem Maryi! Czyni krok naprzód, aż staje wprost przed konającym Panem, i zbliża się do Maryi Matki pośród jej boleści, i rzuca się w jej kochające ramiona. I nowo znaleziony syn obejmuje swą niebiańską matkę, podczas gdy z ukrzyżowanego Pana krople krwi spadają na nich i cementują związek między Jego Kościołem a Jego Świętą Matką, w którym tajemnica Wcielenia dopełnia się przez najzupełniejsze usynowienie i braterstwo z Synem Bożym.

Sceny na Kalwarii nie będę się tykał ani opisywał. O powoli mijających minutach bólu, udręki i agonii, które rozciągnęły trzy te straszliwe godziny nieustannego cierpienia — o tym mówić nie będę. Lecz gdy scena dobiegła końca; gdy Pan Chwały i Miłości wydał swoje ostatnie wołanie; gdy zatrwożone serce Dziewicy zabiło w trwodze, gdy ujrzała setnika cofającego straszną włócznię i przebijającego bok jej Boskiego Syna; gdy to wszystko minęło i gdy Pan nasz został zdjęty z Krzyża, a Jego ciało złożone w ramionach Maryi — gdy zmyła łzami plamy krwi — gdy zdjęła z Jego czoła koronę cierniową i gdy złożono Go do grobu — opuszczona Matka włożyła ręce w dłonie swego nowo znalezionego dziecięcia, świętego Jana, i z nim powróciła do Jerozolimy. Chwalebny tytuł „Dziecięcia Maryi" był odtąd jego; i z tym cennym darem konającego Odkupiciela radował się w towarzystwie Maryi i w miłości Maryi. Dziewica miała wówczas, według tradycji, czterdzieści dziewięć lat. Przez dwanaście lat, które przeżyła z Janem, przebywała przeważnie w Jerozolimie, podczas gdy on głosił Ewangelię w Efezie, jednym z miast Azji Mniejszej, i założył tam kościół, i zasiadał na jego katedrze jako pierwszy Apostoł i Biskup. Założył kościół w Filippi, i kościół w Tesalonice, i wiele kościołów w Azji Mniejszej. Całe jego życie przez siedemdziesiąt lat po śmierci jego Boskiego Pana było poświęcone szerzeniu Ewangelii i zakładaniu Kościoła. Lecz przez dwanaście lat więcej Dziewica Matka była przy nim, w jego domu, otaczając go troskliwie wszelką wygodą, jaką zdolna była mu zapewnić jej opieka. O, pomyślcie o zachwytach tego domostwa! Każde spojrzenie jej dziewiczych oczu na niego przypominało jej Tego, który odszedł — bo Jan był podobny do swego Boskiego Mistrza. To było owo cudowne podobieństwo do Chrystusa, które najwyższa forma łaski wydobywa w człowieku. Wyobraźcie sobie, jeśli potraficie, to życie w Efezie, kiedy Apostoł, wyczerpany apostolskim głoszeniem, zmęczony i znużony nieustannym proklamowaniem zwycięstwa i miłości Odkupiciela, wracał do domu i siadał, podczas gdy Maryja swą troskliwą ręką ocierała pot z jego czoła; i oto ci dwoje, siedząc razem, mówili o Panu i o tajemnicach życia w Nazarecie; i z ust Maryi słyszał on tajemnice trzydziestu lat miłości w skromnym domu nazaretańskim, i o tym, jak Józef umarł, a Jezus pracował dla niej w jego miejsce. Z ust Maryi słyszał tajemnice — cudowne tajemnice jej Boskiego Syna; aż napełniony natchnieniem i wznosząc się na najwspanialsze i najchwalebniejsze szczyty Bogiem natchnionej myśli, ogłosił Ewangelię, która zaczyna się od cudownych słów: „Na początku było Słowo" — wskazując i cofając się do wieczności Syna Bożego. Wyobraźcie sobie, jeśli potraficie, jak Maryja wylewała przed Janem, lata po śmierci Pana naszego, słowa wdzięczności za troskę, którą go otaczał, i całą swoją wdzięczność mu za wszystko, co uczynił, pocieszając i podtrzymując swoje Boskie Dziecię w godzinie Jego boleści! O, to przekracza wszelką kontemplację. Po owej tajemnicy Boskiej Miłości — życiu w Nazarecie z własnym Dziecięciem — przychodzi życie, jakie wiedzie w Efezie ze swym drugim, przybranym synem, świętym Janem Ewangelistą. Przeszedł do nieba pierwszy spośród dziewic — mówi święty Piotr Damiani — pierwszy w chwale jako pierwszy w miłości, otoczony dziś najjaśniejszym światłem wieńczącym dziewicze chóry nieba! Teraz, teraz śpiewa pieśni anielskiej radości i anielskiej miłości; i pozostawia wam i mnie — tak jak stoi i jak go rozważamy na Górze Kalwarii — wielką i pouczającą naukę o tym, jak chrześcijanin winien postępować wobec swego Pana i swego Boga: żyjąc w chrześcijańskiej czystości — w danej przez Chrystusa mocy Boskiej miłości — i w owym chwalebnym, wzgardzającym światem wyznaniu Bóstwa i miłości Jezusa Chrystusa; które depcząc nogami wszelki czysto ludzki szacunek, żyje i chlubi się przyjaźnią z Bogiem, posiadaniem Jego świętej wiary i praktykowaniem Jego świętej religii — nie wstydząc się Go przed ludźmi; i zdobywając w ten sposób nagrodę od Tego, który mówi: „A kto by Mnie wyznał przed ludźmi, tego i Ja wyznam przed Ojcem moim, który jest w niebie."

← wróć do odkrywania