*Kazanie wygłoszone w kościele Santa Maria del Popolo w Rzymie, w trzecią niedzielę Wielkiego Postu 1869 r.*
Kościół katolicki jest dla świata zagadką. Ludzie wyrzucają mu ambicję — dążenie do pierwszego miejsca i nieznoszenie rywala. Nie dość, że pracuje dla własnych dzieci, nieustannie stara się nawracać innych na swą wiarę i niepokoi świat poszukiwaniem prozelitów; wpycha swoją teologię i swoje spory pod nogi przechodniów, odrywa ludzi od zajęć, burzy spokój rodzin, naraża narody chrześcijańskie na zatargi z pogańskimi wysiłkami swych misjonarzy. Nie chce dać spokoju Chińczykowi, który pali opium, ani Japończykowi, który rad by tkwić w swoim odosobnieniu, lecz musi ich drażnić, aż doprowadza do aktów okrucieństwa i prześladowań. Musi budować kościoły, zakładać misje, ustanawiać zakony, rozkładać klasztory, walczyć, spierać się, krytykować, a nawet rzucać anatemy. Świat próbuje ją uciszyć i uspokoić — raz pogardą, raz groźbami, raz złością i stanowieniem srogich praw — a jednak ona uparcie daje się słyszeć i odczuwać. Co jakiś czas angielska lub amerykańska gazeta wybucha trwogą: „Hola! Gdzie jesteśmy? Ci katolicy chcą nas pożreć. Patrzcie na Anglię! Dziesięć lat temu było tylu tylko biskupów, tyle kościołów, tyle klasztorów — a teraz wszystkiego dwa razy, trzy razy tyle. Patrzcie na Amerykę! Przecież zrobią nas wszystkich Rzymianami, chcemy czy nie, i tak dalej, i tak dalej." Zestawcie ustawiczny zamęt Kościoła katolickiego z cichym spokojem Kościołów wschodnich. Porównajcie jego zaciekłą ambicję z skromną postawą Kościoła anglikańskiego i tak dalej. A odwracając wzrok od Kościoła ku jednostkom —
świat skarży się, że my, katolicy, zawsze jesteśmy w ruchu, intrygujemy jak mówią — niepokoimy. Patrzcie na tych jezuitów — znajdziecie ich wszędzie; ciągle obraża nas widok katolickich kapłanów, katolickich książek, katolickich krzyżyków, katolickich zakonnic. Każdy, kto przystępuje do Kościoła, zdaje się nagle odmieniać i podupada — opanowuje go niespokojny duch, tęsknota, pragnienie wciągania innych. Taki człowiek, jako protestant, był spokojnym, przyzwoitym człowiekiem, który nie zawracał sobie głowy ani przyjaciołom religią; postępował jak się należy, chodził w niedzielę do kościoła — ale zetknął się z tymi rytualistami i przeszedł na Rzym, i kompletnie zgłupiał. Bez przerwy gada o religii, chodzi na mszę o dzikich godzinach o poranku, nie może żyć bez swego kapłana; mówią, że stracił zainteresowanie wieloma rzeczami i napomykają, że myśli o wstąpieniu do jednego z zakonów i wyjeździe, żeby go zamordowali na misjach chińskich albo żeby zabił się ciężką pracą w slumsach i szpitalach jakiegoś wielkiego miasta. Z drugiej strony i my, dzieci Kościoła, jesteśmy zdumieni zadziwiającą energią naszej matki. Wiemy, że jest najstarszą instytucją na świecie, a jednak nie widzimy w niej żadnej oznaki starości. Starość oznacza i niesie z sobą ustanie wzrostu, omdlewanie, słabnięcie sił, apatię i zaniedbanie celów życia, ponowne dziecięctwo. Kościół zaś — przyznają to nawet jego wrogowie — jest równie świeży i krzepki, jak był dwa tysiące lat temu. Wciąż rośnie, a stare drzewo gorczycy wypuszcza liście i gałęzie, kwiaty i owoce w każdym kraju. Bada każdego, kto nadchodzi, rozpatruje każdą naukę, przepisuje lek na każdą moralną chorobę, potępia i karze każde przestępstwo z taką samą wnikliwością i taką samą żywotną energią jak w owych dniach, gdy rada apostolska zasiadała w Jerozolimie, gdy Jan Ewangelista piętnował Cerynta, gdy Paweł ekskomunikował kazirodczego Koryntianina, gdy Piotr głosił w Koryncie i w Rzymie. Tajemnicą tego wszystkiego jest wiara i to właśnie ją pragnę dziś poddać waszej uwadze. Przyjaciele podziwiają, wrogowie potępiają czynność Kościoła katolickiego i jego dzieci — lecz jedni i drudzy ją przyznają. Oskarżają nas o wiele rzeczy, ale nikomu nie przychodzi do głowy oskarżać Kościoła o apatię, o obojętność. Co więcej, właśnie nasza czynność jest podstawą tych zarzutów ambicji, intryg, niespokojnej gorliwości, natrętnego wtrącania się i tym podobnych, jakie są nam stawiane — a jednak gdy rozważymy naturę
wiary Bożej, przekonamy się, że ta właśnie czynność jest jednym z jej istotnych przymiotów, jednym ze znaków, po których można ją poznać wśród ludzi. Albowiem, bracia moi, wiara, jak widzieliśmy, jest obrazem Boga, odbiciem w ludzkim rozumie tej prawdy, którą jest sam Bóg. I dlatego wiara musi być nie tylko jedna — jak widzieliśmy — ponieważ Bóg jest wedle swej istoty Jeden, lecz musi też być czynna, ponieważ Bóg jest czystym, istotowym i wiecznym działaniem. Bóg jest czystym działaniem. *„Deus est actus purus"* — mówi święty Tomasz, książę katolickich teologów. To zdanie wzniosłe i pełne tajemnicy. Rozważmy je. W każdej istocie stworzonej napotykamy elementy złożenia lub podziału, Bóg zaś jest prostą, istotową i wieczną jednością. Spośród stworzeń aniołowie są Bogu najbliżsi, gdyż są czystymi duchami, a jednak nawet w aniołach odnajdujemy moc jako odrębną od działania i od niego oddzieloną. Otrzymali zdolność miłowania, zanim zaczęli miłować, zdolność pojmowania, zanim zaczęli pojmować, i tak dalej. Bóg zaś, będąc wiecznym i wszelako doskonałym, nigdy nie zaczął pojmować ani miłować, bo Jego samą istotą i bytowością jest pojmowanie i miłość. Nigdy nie otrzymał ani nie mógł przyjąć żadnej doskonałości, gdyż od wieczności był wszelako doskonały; toteż sama natura i istota Boga sprawia z konieczności, że jest On czystym działaniem. Jakież pojęcie daje nam to o wielkości, o nieskończonej doskonałości Boga! „Od wieków i od dawna, przed stworzeniem ziemi," przed założeniem niebios, przed stworzeniem aniołów, przez wieczność, która nigdy się nie zaczęła, Bóg sam jeden nie był ani przez chwilę bezczynny czy nieruchomy, lecz nieustannie kontemplował, nieustannie miłował, nieskończenie uwielbiany w swej własnej doskonałości, nieskończenie szczęśliwy w kontemplacji samego siebie.
A gdy czas zaczął biec wraz ze stworzeniami, patrzcie, jak Bóg Wszechmogący wycisnął na wszystkim piętno owego istotnego życia i działania, które jest Jego własną istotą. Od aniołów aż do najniższej formy istniejących bytów, całe stworzenie kipi ruchem i życiem. Planety, morze, ziemia — wszystko porusza się i żyje swoim odrębnym życiem — albowiem ruch samorzutny jest samą definicją życia. O tym, co porusza się samorzutnie, mówimy, że żyje; lecz życie ma wiele stopni, i im bardziej ruch życia jest kierowany i rządzony przez rozum, tym bardziej owo życie zbliża się do życia istotowego, którym jest Bóg. I tak ze wszystkich istnień na tej ziemi życie człowieka jest
najwyższe i najbardziej podobne do Boga, gdyż człowiek ponad wszystkie inne istoty jest tutaj poruszany i kierowany przez rozum i wolność woli. Lecz jeśli potrafimy tak wyraźnie dostrzec, nawet w porządku naturalnym i w powszechnym ruchu oraz działaniu rzeczy materialnych, odbicie owego czystego istotowego działania, które jest życiem Boga, o ileż bardziej możemy spodziewać się tego pierwiastka czynności, gdy przechodzimy do porządku nadprzyrodzonego i zbliżamy się jeszcze bardziej do Boga. Gdy patrzymy na człowieka już nie w jego zwykłym naturalnym podobieństwie, lecz w o wiele wyższym i głębszym podobieństwie łaski Bożej; gdy patrzymy na ludzki rozum, który nie jest już tylko ożywiony do żywotnego działania przez naturalne poznanie, lecz pobudzany i poruszany przez nadprzyrodzone poznanie wszystkich rzeczy Bożych, doprowadzony do bezpośredniego zetknięcia z owym Boskim rozumem, który jest wiecznym i czystym aktem pojmowania, i w tym zetknięciu przez wiarę upodobniony do Boga, który jest samym działaniem — tu zaiste możemy szukać i spodziewać się znaleźć w człowieku pierwiastek siły, wytrwałości, postępu i niestrudzanego działania, tak daleko przekraczający samo życie i ruch natury, jak mocne światło wiary przekracza wszelkie zwykłe poznanie naturalne, jak podobieństwo łaski przekracza podobieństwo natury. Podsumowując zatem: życie Boga jest jedną wieczną, istotową, czystą, czynną inteligencją. Wszystko, co żyje, porusza się i działa (bo życie jest ruchem i działaniem), uczestniczy w tej mierze w istotowym życiu Boga. Powiada się, że człowiek żyje życiem najdoskonalszym, bo rozumnym, a więc bliższym Bogu w podobieństwie. Człowiek znowu może otrzymać o wiele wyższy stopień rozumowego podobieństwa do Boskiego życia Boga przez wiarę, która wprowadza go w najściślejszą jedność rozumu ze Stwórcą; i tak dochodzimy do wniosku, że jeśli Bóg jest czystym działaniem, *actus purus*, jeśli zbliżanie się do Boga przez podobieństwo życia jest działaniem, jeśli im bardziej zbliżamy się do Boga, tym więcej uczestniczymy w życiu, które jest istotowym działaniem, to cnota, która przybliża nas do najwyższego podobieństwa z Bogiem, Ojcem światłości i rozumu, musi być także pierwiastkiem najwyższej czynności w człowieku — i tą cnotą jest wiara. Kiedy więc ludzie uznają niestrudzaną energię Kościoła katolickiego, kiedy czynią mu z niej wyrzut, ukrywając ją pod nazwami ambicji, niepokoju, ducha wtrącania się i tym podobnych, głoszą nieświadomie znamię Boskiego życia wszczepionego Kościołowi przez wiarę. Kościół katolicki jest
zgromadzeniem wszystkich wiernych. Musi zatem odbijać ich zjednoczone życie. Apostoł zaś mówi nam, że sprawiedliwy z wiary żyje, to znaczy: wiara jest zasadą jego życia nadprzyrodzonego, korzeniem usprawiedliwienia — a zatem wiara jest życiem Kościoła. Lecz skoro definicją życia jest ruch, a dowodem życia jest działanie, wynika stąd, że wiara, która jest życiem Kościoła, musi go wciąż pchać naprzód i dowodzić swego istnienia stałym i potężnym działaniem na świat. I właśnie w tym celu Jezus Chrystus ustanowił swój Kościół i osadził go w tym świecie, aby „wychodził do swego dzieła i do swojej pracy aż do wieczora". Aby trudził się i „dźwigał ciężar dnia i upał," wciąż gorliwie wykonując dzieło Tego, który go posłał, za Jego własnym Boskim przykładem, który rzekł: „Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam." A dzieło Kościoła w tym świecie jest niczym innym jak przedłużeniem własnego życia i dzieła Chrystusa. Musi głosić i nauczać w każdym czasie, „w porę i nie w porę," bo „On nauczał każdego dnia w świątyni," i nakazał jej „nauczać wszystkie narody i głosić Ewangelię wszelkiemu stworzeniu." I tak Kościół, który wysłał Apostołów i ich następców na krańce ziemi, wysyła dziś swoich kaznodziejów i misjonarzy z równą energią jak niegdyś, gdy Tomasz Apostoł dotarł do najdalszych krain Indii, gdy Paweł dysputował w Atenach, gdy Dionizy Areopagita nawrócił północnych Galów; a później gdy Patryk przyniósł słowo do ziemi, której nie ujrzał nigdy zwycięski Rzym, gdy dzieci Patryka szerzyły wiarę na wyspach północnych mórz, głosiły Ewangelię dzikim synom germańskich lasów, przywożąc z powrotem do samych Włoch — kraju, z którego otrzymały swego Apostoła — nowe formy chrześcijańskiej świętości i łaski. Kościół jest dziś równie krzepki jak wówczas, gdy posyłał Augustyna do Anglii, jak gdy święty Jacek przenikał w głąb Rusi Czerwonej i Tatarii, jak gdy jego misjonarze szli śladem odkrywców nowego świata, przekraczając bezkresny i nieznany ocean, by zdobywać dusze dla Chrystusa. Każda ziemia słyszała jego głos i słyszy go nadal, *„in omnem terram"* i tak dalej. Był zawsze prześladowany, jest prześladowany wszędzie i dziś. Gwałtownie prześladowany, ograbiony, splądrowany, wyrzucony spoza prawa, mordowany w Rosji, Szwecji, Danii, Norwegii, w wielu częściach Niemiec, we Włoszech, Hiszpanii, Portugalii, w Chinach i Japonii, w Meksyku i Ameryce Południowej; krępowany niesprawiedliwymi prawami lub ledwie tolerowany w Anglii, Irlandii, Francji, Austrii, Prusach, Turcji, Ameryce Północnej. Cały świat jest przeciwko niemu, a jednak nie może uciszyć głosu, który Chrystus kazał mówić, i to mówić głośno, aż do końca wszystkich czasów. Dawniej jego misjonarze lądowali na brzegach prześladującej Anglii tylko po to, by niechybnie trafić do więzienia, na wygnanie lub na śmierć. Dziś ci sami misjonarze są wyrzucani na wybrzeże Chin lub Japonii, by zasiewać ziarno gorczycy — choćby w jednym tylko sercu — a potem umierać i użyźniać je swoją krwią. I jakże dziwne, że narody lękają się kogoś tak słabego, kogo jedyną tarczą jest wiara, a jedyną bronią „miecz Ducha, którym jest słowo Boże" — lękają się go, a przecież odbierają mu z ust słowo wiary, które głosi, a które tak bardzo sprzeciwia się naturalnym instynktom i namiętnościom człowieka. Kościół bowiem nie ukryje ani nie złagodzi, ani nie zmieni ani joty swojego przesłania prawdy. Nie może iść na ugody z żadną epoką ani żadnym ludem, cokolwiek by na tym stracił lub zyskał. Chrystus Pan dałby sobie o wiele łatwiej radę ze Skrybami i Faryzeuszami, gdyby mrugał na ich grzechy i milczał. Gdyby był fałszywym prorokiem, uczyniłby tak, jak Balaam uczynił z Balakiem, synem Sefora. Albo byłby uniknął zazdrosnej wściekłości Heroda i trwożliwych obaw Piłata, gdyby zaparł się swej królewskiej godności lub ją zataił. Lud nie porwałby kamieni, by w Niego rzucać, gdyby złagodził twierdzenie o swym Bóstwie. Tak samo Kościół uniknąłby wielu prześladowań, gdyby szedł na ugody z Konstancjuszem lub innymi cesarzami greckimi w kwestii współistotności, z Paleologiem w kwestii obrazów, gdyby ustąpił Rosji w kwestii prymatu, gdyby przyznał Fryderykowi z Niemiec prawo inwestytury albo przymknął oko na cudzołóstwo Henryka Ósmego króla Anglii.
Drugą cechą dzieła Chrystusa i dowodem życia, które w Nim było, była moc wychodząca zeń ku wszystkim, uzdrawiająca duszę i ciało, *„virtus de Illo exibat et sanabat omnes."* Jako przykład — paralityk: „Odpuszczają ci się grzechy twoje," „weź łoże swoje i chodź."
I tu znowu widzimy energię niezmordowanego życia w Kościele Świętym Katolickim. W sprawowaniu siedmiu sakramentów nieustannie stara się oczyszczać, zbawiać, uświęcać społeczeństwo i poszczególnych ludzi. Jak jej gorliwość o głoszenie wiary jest w niej rozbudzona przez świadomość jej konieczności, tak jej niezmordowana gorliwość w udzielaniu sakramentów wypływa ze świadomości konieczności łaski Bożej.
Bo doprawdy te dwie rzeczy są wielką potrzebą naszej epoki — wiara i łaska Boża. Nasza epoka obfituje w wiedzę, szeroko rozpowszechnioną, w naukę przyniesioną ludowi tysiącem dróg. Lecz wiedza i nauka to nie wiara, a grzechem naszej epoki jest nieumiejętność dostrzeżenia, że żadna wiedza, jakkolwiek rozległa lub głęboka, nie może być niezgodna z prostym, posłusznym pochyleniem rozumu przed prawdą Bożą i głosem jej posłańca. Wiara jest królową wszelkiej nauki: w wzniosłości swego przedmiotu, którym jest Bóg; w pewności swego poznania, które opiera się na prawdzie Bożej; w sposobie jej zdobywania, którym jest dar i objawienie Boże; a jednak uczony człowiek naszych dni, który spędza życie w poszukiwaniu prawdy, odrzuca pierwszą ze wszystkich prawd i nakładając na swój rozum ciężar, do którego nie był on nigdy przeznaczony ani stworzony, stara się przez rozum dojść do tego, do czego można dojść tylko słuchając głosu autorytetu — do prawdziwego poznania Boga i wszystkiego, co objawił człowiekowi. Człowiek, któremu nie przyszłoby do głowy odwoływać się do rozumu, lecz do autorytetu, by dowieść istnienia Chin i obyczajów Chińczyków, musi koniecznie odrzucić autorytet i odwoływać się wyłącznie do rozumu, by odkryć i dowieść spraw nieba i postępowania Boga Wszechmogącego. „Wiara zaś ze słuchania, a słuchanie przez słowo Boże," i dlatego Kościół katolicki będzie mówił „w porę i nie w porę" słowo, przez które jedynie ludzie mogą być zbawieni — słowo, które on jeden posiada, „słowo Boże, słowo wiary, które głosimy." Nie prosi nikogo, by mu wierzył, dopóki nie udowodni swego posłannictwa, bo „jakże mają głosić, jeśli nie są posłani?" Posłannictwo to udowadnia, śledząc w nieprzerwanym łańcuchu nauki i jurysdykcji władzę, którą dziś posiada, aż do dnia, gdy ręce Chrystusa spoczęły na głowie Piotra. W tym łańcuchu nie brakuje ani jednego ogniwa; kaznodzieja i nauczyciel w Kościele katolickim jest posłany przez Piusa, który jest z Grzegorza, który był z Piusa, który był z Leona, i tak od jednego do drugiego, aż powiemy:
który był z Klemensa, który był z Kletusa, który był z Linusa, który był z Piotra, który był z Chrystusa, który był z Boga.
Nie głos samozwańczego szarlatana słyszymy, gdy słuchamy słów Kościoła katolickiego. Posłannictwo jest probierzem władzy, a to posłannictwo Kościół katolicki jeden posiada i może udowodnić. Cóż więc dziwnego, że jego głos nieustannie rozbrzmiewa, skoro przeznaczeniem jego jest wznosić ten głos, by pouczać i ostrzegać ludzi i narody. Cóż dziwnego, że z energią, którą świat nazywa niepokojem i ambicją, a którą my wiemy być nierozerwalną od Bożego życia, zwraca się do nas we wszystkich kwestiach wiary i moralności i nie pozwoli zaginąć żadnemu człowiekowi, dopóki nie znuży go nawoływaniem do zbawienia. Z tą samą wytrwałością i energią, z jaką zwraca się do tych zewnątrz, by ich oświecić, zwraca się do własnych dzieci, by je uświęcić. Do każdego grzesznika katolickiego woła bez ustanku: „Nawróć się do Pana Boga twego," „Wyznaj grzechy swoje i oddaj chwałę Bogu," „Przyjdźcie i jedzcie chleb, i pijcie wino, które wam przygotowałam." Jej kapłani trwają nieustannie w jej konfesjonałach i przy jej ołtarzach. Treścią jej wezwania jest: „Wstań i chodź jako dziecię światłości;" a jeśli własne jej dzieci nie chcą słuchać głosu Uświęciciela, są tak samo dalekie od zbawienia jak człowiek w zewnętrznych ciemnościach, który odrzuca światło — i one, dzieci królestwa, ujrzą obcych wchodzących i siadających z Abrahamem, Izaakiem i prorokami, sami zaś będą wyrzuceni w ciemności zewnętrzne, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów. O, najmilsi moi, do was mówię: „którzyście otrzymali równą z nami wiarę... przykładając wszelką pilność, podawajcie w wierze waszej cnotę, w cnocie umiejętność, w umiejętności wstrzemięźliwość, w wstrzemięźliwości cierpliwość, w cierpliwości pobożność, w pobożności miłość braterską, w miłości braterskiej miłość. Bo jeśli to przy was będzie i będzie obfitowało, nie uczyni was próżnymi ani bez owocu w poznaniu Pana naszego Jezusa Chrystusa."