*Wykład wygłoszony w kościele św. Piotra przy Barclay Street w Nowym Jorku, w czwartek wieczór, 23 maja 1872 r.*
Pragnę mówić do was, moi drodzy przyjaciele, tego wieczoru o zagadnieniu wychowania katolickiego. Uwagę moją przykuła dziś rano notatka w jednym z czołowych dzienników tego miasta, w której autor ostrzegał mnie, że jeśli nie zdołam wskazać rozwiązania owej trudnej kwestii wychowania, które byłoby do przyjęcia dla wszystkich stanów, to może zadowolę swoich współwyznawców, lecz nie zdołam zadowolić ogółu. Choć jestem wdzięczny autorowi owej notatki, jak i każdemu innemu, kto raczy mi udzielać rad — muszę powiedzieć wam, moi przyjaciele, i autorowi owej wzmianki, i wszystkim innym: nie przybyłem do tego kraju, ani nie włożyłem tego habitu, aby podobać się ogółowi lub moim współwyznawcom, lecz aby głosić prawdę Bożą w imieniu Jego świętego Kościoła. Kto ją przyjmie, uwierzy w nią i według niej postępuje — będzie zbawiony; kto zaś nie zechce uwierzyć — sam Chrystus, Pan nasz, powiada — będzie potępiony. Boże, zmiłuj się! Boże, zlituj się nad ludem, którego nauczyciele religii muszą się starać podobać swym współwyznawcom i ogółowi! Wielki Boże! jakaż to straszna rzecz, gdy duch farsowości i złudy wkrada się nawet w duszę człowieka powołanego do głoszenia prawdy, przez którą jedynie on sam i jego bliźni mogą być zbawieni. Słusznie jednak zaznaczono w tymże artykule, że „to jedno z najważniejszych — być może najważniejsze — zagadnień naszego czasu." Bez wątpienia tak jest. Nie sądzę, abym mógł wybrać temat ważniejszy dla moich myśli i słów niż wychowanie. Jest to pytanie, które dotyka każdego z nas. Żaden człowiek nie może zamknąć przed nim swego umysłu. Żaden człowiek nie może
wygnać go ze swych myśli. Nikt w społeczeństwie nie może skrzyżować rąk i powiedzieć: „To pytanie mnie nie dotyczy, przeto jestem wobec niego obojętny." Nie — dlaczego? Dlatego że każdy z nas jest zmuszony żyć wśród ludzi, to jest w obcowaniu z bliźnimi. Szczęście lub nędza każdego człowieka zależy w ogromnej mierze od stanu społeczeństwa, w którym żyje. Jeśli otoczenie, wśród którego żyjemy, jest dobre, święte i czyste; jeśli dzieci nasze są posłuszne, służba uczciwa, przyjaciele wierni, a sąsiedzi spokojni; jeśli ci, którzy dostarczają nam tego, co do życia niezbędne, są godni zaufania — jakże to wszystko łagodzi wszelkie trudności, udręki i troski życia! A przecież wszystko to zależy w największej mierze od wychowania. Jeśli natomiast dzieci nasze są grubijańskie, nieposłuszne i uparte; jeśli otaczający nas są nieuczciwi, tak że wciąż musimy mieć się przed nimi na baczności; jeśli przyjaciele nasi są fałszywi, tak że nie wiadomo, czyim słowom można ufać; jeśli wszystko, czego używamy i czym się odziewamy, jest złe, sfałszowane lub trujące — jak nędznym czyni to życie! A jednak, powiadam raz jeszcze, wszystkie te sprawy zależą głównie od wychowania. Toteż jest to pytanie, które dotyka każdego człowieka i od którego nikt nie może się wymówić ani udawać obojętności.
Rozważmy tedy najpierw, moi drodzy przyjaciele, że największym nieszczęściem, jakie Bóg Wszechmogący może zesłać na człowieka, jest przekleństwo zupełnej ciemnoty i braku wykształcenia. Duch Święty mówi nam wyraźnie w Piśmie Świętym, że ów brak wiedzy, brak pouczenia i wychowania jest największą klątwą, jaka może spaść na człowieka — bo nie tylko czyni go niezdolnym do wypełniania obowiązków wobec Boga, do uczestnictwa w społeczności wybranych Bożych i do wszelkiego celu Boskiego i wiecznego, lecz zarazem czyni go niezdolnym do obcowania z innymi ludźmi. Dlatego właśnie Pismo Święte powiada tak dobitnie: „Człowiek, gdy był w czci" — to jest stworzony w czci — „utracił poznanie." Nie miał poznania. Cóż wynikło? Porównano go do nierozumnych zwierząt i upodobniono do nich. Cóż odróżnia człowieka od zwierzęcia? Czy siła członków? Nie! Czy piękność kształtu? Nie! Czy ostrość zmysłów — wzroku doskonalszego lub słuchu bystrzejszego? Nie! We wszystkich tych sprawach wiele zwierząt leśnych góruje nad nami. Nie mamy szybkości jelenia; nie mamy
siły lwa; nie mamy pięknej gracji antylopy pustynnej; nie mamy mocy szybowania w górne powietrze jak orzeł, który wznosząc się na mocnych skrzydłach patrzy wprost na słońce. Nie mamy bystrego wzroku wielu zwierząt ani czułego słuchu innych. W czym tedy tkwi różnica i wyższość człowieka? Och, moi drodzy przyjaciele, tkwi ona w rozumie, który potrafi poznawać, oraz w sercu, które — prowadzone przez ów rozum — pobudzane jest do miłości z pobudek rozumowych; oraz w woli, która — jak należy — zachowuje swoją wolność, działając pod władzą owego oświeconego rozumu i umysłu. Albowiem zauważcie dobrze: nie sama zdolność poznawania odróżnia człowieka od zwierząt i wiedzie go do doskonałości jego natury — lecz rzeczywista obecność wiedzy. Nie sama zdolność miłowania odróżnia człowieka od stworzeń niższych — bynajmniej. Bo jeśli owa miłość wzbudzona jest jedynie przez zmysłowość, przez zwykłe pobudzenie zmysłów, nie jest to wzniosła miłość ludzka człowieka, lecz jedynie pożądanie i namiętność zwierzęca. Nie jest też wola tym, co odróżnia człowieka w szlachectwie jego natury od zwierzęcia — lecz wola zachowująca wolność, trzymająca się z dala od niewoli i panowania bruta l nych namiętności i odpowiadająca szybko — po bohatersku — na każde wskazanie wzniosłego i świętego, i oświeconego rozumu, który jest w człowieku. Cóż z tego wynika? Wynika to, że jeśli pozbawicie człowieka rozumu i wiedzy, jeśli zostawicie go w zupełnej ciemnocie i odmówicie mu wykształcenia — tym samym głodzicie i w miarę możności unicestwiecie najwyższą cząstkę duszy ludzkiej; tym samym karlicie wszystkie jego władze duchowe; tym samym pozostawiacie tę duszę, stworzoną do wzrostu i umacniania się i rozwijania przez wiedzę — pozostawiacie ją w ułomności i bezsilności jej naturalnego, umysłowego i duchowego niemowlęctwa. Cóż z tego wynika? Wynika to, że człowiek niewykształcony, nieouczony, ciemny i skarlały jest niezdolny do wpływania na uczucia serca żadną z wyższych pobudek miłości. Wynika to, że jeśli serce owo kiedykolwiek pokocha, nie będzie kochało z nakazu rozumu, kierującego je ku przedmiotowi rozumowemu, lecz — jak bydlę polne — będzie szukało zaspokojenia wszystkich swoich pożądań na mocy zwykłego zwierzęcego i cielesnego świadectwa zmysłów. Cóż wynika ponadto? Wynika to, że wola, stworzona przez Boga Wszechmogącego w wolności i z samej budowy natury ludzkiej przeznaczona do korzystania z tej wolności pod kierownictwem rozumu,
zostaje teraz bez właściwego władcy — oświeconego, uformowanego rozumu — i dlatego u człowieka niewyrobionego posłuszeństwo woli i jej panowanie przechodzi do namiętności, pożądań i zepsutych skłonności niższej natury człowieka. Widzimy tedy, że u człowieka zupełnie i całkowicie niewyrobionego nie może być żadnej wzniosłości myśli, żadnej prawdziwej czystości uczuć, ani żadnego prawdziwego rozumowego działania woli ludzkiej. Stąd kończę: największą klątwą, jaką Bóg Wszechmogący może zesłać na człowieka, jest klątwa zupełnej ciemnoty, czyniąca go niezdolnym do każdego celu Bożego i każdego celu społecznego.
Twierdzę tedy, moi drodzy przyjaciele, że brak wykształcenia, czyli ciemnota, czyni człowieka niezdolnym do zajmowania jego stanowiska, jakkolwiek skromne by ono było, w tym świecie i w społeczeństwie. Wszelka bowiem społeczność ludzka istnieje między ludźmi, a nie między zwierzętami niższymi, właśnie z racji istnienia w ludziach rozumu. Wszelkie współżycie i obcowanie ludzkie opiera się na intelektualnym porozumieniu — myśl spotykająca myśl, intelektualne współczucie odpowiadające na współczucie innych. Lecz człowiek zupełnie niewyrobiony; człowiek, który nigdy nie nauczył się pisać ani czytać; człowiek, który nigdy nie nauczył się wykonywać żadnego aktu swego rozumu; biedne zaniedbane dziecko, które widzimy na naszych ulicach — dorastające bez żadnego słowa pouczenia — dorasta, dochodzi do dojrzałości, zupełnie niezdolne do porozumiewania się z bliźnimi, bo jest zupełnie nieprzygotowane do owego wzajemnego obcowania rozumu z rozumem, które jest zadaniem społeczeństwa. Cóż wynika? Nie może być posłusznym obywatelem, bo nawet pojąć w myśli idei prawa nie jest w stanie. Nie może być dostatnim obywatelem, bo nigdy nie może oddać się żadnemu rodzajowi pracy wymagającemu choćby najmniejszego wysiłku umysłowego. Innymi słowy, nie może pracować jak człowiek. Na mocy swej umysłowej ułomności skazany jest na pracę wyłącznie rąk. Jego pracę cechuje jedynie tępa siła cielesna; a skoro sprowadzacie człowieka do poziomu i zakresu zwykłej siły fizycznej, skoro odbieracie jego pracy udział rozumu, w tejże chwili stawiacie go w zawody ze zwierzętami — a one są silniejsze od niego, tedy on jest od nich gorszy. Weźcie człowieka zupełnie niewyrobionego; to właśnie on jest wrogiem społeczeństwa. Nie może spotkać się z bliźnimi w żadnym rodzaju intelektualnego obcowania. Zamknięty jest na wszystko, co przeszłość mówi mu w dziejach świata; na wszystkie wielkie, naglące sprawy teraźniejszości, które go otaczają; na całą swoją przyszłość — zamknięty przez zupełne ogołocenie z wszelkiego wychowania religijnego, jak i obywatelskiego. Cóż z tego wynika? Odosobniony jak jest — odrzucony na samotne swe ja — bez żadnego ludzkiego dotyku; bez łagodnego impulsu; bez kojącego wspomnienia nawet smutku lub utrapienia; bez tęsknoty za czymś lepszym niż chwila obecna; bez żalu za grzech; bez pociechy w bólu; bez ulgi w strapieniu — nic z tego wszystkiego nie pozostaje mu: człowiek odosobniony i samotny, jakim ty lub ja moglibyśmy być, gdyby w jednej chwili, wolą Bożą, wszystko, czegośmy się kiedykolwiek nauczyli, zostało wymazane z naszych umysłów; cała nasza przeszłość utracona; wszelkie nadzieje na przyszłość odcięte — oto człowiek ciemny; i takim uznaje go społeczeństwo. Jeśli jest ktoś, kto napawa lękiem Państwo i rząd Państwa — to właśnie człowiek zupełnie niewyrobiony i niewykształcony; to klasa zaniedbana we wczesnej młodości, odsunięta na bok i zupełnie nieukształtowana w duszy, w sercu i w rozumie. To ta właśnie klasa wynurza się co jakiś czas w jakiejś dzikiej rewolucji, wylewając się na ulice Londynu lub ulice Paryża, lub na ulice wielkich miast kontynentu europejskiego; wylewając się, nie wiadomo skąd; wychodząc ze swych piwnic; wychodząc z ciemnych zaułków miasta; z nierozumną furią w oczach i z wrzaskiem demonów na ustach. To ci właśnie ludzie skrwawili swe ręce najcenniejszą krwią Europy, czy to ze tronu, czy z ołtarza. To właśnie zupełnie niewyrobione, niewykształcone, zaniedbane dziecię społeczeństwa powstaje w Bożym gniewie przeciw światu i społeczeństwu, które je zaniedbało, i odpłaca im z lichwą za zaniedbanie jego duszy w wczesnej młodości. Stąd właśnie mężowie stanu i filozofowie wołają w naszych czasach: „Trzeba kształcić lud!" I wielkim hasłem jest: Oświata. Zupełna prawda i słuszna sprawa!
A jeśli świat domaga się oświaty, tym bardziej domaga się jej Kościół katolicki. Jest on prawdziwą matką nie tylko mas ludzkich, jak je zwykło się nazywać, lecz każdej i każdego z osobna spośród nich. To jemu Bóg powierzył wieczne interesy człowieka, i dlatego z gorliwością daleko przewyższającą gorliwość świata Kościół katolicki przykłada się do zagadnienia wychowania. Dlaczego? Dlatego że skoro, jak widzieliśmy, wszelka społeczność ludzka opiera się na wiedzy i na wzajemnym obcowaniu rozumów — do czego człowiek niewyrobiony jest niezdolny — społeczność zwana Kościołem — nadprzyrodzona i Boska społeczność — oparta jest w jeszcze dosłowniejszym sensie na zasadach wiedzy. Co jest fundamentem, węzłem, ogniwem, życiem i duszą Kościoła katolickiego? Odpowiadam — wiara. Wiara w Boga. Wiara w każde słowo, które Bóg objawił. Wiara mocniejsza niż jakikolwiek ludzki fundament przekonania, mniemnia czy pewności. Wiara, która nie tylko korzy się przed Bogiem, lecz pojmuje to, co Bóg mówi; przywiera do tej prawdy umysłem i oświeca nią rozum; przyjmuje ją jako moralne natchnienie każdego czynu i każdej pobudki w życiu człowieka. Ona jest duszą i życiem Kościoła katolickiego. Wiara! Czym jest wiara? Jest aktem rozumu, przez który poznajemy i wierzymy we wszystko, co Bóg objawił. Wiara jest więc poznaniem? Jak najbardziej! Czy jest aktem woli? Nie; nie wprost — nie wedle swej istoty — nie bezpośrednio. Wprost, wedle istoty i bezpośrednio jest aktem rozumu, nie woli. To rozum jest podmiotem, w którym wiara mieszka. Wola może nakazać temu rozumowi, aby się ukorzyło i wierzyło; lecz istotnym aktem wiary jest akt rozumu, przyjmującego światło i przyjmującego je — a to światło jest wiedzą; zatem Kościół katolicki nie może istnieć bez wiedzy.
Co więcej: świat nakłada na człowieka wiele obowiązków, które nie wymagają wykształcenia, mało lub nic z pouczenia; na przykład obowiązek pracy, gdzie jeden człowiek wykształcony i wyrobiony, stając na czele przedsięwzięcia lub inżynieryjnej budowy, może kierować dziesięcioma tysiącami ludzi; i wśród tych dziesięciu tysięcy wielka ilość pouczenia ani wykształcenia nie jest ani konieczna, ani wymagana; lecz Kościół katolicki natomiast nakłada na swoje dzieci bardzo wiele powinności, z których każda wymaga nie tylko rozumu, lecz rozumu wysoko wyrobionego i gruntownie wykształconego. Przejrzyjcie obowiązki, jakie Kościół na nas nakłada. Każdy z tych obowiązków ma charakter rozumowy. Kościół nakazuje nam się modlić. Modlitwa zakłada znajomość Boga, znajomość własnych potrzeb i umiejętność wznoszenia duszy do Boga; bo modlitwa jest wzniesieniem duszy, a dusza niewyrobiona nie może wznieść się ku pojęciu czystego bytu duchowego. Kościół nakazuje nam przygotować się do spowiedzi. Wymaga to znajomości prawa Bożego, abyśmy mogli zbadać samych siebie i zobaczyć, w czym uchybiliśmy; wymaga znajomości siebie samych, abyśmy mogli wniknąć w siebie i odkryć swe grzechy. Przygotowanie do spowiedzi wymaga znajomości Bożego roszczenia do naszej miłości, abyśmy mogli znaleźć pobudki dla swego żalu. Kościół nakazuje nam przystępować do Komunii świętej. Ów akt wymaga wzniosłego działania rozumu, dzięki któremu możemy sercem i umysłem urzeczywistnić w sobie niewidocznego, lecz obecnego Boga i przyjąć Go. Widzimy tu potężny akt rozumu urzeczywistniający to, czego nie widać, i przewyższający świadectwo zmysłów, tak by owa niewidoczna, nieuchwytna obecność działała na nas mocniej — poruszała nami gwałtowniej — niż najsilniejsze wzruszenie, jakie mogą wywołać zmysły.
Kościół nakazuje nam rozumieć, czym są jego sakramenty; jest to wzniosły akt rozumu, przez który uznajemy Boskie działanie wobec człowieka za pośrednictwem rzeczy materialnych. Jednym słowem, każdy bez wyjątku obowiązek nakładany przez Kościół katolicki ma charakter najwyższego rodzaju rozumowego.
I znowu: choć świat domaga się wiedzy i wykształcenia jako pierwszego i podstawowego warunku swego istnienia, to jednak pobudką, jaką świat przedstawia każdemu człowiekowi, jest własny interes; apel, który świat kieruje do nas przez tysiąc kanałów, jest całkowicie apelem do własnej osoby. Wszystkie zawody, wszystkie operacje handlowe, wszystkie obowiązki i przyjemności życia — wszystkie odwołują się do jednostki, by szukała własnej chwały i własnej wygody, by czyniła życie szczęśliwym i przyjemnym dla siebie samej. Inaczej rzecz ma się z Kościołem; jego fundamentem jest wiara, a pobudką, którą stawia przed każdym człowiekiem, nie jest własna osoba, lecz miłość. Jak miłość własna skupia serce człowieka, zwęża jego intelektualny i duchowy horyzont, każe mu zatrzasnąć się w sobie i tym samym zwęża każdą władzę rozumową i duchową w nim — tak miłość bliźniego, będąca pobudką przepowiadaną przez Kościół, poszerza i rozszerza serce człowieka, rozszerza horyzont jego widzenia rozumowego i wznosi go ponad niego samego. Jak człowiek wspinający się po zboczu góry — z każdym krokiem w górę widzi, jak horyzont się rozszerza i otwiera wokół niego — tak też każdy katolik, im głębiej wchodzi w ducha swej świętej religii, tym bardziej dostrzega, że intelektualny, moralny i duchowy horyzont się poszerza — obejmuje więcej treści i objawia więcej piękna porządku duchowego. Tak właśnie jest z Kościołem Bożym. Bardziej niż nawet świat opiera się on na wykształceniu — zarówno przez zasadniczy fundament wiary, będącej aktem rozumu, jak i przez pobudkę działania, którą jest miłość, będąca rozszerzeniem rozumu, a także przez naturę obowiązków, jakie nakłada na swoje dzieci, a które wszystkie mają charakter najwyższego rodzaju rozumowego.
A jednak, moi przyjaciele — co dziwne — wśród wielu osobliwości tej naszej epoki panuje szczególny przesąd, który opanował umysł protestancki: że Kościół katolicki jest przeciwny oświacie; że pragnie trzymać lud w ciemnocie; że obawia się pozwolić mu czytać; że niechętnie widzi otwieranie szkół i że lęka się oświecenia. Rozumują tak zaślepieni, a zarazem tak z siebie zadowoleni, że kiedy spotyka się życzliwego i dobrodusznego protestanta czy protestantkę spokojnie trajkoczących o tych sprawach, trudno się powstrzymać od śmiechu; gniewu łatwo nie tracić, ale śmiechu bardzo trudno. Na przykład rozmawiają o Hiszpanii lub Meksyku; spokojnie i z samozadowoleniem powiadają, jak cały kraj stanie się protestancki, skoro tylko wszyscy ludzie „nauczą się czytać, prawda!" i „zaczną rozumować, prawda!" „Gdybyśmy tylko zdołali otworzyć wśród nich dobre szkoły." Potem uwierzą w diabelskie kłamstwa, które im opowiadają; na przykład kłamstwo, że od czasu, gdy Wiktor Emanuel zajął Rzym, otwarto tam trzydzieści sześć szkół — z domyślnym założeniem, że przedtem nie było tam żadnych szkół! Mieszkałem dwanaście lat w Rzymie, pod rządami papieża, i w prawie każdej ulicy była szkoła; nie było w Rzymie ani jednego nieuczonego dziecka; co więcej — Bracia Chrześcijańscy i siostry zakonne wychodziły na ulice Rzymu regularnie, każdego ranka, i chodziły od domu do domu, wchodziły po schodach w czynszowych kamienicach, do biednych ludzi, zbierając dzieci; a jeśli znaleźli chłopca biegnącego po ulicy, cicho odprowadzali go do szkoły. Wychodzili regularnie zbierać dzieci z ulic; a jednak ci, którym zależy na oślepianiu naiwnych protestantów, przychodzą z takim językiem — bo to popularne wyobrażenie, które pragną podtrzymywać — że Kościół katolicki boi się oświaty. Nie, moi przyjaciele, Kościół katolicki boi się jednego człowieka bardziej niż jakiegokolwiek innego — a tym człowiekiem jest człowiek ciemny. Tym, który przynosi hańbę swej religii, jest człowiek zupełnie ciemny, jeśli jest wyznającym katolikiem; a człowiekiem, z którego niemożliwa jest zrobić katolika, jest protestant zupełnie ciemny. Im bardziej ciemny, tym mniejsza szansa na nawrócenie go na katolicyzm. Prawda jest taka, że w naszych czasach wielkie nawrócenia na Kościół katolicki w tym kraju i w Europie, z protestantyzmu, dokonują się wszystkie wśród ludzi najbardziej oświeconych, wysoko wykształconych i kulturalnych. Dlaczego? Dlatego że im więcej protestant czyta i im więcej wie, tym bliżej Kościoła katolickiego — prawdziwego źródła i ogniska oświaty. Dlaczego wysuwane jest to oskarżenie przeciw Kościołowi katolickiemu, że boi się tego i tamtego? Powiem wam dlaczego. Dlatego że on obstaje, wbrew światu i na przekór jego pysze, ciemnocie i nadętej samowystarczalności — Kościół katolicki obstaje, jak obstawał przez tysiąc osiemset siedemdziesiąt dwa lata, przy słowach: „Ja wiem, jak uczyć; wy nie wiecie; musicie przyjść do mnie; nie możecie beze mnie żyć. Nie myślcie, że zdołacie żyć sami z siebie, bo stoczycie się w bagno własnej nieczystości i zepsucia." Świat nie lubi tego słuchać. Kościół katolicki obstaje, że on jeden rozumie, co znaczy wychowanie; świat nie lubi tego słuchać. Lecz przyszedłem tu dzisiejszego wieczoru, aby to udowodnić — nie tylko wam, moim katolickim przyjaciołom, moim współwyznawcom, lecz jeśli jest tu ktoś, kto nie jest katolikiem — temu człowiekowi również, i zadowolić ogół, jeśli zechce być zadowolony; a jeśli moi współwyznawcy lub ogół zechcą być niezadowoleni — prawda jest ucieleśniona w Kościele, i ta prawda pozostanie, gdy współwyznawcy i wzburzony ogół zostaną ostatecznie zmieceni.
Trzy systemy wychowania stoją przed nami w tym kraju. Trzy klasy ludzi mówią o wychowaniu, a mianowicie: ci, którzy opowiadają się za tym, co nazywa się systemem gruntownie świeckim; ci, którzy opowiadają się za systemem wyznaniowym, o tyle o ile jest on protestancki; oraz katolik, który opowiada się za wychowaniem katolickim. Rozważmy te trzy. Jest wielka klasa w Anglii i Ameryce, która przybiera ton filozofa i z wielką powagą moralną oraz bezmierną zuchwałością narzuca prawa swym sąsiadom, mówiąc: „Nie ma sensu się kłócić, drodzy baptyści i metodyści, i wy, natrętni katolicy; z drugiej strony, chcecie własnych szkół — każdy chce własnej szkoły; przyjmijmy piękny system wychowania, który wszystkich pomieści, a wasze różnice religijne zostawcie między sobą; zrezygnujmy z religii w ogóle. Dziecko ma wiele do nauki niezależnie od religii. Jest historia, filozofia, geografia, geologia, inżynieria, maszyny parowe — tego wszystkiego można nauczyć bez jakiegokolwiek odniesienia do Boga. Uczyńmy zatem tak: przyjmijmy wychowanie bezwyznaniowe." Otóż, moi przyjaciele, to dwa wielkie słowa: bezwyznaniowe — słowo pięciosylabowe — i wychowanie; dziewięć sylab razem. Kiedy ludzie sięgają po wielkie, pompatyczne słowa w ten sposób, należy zawsze mieć się na baczności; bo gdybym chciał przemycić coś nieprawdziwego, nie przedstawiłbym tego prostą polszczyzną, lecz starałbym się ukryć to za wielkimi słowami; bo jak powiada człowiek z opowieści: „jeśli to nie ma sensu, to przynajmniej brzmi po grecku." Zatem te dwa słowa — wychowanie bezwyznaniowe — jeśli chcecie wiedzieć, co znaczą, przetłumaczcie je na prosty język. Wychowanie bezwyznaniowe, w dobrej staropolszczyźnie, oznacza nauczanie bez Boga: pięć sylab. Nauczanie waszych dzieci, ojcowie i matki, i wychowanie ich bez Boga! Ani słowa o Bogu, jakby Bóg nie istniał! Można mówić o Nim w rodzinie; można Go głosić w świątyni lub w kościele; lecz jest jedna instytucja w kraju, do której Bóg nie może wejść; gdzie imienia Bożego nie wolno wspomnieć — a tą instytucją jest miejsce, gdzie młodzi mają otrzymać wychowanie, które ma ukształtować ich życie, i to zarówno doczesne, jak i wieczne; miejsce, gdzie młodzi mają otrzymać to wychowanie, od którego zależy wieczność. Kwestia nieba lub piekła dla każdego tam dziecka zależy od tego wychowania, a wychowanie to ma być udzielane bez jednej wzmianki o imieniu Boga Niebios!
Starajcie się pojąć w swych umysłach, czym jest ten łaskawy system. Ten piękny system opiera się na dwóch zasadach leżących u jego podstaw, a mianowicie: pierwsza zasada jest taka, że człowiek może osiągnąć doskonałość bez jakiejkolwiek pomocy Jezusa Chrystusa. Ten system wychowania nie wierzy w Chrystusa. Jest to zasada masońska; zasada wolnomularzy powtórzona: a mianowicie, że Bóg stworzył nas w taki sposób, że bez żadnej pomocy z Jego strony, bez żadnego cienia łaski, sakramentu czy religii, możemy wypracować w sobie doskonałość; jesteśmy zatem niezależni od Boga. Jest to ostateczny owoc ludzkiej pychy; stąd też wychowanie świeckie, które nie uwzględnia Boga, mówi: możemy wychować te dzieci na to, czym powinny być, nie ucząc ich niczego o Bogu. Druga zasada, na której się opiera, jest taka, że celem życia ludzkiego w porządku chrześcijańskim nie jest to, co Chrystus, Pan nasz, lub święty Paweł sądzili, lecz coś innego. Pismo Święte oznajmia, że celem dążeń chrześcijanina w tym życiu powinno być zlanie się z Panem Jezusem Chrystusem i wzrośnięcie w pełnię Jego wieku i Jego dojrzałości w Chrystusie; przyobleczenie Pana — jedności, miłości, hojności i wszelkiej cnoty naszego Boskiego Pana i Zbawiciela. Na tym ma polegać cel chrześcijanina; cel jego życia, od którego wszystko zależy. Otóż zasady te są jawnie zaprzeczone przez tych, którzy nauczają bez Boga. Czy mogą uczyć bez Boga — Boga Wszechmogącego, który trzyma ich w garści swej dłoni? Sama ta zasada jest niedorzeczna. Nauczać nauk humanistycznych bez Boga jest niemożliwością. Czy na przykład można uczyć historii bez Boga? Pierwszym zdaniem historii jest: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię"; i dlatego w tym systemie wychowania profesor historii, nauczyciel, musi powiedzieć: „Drogie dzieci, będę was uczyć historii; lecz nie mogę zacząć od początku; bo tam natrafiamy na Boga, a Jemu nie wolno wchodzić do szkoły!" Czy można uczyć filozofii bez Boga? Filozofia jest określana jako umiłowanie mądrości. Jest nauką szukającą skutków u ich przyczyn; a filozof wychodzi z istnienia pierwszej przyczyny; a ową pierwszą przyczyną jest Bóg; zatem filozofia, która wyklucza Boga, musi zaczynać od drugiej przyczyny — tak jakby ktoś chciał uczyć małego chłopca dodawania i mówił: „Zaczniemy od liczby dwa; nie ma liczby jeden." Dziecko obróciłoby się i powiedziało: „Czy liczba dwa nie jest wielokrotnością liczby jeden? Jak może być liczba dwa, jeśli nie ma liczby jeden do pomnożenia?" Czy można uczyć alfabetu, pomijając pierwszą literę — A — i mówić: „Zacznijmy od litery B"? Taki jest zamach na nauczanie filozofii lub historii bez Boga. Czy mogą uczyć geologii bez Boga? Czy mogą wykluczyć ze swoich rozważań o ziemi, o powierzchni ziemi i o glebie — czy mogą wykluczyć rękę Stwórcy? Próbują to czynić; lecz w samej tej próbie głoszą swoją niewiarę. Stąd żaden człowiek nie może uczyć geologii bez tego, że jest albo głęboko pobożnym wierzącym w objawienie, albo jawnym i otwartym bezbożnikiem. Jednym słowem, nie ma żadnej z tych nauk humanistycznych, która w swoim ostatecznym wyniku i analizie nie oparłaby się na pierwszej prawdzie — źródle wszelkiej prawdy — przyczynie wszelkiej pewności — a tą jest Bóg.
Ale odłóżmy na bok te wszystkie rozważania i przyjmijmy, że oddaliśmy nasze dzieci tym ludziom, aby je kształcili; mówią oni, że rodzice mogą w domu uczyć jakiejkolwiek formy religii, jakiej chcą. Przyjmijmy, że oddaliśmy nasze dzieci na naukę do tych ludzi. Czy oni wiedzą, jak je wychowywać? Nie wiedzą, co znaczy słowo wychowanie. Co ono znaczy? Znaczy — etymologicznie — wydobywać, rozwijać, wydobywać na jaw to, co jest w umyśle. To małe dziecko siedmioletnie jest ojcem dorosłego człowieka. Ma zaledwie siedem lat, lecz jest ojcem człowieka, jakim będzie za dwadzieścia lat. Otóż wychowanie i wydobycie w tym dziecku każdej władzy, każdej siły jego duszy, której będzie potrzebować do korzystania ze swej dojrzałości — oto prawdziwy sens słowa wychowanie. W duszy ludzkiej są dwa odrębne układy władz, obydwa niezbędne dla człowieka, obydwa działające na jego życie i wpływające na nie. Przede wszystkim jest rozum człowieka; ten musi otrzymać wykształcenie. Ale obok owego czystego rozumu jest też serce, które również musi być wychowane; są uczucia; jest wola; i jak wiedza jest niezbędna dla rozumu, tak łaska Boża jest niezbędna dla serca i dla woli. Jeśli dasz swemu dziecku wszelką postać wiedzy ludzkiej i napełnisz je ideami w obfitości, i rozwiniesz oraz wydobędziesz każdą zdolność jego rozumu, i nie ukryjesz przed nim niczego w dziedzinie wiedzy — lecz nie zadbasz o jego serce i nie wykształcisz jego ducha i uczuć — jak ma ono opanować swoje namiętności? Nie mówisz mu o jego obowiązkach moralnych, które mają być ścięgnami jego życia, i nie starasz się wcale umocnić i nauczyć woli, by ulegała rozumowi; nie mówisz mu o jego obowiązkach ani o tym, co ma praktykować — cóż masz na końcu owego wychowania? Intelektualnego potwora. Wyobraźcie sobie małe dziecko, pięcio- lub sześcioletnie. Gdyby cały wzrost poszedł w głowę, a reszta ciała pozostała bez zmiany, za kilka lat mielibyście potwora; mielibyście małe dziecko z głową olbrzyma. Nie próbuj oczyszczać uczuć, a rozwiniesz wprawdzie rozum, lecz pozostałe władze będą w takiej dysproporcji, że stworzysz intelektualnego potwora. Stworzyłeś coś gorszego — stworzyłeś moralnego potwora! To prawda, wiedza jest potęgą. Lecz każda potęga w stworzeniu wymaga hamulca, by być pożyteczną. Bez takiego hamulca jest szkodliwa i niszczycielska. Koń służy ci tylko dopóty, dopóki możesz go utrzymać w ryzach wędzidłem i uzdem. Lokomotywa jest pożyteczna jedynie dopóty, dopóki ręka maszynisty ją kontroluje. Piorun, który bez hamulca zniszczyłby cię, staje się posłańcem twych myśli, gdy prowadzony jest i powściągany przewodem elektrycznym. Dałeś temu człowiekowi potęgę, dając mu wiedzę. Lecz nie dałeś mu ani jednej zasady, która by oczyszczała, wpływała na tę potęgę lub ją powściągała, tak by używał jej właściwie. Stworzyłeś więc moralnego potwora. A teraz ów człowiek jest tym bardziej niegodziwym, tym bardziej bezlitosnym i tym bardziej bezwstydnym, w dokładnie tej samej proporcji, w jakiej udało się go uczynić kulturalnym i uczonym. Taki jest owoc owego głośnego systemu wychowania bezwyznaniowego.
Jest jeszcze inny system wychowania — system naszych oddzielonych braci w tym kraju, którzy mówią, że są tak samo oburzeni jak my, i tak samo przerażeni myślą o wychowaniu zupełnie bezBożnym; że nie są za wychowaniem bez Boga; przeciwnie — zamierzają mieć Boga wszędzie. Starają się teraz umieścić Go w konstytucji amerykańskiej, jeśli im się powiedzie. Oni też budują swoje szkoły; i sądzą, że katolicy są najnierozsądniejszymi ludźmi na świecie, bo nie zgadzamy się posyłać do nich naszych dzieci. Mówią: „Jakiż macie zarzut wobec Biblii? Czy wy w nią nie wierzycie tak samo jak my?" Mówią: „Czy nie możecie posyłać do nas swoich dzieci na platformie naszego wspólnego chrześcijaństwa? Jest wiele rzeczy, w które razem wierzymy." Mówią: „Nie będziemy prosić o nauczanie dzieci czegokolwiek sprzecznego z katolickim kultem; ani prosić ich o uczestnictwo w jakimkolwiek nauczaniu religijnym, tylko o tyle, o ile wyznają tę ogólną prawdę wspólną z naszymi protestantami." Proszą nas więc, byśmy stanęli razem z nimi na platformie wspólnego chrześcijaństwa? Otóż, moi przyjaciele, wielu katolików daje się tym schwytać i uważa, że jest nader nierozsądne, niemal zacietrzewieniem ze strony Kościoła katolickiego, by tego odmawiać. Przyjrzyjmy się więc, na co pozwala platforma naszego wspólnego chrześcijaństwa; co ona znaczy? Oto szkoła protestancka prowadzona na zasadach protestanckich. Przypuśćmy, że zamknęli protestancką Biblię i odłożyli ją na bok, a prowadzą szkołę na zasadach protestanckich, o tyle o ile są one wspólne z wiarą katolicką; i zapraszają katolika, by dzielił z nimi tę szkołę. Przede wszystkim, moi przyjaciele, jak daleko idziemy razem? Nie wiem, czy jest tu jakiś protestant; jeśli jest, nie chcę powiedzieć ani jednego słowa surowego, lekceważącego lub nieprzyjemnego; lecz rozważmy, jak daleko możemy iść razem — protestanci i katolicy! Otóż odpowiadają najpierw: „Wierzymy w istnienie Boga." Chwała Bogu, tak! — protestanci i katolicy są w tym zgodni; obydwaj wierzymy, że jest nad nami Bóg. Następny wielki dogmat chrześcijaństwa brzmi: „Wierzymy w Bóstwo Chrystusa." Zatrzymajcie się, moi przyjaciele! Obawiam się, że musimy podać sobie ręce i rozstać się. Obawiam się, że platforma naszego wspólnego chrześcijaństwa jest zbyt ciasna. Czy zdajecie sobie sprawę, że protestant nie jest zobowiązany wierzyć w Bóstwo Jezusa Chrystusa? Wielu protestantów wierzy w nie jak najbardziej, z wielką pobożnością i żarliwością; wielu protestantów wierzy tak jak my. Jest jednak jak najbardziej prawdziwe, że w kościołach anglikańskich w całej Anglii głoszą duchowni Kościoła Anglii, którzy zaprzeczają Bóstwu Jezusa Chrystusa; i jest jak najbardziej prawdziwe, że w tej właśnie chwili cały świat protestancki stara się pozbyć Credo Atanazjańskiego, bo to Credo mówi, że kto nie wierzy w Bóstwo Jezusa Chrystusa, nie może wejść do Królestwa Niebieskiego. Muszę zatem odrzucić to twierdzenie. Nie mogę go przyjąć. Oby Bóg dał, żebym mógł. Nie, moi przyjaciele, gdyby jutro anglikański duchowny, który pisał przeciw Bóstwu naszego Pana, przeciw natchnieniu Pisma Świętego i przeciw wszelkim formom religii — w pracach drukowanych, wzywając wszystkich pobożnych protestantów Anglii do przyjęcia jego poglądów — profesor angielski czerpiący swe roczne pensje; głoszący religię (Boże, zachowaj nas!) — gdyby jeden z tych ludzi stanął jutro przed trybunałem, Królowa i jej Rada orzekłyby, że Bóstwo Chrystusa nie jest konieczną doktryną. Zrób jeden krok dalej poza istnienie Boga, a platforma się wali; i dziecko katolickie oraz dziecko protestanckie nie mogą już stać obok siebie. Do owej szkoły protestanckiej wchodzi dziecko protestanckie, by uczyć się swej religii. Wszystkiego, w co jego religia każe mu wierzyć, jest nauczane; lecz dziecko katolickie, zanim będzie mogło wejść i otrzymać pouczenie, musi zostawić za drzwiami, na zewnątrz, wiarę w Sakramenty, spowiedź, Komunię świętą, modlitwy za zmarłych, Najświętszą Maryję Pannę, wszystkich świętych, obowiązek rachunku sumienia i modlitwy; jednym słowem, wszystkie szczególne obowiązki, wszystkie zasady religii katolickiej muszą zostać zapomniane i zignorowane przez to katolickie dziecko, zanim będzie mogło się dość uniżyć, by zająć miejsce na platformie obok swego małego brata protestanta. Czy to dziwne, że nie chcemy tego czynić? Gdybyście mieszkali w pięknym domu, urządzonym i wygodnym, a sąsiad wasz mieszkałby w wilgotnej piwnicy, zimnej i ciemnej; i gdyby prosił was, byście przyszli i zamieszkali z nim, odpowiedzielibyście: „Bardzo dziękuję, drogi przyjacielu; lecz wolę nie." Gdybyście mieli dobry obiad z pieczystym, a sąsiad miał tylko solonego śledzia i prosił was, byście jedli z nim, odpowiedzielibyście: „Nie, nie mogę." Tak też, kiedy proszą nas, byśmy zstąpili z wyżyn naszej wiedzy katolickiej, wyszli z atmosfery sakramentów i Boskiej obecności Jezusa Chrystusa, z atmosfery odpowiedzialności przed Bogiem, urzeczywistnionej i wyznaczonej w spowiedzi i komunii; by porzucić wstawienniczą modlitwę Maryi, matki Jezusa Chrystusa, i świętych; i prosząc nas, byśmy zapomnieli o naszych zmarłych, prosząc, byśmy wyrzekli się wszystkiego, co katolikowi drogie — wszystkiego, byśmy mieli przywilej stania na nędznej platformie „naszego wspólnego chrześcijaństwa" z naszymi braćmi protestantami — musimy powiedzieć, że jesteśmy bardzo zobowiązani, lecz prosimy o odmowę. Powiadam, że skromny posiłek nam oferują; ale ponieważ w domu mamy coś o wiele lepszego i bardziej obfitego — pozwalamy sobie wymówić. A jeśli zechcą do nas przyjść, niech wejdą do naszych szkół katolickich i znajdą tam wszystko, co w swych szkołach protestanckich, i o wiele więcej; jeśli zaś nie zechcą — nie możemy na to poradzić; my do nich zejść nie możemy — nigdy!
Otóż wedle zasady wychowania katolickiego Kościół katolicki mówi: „Ja wiem, jak wychowywać; nie ma w duszy tego dziecka ani jednej władzy, ani jednej zdolności — czy rozumowej, moralnej, czy duchowej — której nie wydobędę w pełnym jej rozkwicie. To dziecko potrzebuje wiedzy dla swego rozumu — i wszelkiej postaci wiedzy ludzkiej; tak byśmy mogli rywalizować z każdym innym nauczycielem na świecie." To Kościół zapewnia, tak więc nie lęka się żadnej rywalizacji, lecz utrzymuje swoją pozycję w każdej gałęzi wiedzy świeckiej. Jakiś czas temu rząd brytyjski powołał komisję do zbadania szkół w Irlandii. Myślano, że uda się wykazać niedomagania naszych szkół katolickich; przynajmniej sądzono, że tak bardzo zajmujemy się religią, że nie dajemy dzieciom dość wiedzy świeckiej. Komisarze objechali kraj i uroczyście sprawozdali w Izbie Gmin, że stwierdzili, iż żadne szkoły w Irlandii nie udzielają tyle wiedzy świeckiej co szkoły Braci Chrześcijańskich i zakonnic. Musieli to przyznać. Nauczyciele w innych szkołach deklarowali, że wiedza świecka jest ich głównym celem, a religia — jeśli w ogóle dopuszczana — rzeczą drugorzędną. Bracia Chrześcijańscy mówili: najpierw religia, a potem wiedza świecka. Tamte szkoły dopuszczały mizerne minimum religii, by nakłonić dziecko do przyjęcia wykształcenia świeckiego; Bracia Chrześcijańscy zaś dopuszczali wiedzę świecką, by wpoić w serce i duszę dziecka religię. A jednak w tej rywalizacji Kościół katolicki był tak dalece z przodu — nawet w przekazywaniu wiedzy świeckiej — że nasi przeciwnicy w tej kwestii musieli przyznać, że w Irlandii nie ma nic równego szkołom Braci Chrześcijańskich i zakonnic.
Kościół mówi: „Nie odmawiajmy żadnego źródła wiedzy ludzkiej. Niechaj każde światło, które wiedza ludzka i nauka mogą przynieść, spływa na ten rozum. Nie boję się tego. Pragnę, by dziecko miało rozum; im bardziej zdołam zalać ten rozum światłem, tym większą mam rękojmię, że człowiek ten będzie prawdziwym i gorliwym, bo wybitnie rozumowym, katolikiem." Lecz Kościół dodaje: „serce tego dziecka potrzebuje pouczenia; uczucia tego dziecka wymagają pokierowania; namiętności tego dziecka muszą być oczyszczone; to dziecko musi zaznajomić się z rzeczami i radościami nieba, zanim zaznajomi się z widokami i radościami ziemi." Dlatego bierze dziecko, zanim dojdzie do wieku rozumu, i sprawia, że jego młode oczy są oczarowane obrazami, słodyczą i duchowym pięknem Jezusa i Maryi; przyciąga je i napełnia owo młode serce miłością do Odkupiciela, zanim pożądanie wzbudzi miłość ziemską; zanim tajemnica nieprawości, która jest na świecie, zostanie objawiona jego rozumowi. Dlatego przyciąga to dziecko i zaznajamia jego umysł ze słowami wiary i językiem nieba i modlitwy; wplatając w jego zabawy i naukę pierwiastek pobożności i religii. Bo uznaje, że jak bardzo świat potrzebuje ludzi rozumnych, to jeszcze o wiele, wiele bardziej potrzebuje ludzi uczciwych, czystych, wzniosłego ducha. Bo wie, że jeśli wiedza nie jest przeniknięta łaską, wiedza bez łaski staje się przekleństwem zamiast błogosławieństwem. Przekleństwem świata była jego wielka rozumność w epoce Augusta, bo — powiada święty Paweł — „nie przyjęli Boga do swego poznania; i Bóg wydał ich na rozum niegodziwy." Co z tego wynika? Każda władza umysłu, uczuć, jak i rozumu, jest wydobywana w owym dziecku; tak że cała dusza jest rozwijana, ma swobodne pole działania i jest wydobywana na jaw w systemie wychowania katolickiego.
Który z tych trzech systemów jest — jak sądzicie — najbardziej potrzebny światu? Ach! moi przyjaciele, proszono mnie, bym zadowalał ogół tak samo jak moich współwyznawców. Oby Bóg dał, żebym mógł zaspokoić ogół taką doktryną jak ta, i głosić prawdę; i powiedzieć ogółowi, każdemu ojcu i każdej matce w Ameryce, protestantowi i katolikowi — gdy Bóg dał ci to dziecko, było to tylko po to, by przez twoje działanie i przez twoje wychowanie to dziecko wzrastało ku podobieństwu Jezusa Chrystusa; tylko po to, by Chrystus, Syn Boży, mnożył się w ludziach, rodzą się ludzie w ogóle. Co sobie wyobrażacie, że przyszliśmy na ten świat? By stać się bogaci? Bogatemu trudno dostąpić zbawienia! By stać się wielcy i sławni w oczach świata? Och, ta wielkość jest jak mgła, którą rozpraszają promienie porannego słońca. Nie! Bóg stworzył nas dla wieczności; a wieczność zależy teraz od tego, byśmy wydobywali w naszych sercach, w naszych uczuciach, w pięknym współbrzmieniu naszego życia, w prostej wierze i ufności naszych dusz, w każdej najwyższej cnocie — byśmy wydobywali w sobie i przyoblekali się w Pana Jezusa Chrystusa. I pytam raz jeszcze: który z trzech systemów wychowania jest zdolny to sprawić? Oby Bóg dał, żebym mógł zadowolić ogół Ameryki, głosząc Jezusa Chrystusa, i tylko Jego. I zaprawdę, to do naszych szkół możemy odnieść Jego słowa: „Dopuśćcie dziateczki do Mnie." A jeśli ogół nie będzie zadowolony, słysząc Jego imię; słysząc, jak mają Go zaszczepić w życiu swych dzieci — nie mogę zrobić nic innego, jak tylko modlić się za ogół, by Bóg Wszechmogący otworzył ich ślepe oczy i wpuścił czyste światło do ich zaćmionych umysłów.
Wiem, moi przyjaciele, że jest to dla katolików w tym kraju ciężkie brzemię — być nieustannie wzywanymi do budowania jednych szkół dla katolików, a zarazem zobowiązanymi jako obywatele do budowania drugich i wyposażania ich dla osób zamożniejszych lub lepiej sytuowanych od siebie. To prawdziwa krzywda; i nie sądzę, by Państwo — z całym szacunkiem dla władz — miało prawo tego od was wymagać. Lecz jednak, jakkolwiek wielka jest ta krzywda, kiedy zważycie, że wasze dzieci otrzymują w szkołach katolickich to, czego nigdzie indziej nie mogą otrzymać; kiedy zważycie, że wasze nadzieje na niebo są złączone z tymi dziećmi, i że wychowania, jakiego potrzebują, mogą dostąpić wyłącznie w szkole katolickiej i nigdzie indziej — musicie znosić tę niedogodność i złożyć tę ofiarę spośród wielu innych, by pozyskać niebo. Bo napisano: „Królestwo niebieskie doznaje gwałtu, i gwałtownicy je zdobywają."