*Wygłoszone w kaplicy „Sodalicji Absolwentów Świętego Ksawerego", w niedzielę 7 maja 1872 r.*
*„Gdy zaś nadszedł wieczór owego pierwszego dnia po szabacie, a drzwi były zamknięte tam, gdzie przebywali uczniowie, z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: «Pokój wam!» * * * * Ucieszyli się przeto uczniowie, ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: «Pokój wam!» Tomasz zaś, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. * * * * Jezus przyszedł, mimo że drzwi były zamknięte, stanął pośrodku i rzekł: «Pokój wam!»"* — J 20, 19–31.
Ten sposób pozdrowienia przyjął nasz Boski Pan po swoim zmartwychwstaniu, a nie wcześniej. Przez całe czterdzieści dni, które spędził wśród swoich po wstaniu do chwały, niezmiennie pozdrawiał ich słowami: „Pokój wam" — jak i gdzie indziej był powiedział: „Pokój mój zostawiam wam, pokój mój daję wam." Po swoim zmartwychwstaniu, powiadam, słowa te wypowiadał. Przed swoją męką nie mógłby ich rzetelnie wyrzec, gdyż aż do chwili, gdy na krzyżu wydał ostatni okrzyk — zbawiwszy nas — trwała między Bogiem a człowiekiem wojna; jakże więc Syn Boży mógłby mówić: „Pokój wam"? Lecz teraz, gdy wszystko pojednał w sobie samym — *omnia reconcilavit et in semet ipso pacem faciens* — tworząc pokój — ten właśnie pokój, który sam zrodził, przekazał Apostołom słowami, które przed chwilą odczytałem.
A teraz, moi drodzy przyjaciele, zastanówmy się, cóż to jest ów pokój, o którym mówi nasz Zbawiciel — cóż to jest ów pokój, który ogłasza dziedzictwem wybranych, wielkim dziedzictwem pozostawionym światu: „pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum." Na czym on polega? Czy znamy
znaczenie, a nawet definicję tego słowa? To słowo proste i nam znajome, to słowo „pokój"; lecz śmiem twierdzić, że należy ono do tych prostych słów, których ludzie nie zadają sobie trudu, by je rozważać i rozumieć. Aby tedy zrozumieć, czym jest ów „pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum", i aby przez jego zrozumienie, w świetle wiary, odkryć nasze własne posłannictwo jako chrześcijan, proszę was, byście się zastanowili, jakie było posłannictwo Boskiego Syna Bożego, gdy przyszedł i za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy, i stał się człowiekiem. Po co przyszedł? Jakiej pracy miał dokonać? Odpowiadam słowami Pisma Świętego: „Przyszedł, by dokonać wielkich dzieł pokoju i pojednania." W dniu, gdy człowiek zgrzeszył i zbuntował się przeciw Bogu, wypowiedział wojnę Wszechmogącemu; a Bóg przyjął wyzwanie i wypowiedział wojnę grzesznikom. Ta wojna oznaczała rozłąkę Boga z człowiekiem; i w tym stanie walki zastał Chrystus Pan świat. Zastał świat oddzielony od Boga, po pierwsze, przez błąd i niewiedzę. „Nie ma prawdy i nie ma poznania Boga w tej ziemi" — na to narzekał Prorok Izajasz. „Prawda ustaje wśród synów ludzkich" — z bólem wołał królewski Psalmista. „Nigdzie Bóg nie jest znany."
Zanim Syn Boży przyszedł na ziemię, narody zbłądziły w tysiące postaci bałwochwalstwa i błędu. Każdy człowiek nazywał swoją własną odmianę błędu „religią". Jedni byli epikurejczykami — zmysłowcami — z bestii czynili bogów. Kanonizowali zasadę nieczystości i nadawali jej imię bogini; i to właśnie ogłaszali swoją religią! Byli też inni, zaślepieni w umyśle, którzy czcili własne namiętności waśni i walki; kanonizowali zasadę zemsty i rozlewu krwi, i czcili ją pod imieniem Marsa. Posunęło się to tak daleko, że nawet złodzieje, rozbójnicy, nieuczciwi mieli swojego boga; zasada nieuczciwości i złodziejstwa została kanonizowana, a raczej ubóstwiona, okrzyknięta religią i wcielona w postać boga Merkurego! To jest sztuczka diabła i sztuczka świata — pochwycić jakąś formę błędu, jakąś formę niewiary i nazwać to „religią." Gdy przyszedł Ten, który jest „drogą, prawdą i życiem", ciemność zalegała całą ziemię. Świat był dość „cywilizowany". Sztuki
i nauki kwitły. Była to epoka Augusta, która dała imię najwyższej cywilizacji wśród narodów od owego czasu po dzień dzisiejszy. Lecz cóż było straszliwym brakiem tej cywilizacji? Ignorowała Boga; nie brała Boga pod uwagę w swojej wiedzy; sądziła, że może być mądrą bez Boga. Bóg udaremnił ich mądrość i porzucił ich na pastwę przewrotnego rozumu! Tak tedy ludzkość wypowiedziała wojnę Bogu prawdy i mądrości. Co stąd wynikło? Inny rodzaj wojny, jeszcze straszliwszy, jeśli chcecie — skutek, naturalny i konieczny skutek — owego oderwania ludzkiego rozumu od Boga. Czym on był? Wszelka postać grzechu — ba, najnikczemniejszy, najobrzydliwszy, najpodlejszy grzech — znajdowała się wśród ludzi. Nie jako wyjątek; nie jako coś, co należy ukrywać, lecz jako coś, co się jawnie przyznaje, jako rzecz oczywista. Mąż nie był wierny żonie, ani żona mężowi. Juvenalis powiada nam, że w owym kwitnącym społeczeństwie pogańskim, gdy mężczyzna widział, jak żona jego starzeje się, i gdy w miarę jak blask jej młodości gasł, zaczynał nią pogardzać, aż — wedle słów satyryka — nadchodził dzień, gdy widziała, jak do domu wchodzi piękna, kwitnąca dziewica, a ona sama, matka dzieci, musiała odejść; bo jej oczy utraciły blask, a rysy — rumieniec i lilię urody; a obca przyszła zająć jej miejsce. Nie było zasady wierności. Nie było zasady uczciwości. Żaden człowiek nie mógł ufać bliźniemu. Żaden nie wiedział, komu można zaufać. Nawet dawne, surowe cnoty, które zrodziły się we wczesnych republikach Grecji i Rzymu, minęły. Świat był zbyt cywilizowany dla nich. Były to szorstkiej formy, z pewnym pozorem cnoty, które posiadał człowiek prymitywny, na wpół barbarzyński; cywilizowany poganin, będący uosobieniem zmysłowości i nieczystości, naśmiewał się z nich, drwił z nich i pogardliwie je odrzucał!
Tak tedy świat wypowiedział wojnę Bogu — i wypowiedział ją na rzecz zmysłowości. Boga czystości — nie znali Go — i dlatego nie mogli w Niego wierzyć. „Nie ma prawdy i nie ma poznania Boga w tej ziemi" — mówi prorok. A potem natychmiast dodaje: „Przeklinanie, kłamstwo, kradzież i cudzołóstwo zalały kraj i zepchnęły w cień wielką miłość — bo mój lud, mówi Pan, nie ma łaski."
Drugi rodzaj wojny, którą Pan nasz zastał na ziemi, była wojna między ludźmi; bo ci, którzy przestali znać Boga, przestali też miłować się i szanować nawzajem. Podzieleni na mnóstwo sekt, naród przeciw narodowi, prowincja przeciw prowincji, sama historia naszego rodu była niczym innym jak historią wojen, waśni i rozlewu krwi. Wtedy przyszedł Syn Boży wcielony, z uzdrawiającą dłonią i mocnym dotykiem, by przywrócić światu zdrowie i odnowić oblicze naszej ziemi. Jak tego dokonał? Dokonać tego mógł tylko On; a dokonać mógł to jedynie przez ustanowienie, przekazanie i ogłoszenie prawdy Bożej — Siebie samego — i pozostawienie jej pośród ludzi; prawdy niezmiennej, wiecznej, czystego, nieskalanego, jasnego światła prawdy, jakie biło z odwiecznej mądrości Boga. Jedynie w ten sposób mógł przywrócić ludzkość do pokoju z Bogiem wiecznej prawdy. Następnie było konieczne, by skoro tak ustanowił prawdę, zgładził grzech przez przelanie własnej krwi jako ofiara; i by zostawił po sobie na zawsze w świecie wartki strumień tej krwi uświęcającej — ku oczyszczeniu grzesznika i nieczystego, ku umocnieniu słabych, ku pokrzepieniu mocnych, ku ożywieniu umarłych. Czy Chrystus tego dokonał? Tak. Wzniósł głos i przemówił, a głos Zbawiciela był głosem Boga Wiecznego. I zauważcie, że zanim zbawił świat przez przelanie swojej krwi, zanim odkupił grzech, przez trzy długie lata, dniem i nocą, w porę i nie w porę, głosił i nauczał; rozpraszał błąd, wpuszczał światło; gdyż ludzkość nie byłaby gotowa na odkupienie inaczej niż przez światło i prawdę Bożą. Stąd widzimy Go raz na zboczu góry, raz nad jeziorem; raz wśród faryzeuszów, raz na pustyni; raz w świątyni jerozolimskiej, raz na bocznych drogach Judei; raz w małych miasteczkach i wioskach — lecz wszędzie — *quotidie docens* — nauczając każdego dnia; przez trzy lata przygotowując świat na jego odkupienie; jednając ludzki rozum ze światłem Bożej prawdy; otwierając umysły i wpuszczając strumień czystego Bożego światła w intelekt. Potem, gdy trzyletnie przygotowanie dobiegło końca; gdy ludzie zaczęli pojmować, czym jest prawda; gdy ukształtował swoich uczniów i ustanowił swoje kolegium apostolskie — wtedy Ofiara Wieczna wstąpiła na krzyż i przelała krew; a przelanie tej krwi zmyło grzech świata i otworzyło owe strumienie z Jego świętych ran, które miały płynąć kanałami sakramentalnymi i dosięgać każdą ludzką duszę ze wszystkimi jej potrzebami duchowymi — tu i tam, wszędzie — aż do końca czasu; wedle tej obietnicy dotyczącej Kościoła Pańskiego: „Czerpać będziecie z radością wody ze źródeł zbawienia!" Oczyścił świat przez przelanie swojej krwi. Lecz dobrze znał naszą naturę. *Et naturam nostram ipse cognovit.* Stworzył nas i znał nas. Wiedział dobrze, że strumień, który wytrysnął z Jego ran na Kalwarii, powinien płynąć wiecznie, bo grzechy, które jedynie ta krew mogła zmywać, będą się odnawiać raz po raz, póki ludzkość trwać będzie na tej ziemi. „Bo" — i rzekł to głosem pełnym bólu — „musi przyjść zgorszenie."
Tak tedy w Boskiej prawdzie i sakramentalnej łasce, które dał, pojednał ludzkość z Ojcem Niebieskim i przywrócił pokój między Bogiem a człowiekiem. Potem, dotykając owej drugiej wielkiej niezgody, ogłosił zasadę powszechnej miłości — oznajmił, że żadne krzywdy, żadna zniewaga nie mogą jej tamować, przerywać ani niszczyć — oznajmił, że dobrem za zło odpłacać musimy — oznajmił, że musimy żyć dla człowieka, troszczyć się o wszystkich ludzi, starać się o zbawienie dusz wszystkich; i że ta miłość, to braterstwo, ta miłość bliźniego musi panować w naszych sercach w chwili, gdy wszelkimi siłami naszego umysłu — a w razie potrzeby i ciała — podtrzymujemy święte zasady Boskiej prawdy i Boskiej łaski.
Oto tedy, moi drodzy przyjaciele, pokój, który przewyższa wszelki rozum; pokój, który przyszedł zostawić i dać. Pokój oznacza jedność. Gdy narody są w stanie wojny, dzielą się na dwa wrogie obozy i patrzą na siebie spode łba oczami nienawiści i gniewu; a gdy wojna dobiega końca, wychodzą ku sobie — spotykają się — i podają sobie dłonie w pokoju. Podobnie spotkanie ludzkiego rozumu z prawdą Bożą — przyjęcie tej Boskiej prawdy przez umysł — otwarcie serca na przyjęcie łaski Bożej i samego Pana naszego przez sakramenty — ustanawia spotkanie w pokoju między Bogiem a człowiekiem. Miłość, o której mówiłem — szlachetność chrześcijańskiego przebaczenia, dopełniającego chrześcijańską pokorę — wielkość
chrześcijańskiej cierpliwości i wyrozumiałości — ustanawia pokój między wszystkimi ludźmi. Zamiarem Chrystusa było, by ów wieczny pokój, o którym mówię, znalazł też swój wyraz w jedności — by wszyscy ludzie byli jedno przez jedność myśli we wspólnej wierze i jedność serca we wspólnej miłości. Warte zaś odnotowania jest, że tak jak Pan nasz pozdrowiał
swoich Apostołów słowami: „Pokój wam" — po swoim zmartwychwstaniu — tak samo przed swoją męką, w noc poprzedzającą cierpienie, zaniósł modlitwę do Boga — raz po raz do Ojca w niebie — by wszyscy ludzie byli jedno, jak On i Ojciec są jedno. „Ojcze" — mówi — „zachowaj ich w jedności, jak Ty i Ja jesteśmy jedno." To znaczy: jedność wiary — uznanie jednej, niepodzielnej i niezmiennej prawdy — skłonienie wszystkich głów przed jedną ideą — a potem jedność serc wyrastająca z tej jedności wiary. Taki był zamysł Chrystusa i ku temu zmierzała Jego praca. Ku temu też trudziła się przez dwa tysiące lat Jego Kościół. Dokonał On tego w znacznej mierze — lecz dzieło zostało burzone i niszczone w wielu krajach rękoma tych, którzy byli nieprzyjaciółmi Boga, skalając i rozbijając piękny zamysł naszego Pana i Zbawiciela.
Otóż w tej wiecznej i niezmiennej prawdzie, głoszonej wszystkim ludziom, rozpoznawanej przez wszystkich, gromadzącej każdy rozum, szanującej wszelkie szczere odstępstwa, a jednak jednoczącej wszystkich w wierze — w tej prawdzie i w tym uświęcającym pokoju, który jest w Kościele katolickim, leży zbawienie świata, zbawienie społeczeństwa, zbawienie każdej zasady, na której opiera się ta tak wychwalana i często chwalona nasza cywilizacja. W chwili, gdy postąpimy choćby o cal poza Kościół katolicki i rozejrzymy się wokoło — cóż stwierdzimy? Czy istnieje na ziemi jakakolwiek siła — choćby zwała się religią — która odpowiadałaby
potrzebom społeczeństwa? Czy którakolwiek z tych sekt lub „religii" (jak same siebie nazywają) może uczynić człowieka czystym? Nie. Nie są zdolne sięgnąć w głąb ludzkiego serca ani go prześwietlić. Nie roszczą sobie pretensji do stanowienia prawa w kwestii czystości myśli. W praktyce sprowadzają ideę czystości do zwykłego zachowania pozorów wobec świata — do samego zewnętrznego szacunku i przyzwoitości. Czy są zdolne wstrząsnąć człowiekiem i wyrwać go z grzechów? Nie; brak w nich rzeczywistości. Nie mają nawet trybunału sumienia, przed który zmuszałyby człowieka stanąć po starannym rachunku sumienia. Nie mają miernika sądu, który mogłyby mu przedstawić. Nie mają narzędzia, Bożym powołaniem ustanowionego, by człowieka skruszyć, uniżyć, złamać w nim pychę, skłonić go do wyznania i uznania grzechu — a potem, unosząc nad nim sakramentalną dłoń, na mocy jego pokory, skruchy i spowiedzi — wyprawić go odnowionego i nawróconego łaską Bożą. Czegoś takiego nie ma. Nie ma niczego, co tak skutecznie pomagałoby człowiekowi dotrzymać słowa. Nie. Pierwsza zasada wierności — leżąca u korzeni wszelkiego społeczeństwa — wielka fundamentalna zasada wierności — to sakrament, który nadaje świętość małżeństwu; przez który ci, których łączy, zostają opieczętowani pieczęcią Bożą i uświęceni prawdą Bożego Kościoła. Mężczyzna ocalony zostaje od zdrady własnych namiętności. Kobieta ocalona zostaje od niestałości serca mężczyzny. Rodzina ocalona zostaje w obronie praw matki — przez włożenie na jej głowę korony, której żadna ręka na ziemi nie może dotknąć ani zabrać. Przyszłość świata ocalona zostaje przez uszlachetnienie chrześcijańskiej kobiety, żony i matki czymś z czystości Dziewiczej Matki Bożej! Czy one to czynią? O, czuję, jak serce moje płonie oburzeniem — krew niemal wrze w żyłach, gdy o tym myślę — gdy widzę w cieniu Ukrzyżowanego, dziewiętnaście wieków po tym, jak uświęcił świat — gdy widzę ludzi rozmyślnie wyrywających same fundamenty społeczeństwa — wyciągających zwornik ze sklepienia i obalających je, w dniu, gdy powrócili do swego pogaństwa — w dniu, gdy zagrozili, że węzeł zawiązany przez Boga zostanie rozwiązany rękoma ludzkimi — w dniu, gdy dali kłam samemu Panu, który oznajmił: „Co Bóg złączył, niechaj człowiek nie rozdziela" — w dniu, gdy człowiek jest tak wypchnięty na pastwę własnych pokus; a kobieta, kimkolwiek by była — koronowaną królową czy skromną wieśniaczką; pierwszą czy ostatnią w kraju — czeka w niepewności, nie wiedząc, o której godzinie, pod jakimś haniebnym zarzutem, do jej rąk wpłynąć może akt rozwodowy i matce dzieci rozkazano odejść, by jej miejsce oddać innej!
Czy istnieje jakakolwiek siła, by uczynić ludzi uczciwymi? Nie; nie mogą tego dokonać. Człowiek dziś grabieży dokonuje; kradnie po kryjomu; wzbogaca się bezprawnie, niesprawiedliwie, haniebnie — a jutro idzie na jakieś przebudzenie albo spotkanie obozowe i tam głośnym głosem błogosławi Pana, ogłaszając
swoim pełnym podziwu przyjaciołom, że „odnalazł Pana!" Lecz czy istnieje jakakolwiek siła, by go zatrzymać i rzec: „Chwileczkę, przyjacielu, poczekaj! Czy oddałeś do ostatniego grosza to, co niesprawiedliwie nabyłeś? Czy wytrzasnąłeś tę swoją judaszowską sakiewkę, aż do ostatniego centa — do ostatniej sztuki srebra, za którą sprzedałeś duszę piekłu, i wszystko wróciło do tych, którym zostało zabrane? Jeśli nie — nie mów o odnalezieniu Chrystusa! Nie mów o oparciu się o Pana! Nie bluź Bogu sprawiedliwości!" Czy istnieje jakakolwiek siła poza Kościołem katolickim, która tak człowieka przesiana? Czy w ogóle istnieje coś takiego? Nie; żyjemy w epoce udawania — pozorów; a najgorsze udawanie ze wszystkich — najniższe — najobrzydliwsze pozory ze wszystkich — to te, które spotykamy w tak zwanym „świecie religijnym." Weźcie swoje religijne gazety — weźcie swoje religijne publikacje spoza Kościoła katolickiego! Zaświadczam, że to więcej, niż zdrowy rozsądek lub ludzka cierpliwość są w stanie znieść! Gdyby wielki Kościół żywego Boga nie był pośród was — niemienny w prawdzie, wierny w każdym posłannictwie, odziany w świeżość swojej pierwotnej świętości, uświęcający wszystkich, którzy podchodzą pod jego sakramentalne oddziaływanie — gdyby jej tu nie było jako miasta Bożego, ów tak zwany „świat religijny" sprowadziłby gniew Boży; bo jego wybryki są obliczone na to, by samego Pana narazić na pogardę, wzbudzić litość aniołów, gniew nieba i radość piekła.
Pewien niedawny autor, który poświęcił nieco uwagi zagadnieniu obojętności religijnej, pyta: „Dlaczego kościoły świecą pustkami? Czemu umysły naszych czasów nie chcą słuchać kazań? Czemu nie interesują się sprawami Kościoła? Czemu nie mają wiary?" A mądry głos — głos pobożny — odpowiada: „Bo, przyjacielu, nie wiecie, jak do nich przemawiać. Jeśli chcecie pochwycić rozum ludzi naszych czasów — jeśli chcecie ich skierować — jeśli chcecie ich przekonać — nie lgniecie do przestarzałych tradycji; nie opierajcie się na tych tak zwanych doktrynach minionej epoki. Czytajcie książki naukowe. Znajdźcie tam problemy, które nieustannie wyłaniają się z nowożytnej nauki, i starajcie się pogodzić
swoje poglądy religijne z tamtymi — a potem im głoście! Wtedy okażecie się człowiekiem epoki — człowiekiem postępu!" I tak oto odtąd tematem naszych kazań mają być telegrafy elektryczne, kable podmorskie i latające statki. „Jeśli chcecie się nauczyć, jak głosić kazania jak najskuteczniej" — dodaje ów mądry i znakomity głos — „czytajcie najnowsze powieści i starajcie się wynieść z nich wiedzę o wszelkich zaułkach i głównych traktach ludzkiego serca." Zobaczcie, jak delikatnie śledzą one wszystkie ploteczki towarzyskie, wszystkie drobne kawiarniące plotki i zabiegi miłosne, i tysiąc i jeden wpływów działających na cudzołożne i zdeprawowane serce człowieka — niegodne namiętności człowieka. Oto tekst, z którego kaznodzieja naszych czasów ma głosić, jeśli pragnie przyciągnąć rozum świata. A to wszystko na oczach i w cieniu Krzyża Chrystusowego, który umarł za człowieka! Czy kiedykolwiek bluźnierstwo było tak straszliwe? I to właśnie świat nazywa „religią". Ani słowa o Boskiej prawdzie — ani słowa o Boskiej łasce! W jednym z czołowych dzienników Nowego Jorku — piśmie znakomitym, piśmie dobrze napisanym — w artykule wstępnym owego pisma — właśnie dziś rano przeczytałem długi wywód na ten właśnie temat przepowiadania i kaznodziejów; — a słowo „prawda" pojawiło się w owym artykule tylko raz — i to pod szyldem „prawdy naukowej." Słowo „łaska" nie pojawiło się ani razu. Ale nigdy — ani razu — zwykła „prawda" — a nawet „prawda religijna" — nie przemknęła przez umysł zdolnego, wyważonego, roztropnego człowieka, który to napisał! I nie winię go, bo pisał dla epoki! Dawał całkiem wierne wyobrażenie tego, czym świat jest i do czego świat niezawodnie dojdzie, jeśli Bóg Wszechmogący w swoim miłosierdziu nie dotknie serc ludzkich i nie da im dość rozumu, by zwrócili się do Kościoła katolickiego i usłyszeli głos Boga — Boskiej Oblubienicy Chrystusa — w jej nauczaniu. Bez tego głosu nie mogą usłyszeć głosu Bożego. Bez jej nauczania to stwardniałe, wyschłe serce człowieka nigdy nie wzrośnie w czystość i miłość.
A teraz dochodzimy do posłannictwa, które mają przed sobą wy i ja. Jakkolwiek wspaniała jest wizja, która staje przed oczami naszymi, gdy rozważamy niebiańskie piękno i łaski naszej wielkiej i potężnej matki — Kościoła, który nigdy nie skłamał, nigdy nie skompromitował się ani nie zataił najmniejszej cząstki wiecznej i zbawczej prawdy, którą ludzkość winna poznać; który nigdy nie tolerował najmniejszego
grzechu, lecz do króla i chłopa mówił jednakowo: „Bądź czysty, bądź wierny, bo inaczej odetną cię jako zgniałą gałąź i wrzucą w piekło" — jakkolwiek wspaniały, powiadam, jest widok tego chwalebnego Kościoła — jakkolwiek cudowne i przekonujące są jego prawa do wiary każdego człowieka i posłuszeństwa każdego człowieka — gdyby głoszenie tych praw zostało powierzone mnie i takim jak ja, i ojcom, świat ledwo kiedy zostałby nawrócony. Wy macie swoje posłannictwo, moi drodzy młodzi przyjaciele, dzieci Kościoła Bożego; macie swoje posłannictwo — nie jako kaznodzieje wprawdzie; a jednak daleko wymowniejsze niż głos jakiegokolwiek kaznodziei, w cichej sile przykładu — przykładu, który musicie dawać tym, którzy was otaczają, zmuszając nawet najbardziej opornych i niechętnych, by patrzyli na was i widzieli w was jaśniejące chwały waszej Boskiej religii. *Sit lux luceat omni mundo.* Nie powiedział wszystkim: „Idźcie i głoście" — tylko Dwunastu. Lecz do wszystkich powiedział: „Niechaj wasze światło świeci przed ludźmi, aby widzieli wasze uczynki i oddali chwałę Bogu, który jest w niebie." I dlatego mówię wam: niechaj wasze światło świeci spokojnie, lecz jasno; by wszyscy ludzie mogli was zobaczyć i tym samym oddać chwałę waszej matce — Kościołowi triumfującemu w niebie, walczącemu za was na ziemi. Waszym posłannictwem jest odważne, mężne — jakkolwiek umiarkowane, lecz twarde jak skała adamantowa — wyznanie każdej świętej zasady katolicyzmu i każdej joty nauczania tego Kościoła, gdy wydaje prawo; bo jego przeznaczeniem jest być ucieleśnieniem prawdy w tym świecie. „Sercem wierzy się ku sprawiedliwości." Lecz to nie wystarczy; ustami głośno wyznawać trzeba ku zbawieniu — głośno wyznawać! Dlaczego? Bo diabeł głośno czyni swój akt wiary, wypełniając nim świat, wynosząc go wszędzie — w książkach, w gazetach, w przemówieniach, w stowarzyszeniach, w szkołach, w publicznych akademiach, na uniwersytetach, w aulach medycyny i prawa; w sądach, w senacie — to jeden krzyk — ten przeraźliwy, zgrzytliwy krzyk, przez który diabeł spełnia swój ohydny akt wiary w siebie i zaprzeczenia Boga — akt wiary — akt diabelskiej wiary, który napotykamy na każdym kroku — uderzający i rażący każdy nasz zmysł swoim straszliwym językiem. Nie możemy wziąć żadnej książki, by nie napotkać przyglądającego się z jej kart satyra albo łysego, gołego bazgraniny jakiegoś głupca, który ciska w oblicze Boga swoje brudy lub niewiarę. Nie możemy sięgnąć do żadnego pisma publicznego, które nie byłoby kroniką grabieży, łotrostwa, rozbojów i morderstw,
kradzieży i sprzeniewierzeń. Jak wyglądałby słownik naszych czasów? Byłby pełen nowoczesnych nazw — strona po stronie — dla owych nowoczesnych grzechów, o których nasi uczciwi pradziadowie ledwo cokolwiek wiedzieli — grzechów będących ucieleśnieniem praktycznej niemoralności odstępczego mnicha z Wirtembergii. Musimy się przeciwstawić temu straszliwemu widowisku zła, które diabeł urządza na naszych ulicach i przez każdy organ docierający do nas; nie tylko przez stanowczą afirmację naszej świętej wiary, lecz przez ciche i wymowne świadectwo naszej czystości życia, prawości i nieskazitelności serca. I dlatego też, w istocie, nigdy chyba dotąd słowo Pańskie nie wypełniało się tak doskonale w dzieciach Kościoła katolickiego jak dziś, gdy rzekł: „Wy jesteście solą ziemi." I są nimi istotnie — są solą ziemi po całym świecie. Jakże bardziej jeszcze w tym wielkim kraju, gdzie jesteśmy niejako w wiośnie, dopiero przełamując ziemię i wrzucając ziarno, z którego stokrotny plon przyjdzie, gdy będziemy leżeć w zimnych, zapomnianych grobach. Sadzonki, które dziś siejemy — wiary katolickiej, katolickiej czystości, katolickiej prawdy — wyrosną w plon tak wspaniały i tak obfity, że być może dane jest nam, iż ostateczna chwała Kościoła Bożego będzie dziełem naszych rąk i naszego życia dzisiejszego. Wielką rzeczą jest żyć w wiośnie narodu; wielką rzeczą jest znajdować się u źródła potężnego narodowego strumienia istnienia, który będzie rósł z każdą epoką, nabierając rozmachu, gdy toczy się wraz z prądem czasu. Wielką rzeczą jest leżeć u źródła tego strumienia. Mówi się z prawdą —
*Kropla rosy na liściu żołędzia* *Może ukształtować wieczny dąb-olbrzym.*
Rzeka narodowego życia Ameryki dopiero dziś zaczyna płynąć, i powinniśmy się starać skierować ją w nurt katolicyzmu. Młody dąb, zasadzony dziś, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zacienieje i ogarnie całą ziemię, ukryty był niedawno w żołędziowej czaszce. Ach, pamiętajmy, że nawet kamyk w ręku młodzieńca Dawida, ciśnięty w Goliata, powalił olbrzyma.
Bądźmy kamykiem w ręku Bożym, który powali tego demona — tego pysznego, zarozumiałego demona niewiary, który wkroczył do tej ziemi i zawładnąwszy całym kontynentem Ameryki, mówi: „Ta ziemia musi być moja." Bądźmy jak kamyk w górskim potoku, który skierowuje strumień — który pewnego dnia stanie się potężną rzeką — w wielkie łożysko katolickiej prawdy i katolickiej czystości, które jedynie mogą ocalić ten kraj. Bądźmy jak kropla rosy na liściu żołędzia — kropla katolickiej wiary, katolickiej wiedzy i katolickiej moralności; łza niejako płynąca z miłosiernego oka Zbawiciela na młody, kiełkujący dąb ludzkiego istnienia, kierująca go ku niebu — posyłająca go do nieba w narodowym dążeniu, w narodowym czynie, i nie pozwalająca, by był targany i skrzywiony w tę i tamtą stronę, aż legnie karłowatą i pokraczną rośliną, przylgniętą do ziemi, w którą rzuca swoje liście — pień jego stuniony i usychający, niosący tylko sok religijnego fanatyzmu i nietolerancji oraz najgorzksze soki głupiego sekciarstwa, zaślepionej, bezmyślnej głupoty — wywołującej śmiech wszystkich rozumnych ludzi na ziemi, oburzenie Boga i radość piekła. To jest nasze posłannictwo. Powiedzcie — czy je wypełnicie? Powiedzcie, o katoliccy młodzieńcy, czy je wypełnicie? Nie możecie go wypełnić, nie będąc katolikami na wskroś; nie możecie go wypełnić, nie będąc złączeni sercem i duszą z Kościołem — przez głowę Kościoła — przez niezmienną skałę — najwyższego rządcę — nieomylnego nauczyciela nieomylnego Kościoła Bożego; nie możecie tego posłannictwa wypełnić, dopóki nie połączycie z tamtym współzawodnictwem chrześcijańskiego zaparcia się siebie współzawodnictwa chrześcijańskiej czystości i świętej odrazy do wszystkiego, co puste i pretensjonalne — świętej odrazy do udawania. W Kościele katolickim nie ma żadnego udawania; poza nim nie ma nic poza udawaniem — religijnym udawaniem. Nie możecie wypełnić tego posłannictwa, jeśli nie będziecie starali się uświęcać serc i żywotów swoich oraz słodzić te żywoty modlitwą, spowiedzią i Komunią; i gratuluję wam, że stając wobec tego posłannictwa, które czeka każdego katolickiego mężczyznę — czynicie to nie jako jednostki, lecz jako ciało, jako organizacja. Żyjemy w epoce organizacji. Wszędzie nie ma nic prócz organizacji — dla tej czy tamtej sprawy — i niemal wszystkie należą do diabła. Przystoi, by Chrystus Pan miał swoją; przystoi, by Kościół miał swoje. Jesteście zrzeszeni w imię naszego Pana
i Zbawiciela. Pamiętacie, że w Ewangelii minionej niedzieli Ewangelista mówi nam: „Te zaś są napisane, abyście wierzyli, że Jezus jest Chrystusem, Synem Bożym; i abyście wierząc, mieli życie w imię Jego." W Jego imię zebraliście się razem, złączeni wspólnymi nadziejami, wspólnym celem, który bez żadnej ingerencji w wasze codzienne obowiązki ani w waszą osobistą wolność, wiąże was jednak jednością myśli, poglądów i dążenia, byście działali na tę wielką masę społeczeństwa, w której leży nasze posłannictwo — wasze i moje — moje w Słowie, moje w trudzie, moje w niepodzielnej myśli, dla tego i tylko dla tego — bo inaczej i ja byłbym udawaczem; wasze w sposób, o którym wam mówiłem. I jesteście zrzeszeni pod kierownictwem tych mężów zakonnych, których Kościół zaszczyca, pozwalając im nosić chwalebne imię Jezusa jako własne; tych mężów, którzy przez trzysta lat wiedli awangardę świętego Kościoła katolickiego w owej potężnej wojnie, która trwa, czyniącej z Kościoła Kościół walczący; tych mężów, których ojcowie przed nimi — święci — jako pierwsi przyjmowali każdy cios, który miał ugodzić w serce Kościoła; tych mężów, którzy są znani wśród zakonów Kościoła i reprezentują Zbawiciela w Jego zmartwychwstałej chwale; bo powstali znowu na rozkaz Papieża; tych mężów, których imię jest znane w każdym kraju; umiłowanych żarem katolickiej miłości; znienawidzonych i zwalczanych z pierwszą i najgłębszą nienawiścią każdego, kto nienawidzi chwalebnego i nieskalanego Kościoła Chrystusowego; tych mężów, którzy przez trzysta lat kształcili i prowadzili młody rozum chrześcijaństwa — wyciskając na każdym młodym sercu, które kiedykolwiek przeszło przez ich ręce, święte imię i świętą miłość, które są ich własnym tytułem i ich najchwalebniejszą koroną. I dlatego gratuluję wam z nadzieją — nadzieją wysoką i pewną — że wszystko, co Bóg zamierza, wszystko, czego Kościół oczekuje z waszych rąk w tym chwalebnym Stowarzyszeniu Misyjnym — to wszystko — dacie Bogu i Jego Kościołowi, tak by On mógł wam odpłacić dziesięć tysięcy razy w chwale, w królestwie Jego wiecznej radości!