HomiliaDB

Thomas N. Burke OP · Wykłady i kazania

12. Życie nadprzyrodzone — życie pochłaniające lud irlandzki

Wygłoszone w kościele św. Wincentego Ferrera w Nowym Jorku, w piątek 26 kwietnia 1872 r.

Gdy moja wiara stała się letniaGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego Życie nadprzyrodzoneChrzest i bierzmowanie
W skrócie. Uzupełniający wykład wyjaśniający tajemnicę przetrwania irlandzkiej narodowości. Burke dowodzi, że chrzest (narodzenie nadprzyrodzone), Eucharystia (pokarm) i pokuta (lekarstwo) tworzą analogię z naturalnym życiem człowieka, i że wyrzeczenie się tych sakramentów oznacza śmierć narodową — jak Szkocja, która wyrzekła się wiary i straciła odrębność, podczas gdy Irlandia zachowała nadprzyrodzone życie i przez to zachowała narodowość.

„Prawdziwe wyjaśnienie leży w tym, że nadprzyrodzone życie stało się tak pochłaniającym życiem ludu irlandzkiego, że oddziaływało na jego życie naturalne i zachowało zasadę jego narodowości.”

*Wygłoszone w kościele św. Wincentego Ferrera w Nowym Jorku, w piątek 26 kwietnia 1872 r.*

Okazja, która skłania mnie do przemawiania do was tego wieczoru, wynika z faktu, że wielu spośród tych, którzy byli uprzejmi nabyć bilety na wykład w Cooper Institute, nie mogło być obecnych z powodu wielkich tłumów życzliwych i współczujących przyjaciół, którzy powitali mnie owego dnia. Obowiązany zatem w imię sprawiedliwości dołożyć wszelkich starań, by wyjść naprzeciw oczekiwaniom tych, którzy łaskawie zakupili bilety na ów wykład, pragnę zarazem przeprosić was za wszelkie niedogodności, jakich mogliście doznać owego wieczoru wskutek nieprzyjęcia. Nie zamierzam tym razem powtarzać tego samego tematu ani stąpać po tej samej ścieżce co owego wieczoru w Cooper Institute, lecz postaram się wprowadzić was w wewnętrznego ducha, który ożywiał wielką walkę o wiarę Irlandii i o narodowość Irlandii. Dla tych spośród was, którzy — tak jak ja — są Irlandczykami, temat będzie miły i zajmujący z narodowego punktu widzenia. Dla tych zaś, którzy Irlandczykami nie są, temat pozostanie niemniej interesujący, albowiem nie znam bardziej pasjonującego przedmiotu, który mógłby pochłonąć uwagę człowieka prawego i wielkiego ducha, niż kontemplacja narodu toczącego szlachetną walkę o swe życie — zarówno w swej religii, jak i w swym narodowym bycie.

Przede wszystkim tedy, moi drodzy przyjaciele, zważcie, że w każdym człowieku istnieją dwa pierwiastki — dwa pierwiastki życia — mianowicie: naturalny i nadprzyrodzony, doczesny i wieczny, cielesny i duchowy. Gdy nieco zastanowimy się nad naturą człowieka, odkryjemy, że Bóg Wszechmogący obdarzył nas nie tylko życiem naturalnym, istnieniem cielesnym, lecz że dając nam duchową istotę duszy, będącą naszą wewnętrzną zasadą życia, i wyciskając na tej duszy swój boski obraz i podobieństwo, jak nam powiadają Pisma — zamierzył On, by każdy człowiek żył nie tylko prawdziwym, naturalnym i cielesnym życiem ciała, lecz duchowym i nadprzyrodzonym życiem duszy. Ciało ma swoje potrzeby, swoje konieczności, swoje niebezpieczeństwa, swoje rozkosze; i tak samo dusza ludzka ma swoje potrzeby, swoje konieczności, swoje niebezpieczeństwa, swoje rozkosze; a zaprawdę nędznym okazem naszego człowieczeństwa jest ten, kto nie żyje bardziej dla duchowych i intelektualnych celów duszy aniżeli dla przemijających i materialnych celów ciała. A jednak między tym, co materialne, a tym, co nadprzyrodzone, między tym, co cielesne, a tym, co duchowe, zachodzi ścisła analogia i podobieństwo. W ciele człowiek musi się narodzić, aby rozpocząć swój byt na tym świecie, a pierwszym nieodzownym pierwiastkiem życia jest właśnie owo narodzenie, będące początkiem życia. Gdy małe niemowlę przychodzi na świat, potrzebuje codziennego pokarmu, by mogło wzrastać i nabierać sił z każdym dniem — od dzieciństwa do młodości, a od młodości do pełni i siły dojrzałości. Lecz gdy człowiek osiągnie ów pełny wzrost i tę pełnię sił, nadal każdego dnia potrzebuje pokarmu, by zachować w sobie owo zdrowie i siłę. A mimo tego zalążku bytu i narodzenia, mimo codziennego pokarmu przez całe życie — z samej natury ciała, z tysiąca okoliczności, które go otaczają — każdy z nas musi w pewnej chwili doświadczyć choroby i niemocy cielesnej. Wówczas konieczne staje się lekarstwo — środek zaradczy — by przywrócić nam zdrowie i siły. Oto trzy wielkie konieczności cielesnego czy cielesnego życia człowieka. By zaistnieć, trzeba się narodzić. By trwać w pełni zdrowia i sił, trzeba być żywionym; a by zostać przywróconym do pełni bytu, ilekroć wskutek choroby lub niemocy go utraci, należy zastosować odpowiednie środki zaradcze. Jak jest z ciałem, tak jest z duchem. Jak jest w porządku natury, tak jest w porządku łaski. Dusza również musi narodzić się do swego życia nadprzyrodzonego. Dusza musi być zasilana nadprzyrodzonym pokarmem, by zachować swą niebiańską moc w owym nadprzyrodzonym życiu. Dusza, ilekroć upada lub odchodzi od tej mocy i tego nadprzyrodzonego istnienia, musi otrzymać środki zaradcze, by mogła powrócić do pełni swej nadprzyrodzonej dojrzałości. I właśnie w tym miejscu świat nie pojmuje — nie powiem: darów Bożych — lecz nawet potrzeb człowieka. Jeśli istnieje jedno zło większe od wszystkich innych w naszym dziewiętnastym stuleciu, to jest nim to, że ludzie zadowalają się tym, co zaledwie naturalne. Szukają wszystkiego, co jest potrzebne do siły i radości życia naturalnego, a nie wznoszą się — i odmawiają — z rozmysłem odmawiają — wzniesienia się nawet myślą, nawet wyobraźnią, do idei życia nadprzyrodzonego i nadprzyrodzonych potrzeb człowieka. Brak idei nadprzyrodzonej, brak nadprzyrodzonej tęsknoty i pragnienia, zadowolenie z pozbawienia pierwiastka nadprzyrodzonego — oto wielkie zło naszych dni; i jako historyk oraz kapłan składam odpowiedzialność za to zło uroczyście u wrót protestantyzmu. Protestantyzm nie tylko uderzył w tę czy inną konkretną naukę Kościoła Bożego — protestantyzm zabił i unicestwił nadprzyrodzone życie w człowieku. By to dostrzec, wystarczy zastanowić się, czym są trzy pierwiastki owego życia nadprzyrodzonego. Cóż mam na myśli, gdy mówię o nadprzyrodzonym pierwiastku życia? Oto co: jesteśmy obowiązani żyć nie tylko dla czasu, lecz dla wieczności; nie tylko dla tego świata, lecz dla świata, który ma przyjść; nie tylko dla bliźnich, lecz nade wszystko dla naszego Boga, który nas stworzył. Wiedzcie, że żaden człowiek nie może żyć dla Boga, jeśli nie żyje w Bogu. Pozwólcie, że powtórzę tę wielką prawdę: żaden człowiek nie może żyć dla Boga, jeśli nie żyje w Bogu; a by żyć w Bogu, trzeba się narodzić dla Boga. Trzeba zacząć żyć w Bogu, jeśli ma się w Nim żyć w ogóle — tak jak człowiek musi narodzić się na ten świat w sposób naturalny, jeśli ma żyć na tym świecie. Jeśli tedy Bóg w swej mądrości, w swym miłosierdziu, w swej łasce, w swych Boskich i wiecznych zamysłach jest nadprzyrodzonym życiem człowieka — wynika z tego, że nadprzyrodzone narodzenie duszy polega na jej zjednoczeniu z Jezusem Chrystusem, zaszczepieniu w Nim — jak powiada św. Paweł: wlaniu w Niego — i czyni to porównanie: Gdy ogrodnik ma dziko rosnący oliwnik — karłowaty, skręcony, pozbawiony soku — rodzący może kilka dzikich owoców, bez oliwy i bez soku w nich — co czyni? Ucina gałąź dzikiej oliwki i wszczepia ją w korę i w ciało — w pień — dojrzałej, rodzącej oliwnicy; i wówczas sok owocującego drzewa przechodzi do dzikiej i dotąd bezpłodnej gałęzi, i wydaje ona pełnię swego owocu, gdyż wlano w nią lepsze życie i lepszy sok. Tak — zauważył św. Paweł Apostoł — my, jako dzieci natury i w czysto naturalnym życiu, rodzimy się z dzikiej oliwki — człowieka grzesznego; lecz Chrystus Pan, człowiek z nieba, zstąpił przepełniony i przebogaty łaskami Bożymi, świętością Bożą, i wówczas, biorąc nas z naturalnego pnia, zaszczepił nas na sobie — prawdziwej oliwicy; i tak zostajemy wlani w Jezusa Chrystusa, aż ta łaska, będąca istotą Boskiej natury Boga w całej jej doskonałości, staje się nam udzielona; toteż św. Piotr nie waha się nazwać łaski pewnym uczestnictwem w Boskiej naturze. Tak tedy, moi drodzy przyjaciele, owo zaszczepienie w Chrystusie jest duchowym i nadprzyrodzonym narodzeniem i początkiem owego nadprzyrodzonego życia, które jest w człowieku. Jakże to się dokonuje? Odpowiadam: przez sakrament chrztu; i tu, u samego progu życia nadprzyrodzonego, ze zgrozą i ze zdumieniem stwierdzam, że jednym z pierwszych owoców protestantyzmu jest zaprzeczenie odrodzeniu chrzcielizem, zaprzeczenie łaski chrztu i praktyczna odmowa udzielania tego sakramentu. Nie tak było w pierwszych dniach protestantyzmu; nie tak było przez długie lata. Konieczność narodzenia nadprzyrodzonego i duchowego była uznawana nawet wówczas, gdy inne prawdy były odrzucane; lecz dziś doszło do tego, że duch i genius popularnego protestantyzmu jest przeciwny idei odrodzenia chrzcielnego. Dziś nazywa się to wymysłem odrodzenia przez chrzest. Szydzą z tego; a przed niewielu laty pewien duchowny protestancki w Anglii odmówił chrztu dzieciom urodzonym w swojej parafii, uzasadniając tę odmowę wyznaniem, że nie wierzy w konieczność chrztu ani w to, by przynosił on jakiekolwiek dobro czy łaskę młodej duszy. Z początku świat protestancki był zaalarmowany. Protestancki biskup Exeter zawiesił tego duchownego w obowiązkach. Duchowny odwołał się do głowy protestanckiego Kościoła Anglii — mianowicie do królowej Wiktorii i jej rady: królowa, dobra kobieta, wcale się nim nie przejęła — nie miała pojęcia o tej sprawie. Miała swoją rodzinę i swoje dzieci na głowie, a mąż jej żył jeszcze w owym czasie: zupełnie się nim nie przejęła; nie zwróciła na niego uwagi; ale rada wzięła się do dzieła. Zebrali się ci mężowie — mogli być Żydami, mogli być niewiernymi, mogli być, czym chcecie; a mówiąc to, nie żywię najmniejszego braku szacunku dla Żydów ani dla niewiernych — mówię po prostu, że mogli to być ludzie, którzy nie wierzyli w chrześcijaństwo ani w Chrystusa wcale. Zebrali się i orzekli, że odrodzenie chrzcielne, czyli duchowe narodzenie w Chrystusie, nie stanowi żadnej części nauki protestanckiej. W konsekwencji biskup otrzymał rozkaz od rady, by uchylił zawieszenie, i duchowny odniósł tryumf. Był to uroczysty akt, deklaracja wiary ze strony tego, co sami nazywają Głową Kościoła, i poddanie się ze strony samego Kościoła zasadzie, że protestantyzm jako taki, jako religia, odmawia uznania nawet samego początku życia nadprzyrodzonego, którym jest chrzest.

Lecz gdy człowiek zostaje ochrzczony w Chrystusie i zaczyna żyć życiem nadprzyrodzonym, następną jego koniecznością — tak jak w życiu naturalnym — jest pożywienie. Jakiż pokarm przygotował dla niego Bóg? Przygotował pokarm dwojaki: nauczanie swej prawdy, którym ma być karmiona inteligencja dziecka, oraz swą własną Boską obecność w sakramencie Eucharystii, będącym pokarmem duszy chrześcijańskiej w jej nadprzyrodzonym życiu, niezbędnym dla tego życia, a bez którego człowiek nie ma w sobie żadnego życia. „Jeśli nie będziecie spożywać Ciała Syna Człowieczego" — mówi Chrystus — „i nie będziecie pić Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie." I tu znów protestantyzm jest zniszczeniem życia nadprzyrodzonego — przez swoje zaprzeczenie obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Lecz nawet wobec tego sakramentalnego pokarmu, wzniosłego i świętego, jak jest, wielkiego i nieskończonego w swej mocy i sile — taka jest atmosfera, w której żyjemy, taka jest zgnilizna, pośród której rzucony jest nasz los, tak liczne są zgorszenia i złe przykłady wokół nas — że nadal istnieje niebezpieczeństwo, iż człowiek chrześcijański w swoim nadprzyrodzonym życiu może upaść i odejść poniekąd, a może nawet zupełnie, od tej zasady Boskiej łaski i od Jezusa Chrystusa, który jest życiem nas wszystkich. To upadanie, to odchodzenie, dokonuje się przez grzech. Grzech jest złem, grzech jest niemocą, grzech jest chorobą, gorączką duszy; dlatego też konieczne było, by Syn Boży, gdy uczynił siebie nadprzyrodzonym życiem naszych dusz, nie tylko dał nam początek życia w chrzcie, nie tylko dał nam pokarm i siłę tego życia w Komunii Świętej, lecz by zapewnił również lekarstwo na usunięcie grzechu i przywrócenie duszy do jej pierwotnej siły i czystości. Uczynił to w ów dzień, gdy ustanawiając sakrament pokuty, dał swym Apostołom władzę, by wznosili wszechmocne dłonie nad głową grzesznika i stosowali doń łaski Jezusa Chrystusa przez rozgrzeszenie sakramentalne, a w owym zastosowaniu łaski zgładzali jego grzechy. Ponownie napotykam w protestantyzmie ruinę duchowego życia człowieka — w jego zaprzeczeniu miłosierdzia Bożego, które dosięga duszy w sakramencie pokuty.

Otóż, przyjaciele moi, w tych trzech zawiera się życie nadprzyrodzone, i widzicie, jak jest ono analogiczne, jak podobne jest do życia naturalnego. Narodziłem się na ten świat; narodziłem się dla Boga przez chrzest; byłem karmiony w dzieciństwie, w młodości, w dojrzałości; karmiony jestem nadprzyrodzonym życiem przy ołtarzu. Byłem dźwigany z łoża choroby, z niemocy i słabości choroby, z męczącego bólu gorączki, potężną i biegłą ręką lekarza, który umiał oczyścić i uleczyć moje cielesne ramy z pierwiastków owej choroby. Byłem dźwigany z łoża grzechu mądrą, biegłą i rozgrzeszającą ręką łaski Bożej.

Idźmy o krok dalej. Jeśli człowiek, zrodzony na świat — niemowlę, dziecię — zostanie pozbawiony pokarmu, jeśli w chorobie odmówi mu się pomocy lekarza lub niezbędnych środków zaradczych — co nastąpi? Nastąpi, że umrze. I tak samo, moi katoliccy przyjaciele, chrzest sam nie zbawi nas; chrzest sam nie zachowa w nas życia, które w nas zapoczątkował. Musimy podtrzymywać to życie przez Komunię Świętą; musimy przywracać to życie, naprawiać jego ubytki, w sakramencie pokuty — inaczej nieuchronnie umieramy. Gdybym tylko mógł wbić tę myśl w umysły i w serca tych moich braci katolików, którzy zdają się sądzić, że człowiek może żyć bez spowiedzi i komunii! Równie dobrze, przyjaciele moi, moglibyście się spodziewać, że będziecie żyć, nie kosztując pokarmu; po trzech czy czterech dniach bylibyście martwi; i mówię wam: człowiek, który zaniedbuje spowiedź i komunię, musi umrzeć.

Co więcej, nie tylko życie duchowe człowieka jest analogiczne do naturalnego — nie tylko jest do niego podobne — lecz działa też na naturalne. Nadprzyrodzone życie w człowieku oddziałuje na niego, na jego codzienne czyny, na jego naturalne pragnienia i skłonności, kształtuje i kieruje jego życiem, zachowuje go w integralności jego bytu — bo pamiętajcie, co mówię: człowiek żyje zaledwie połową życia, i to mniejszą połową, kto żyje wyłącznie życiem naturalnym i zaniedbuje nadprzyrodzone. Integralność ludzkiego życia obejmuje oboje i zaczyna się od nadprzyrodzonego; i owo nadprzyrodzone działanie w jego wnętrzu — owe zjednoczenie z Bogiem, owe życie w Bogu przez Boską łaskę — działa na jego życie naturalne. Stąd różnica między człowiekiem dobrym a złym. Weźcie dwóch: jeden wierzy, drugi nie wierzy. Jeden chyli głowę z uwielbieniem i miłością na imię Jezusa Chrystusa, drugi szydzi i śmieje się, gdy to imię słyszy, i bluźni. Jeden powściąga swoje namiętności i naturalne skłonności, trzymając je w karbach ścisłej cnoty i czystości; drugi daje im wolne pole i pozwala, by jego dusza wyciekała z niego jak woda; pozwala, by serce jego topiło się pod rozpalającym wpływem każdej złej namiętności i wylewa się zeń w każdej postaci nieczystości i grzechu. Jakże niepodobni są do siebie pyszni, a zarazem podłego umysłu, nieuczciwi, nieczyści, rozwiązłymi rozkoszami przesiąknięci ludzie tego świata — i modlący się, czystego serca ojciec rodziny w Kościele katolickim, wierny swym obowiązkom ojcowskim, wierny żonie swojego serca, wierny jako opiekun i wychowawca swych dzieci, żyjący dla swego Kościoła, dla modlitwy i dla sakramentów, żyjący dla nich i dla swojej rodziny, i dla swoich dzieci — daleko bardziej niż dla siebie. Weźcie go i postawcie obok tego człowieka, z którym wszyscy jesteśmy tak dobrze obeznani w naszych dniach — rozwiązłego, swawolnego rozpustnika, człowieka żyjącego tak, jakby wcale nie był żonaty, zaniedbującego żonę, poganiającego za każdą przyjemnością, wracającego do domu znużonego, zbrzydzionego, przesyconego grzechem, aż każdy najwznioślejszy i najświętszy cel życia zostaje zapomniany lub budzi tylko wstręt. Dom nie ma dla niego żadnego uroku. Czysta umysłem, skromna niewiasta, która dała mu swe serce i swą miłość, jest przezeń pogardzana, aż w końcu łamie sobie głowę, jak by tu zerwać więzy małżeńskie i ojcowskie. Skąd ta różnica między tymi dwoma mężczyznami? Różnica wynika z faktu, że nadprzyrodzone życie działa na człowieka zjednoczonego z Bogiem, kształtuje jego życie, powściąga jego namiętności, oczyszcza jego naturę, kieruje jego intencjami, kształtuje i formuje wszystkie jego czyny; i tak widzimy, że nadprzyrodzone życie działa na naturalne i jest niejako duszą prawdziwego bytu człowieka.

Jeszcze jedna myśl, przyjaciele moi. Czym jest naród, lud, państwo? Cóż to innego jak zbiór jednostek. Człowiek dobry lub zły, wierny lub niewierny, czysty lub nieczysty, mnożony jest przez trzy lub cztery miliony, lub dziesięć milionów, lub dwadzieścia milionów — i oto mamy naród. Widzicie tedy wyraźnie, że czymkolwiek jest człowiek — przeciętny człowiek — tym będzie naród; że jeśli przeciętny człowiek prowadzi życie nadprzyrodzone, jak i naturalne, to będzie i nadprzyrodzony narodowy żywot, jak i naturalny. Wówczas naród będzie żył dla czegoś wyższego i lepszego, świętszego i trwalszego niż ten świat; naród jest przecież tylko człowiekiem pomnożonym. I tu znów mamy jeden z błędów naszego dziewiętnastego stulecia, w naszych nieroztropnych i nierozmyślających umysłach. Rozdzielamy te dwie idee i patrzymy na naród czy lud jako na coś różnego od składających go jednostek. Nie tak jest. Nie dziwi nas, gdy naród popełnia czyn niesprawiedliwy, wypowiada niesprawiedliwą wojnę, zagarnął mienie sąsiada, pozbawia sąsiedniego ludu jego wolności i praw. Cóż to jest? To czyn narodowy, lecz sprowadza on osobistą odpowiedzialność na każdego człowieka; a naród, który tak czyni, jest po prostu wielością rozbójników, wielością niesprawiedliwych ludzi — i Bóg Wszechmogący osądzi ów grzech narodowy, przykładając go do każdego, kto miał w nim udział, lub kto odmówił dania serca i ręki mężnemu oporowi. Gdy zatem rozważamy naród i życie narodu, mamy prawo szukać w nim pierwiastka nadprzyrodzonego, jak i naturalnego; i jeśli pierwiastek nadprzyrodzony jest w jednostce, będzie i w narodzie. Ba, nawet więcej: tak jak nadprzyrodzone życie działa na naturalne w jednostce, tak samo w życiu narodu nadprzyrodzone będzie działać na naturalny byt narodu — będzie kształtować jego politykę, ożywiać jego dążenia, nadawać cel jego wielkiemu działaniu narodowemu, tworzyć opinię publiczną, publiczną sympatię i antypatię; i możemy tłumaczyć życie narodu przez pierwiastek nadprzyrodzony. I tak jak widzieliśmy, że tam gdzie w jednostce istnieje nadprzyrodzone życie w Bogu, dla Boga i z Bogiem — tam owo nadprzyrodzone życie zachowuje integralność całego jego bytu, zachowuje go w czystości, zachowuje w zdrowiu i integralności jego ciała — tak samo w narodzie nadprzyrodzone życie ludu zachowuje honor, integralność, siłę, czystość i żywotność jego naturalnego i narodowego żywota.

Możecie teraz słusznie zapytać: do czego to wszystko zmierza, o co wam chodzi? Otóż po prostu o to, przyjaciele moi: mówiłem wam, że zaprosiłem was do wejścia ze mną w wewnętrzną duszę ludu irlandzkiego. Pragnę wam wyjaśnić jeden wielki fakt, mianowicie: Jak to się dzieje, że naród najbardziej uciśniony ze wszystkich narodów na obliczu ziemi — nie przez jeden dzień, nie przez rok, lecz przez stulecia — naród pozbawiony swoich praw, z których prawa konstytucyjne były systematycznie zawieszane; naród, w którym ogromna rzesza ludzi nie miała żadnych praw uznanych ani egzekwowanych przez prawo; naród zdeptany, stratowany aż w zakrwawioną ziemię przez kolejne fale najazdów i przez bezlitosne i nieubłagane prześladowania — jak to się dzieje, że ten lud zachował zasadę swego narodowego bytu; że nigdy nie zgodził się na zlanie swego imienia, swej historii, swej narodowej odrębności z odrębności sąsiedniego i potężnego narodu? Wszystko, co Anglia czyniła przez stulecia — niekiedy może z dobrą intencją, bardzo często ze złą — miało na celu tak wymieszać Irlandię z Anglią, by Irlandczycy stracili z oczu swą dawną narodową historię, by stracili z oczu wielki fakt, że są odrębną narodowością — skromną, poddańczą, posłuszną prawu, ugniecioną pod jarzmem narzuconym im wbrew ich woli — narodem podbitym, lecz narodem nadal i aż po kres dziejów. Jak to się stało?

Gdy nad tym się zastanowicie, odkryjecie, że jest to tajemnica. Odkryjecie, przyjaciele moi, jeśli uważnie przeczytacie historię narodów, że ilekroć jednemu narodowi udało się podbić drugi — pod warunkiem że ten drugi leżał na jego pograniczu — po upływie wieków naród zdobywcy zdołał wchłonąć sam narodowy byt rasy, którą podbił. Tak na przykład widzimy, jak całkowicie Rzym zdołał wchłonąć i stopić wszystkie sąsiednie drobne królestwa Italii. Wlał je w siebie, tak że wszystko stało się jednym imperium rzymskim. Było to tylko Rzym. Nie nazywano tego nigdy cesarstwem Rzymu i Toskanii, ani cesarstwem Rzymu i Neapolu, ani cesarstwem Rzymu i Galii — nigdy; lecz cesarstwem Rzymu. Anglia nigdy nie zdołała nazywać obu wysp jedną nazwą. Jest Wielka Brytania i Irlandia — i tak będzie aż do końca. Ba, więcej: mamy tu przy samych drzwiach, w owej zielonej, starej gromadzie wysp wznoszącej się z wschodniego Atlantyku — mamy królestwo, nie całkiem tak starodawne jak Irlandia, lecz królestwo, które trwało przez stulecia po tym, gdy narodowość Irlandii zdawała się być zniszczona — mianowicie królestwo Szkocji. Byli to ten sam ród — byli Celtami, tak jak my — to samo pochodzenie. W odleglejszych epokach Szkocja czerpała swych mieszkańców z rasy celtyckiej. Ten sam język, niemal; rozmawiałem z Góralami i rozumiałem niemal każde ich słowo, tak jest podobne do mojego rodzimego języka. Zachowali swój szereg królów, zachowali swą wspaniałą narodowość, świetną w swej historii, świetną w swych cnotach; mieli świętych w swym szeregu królów — ową chwalebną linię szkockich monarchów koronowanych w Holyrood, dawnym pałacu tego kraju, przez bohaterskich wodzów stojących wokół nich. Choć niegdyś silna swym językiem, silna swą pozycją, silna swą religią i swymi ideami narodowości — czym jest Szkocja dziś? Narodem doszczętnie zniszczonym — prowincją Wielkiej Brytanii. Wszelka tradycja szkockiej narodowości zdaje się zginęła jako byt odrębnego narodu; a jedynym, co Szkot dnia dzisiejszego widzi, by przypominało mu dawne czasy, są rozpadające się mury, gdzie niegdyś zasiadał w tronie monarcha szkockiego rodu. Jak to wytłumaczyć? Szkocja nigdy nie była poddana tym samym nieszczęściom, które stały się udziałem Irlandii. Mówię tylko historię i mówię ją bez najmniejszej namiętności. Tylko analizuję i staram się wytłumaczyć wielki fakt. Mówię historię bez najmniejszego braku szacunku dla jednego narodu czy drugiego. Gdybyście wszyscy byli Anglikami lub Szkotami, byłbym nadal obowiązany — jako człowiek mówiący prawdę i historyk — stwierdzić fakty tak, jak je stwierdzam. Jak możemy wyjaśnić te zjawiska? Odpowiadam: Prawdziwe wyjaśnienie leży w tym, że nadprzyrodzone życie stało się tak pochłaniającym życiem ludu irlandzkiego, że oddziaływało na jego życie naturalne i zachowało zasadę jego narodowości. Irlandia narodziła się dla Chrystusa czternaście wieków temu. Zasłona pogaństwa opadła z jej oczu, a wznosząc te oczy w żarliwości swej kontemplacji, ujrzała transcendentne piękno Jezusa Chrystusa. Otworzyła ramiona — ten naród — i wezwała Go do swego łona, i od owego dnia po dzień dzisiejszy nigdy się z Nim nie rozstała. Był jej życiem, pokolenie za pokoleniem, a wszystkie jej dzieci rodziły się dlań indywidualnie przez chrzest; i tak przez ponad tysiąc lat żyła, aż trzysta lat temu wezwano ją, by wydała swoje życie. Anglia już umarła. Protestantyzm powstał trzysta lat temu. Stał się religią narodową ludu angielskiego; a pierwszą zasadą protestantyzmu było zaprzeczenie eucharystycznemu pokarmowi, będącemu zasadą nadprzyrodzonego życia i siły, oraz łasce sakramentalnej, stanowiącej jedyny pokarm duszy. Jeśli weźmiemy człowieka i zamkniemy go w izbie, odmawiając mu pokarmu — zgłodnieje i umrze. Jeśli weźmiecie człowieka powalonych gorączką, cholerą lub jakąś straszliwą chorobą i odmówicie mu pomocy lekarskiej — musi umrzeć. Pierwszą zasadą protestantyzmu było pozbawianie ludzi i narodów pokarmu i lekarstwa nadprzyrodzonego życia; i gdy Irlandii i Szkocji uroczyście postawiono pytanie: „Czy zgadzacie się umrzeć?" — Szkocja wyrzekła się swej wiary katolickiej i umarła. Irlandia uczepił się tej wiary, ujęła tę religię uchwytom mocnym, zdecydowanym i strasznym w swym zaciśnięciu, i odmówiła śmierci. Szkocja wyrzekła się pierwiastka nadprzyrodzonego, by zachować naturalny. Irlandia poświęciła naturalny — swój majątek, dobrobyt, bogactwo, oddała wszystko za tę wiarę, którą przez tysiąc lat zachowywała. I twierdzę, że tu — w owym nadprzyrodzonym życiu, w owej nadprzyrodzonej zasadzie — leży cała tajemnica narodowości Irlandii.

Weźcie przeciętnego Irlandczyka — wszystko mi jedno, gdzie go znajdziecie — a odkryjecie, że pierwszą zasadą w jego umyśle jest: „Nie jestem Anglikiem, bo jestem katolikiem." Weźcie Irlandczyka gdziekolwiek go napotkać — na całym świecie — a każdy przypadkowy obserwator natychmiast dojdzie do wniosku: „A, Irlandczyk — katolik!" Jedno i drugie idzie razem. Możecie jednak zapytać: „Czyż nie byłoby lepiej dla Irlandii być jak Szkocja — zamożną i zadowoloną prowincją — aniżeli nieszczęśliwą i niezadowoloną narodowością?" Które z tych dwóch życzylibyście starej ziemi, moi irlandzcy rodacy? Do którego z tych dwóch wolicie należeć? Do Irlandii — zamożnej i zadowolonej prowincji, zapomnianej o swej chwalebnej narodowej historii, pozbawionej swej religii, bez ognia na ołtarzach, bez Boga w świątyni, bez sakramentalnej dłoni wznoszącej się nad głową grzesznika — Irlandii wymazującej imię Maryi — Irlandii przezornej i chytrej, płodnej i bogatej, lecz wyrzekłej się swego Boga — Irlandii bluźniącej imieniu Patryka, religii Patryka — odwracającej się od swych grobów i mówiącej: „Nie ma już nadziei — żadnej nadziei, żadnej modlitwy" — lecz bogatej, przezornej, chytrej i pospolitej? Możecie sobie to wyobrazić? O, nie! Irlandczyk gdziekolwiek na świecie, skoro tylko ujrzy ołtarz kościoła katolickiego, woła:

*„Wolę leżeć zimny w ziemi u twych stóp,* *niż ślubować temu, kogo nie kocham, i odwrócić od ciebie myśl choćby jedną."*

Irlandia prowincją! Nie; wole być dziecięciem narodu, wole być synem narodu — choćby na czole mojej matki widział koronę cierniową, a na jej dłoniach odwieczne łańcuchy niewoli. A jednak na tej matczynej twarzy widzę blask wiary, czystości i Boga; i o wiele droższa jest mi moja matka Irlandia — naród w swej dzisiejszej boleści — aniżeli gdybym widział ją bogatą, pospolitą, wulgarną, nieczystą, wypartą z pamięci samej siebie i Boga.

Poza tym naród nie istnieje przez jeden dzień, ani przez rok, ani przez wiek. Życie narodu jest jak życie Boga Wszechmogącego. Historia narodu jest w przeszłości, a jego życie — w dalekiej przyszłości. Gdy ta przyszłość nadejdzie — a nadchodzi w biegu rzeczy, w biegu natury — nie przyniesie ruiny Irlandii. Nie twierdzę, że pragnę jej gorąco; jestem lojalnym poddanym; nie chcę mówić o zdradzie, choćbym tu, w tym kraju, mógł to czynić; nie chcę wypowiedzieć ani jednego słowa, które po powrocie do Irlandii mogłoby być mi wytknięte jako zdrada; mówię jednak, że w zwykłym biegu rzeczy narody tak wielkie jak Anglia jest i była łamały się z biegiem czasu, i przypuszczam, że nawet najgorliwszy i najbardziej patriotyczny Anglik na świecie nie oczekuje, że jego Imperium Brytyjskie trwać będzie wiecznie. Grecja nie trwała wiecznie. Asyria, Rzym, Kartagina nie trwały. Pewien bardzo lojalny Anglik, pisząc o Kościele katolickim, powiedział: „Kościół Rzymu widział początki wszystkich rządów i wszystkich instytucji kościelnych, które dziś istnieją na świecie; i nie mamy żadnej pewności, że nie jest przeznaczony, by ujrzeć ich koniec. Był wielki i poważany, zanim Sas postawił stopę na Brytanii, zanim Frank przeprawił się przez Ren, gdy grecka wymowa kwitła jeszcze w Antiochii, gdy bożkom oddawano jeszcze cześć w świątyni Mekki. I może istnieć w niesłabnącej sile, gdy jakiś podróżnik z Nowej Zelandii w środku rozległej pustki stanie na złamanym łuku mostu Londyńskiego, by szkicować ruiny katedry świętego Pawła." Otóż mówię: gdy przyjdzie ów rozpad — Szkocja rozbija się i idzie na dno; lecz z tych właśnie ruin, które wstrząsną i rozbiją to wielkie Imperium Brytyjskie, Irlandia — na mocy swej narodowości i religii — wzniesie się w okazałość i pełnię siły i chwały owej przyszłości, którą zapewniła sobie przez wierność w przeszłości. Dziś jest w prochu; przez wieki była w prochu; lecz proszę was, spojrzyjcie w historię, uczcie się z przeszłości. Gdy Holofernes ruszył na Judeę i wezwał lud żydowski, by — jeśli pragnie zachować życie i mienie — poddał się, stał się prowincją Imperium Asyryjskiego, wyrzekł się swej religii i klęknął przed obcymi ołtarzami — gdyby Judea owego dnia była się zgodziła, gdyby powiedziała: „Cóż, wierzyliśmy, że jesteśmy ludem Bożym; teraz przyszły na nas prześladowania i musimy ustąpić" — gdyby Judea wyparła się swej starożytnej wiary, gdyby zgodziła się porzucić swe starożytne idee narodowości, gdyby zgodziła się zatracić odrębność rodu i stopiła się z narodem potężniejszym, lecz obcym krwią, rasą, religią — o, gdzież byłyby chwały, które po owym dniu nastały; gdzie byłby Judas Machabeusz; gdzie byłaby chwała owej rodziny, która prowadziła lud Boży; gdzie byłaby cała późniejsza odrębność żydowskiej chwały, która wyrosła z owego szlachetnego oporu, gdy córa Judy zdolna była wyjść i kobiecą dłonią uciąć głowę najeźdźcy? Imperium Asyryjskie rozpadło się w kawałki, lecz Judea trwała — bo lud miał łaskę powiedzieć owego dnia: „Mówicie, że nas zniszczycie, jeśli nie wyrzekniemy się wiary, jeśli nie zgodzimy się stać prowincją waszego imperium, jeśli nie stopimy swej odrębnej narodowości w waszą. Nie mówcie tak, bo jesteśmy dziećmi świętych i wyglądamy obietnic, które Pan uczynił temu ludowi, który nigdy nie zmienia w Nim swej wiary." Irlandia oczekuje — czegokolwiek dobrobytu, czegokolwiek wolności, czegokolwiek chwały jest dla niej w zanadrzu. Nie będzie szukać tego przed czasem, zuchwałą lub buntowniczą ręką. Zbyt dobrze pojęła lekcję cierpliwości. Nie będzie szukać, aż Bóg w rewolucji dziejów ześle jej to; lecz przyjdzie to z pewnością, bo ten naród zachował swe narodowe istnienie przez zachowanie swego nadprzyrodzonego życia w Bogu. Nie zawsze będzie noc. Chmury nie zawsze będą tam wisieć. Nie zawsze będzie tak, że Irlandczyk niepewny jest gruntu pod swymi nogami w tej ziemi, aż legnie w grobie. Nie zawsze będzie tak, jak słyszałem niegdyś, jak płakała stara kobieta na cmentarzu: „Miałam ziemię, miałam miejsce w tym kraju, miałam dom. O Boże! Wzięli mi wszystko, i nic nie zostało, prócz tego grobu." Nie zawsze tak będzie. Sprawiedliwość, chwała, potęga są w rękach Bożych. Chwała i potęga są darami Bożymi dla każdego narodu. Niektórym owa chwała i owa potęga jest dana nawet po tym, gdy wyrzekli się Pana Boga swego; lecz gdy przyjdzie do drogiej starej Irlandii — będzie nagrodą za jej wiarę i za jej miłość Jezusa Chrystusa.

← wróć do odkrywania