*Wygłoszone w kościele św. Michała w Nowym Jorku, w niedzielę rano, 2 czerwca 1872 r.*
Najmilsi bracia! W tym przedziwnym naszym wieku nic nie budzi w umyśle myślącym tak wielkiego zdumienia i zadziwienia, jak fakt, że Kościół katolicki stoi przed światem w całym majestacie swej prawdziwości, a umysłowość naszych czasów zdaje się niezdolna do pojęcia jego roszczeń ani do uznania jego wielkości. Ludzie ze wszystkich stanów ścigają prawdę i piękno. Poeta szuka ich w swoim wierszu, filozof — w spekulacjach, mąż stanu — w ustawodawstwie, artysta — w przedstawieniu swej sztuki. A gdy wszyscy mężowie wyznają, że tak gonią za prawdą i pięknem, dobrowolnie zamykają oczy na to, co jest najprawdziwsze i najpiękniejsze ze wszystkich rzeczy na ziemi — na Święty Kościół Katolicki Jezusa Chrystusa. Nie wiem, czy są wśród was dzisiaj jacyś protestanci; sądzę, że nie ma. Lecz czy są tu obecni, czy też nieobecni, płaczę w sercu i duszy nad ich ślepotą i ich głupotą — że nie potrafią rozpoznać jedynej religii, która jest logiczna, bo jest prawdziwa; jedynego Kościoła, który może sobie pozwolić na stanięcie przed całym światem i zniesienie ciosu każdego umysłu, i krytyki każdego intelektu — dlatego właśnie, że pochodzi od Boga. Otóż pośród wielu rysów Boskiego piękna, wielkości i harmonii, które Bóg Wszechmogący wycisnął na obliczu Kościoła katolickiego, pierwszą i największą jego tajemnicą, największą jego pięknością — zarówno intelektualną, jak i duchową — jest przerażająca obecność Jezusa Chrystusa, który czyni siebie tu naprawdę i prawdziwie nieustannie obecnym Bogiem w Najświętszej Eucharystii. Wybrałem tę obecność jako przedmiot i temat moich dzisiejszych rozważań, gdyż wciąż jeszcze obchodzimy — w obrębie oktawy — uroczystość Bożego Ciała. Jesteśmy jeszcze duchem razem z naszą świętą matką, Kościołem, u stóp ołtarza, adorując w sposób szczególny Tego, który tu jest obecny w każdym czasie; i radując się szczególną radością z łaski przewyższającej wszystkie łaski, którą Bóg Wszechmogący dał swemu Kościołowi w trwałej obecności Jezusa Chrystusa pośród nas.
Większość z was, ośmielam się rzec, wie, że to, co proponuję wam dzisiaj, to rozważenie owej obecności jako wypełnienia zamysłów Bożych i wypełnienia wszystkich potrzeb człowieka. Jeśli zdołam wam pokazać, czym są owe zamysły i czym są owe potrzeby, i jeśli zdołam dostatecznie wskazać, że są one wypełnione jedynie w Najświętszej Eucharystii — to, bracia moi, wnoszę bez najmniejszego wahania, że w żadnej formie religii, w żadnym Kościele, zamysły Boże i potrzeby człowieka nie mogą znaleźć swego wypełnienia, jak tylko w owym jednym Kościele, w owej jednej świętej religii, w której Chrystus jest uobecniony pod postacią chleba i wina w Najświętszej Eucharystii. Aby to uczynić, muszę prosić was, byście wspólnie ze mną zastanowili się, czym są zamysły Boże względem człowieka.
Są trzy niezwykłe i wspaniałe epoki, które znaczą działanie Boga Wszechmogącego wobec Jego stworzenia — człowieka. Pierwszą z nich była chwila stworzenia, gdy Bóg uczynił człowieka. Drugą był czas odkupienia, gdy Bóg, przyjąwszy ciało, ofiarował siebie jako ofiarę za człowieka. Trzecią epoką było ustanowienie Najświętszego Sakramentu, gdy Bóg zostawił siebie jako pokarm dla swych dzieci i by stać się z nimi jednym poprzez najwyższe i najściślejsze zjednoczenie obecnego Boga — przez wszystkie wieki. Do każdej z tych trzech epok zaproszę waszą uwagę, gdy spróbuję objaśnić wam zamysły Boże.
W pierwszej z nich — to znaczy w akcie stworzenia — widzimy Boga wyciskającego swój obraz na człowieku, aby w człowieku mógł zobaczyć podobieństwo siebie samego. W drugiej z tych epok — w epoce odkupienia — widzimy Boga przyjmującego i wchłaniającego naszą ludzką naturę w siebie samego; tak że Bóg i człowiek stali się jedną i tą samą Boską osobą, aby Bóg mógł widzieć nie tylko obraz siebie w człowieku, ale aby mógł widzieć siebie samego rzeczywiście i prawdziwie w człowieku. W trzeciej z tych epok, w ustanowieniu Najświętszego Sakramentu, mamy Boga przychodzącego do każdej poszczególnej osoby; wchodzącego w nasze serca i dusze; przynoszącego wszystko, czym jest i wszystko, co posiada, każdemu i każdemu z nas; aby Bóg-człowiek, w którym Bóg i człowiek zostali zjednoczeni, był widoczny przed oczami Ojca w sercu, w duszy, w życiu każdego człowieka. Stworzenie zatem było zamysłem miłosierdzia, który wytworzył jedynie obraz lub podobieństwo. Odkupienie było wyższym zamysłem miłosierdzia, który wytworzył Boga w człowieku. Komunia Święta była dopełnieniem tych zamysłów miłosierdzia, które rozmnożyło ów obraz Boży, aż stał się obecny w każdym człowieku. Oto zamysły Boże!
Przede wszystkim zatem jest stworzenie. Bóg na początku stworzył wszystkie rzeczy, niebo i ziemię. Uczynił ziemię ze wszelkim jej pięknem. Uczynił sklepienie niebieskie ze wszelką jego przedziwną harmonią i ładem. Na Jego stwórcze słowo — *fiat* — „niech się stanie" — światło wytrysło z ciemności; ład wynurzył się w cichym pięknie z chaosu i zamieszania; każda gwiazda na niebie zajęła swe miejsce na firmamencie Bożym; słońce zajaśniało w blasku swego południowego światła i wspaniałości; księżyc przejął swoje odbite światło i rozjaśnił srebrnymi promieniami mroki nocy. Wszystkie sfery Boże rozpoczęły swój obrót przez przestrzeń, w tej wybornej harmonii Boskiego nakazu i Boskiego prawa. I wszystkie otoczyły ów zakątek stworzenia, którym była ziemia, przeznaczona na siedzibę człowieka. Tę ziemię Bóg Wszechmogący odziana w wielorakie formy piękna. Dał jej zmieniające się pory roku — świeżość wiosny, głęboki cień lata, obfite przepełnienie jesieni; i każda pora roku podjęła swój śpiew radości i obfitości i rozkoszy na rozkaz Boży. Lecz wszystkie te rzeczy, każda forma życia, jaka istniała, istniała przez jedno słowo, *fiat*, Boga Wszechmogącego. Lecz oto gdy niebiosa powyżej są przygotowane; gdy sfery są wszystkie na swoich miejscach; gdy każde stworzenie Boże otrzymało swoje powołanie, swą zdolność życia, światła, blasku i piękna — cała ziemia, niebo i firmament są stworzone. A jednak nie ma tam obrazu Boga; bo nie ma tam rozumu — a Bóg jest poznaniem; nie ma tam możności miłości — a Bóg jest najwyższą i najściślejszą miłością; nie ma tam wolności, lecz jedynie konieczność prawa i instynktu natury; cały świat, w całym swym pięknie, w całej swej harmonii, wciąż pozbawiony jest duszy; bo ta dusza, gdziekolwiek miałaby być, musi być czymś podobnym do Boga.
Wreszcie, gdy wszystkie rzeczy były przygotowane, Bóg wziął mułu ziemi i uczynił i ukształtował własnymi rękami nowe stworzenie; stworzenie, które miało powstać i wznieść oczy, i ujrzeć słońce; stworzenie, którego każda postać materialnego istnienia miała pozostać doskonale odrębna od wszystkich innych form stworzenia. W oblicze tego stworzenia Bóg Wszechmogący tchnął swój własny obraz i podobieństwo — w niezniszczalnym duchu, w nieśmiertelnej duszy. Zanim uczynił tę duszę zwierciadłem siebie samego, wziął się do namysłu z sobą i rzekł już nie: „niech się stanie"; lecz radząc ze swą własną mądrością Boską, rzekł: „Uczyńmy człowieka na obraz i podobieństwo nasze." I na swój własny obraz i podobieństwo uczynił go przeto, bo tchnął weń tchnienie życia duchowego — żywą duszę w nieożywioną glinę; i na tej duszy wycisnął swój własny Boski obraz. Dał tej duszy światło rozumu zdolnego do pojęcia siły miłości, zdolnego do służenia Mu i miłowania Go. Dał tej duszy władzę wolności, aby to nowe stworzenie nie działało przez żadne konieczne prawo, przez żaden żelazny instynkt; lecz z rozsądkiem, z namysłem i z dociekaniem rozumu. Miało działać wolno i każdy czyn jego życia miał płynąć ze źródła nieskrępowanej wolności, jak czyny samego Boga Wszechmogącego, którego samą istotą jest wolność wiekuista.
Tak oto został stworzony człowiek. Oto obraz Boży wyciśnięty na nim! O, jakże wzniosłe, jakże wspaniałe było to stworzenie! W naszych czasach postawiono teorię: „Czy było warto Bogu stwarzać słońce, księżyc i gwiazdy, i niezmierzone firmamenty, których żadne oko ludzkie jeszcze nie odkryło; owe gwiazdy dalekie, przewyższające naszą ziemię swą wielkością, blaskiem, siłą przyciągania i pięknem; — czy było warto Bogu — pyta astronom — dla oświecenia jednej z najmniejszych planet, stwarzać tyle innych, by krążyły dokoła niej w przestrzeni?" Tak, odpowiadam; było warto Bogu — dla jednego człowieka, gdyby stworzył tylko jednego — było warto Mu stworzyć wszystkie te piękności materialne; bo człowiek jeden tylko — ów jeden człowiek — odzwierciedlałby w swej duszy obraz Boga, niestworzone i duchowe piękno swego Stwórcy. Jakże wzniosły był ów pierwszy człowiek, gdy powstawał ze zielonego pagórka, z którego stworzył go Pan! Gdy otworzył oczy i ujrzał przed sobą, otoczoną jakimś olśniewającym kształtem materialnego piękna, obecność Boga! Otworzył oczy; i widząc tę postać światła i przezroczystości przed sobą, słysząc z ust jej harmonię głosu swego Stwórcy, ukląkł w adoracji. On jeden, spośród wszystkich stworzeń na świecie, zdolny był pojąć nieskończone piękno Stwórcy; i porywając się ku owemu Stwórcy z całą energią swego ducha, pokłonił się przed Nim i złożył ofiarę rozumnej chwały. On jeden, spośród wszystkich stworzeń Bożych, zdolny był pojąć nieskończoną wieczność Jego istnienia; Jego wszechmoc; Jego nieskończoną dobroć, wielkość i piękno. On jeden, spośród wszystkich stworzeń Bożych, zdolny był pojmować duszą — tak że z głębi poznania jego umysłu, serce jego było poruszone do miłości. I wzdymał się ku swemu Bogu z wszelką wyższą tęsknotą i uczuciem swego ducha. On jeden, spośród wszystkich stworzeń Bożych, zdolny był powiedzieć z zasobów wolnej i nieskrępowanej woli: „Miłować Cię będę! Służyć Ci będę, o Boże! bo Ty jeden jesteś godzien wszelkiej miłości i wszelkiej służby na wieki!" Tak więc, wolno i z rozmysłem ważąc doskonałości Boże przeciw wszelkiemu stworzonemu pięknu; obliczając mocą swego rozumu roszczenia Boga względem siebie — uznał te roszczenia — uznał w swym intelekcie nieskończone piękno Boga; z racji swego rozumowego uznania postanowił wolnie służyć Bogu w swym życiu. Ów wolny wyrok rozumu był czynem Bosko-podobnym, do którego żadne inne stworzenie na tej ziemi nie było zdolne. Dlatego Bóg Wszechmogący powołał się na ów czyn jako na wielki sprawdzian i dowód wartości człowieka.
Widzimy tedy na początku, jak Bóg Wszechmogący wyciskał swój obraz na swym ludzie. I przez to objawiał zamysł swego stworzenia — wielkość swego miłosierdzia i swej miłości. Przygotował wszystkie rzeczy dla człowieka. Uczynił wszystkie rzeczy dla niego. Wszystkie rzeczy wskazywały na niego; cała przyroda, świeżo stworzona w całym swym pięknie, wciąż wołała o owo koronujące piękno — piękno rozumu, piękno siły miłości, wspaniałość wolności. I człowiek został stworzony jako sam szczyt, sam wierzchołek stworzenia Bożego, korona i doskonałość wszystkiego. Oto miłosierdzie Boże! Bóg mógł był zostawić ten świat w całym jego materialnym, a jednak nierozumnym pięknie. Mógł był pozostawić wszystkie swoje stworzenia, by korzystały z życia, które im dał, i wypełniały ograniczoną i konieczną sferę swych powinności — i nigdy nie zesłać na nie rozumu, miłości i wolności. Lecz nie; Bóg pragnął oglądać siebie samego w swym stworzeniu. Pragnął móc spoglądać z nieba i widzieć swój obraz w swym stworzeniu. Bóg pragnął, aby cała przyroda wznosiła zwierciadło swego podobieństwa do Niego w człowieku. Zamysłem Boga było, aby wszędzie, gdzie istnieje dziecię ludzkie, On, spoglądając z góry, widział swój własny obraz w głębinach owego czystego rozumu; w głębinach owych czystych uczuć; w owej nieskrępowanej, wspaniałej, królewskiej wolności woli ludzkiej.
To był zamysł pierwszy. Daleko większy był zamysł drugi miłosierdzia Bożego. Bóg wiedział i przewidywał od całej wieczności, że człowiek przez nadużycie swej wolnej woli obróci się przeciw swemu Bogu. Bóg Wszechmogący wiedział i przewidywał — jakby było to obecne przed Jego oczami — bo nie ma przeszłości ani przyszłości dla oczu Bożych: wszystkie rzeczy są Mu teraźniejsze — wiedział i przewidywał, że w dniu, gdy postawi siebie i swoją własną Boską doskonałość i swoje własne roszczenia po jednej stronie, a diabeł przemówi do namiętności i pychy człowieka po drugiej stronie — wiedział, że jego wolne stworzenie zdecyduje się przeciw Niemu — porzuci Go — każe Mu odejść, biorąc z sobą wszystkie swe dary, i przylgnie do zwierzęcych i niskich rozkoszy zmysłowej pychy. Bóg to wiedział. Wiedział, że w owym czynie człowieka człowiek był przeznaczony do zaćmienia swego jasnego rozumu, tak iżby nie odbijał już dłużej obrazu Bożego — że człowiek był przeznaczony, w owym czynie, do skalania swych czystych uczuć, tak iżby nie odbijały już dłużej obrazu Bożego w miłości. Bóg przewidywał i wiedział z góry, że człowiek był przeznaczony, w owym czynie buntu, do skucia i zniewolenia swej wolnej woli, i do uczynienia jej sługą nie swego rozumu, lecz swych namiętności i pożądań. Słowem, Bóg ujrzał swój własny obraz rozbity i zniszczony w człowieku przez grzech Adama.
Wtedy, najmilsi moi, w tych wiecznych zamysłach miłości Bóg rzekł w swych własnych wyrokach od całej wieczności: „Mój obraz zaginął; moje podobieństwo jest roztrzaskane; mój duch nie jest już wśród nich; i muszę zapewnić lekarstwo większe od zła. Ześlę — w drugim planie mego miłosierdzia i zamysłu mej miłości — już nie odnowię obrazu w człowieku; nie przywrócę tego, co rozbili i zniszczyli; lecz ześlę Mego Odwiecznego Syna. On, rzeczywistość, której żadne zło nie może dotknąć, której żadna pokusa nie może zwyciężyć — włożę Go w człowieka; i ujrzę już nie upadłego człowieka, lecz ujrzę w odkupionym człowieku siebie samego przywróconego w osobie Jezusa Chrystusa." O, bracia najmilsi! czy nieskończone miłosierdzie — wszechogarniająca, wszystko-obejmująca miłość Boża — nie wkracza tu? On mógłby był w swych zamysłach miłosierdzia przywrócić swój rozbity obraz w człowieku; mógłby był dać człowiekowi moc nawrócenia. Mógłby był w wielkości swego miłosierdzia zetrzeć grzech, cofnąć ów najbardziej zgubny czyn i oddać człowiekowi, w niezaćmionym rozumie i w czystym sercu i w wolnej woli, wszystko, co człowiek utracił z Boskiego obrazu przez grzech. Mógłby był to uczynić, nie zstępując sam; nie schodząc wcale z tronu swej wielkości i niestworzonego majestatu i chwały. Lecz nie! Bóg postanowił uczynić dla naprawienia człowieka więcej, niż człowiek kiedykolwiek uczynił dla zniszczenia siebie przez grzech. Bóg postanowił zesłać swego Jednorodzonego Syna, który, wcielony z Ducha Świętego i z Maryi Dziewicy, stał się człowiekiem. Pan Jezus Chrystus rodzi się z Maryi Dziewicy; niemowlę kwili na łonie Matki; nieskończony Bóg, spoglądający z nieba, widzi nie tylko swój własny obraz w człowieku, lecz widzi siebie samego w Nim, swym Jednorodzonym, równorzędnym i współistotnym Synu. Nie jest On zatem już tylko obrazem, lecz Bogiem-człowiekiem. Nie jest już tylko podobieństwem Boga, lecz rzeczywistością Boga — wedle dawnych Pism: „Rzekłem: bogami jesteście i wszyscy synami Najwyższego."
Bóg uczynił nas, byśmy byli Jego sługami. Gdy człowiek odmówił bycia sługą, Bóg w swym miłosierdziu wywyższył go i uczynił synem. Zamiast brać dzieci ludzkie i wiązać je razem, jak wiązkę chrustu, i rzucać w piekło, i w swej wielkości i sprawiedliwości zapomnieć o nas wszystkich — zamiast tego, gdy Bóg ujrzał, że upadliśmy i że nawet Jego obraz nie pozostał w człowieku w zniszczeniu łaski i w częściowym zniszczeniu doskonałości jego natury — posłał swego Jednorodzonego Syna; tak że stworzenie, zamiast być ukarane wieczną zagładą i wygnaniem, zostaje wyniesione przez odkupienie i uczynione synem Bożym. „Tym zaś, którzy Go przyjęli, dał moc, aby się stali synami Bożymi." Czy pojmujecie to miłosierdzie? Czy kiedy nad nim się zastanawiacie? Zgrzeszyłem w Adamie. Grzesząc tak w Adamie, zasłużyłem na odrzucenie od Boga i na nieoglądanie nigdy Jego oblicza. Zgrzeszyłem w Adamie. Grzesząc tak, utraciłem wszystko, co Bóg dał mi z łaski, i wiele z tego, co dał mi z natury. Zamiast odrzucić mnie na bok, Bóg Wszechmogący schodzi z nieba, staje się moim bratem; i mówi: „Bracie, wszystkim, czym jestem w niebie — Synem Bożym — chcę uczynić cię przez przybranie. Mój Ojciec gotów przyjąć cię jako mego młodszego brata. Mój Ojciec gotów uznać, że wszystkim, czym ja jestem z natury, ty jesteś z łaski przybrania." Tak więc w dziele odkupienia — w drugim zamyśle Bożym — wznosimy się do wspaniałości i dostojeństwa wznioślej szego stanowiska niż w Adamie. Stajemy się młodszymi braćmi samego Boga. Stajemy się członkami domu i rodziny Jezusa Chrystusa.
Lecz, powiecie mi, jaki związek ma to z Najświętszą Eucharystią? Podejmujecie się pokazać nam, że zamysły Boże wypełniły się w Rzeczywistej Obecności. Mówicie o zamyśle stworzenia, o zamyśle odkupienia; lecz co mają wspólnego te dwa zamysły z ustanowieniem Najświętszego Sakramentu? Z przeistoczeniem Chrystusa na ołtarzu? Oto co: Pierwszym zamysłem stworzenia miało być — zamierzył Bóg Wszechmogący — że człowiek, zachowując łaski, w których był stworzony, zachowując obraz, na którym był uczyniony, miał pozostać wierny Bogu, wolny od grzechu, zwycięzcą swych własnych namiętności i każdej pokusy, która mogła go napaść; i tak żyjąc w świetle czystości, w żarliwości miłości, w sile wolności, miał wędrować przez szczęście i pokój na ziemi, aż osiągnął wypełnienie swojej doskonałości i pochwycił wieczną koronę chwały. Oto był zamysł Boży. Grzech go zniweczył. Człowiek zgrzeszył; i zamysł Boży nie mógł już być wypełniony; wpuścił zło do swej duszy; zniszczył integralność swej natury; naruszył dziewictwo swej duszy; doszedł do poznania zła; i z poznaniem przyszła miłość zła. Zrozumcie to dobrze; to głęboka myśl; wchodzi ona w zamysły Boże. Każdy poszczególny człowiek urodzony na tym świecie rodził się jako grzesznik. Skażenie było na nim: ziarna przyszłego zła były w nim. Wszystko, czego mu było potrzeba, to pozwolić, by niemowlę wyrosło w młodzieńca; a przez skażenie swej natury stawał się indywidualnym grzesznikiem, bo korzeń zła był w nim. Ziarna skażenia zostały zasiane w nim, krew jego była nieczysta i skażona. Wszystkiego, czego było potrzeba, to świt rozumu i przebudzenie namiętności. Pierwszy czynił zeń niedowiarka; drugi czynił zeń rozpustnika, wyuzdanego i nieczystego grzesznika. Była to konsekwencja grzechu Adama. A zatem, najmilsi, nie tylko nasza natura zgrzeszyła w Adamie, lecz każda jednostka naszej natury zgrzeszyła w nim; wyjąwszy Błogosławioną Dziewicę Maryję. Wyłączywszy ją, od razu cały rodzaj ludzki jest indywidualnie grzeszny w Adamie — nie grzesznikami uczynkowymi, lecz indywidualnie napiętnowanymi przez grzech. To jest, naturalnie, jedna z tych rzeczy, które ludzie przeoczają. Nie rozumieją, że przekleństwo Adama spłynęło na każdego i każdą z nas — ten grzech Adama, który był wypisany na naszych czołach znamionami skażenia. Gdy chodziło o zaradzenie temu złu, konieczne było, aby Bóg Wszechmogący sprawował swe miłosierdzie indywidualnie wobec każdego i każdej z nas.
Dwie rzeczy zatem zostały skażone przez grzech Adama — natura i jednostka. Natura, wspólna dla wszystkich, była skażona; natura ludzka była złamana; natura ludzka była zepsuta; to, co nam wszystkim wspólne — natura powszechna — była zhańbiona i uszkodzona przez grzech Adama; i w owym zhańbieniu i uszkodzeniu każde poszczególne dziecię Adama uczestniczyło, tak że każde z nas, osobiście i indywidualnie, było skażone w naszym pierwszym rodzicu. Wynika z tego, że gdy Bóg Wszechmogący w swym drugim zamyśle miłosierdzia — mianowicie odkupieniu — gdy postanowił cofnąć całe zło, które uczynił Adam — gdy postanowił związać i zagoić ranę, którą Adam zadał — konieczne było, by Bóg zatroszczył się o naturę, która była zepsuta, i o jednostki, które upadły w Adamie. Gdyby zatroszczył się jedynie o naturę, nie wystarczyłoby to dla nas; bo nasza natura może być przywrócona, a jeśli owa przywracająca moc nie dotrze do nas samych, możemy my sami pozostawać w naszej nędzy. Bóg zapewnił lekarstwo dla natury — natury powszechnej. We wcieleniu posłał swego własnego Boskiego Syna, który przyjął naszą naturę — naszą ludzką naturę — który przyjął ludzkie ciało, ludzką duszę, ludzkie uczucia, ludzkie serce, ludzki umysł, ludzki rozum, ludzką wolę — wszystko, co należało do natury człowieka, wziął Chrystus nasz Pan; lecz nie wziął jednostki. Zapamiętajcie to dobrze! Wy, katolicy, powinniście znać teologię swej Boskiej religii — zapamiętajcie to dobrze. Chrystus nasz Pan wziął wszystko, co było w człowieku, oprócz indywidualności — osobowości. Jej nie dotknął. Wziął naszą naturę i wchłonął ją w swoją własną osobę; lecz nigdy nie wziął osoby ludzkiej. Nikt nie mógłby powiedzieć o naszym Panu, wskazując na Niego: „Jest to pewien człowiek." Nie! Był Bogiem-człowiekiem. Gdy mówił, Jego słowa były nie człowieka, lecz Boga; bo osoba, która mówiła, była Boska. Jeśli cierpiał, było to cierpienie nie człowieka, lecz Boga; bo osoba była Boska.
Było to konieczne; bo gdyby Osoba Boska — to znaczy Bóg — nie zgodziła się cierpieć i umrzeć, grzech natury ludzkiej nigdy nie mógłby być zgładzony. Gdy zatem Ojciec przedwieczny w swej miłości do ludzkości zesłał swego współwiecznego Syna na ziemię, w owym akcie Wcielenia Drugiej Osoby Przenajświętszej Trójcy zapewnił lekarstwo na zło natury Adama; na naturę ludzką, która była zepsuta. Twierdzę jeszcze raz, że Chrystus nasz Pan nigdy nie wziął osoby ludzkiej; że zostawił indywidualność każdego człowieka jemu samemu; że nie wziął indywidualności ani osoby człowieka, lecz tylko naturę. Aby uleczyć naturę, konieczne było w zamysłach Bożych, by Bóg zjednoczył się z ową naturą. Zapamiętajcie: by Bóg zjednoczył się z naturą ludzką — było to konieczne w zamysłach Bożych, aby natura ludzka mogła być oczyszczona i przywrócona. Czy było to konieczne dla zamysłów Bożych? Bezwzględnie konieczne. Maryja Dziewica — w ów dzień w Nazarecie, gdy Gabriel stanął przed nią — reprezentowała rodzaj ludzki. Reprezentowała naturę ludzką, w niej jednej nietkniętą upadkiem; i do owej najczystszej i nietkniętej upadkiem anioł rzekł: „Maryjo, dziecię urodzi się tobie i będzie nazwane Synem Boga Najwyższego." Maryja zastanowiła się; i dopóki Maryja z własnej wolnej woli nie odpowiedziała: „Oto ja służebnica Boża; niech mi się stanie według słowa twego" — dopóki Maryja nie rzekła tego słowa, tajemnica Wcielenia była zawieszona i odkupienie człowieka zostało zawieszone na woli jednej kobiety. Lecz gdy Maryja rzekła owo słowo, natura ludzka, odrębna od osoby człowieka, została przyjęta przez Boga. Gdyby Bóg Wszechmogący nie zgodził się zjednoczyć z naszą naturą, natura ta nigdy nie mogłaby być odkupiona. Widzimy jednak, że jedna wielka część zła Adama została zaradziona we Wcieleniu — mianowicie nasza natura została oczyszczona.
Ale cóż z jednostką? Nie tyle oczyszczenie mojej natury — naszej wspólnej natury — jest tym, co mnie dotyczy. Jestem jednostkowym człowiekiem — synem mojej matki; jestem osobą ludzką; Chrystus nasz Pan nie miał nic do czynienia z osobą ludzką we Wcieleniu. Jakże więc ja, osoba ludzka, mam wejść w łaski i czystość Boże? O, zobaczcie, bracia moi, jak dwa poprzednie zamysły osiągają swój punkt kulminacyjny! Chrystus nasz Pan rozmnożył siebie samego. Chrystus nasz Pan przemienił chleb i wino w swe własne Boskie ciało i krew. Chrystus nasz Pan uczynił się obecnym pod postacią pokarmu człowieka. Ów pokarm jest łamany. Każde dziecię, które woła o ów Boski chleb, będzie go miało. Owa jednostka ludzka, owo stworzenie osobowe, jest zjednoczone z Bogiem i jednostka jest uświęcona, tak jak natura była uświęcona. Natura nie mogła być odkupiona ani uświęcona inaczej niż przez zjednoczenie z Bogiem; jednostka jest uświęcona tym samym środkiem — zjednoczeniem z Bogiem w Najświętszej Eucharystii. Widzimy zatem, jak zamysł stworzenia — zniweczony w Adamie — zniweczony nie tylko w naturze, lecz w jednostce — staje się doskonały w Jezusie Chrystusie, o ile chodzi o tajemnicę Wcielenia. Słusznie zatem mówi: „Jeśli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie." Mówił do jednostki. Nie rzekł: „Nie możecie mieć życia w swojej naturze." Życie wlał w naturę ludzką, przyjmując tę naturę na siebie. Już tam było życie — życie wieczne — w osobie Jezusa Chrystusa. Lecz mówił do jednostek; i rzekł im: „Jeśli nie przywołacie Mnie do siebie, osobiście, nie możecie mieć życia w sobie; bo Ja jestem życiem; życiem prawdziwie; życiem wiecznym, które zstąpiło z nieba; i jeśli nie będziecie jedli Ciała mego i nie pili Krwi mojej, nie będziecie mieli życia w sobie. Lecz jeśli to uczynicie, jeśli będziecie jedli to Ciało i pili tę Krew, wtedy wytrwać będziecie we Mnie i Ja w was."
Oto zatem, najmilsi, jak tajemnica Wcielenia, dotykając, jak dotknęła, naszą naturę, przynosi się do domu w swym przedziwnym rozszerzeniu do każdej osoby ludzkiej w Komunii Świętej. O, jakże smutna i straszna, jakże przerażająca jest myśl, że diabeł po raz drugi zdołał nas zniszczyć! Najpierw zniszczył naszą naturę w Adamie; teraz zdołał zniszczyć osobę w herezji, w protestantyzmie. Przyszedł i szeptał: „Chrystus nie jest w Najświętszej Eucharystii! Nie ma Go tam!" Odciął — przez owo zaprzeczenie protestantyzmu Rzeczywistej Obecności — ostatni wielki zamysł Boży, w którym stworzenie i odkupienie miały być dopełnione w swym lekarstwie i przyniesione do każdej jednostkowej osoby. Przypuśćmy, dzieci moje, że jakaś straszna zaraza nawiedziłaby was — jakiś okropny wybuch azjatyckiej cholery — że marynarz wyładował się ze statku w Nowym Jorku z cholerą i z niego rozeszła się po całym mieście; patrzylibyśmy na tego człowieka jak na źródło zła, bo przyniósł je, tak jak Adam przyniósł zło, i grzech, i nędzę na ten świat. Następnie, przypuśćmy, że pojawił się jakiś wielki lekarz — jakiś potężny mędrzec — i rzekł, że trzyma w swym ręku wielkie lekarstwo; rzekł do całego miasta Nowego Jorku: „Oto, przyszedłem z obcej krainy, gdzie nigdy nie znaliśmy choroby ani dolegliwości, z tym najskuteczniejszym lekarstwem w dłoni. Kto zażyje tego, nigdy nie będzie cierpiał na tę paskudną chorobę!" Czyżbyśmy nie wzięli lekarstwa z jego rąk? Czyżbyśmy nie jedli tego medykamentu, który jest życiem z pośrodku śmierci dla nas? Tak więc Chrystus nasz Pan przedstawia owego wielkiego lekarza, przychodzącego z najskuteczniejszym lekarstwem w dłoni, i tym lekarstwem uleczymy naszą naturę w Jego Wcieleniu. Wtedy mówi: „Przyszedłem z obcej krainy, która nigdy nie znała choroby ani śmierci. Przyszedłem z nieba. Przynoszę lekarstwo przeciw skażeniu Adama i grzechowi Adama. Jestem głową waszej natury; teraz jestem jedno z wami. Dlatego mówię wam wszystkim: Ktokolwiek chce ujść tej strasznej choroby, musi pożywać tego cudownego pokarmu. Jest to ten sam pokarm przyniesiony, by wynieść waszą naturę, a jest nim mój własny Ja." Cóż byście sądzili o człowieku, który by mówił: „Nie zbliżajcie się do Niego! nie bierzcie tego pokarmu z Jego ręki! nie wierzcie Mu!" — trwając tak przy chorobie i śmierci. Widzicie wyraźnie, bracia moi, tak jak my, katolicy, wierzymy i wiemy, że Bóg Wszechmogący objawił dostatecznie w swych zamysłach, że jest bezwzględnie konieczne dla każdego człowieka, który pragnie być zbawiony i uświęcony, wejść w osobisty kontakt z naszym Panem Jezusem Chrystusem, otwierając usta i przyjmując Ciało i Krew, duszę i bóstwo Pana w Komunii Świętej.
Taki jest zamysł Boży. Teraz pozostaje nam zobaczyć, czy to, co tak doskonale wypełnia zamysły Boże, wypełnia również potrzeby człowieka. O, bracia moi, zanim opuścimy owe zamysły, rozważmy, jak są one wspaniałe. Ojciec miłował człowieka. Najpierw na początku, gdy jako Bóg miłował swój własny obraz. Jakże wielką miłość macie do podobizny własnej twarzy w lustrze? Każdy rys jest tam, każdy wyraz jest tam, lecz to tylko obraz. Jakąż miłością darzyłby człowiek swój własny portret, nawet gdyby namalowany był ręką mistrza? Każdy odcień i piękno koloru może tam być, każdy delikatny rys w pełni wierny naturze i osobie przedstawionej. Lecz w końcu jest to tylko kawałek płótna pokrytego odrobiną farby, zręcznie ułożonej; tylko obraz. Bóg, w drugim zamyśle, widzi w człowieku swego własnego adorowanego i umiłowanego Syna; Słowo Przedwieczne, które od całej wieczności spoczywało na łonie Ojcowskim; samą postać Jego substancji i blask Jego chwały, równe Mu we wszystkim, znające Go i miłujące Go, i miłowane przez Niego miłością substancjalną, którą jest Trzecia Osoba Przenajświętszej Trójcy — Duch Święty. Zstąpił z nieba, stał się człowiekiem; i Ojciec Przedwieczny już nie patrzy na człowieka jak mężczyzna patrzy na swój własny portret, jak na obraz. Patrzy z góry jak kochający ojciec rodziny patrzy na oblicze swego pierworodnego syna. Jakże różna jest miłość człowieka do własnego obrazu odbitego w lustrze lub uwiecznionego ręką malarza — zimnego, bez życia, martwego — a miłość do swego własnego obrazu widzianego w każdym rysie, w każdej linii twarzy swego dziecięcia; dziecięcia jego własnej miłości ojcowskiej; dziecięcia rosnącego i wykazującego wszelką doskonałość, i oddającego miłość ojca; dziecięcia otaczającego wszystkie wdzięki zwykłego niemowlęctwa osobliwym wdziękiem i jaśniejącym pięknem w oczach ojca, aż porywa każdą strunę serca ojcowskiego, oplatając wokół niego się tak ściśle, że gdyby dziecię umarło lub znikło, ojciec zdawałby się tracić wszelki cel życia i gotowy byłby położyć się i umrzeć na grobie swego pierworodnego! Tak Bóg Wszechmogący i Przedwieczny, spoglądając z góry w drugim zamyśle swego odkupienia, widział tego, kto nie był osobą ludzką, lecz Drugą Boską Osobą adorowanej Trójcy; nie jedynie ludzkiego, choć prawdziwie ludzkiego; lecz człowieka i Boga zjednoczonych w jedno. I owo zjednoczenie dopełnione nie w człowieku, nie w osobie ludzkiej, lecz w Bogu, w osobie Boskiej; i podobnie jak ów obraz Jezusa Chrystusa tak uchwycił miłość Ojca, że dwukrotnie rozdarł niebiosa cudownie i zesłał swój głos — raz gdy Chrystus stał w Jordanie, a drugi raz gdy był przemieniony na górze Tabor — w obu przypadkach cudowny głos — Bóg nie mógł już dłużej powstrzymać swej miłości — rzekł: „Ten jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie; Jego słuchajcie!" Ów obraz tak uchwycił miłość Ojca, że zapragnął go odtworzyć we wszystkich dzieciach ludzkich — zapragnął go rozmnożyć. Był tak piękny, tak przecudny, że Ojciec Przedwieczny, ilekroć rzucał oczy na ziemię, pragnął widzieć go rozmnożonego w każdym człowieku osobiście. Pragnął widzieć każdego człowieka jako innego Jezusa Chrystusa, swego Syna. Pragnął móc powiedzieć do was i do mnie: „I on jest moim umiłowanym dzieckiem, w którym mam upodobanie." Aby to uczynić, Jego Boski Syn rozmnożył siebie i pozostał na ziemi — rozbił niejako swe istnienie, swe doskonałe istnienie, swe nierozdzielne istnienie — rozbił je; podzielił na tysiąc postaci; stał się obecny na waszych ustach i moich, i na ustach małego dziecięcia, które przychodzi do tego ołtarza; tak że zwykły obraz Boga, przyjąwszy Komunię Świętą, schodzi z tego ołtarza, a Ojciec niebieski spogląda z góry i mówi: „Oto jest mój umiłowany Syn, Jezus Chrystus!" Anioł stróż, który prowadzi dziecię do ołtarza, pada na twarz przed postacią owego dziecięcia, gdy powraca od ołtarza. Bo teraz jest ono wprawdzie osobą ludzką; ale Bóg jest w nim.
I to jest najwyższa potrzeba człowieka. To, co jest wypełnieniem Boskiego zamysłu, jest najwyższą potrzebą. Czegóż chcemy, wy, chrześcijańscy wierzący — powiedzcie mi swoją wielką potrzebę w tym świecie! Każdy człowiek ma swoje własne potrzeby i nadzieje, i pragnienia, i cele życia. Czego chcecie? Do czego dążymy? Powiedzcie mi. Jeden mówi: „Cóż, mam nadzieję zostać zamożnym człowiekiem; być założycielem znakomitej rodziny w tym kraju." Czy tu kończycie swe nadzieje, przyjacielu mój? Znakomita rodzina, którą założycie, odprowadzi was do grobu. Czyż nie przyniosłeś ze sobą żadnych nadziei? Inny mówi: „Mam nadzieję osiągnąć jakieś wybitne stanowisko, pierwsze stanowisko w kraju." Przypuszczam, że pewnego dnia możecie być Prezydentem Stanów Zjednoczonych. Lecz przyjdzie dzień, gdy zaniosą Prezydenta i złożą i jego do grobu. Czymże jest nadzieja wasza i moja? O, przyjaciele i bracia! Czy moją nadzieją nie jest wydobyć w mej duszy tu przez łaskę, a po śmierci przez chwałę, obraz Boga Wiecznego, który jest w niej wyciśnięty? Moją nadzieją jest żyć w świetle Boskiej łaski, kroczyć w blasku Boskiej czystości. Moją nadzieją jest zachować wolną mą wolę, abym mógł dobrowolnie poświęcić ją służbie mego Boga. Moją nadzieją jest wznieść się Bożą pomocą ku całemu majestatowi chrześcijańskiej świętości. A majestat i chwała człowieka chrześcijańskiego na tym polega — że Jezus Chrystus, Syn Boży, może być wydobyty w nim. Żaden wielki w niebie — lecz największy ze wszystkich — Bóg Przedwieczny i człowiek, Jezus Chrystus. On wycisnął Boga na naszym człowieczeństwie we Wcieleniu; wycisnął Boga na naszej naturze; i ów stempel zostawił na naszej naturze; a my musimy go wycisnąć na naszej osobie. I prawdziwą potrzebą każdego człowieka chrześcijańskiego, i prawdziwym celem jego istnienia, jest wydobyć Chrystusa, który jest w nim, i stać się synem Bożym. Nic mniej. Jeśli w tym zawiedziemy, wszystkie nasze nadzieje giną dla nas. Jeśli w tym zawiedziemy, na próżno osiągnęliśmy każdy inny cel życia; na próżno wypisaliśmy nasze imiona, nawet złotymi literami, na pierwszej stronicy historii naszej ojczyzny; na próżno pozostawiliśmy imię późniejszym czasom, zbudowane na trwałym fundamencie wszelkiej wyższej właściwości, która jest zasklepiona w świątyni nieśmiertelności człowieka; na próżno nagromadziliśmy wszystkie bogactwa świata. Jeśli nie zdołamy wydobyć Chrystusa, który jest w nas, jesteśmy ze wszystkich ludzi nędzniejsi; bo nie zdołaliśmy urzeczywistnić jedynej prawdziwej nadziei, jedynej prawdziwej potrzeby człowieka chrześcijańskiego. Cóż z tego wynika? Mówi Zbawiciel: „Jeśli człowiek cały świat pozyska" — miejsca na świecie, zaszczyty świata — „a duszę swoją straci, cóż mu z tego przyjdzie?" A utrata duszy dokonuje się w człowieku przez zaniedbanie wydobywania Chrystusa w nim. Bo jest napisane — nasze powołanie, nasze wezwanie, nasze usprawiedliwienie — to znaczy nasze uświęcenie, nasza ostateczna chwała — wszystko zależy od jednej rzeczy — od upodobnienia siebie, przez Boską łaskę, do Jezusa Chrystusa. Bo Bóg wiedział z góry i przeznaczył, abyśmy byli upodobnieni do obrazu Jezusa Chrystusa: „A których przeznaczył, tych i powołał; a których powołał, tych i usprawiedliwił; a których usprawiedliwił, tych i uwielbił."
Skoro taką jest potrzeba człowieka, jak ma ona być zaspokojona? Czy człowiek sam może zaspokoić tę potrzebę? Nie! Są trzy nieprzyjaciela, którzy stają przed nami. Potężny i straszny jest każdy z tych nieprzyjaciół, mówiąc do nas: „Przyszedłem zniszczyć Chrystusa w tobie!" Pierwszym z nich jest świat — świat ze swymi złymi zasadami; świat z pychą, z chciwością, ze wszystkimi swymi fałszywymi pojęciami; świat ze swymi gazetami i periodykami, ze wszystkimi swymi teoriami, nie zatrzymując się nawet przed teoretyzowaniem o Bogu; — świat, który mówi nam, że jego wpływ jest wznoszący, choć Bóg Wszechmogący mówi nam, że nie jest; i owa szydercza błazenada w sprawach religii, rozwiązująca węzeł małżeński — najświętszy z wszelkich węzłów — świat, zalany nieczystością, złymi przykładami i swymi złymi zasadami i regułami, staje przed człowiekiem chrześcijańskim, który pragnie upodobnić się do Jezusa Chrystusa, i mówi: „Mówię ci, że nie wolno ci być chrześcijaninem. Otoczę cię swym wpływem; obsypię cię złymi przykładami; zarażę moralną atmosferę, w której żyjesz, swymi fałszywymi zasadami, i wypracuję Chrystusa z ciebie!" Czy jakikolwiek człowiek zdoła własną mocą oprzeć się temu wpływowi i zwyciężyć go? Ah! Uchwycił on i zniewolił najlepsze umysły naszego wieku; najokazalsze duchy naszego wieku zostały doszczętnie zdemoralizowane przez zasady światowe; wiemy bowiem, że najlepsze inteligencje naszego wieku piszą w tej chwili absolutne niedorzeczności w kwestii religii — ci ludzie, którzy piszą artykuły w gazetach na tematy handlowe z tak wielką mądrością — ci ludzie, których dowcip jest bystry jak brzytwa w spekulacji filozoficznej — szybcy w dostrzeganiu błędu w rozumowaniu — gdy ci ludzie przychodzą pisać o religii, są po prostu głupcami — jak przekonacie się, czytając jutro rano które z wiodących gazet nowojorskich — co ten i ów człowiek mówił w różnych zborach i kościołach dzisiaj; — znajdziecie kwakra, który wstaje — pobożny człowiek — nuci, mruczy i kołysze się, unosząc do nieba swe ospałe oczy; i potem, po długiej przerwie, znajdziecie go zaprzeczającego Boskości Jezusa Chrystusa i twierdzącego, że wcale nie był On Synem Bożym! Zdarzyło się to w ubiegłą niedzielę w Nowym Jorku. Znajdziecie innego człowieka, który wychodzi z teorią i przekonaniem, że człowiek nigdy nie upadł; i dlatego nie potrzebuje żadnego lekarstwa. To — wobec moralnego i społecznego skażenia i winy naszego wieku, która jest wstrętna oczom Boga i człowieka! Tak więc świat zaślepia najlepsze umysły i najsprytniejsze i najsilniejsze dumy. I spodziewacie się temu oprzeć? Nie! Nie możecie tego. Musicie powiedzieć za świętym Pawłem: „Sam z siebie nic nie mogę; lecz wszystko mogę w Nim." W Nim możemy wszystko. On jest tu dla was i dla mnie.
Następnym wielkim nieprzyjacielem jest ciało — nieprzyjaciel wewnętrzny. Krew w naszych żyłach, namiętności i zmysły naszych ciał powstają przeciw nam, by nas zniewolić, i mówią: „Nie wolno ci upodobnić się do Syna Bożego! Syn Boży był nieskończoną czystością. Nie pozwolę ci posiadać duszy w czystości! Nie pozwolę ci rozwinąć duchowego istnienia, które jest w tobie; musisz iść za nakazami swych namiętności; musisz stać się pijakiem, człowiekiem wyuzdanym i nieczystym! Napełnię owe oko płomiennymi, pożądliwymi spojrzeniami pożądania; sprawię, że pochłaniające pragnienie wszystkiego, co niskie, będzie tętnić w twoich żyłach, aż stanie się koniecznością twej natury." Tak mówi ciało. Czy możemy je zwyciężyć? Najwięksi i najokazalsi spośród synów ziemi byli najlichszymi niewolnikami własnych namiętności. Najokazalsze imiona na kartach historii — najwięksi bohaterowie — najwięksi filozofowie — wszyscy mają przy sobie przymocowane — gdy obracamy karty historii i przyglądamy się ich życiu — szpetną plamę ich nieczystości, biegnącą przez ich żywoty i pokrywającą całe ich istnienie najpodlejszą z wszelkich ziemskich namiętności. Nie! Nie możemy zwyciężyć tego ciała naszego, jak tylko w Nim — w Panu Bogu naszym — który niegdyś związał demona i wygnał go na pustynię Etiopii. Tak możemy związać, z Nim, owe niesforne namiętności i powstrzymać powódź pożądania w naszych skażonych i spodlonych naturach, i zaprzeć się siebie dla Niego, który nas wspomoże, nakazując nam to czynić; i wygnać demona na zewnętrzny świat, który mu tak dobrze odpowiada.
Wreszcie, przychodzi pycha życia, trzeci nieprzyjaciel. Ambicja, zarozumiałość, pycha człowieka, pycha, która odmawia poddania się dyktatowi. „Dlaczego — mówi owa pycha — dlaczego mam się podporządkować nakazom religii? Oto mówi mi, że mam pójść jak małe dziecko i przygotować się, i iść do spowiedzi! Oto mówi mi, że mam odprawiać te praktyki pobożne, które są tylko odpowiednie dla kobiet i zakonnic! Dlaczego mam pościć i cierpieć głód? Mam wszystko wokół siebie. Czyż nie znajduję tu i tam w Piśmie tekstów, które mówią mi, że «wszystkie rzeczy są dobre»? Dlaczego mam powstrzymywać się od czegokolwiek? Dlaczego nie mam iść swoją własną drogą i odrzucić wszelką władzę, ludzką i Boską? — a przede wszystkim prawo, że człowiek musi nosić w sobie posłuszeństwo, pokorę i umartwienie Jezusa Chrystusa, jeśli ma być zbawiony?" Czy zdołacie oprzeć się tej pysze? tej pysze, która porywa najlepszych i najznakomitszych spośród dzieci ziemi? Nie! Nigdy nie zdołacie jej stawić czoła, zachować pokory swego rozumu, wierności swej wiary, jeśli nie będziecie żywić się Tym, który jest źródłem wszelkiej cnoty i wszelkiego życia. I tak to jedynie tymi samymi środkami, którymi Chrystus dokonał dzieła we Wcieleniu — przez zjednoczenie Boga z naszą naturą w Chrystusie — dokonuje On również naszego uświęcenia w Komunii Świętej. Przez to spełnia zatem jednocześnie wszystkie zamysły Boże.
Wypełniłem swój obowiązek. Skończyłem swój temat. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przypomnieć katolikom, którzy tu są, katolikom tego miasta, katolickim mężczyznom, którzy zostali wychowani w wierze katolickiej i przejęli tę wiarę od katolickich — a wielu spośród nich od irlandzkich — matek — przypomnieć wam, że przez trzysta lat prześladowań i śmierci to Komunia Święta i nabożeństwo Irlandii do niej podtrzymywały wiarę żywą w naszych ojcach. Opierali się owej pysze życia. Świat przychodził i ogłaszał im, że mają porzucić wiarę. Mówili nie — przeciw całemu światu. Zachowywali swą wiarę, przez Jezusa Chrystusa, w Komunii Świętej. Opierali się swoim namiętnościom i powściągali je; tak że czystość Irlandii, w czystości jej córek i rycerskości jej synów — (cnota, która zawsze towarzyszy osobistej czystości i czystości rodu) — była niezrównana. Opierali się, nawet gdy tytuły i zaszczyty gotowe były spaść na nich. A gdy wyzywano wysokie umysły, by obaliły wiarę, której się trzymali, kłaniali się przed swymi czczonymi od wieków ołtarzami; i wiara Irlandii w jej religię nigdy nie była silniejsza niż w dniach, gdy najbardziej za nią cierpiała. Mówię wam, katolicy Nowego Jorku, że żaden człowiek nie może być ocalony od świata wokół niego, ciała w jego wnętrzu i diabła poniżej niego, jeśli Jezus Chrystus nie jest z nim. Mówię wam, katolicy Nowego Jorku, mężczyźni Nowego Jorku, którzy przystępujecie do Komunii Świętej tylko raz w roku — że byłoby niemal lepiej dla was, gdybyście nie znali prawdy. Jeśli chcecie znać wyjaśnienie waszych grzechów, pijaństwa wokół was, nieczystości i dzikich napaści, jakie się zdarzają, wszelkich szybkich, pochopnych zbrodni, do których nasza irlandzka natura jest zdolniejsza niż do zbrodni podlejszych i bardziej zdeprawowanych — przyczyną tego wszystkiego jest właśnie to — że nie jesteście częstymi i gorliwymi komunikantami. Jeśli proście mnie o regułę, stwierdzam, że choć przystępuję do Komunii każdego dnia swego życia, wciąż mam dość do roboty, by zwyciężyć swych duchowych nieprzyjaciół. I jeśli ja, kapłan, mam dość do walczenia, by być zbawionym po przyjmowaniu Komunii Świętej każdego ranka — jakże wy możecie być zbawieni? Jeśli proście mnie o regułę, dam ją w kilku słowach. Wierzę, że każdy człowiek, który pragnie mieć pokój Chrystusowy, i żyć w Jego chrześcijańskiej świętości, i mieć Chrystusa wydobytego w sobie — ów człowiek powinien być przynajmniej comiesięcznym komunikantem.