HomiliaDB

Thomas N. Burke OP · Wykłady i kazania

33. Kościół katolicki prawdziwym wyzwolicielem

Wygłoszone w kościele św. Stefana w Nowym Jorku, na rzecz misji wśród ludności kolorowej w tym kraju.

Gdy wiara wydaje się nierozumnaGdy nie mam oparcia Kościół a świat i państwoNatura i jedność Kościoła
W skrócie. Wykład na rzecz misji wśród Afroamerykanów, dowodzący, że prawdziwe wyzwolenie wymaga wolności rozumu (przez prawdę) i wolności woli (przez łaskę). Burke omawia historię niewolnictwa w świecie pogańskim (Ateny: 40 tys. niewolników na 60 tys. mieszkańców), stopniową pracę Kościoła nad jego zniesieniem (prawo azylu, prawo o wyzwoleniu po śmierci duchownych), i krytykuje nagłe wyzwolenie bez przygotowania (Jamajka, USA). Argumentuje, że autentyczne wyzwolenie Afroamerykanów dokona się tylko przez wiarę i sakramenty Kościoła.

„Wolność cielesna jest niczym, jeśli dusza nie została wyzwolona przez święty Kościół Boży.”

*Wygłoszone w kościele św. Stefana w Nowym Jorku, na rzecz misji wśród ludności kolorowej w tym kraju.*

Moi drodzy przyjaciele! Przychodzę do was tego wieczoru, aby postawić tezę, która nie wymagałaby żadnego dowodu, gdyby wszyscy ludzie byli jednego zdania co do roszczeń Kościoła katolickiego do bycia Kościołem Chrystusowym. Twierdzę mianowicie, że Kościół katolicki jest prawdziwym wyzwolicielem niewolnika; i powtarzam, że gdyby wszyscy byli jednej myśli co do jego prawa do bycia prawdziwym Kościołem chrześcijańskim, twierdzenie to nie wymagałoby dowodu — albowiem każdy, kto wierzy w działanie Chrystusa trwające w Jego Kościele, musi niezwłocznie uznać, że jednym z najwznioślejszych i największych obowiązków tego Kościoła jest obowiązek, który sam jego Boski Założyciel przyszedł wypełnić, to jest: dzieło wyzwolenia. Przyszedł On i zastał — nie ten czy ów lud, nie tę czy ową klasę lub stan — lecz całą ludzkość i wszystkie narody ziemi pogrążone w najsroższej postaci niewoli: niewoli, która wdarła się w same ich dusze; niewoli, która nie tylko unicestwiła wolność ich woli, lecz nadto zaćmiła i przez to zniszczyła jasność ich rozumu; niewoli, która spętała ich bezsilnych u stóp najokrutniejszego ze wszystkich panów — a panem owym nie był nikt inny jak szatan, książę i władca całej ludzkości, ten, który zniewolił rozum, wolę i duszę człowieka. Prorok starożytny przepowiedział był o Bożym Panu i Odkupicielu naszym, że przyszedł skruszyć kajdany ludzkiej niewoli, wyzwolić człowieka, wyrwać go z owej głębokiej i straszliwej nędzy, w którą popadł, i przywrócić mu na powrót „wolność chwały dzieci Bożych." Dlatego właśnie przyszedł. Wśród wszystkich tytułów, które Mu przysługują, szczególnie wzniosły jest tytuł wyzwoliciela zniewolonych i upadłych. A jeśli Jego działanie ma trwać w Kościele, jeśli Jego łaski mają płynąć przez ten Kościół, a Jego światłość ma jaśnieć czystym, jasnym i promiennym blaskiem w założonym przez Niego Kościele — winniśmy tylko odnaleźć ten Kościół; a na jego skroniach znajdziemy koronę wyzwoliciela rodzaju ludzkiego. Tym Kościołem my, katolicy, wiemy i wierzymy, że jest Matka, która „zrodziła nas dla Boga przez Ewangelię."

Otóż, przyjaciele moi, jakże Chrystus dokonał dzieła swego wyzwolenia? Odpowiadam: wyzwolił, czyli oswobodził rozum człowieka od niewoli intelektu, którą jest błąd; oraz wyzwolił wolę człowieka od niewoli woli, którą jest grzech. I jasno określił, jakiego rodzaju wolność przyszedł ustanowić i darować, gdy rzekł do zaślepionego ludu, który oświecił: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli." I do ludu zdegradowanego i skażonego rzekł: „Przyszedłem, aby tam, gdzie grzech się rozmnożył, łaska jeszcze obficiej się rozlała"; i w obfitości swej łaski powołał nas do wolności dzieci Bożych.

Oto zatem pierwiastki wyzwolenia, jakie odnajdujemy w czynach i słowach Syna Bożego, Odkupiciela, Zbawiciela i Wyzwoliciela. Prawda; prawda szeroko rozsiewana; prawda niesiona na skrzydłach wiedzy ku każdemu umysłowi. Nie spekulacja, lecz prawda; nie mniemanie, lecz wiedza; nie badanie prawdy, lecz posiadanie prawdy. Oto — mówi Syn Boży — tkwi tajemnica waszej wolności intelektualnej. Dlatego podniósł głos; rozwinął chorągiew swojej wiecznej prawdy; wezwał wszystkich ludzi, by słuchali Jego głosu i skupiali się wokół sztandaru Jego prawdy i Jego wiedzy. A słowo, które wypowiedział, niesione było na skrzydłach aniołów przez wszystkie przyszłe czasy aż po najdalsze krańce ziemi — na ustach głoszącego i nieomylnego Kościoła, który założył. Mówię o „Kościele głoszącym," który On założył, bo „wiara pochodzi ze słyszenia"; i wiedza, która wyzwala rozum, musi płynąć z żywego głosu. Dodaję jednak, że ponieważ żadna wiedza prócz czystej prawdy, takiej jak jest w umyśle Jezusa Chrystusa — podawanej właśnie żywym głosem — nie może wyzwolić rozumu człowieka, przeto głos, któremu nakazał nauczać świat, musi nieść niezawodne, nieomylne i nieskażone orędzie prawdy Pana Jezusa Chrystusa. Gdyby bowiem w ów głos wkraść się mogło choćby najdrobniejsze domieszanie błędu, gdyby ów głos mógł zachwiać się w głoszeniu prawdy — lub wmieszać bodaj najdrobniejsze przekłamanie do tej prawdy — przestałby być głosem Jezusa Chrystusa i w swym nauczaniu jedynie zastępowałby jedną postać niewoli inną. O, gdyby ludzie naszych czasów mogli to wreszcie pojąć! Gdyby ci, którzy chlubią się swoją cywilizacją, mogli tylko zrozumieć: że cokolwiek nie jest prawdą, nie jest głosem ani orędziem Boga; że cokolwiek może być fałszywe, nie może być głosem Bożym; gdyby ludzie mogli tylko pojąć, że nie ma większej zniewagi, jaką możemy wyrządzić Bogu prawdy, niż wziąć religijne kłamstwo — wypaczone mniemanie, fałszywą ideę — wpuścić je do swego umysłu i powiedzieć: To jest prawda Boża; to jest prawda religijna! Lecz nie! Chlubimy się dziś naszą szerokością poglądów; chlubimy się mnóstwem sekt i naszych instytucji religijnych; chlubimy się otwartą Biblią, z której każdy człowiek czerpie — nie Słowo Boże, bo zaprzeczam, że jest to Słowo Boże: Słowem Bożym jest ona jedynie wtedy, gdy bierze się ją z tej karty tak, jak spoczywa w umyśle Bożym — chlubimy się, że ta Biblia jest otwarta dla każdego, by szukał w niej potwierdzenia własnego błędu, tkwiącego w wypaczonym sensie nadawanym owej Bosko natchnionej karcie; i wtedy rościmy sobie prawo do twierdzenia, że to wszystko jest znamieniem religijności. A człowiek, który z oburzeniem odrzuciłby kłamstwo wygłoszone mu w zwykłych zajęciach i obowiązkach życia towarzyskiego; człowiek, który jako głęboką krzywdę przyjąłby bycie oszukanym w sprawie handlowej, przy sporządzaniu rachunku lub w jakiejś innej przejściowej rzeczy — ten właśnie człowiek jest najbardziej obojętny, beztroskim i najłatwiej dający się pogodzić, gdy chodzi o rzecz leżącą między nim a Bogiem prawdy: czy posiada tę prawdę czy nie. A przecież powtarzam — jest rzeczą niechlubną dać się nabrać kłamstwu, wierzyć kłamstwu. Trwanie przy kłamstwie i upieranie się, że jest ono prawdą, jest dowodem intelektualnej i moralnej słabości. I pamiętajcie, że gdy chodzi o rzecz między nami a Bogiem — o wykładnię Bożego orędzia — o ton, jakim głos Boży dociera do naszego ucha; pamiętajcie, że cokolwiek nie jest prawdą Bożą, jest najgorszą postacią nieprawdy, jest bowiem kłamstwem przynoszącym zniewagę Bogu i zgubę człowiekowi; i że prawda Boża — jak ogłasza Zbawiciel świata — jest istotnym, pierwszorzędnym pierwiastkiem owego wyzwolenia, z którym Jezus Chrystus zstąpił, by nas oswobodzić.

Lecz, drodzy przyjaciele, choć posiadanie owej prawdy jest rzeczą wielką i wspaniałą, choć jasne jest światło, które Bóg Wszechmogący wlewa w duszę przez oczy umysłu otwierającego się na prawdę Bożą — nie wystarcza to, by dokonać wolności człowieka. Istota wolności spoczywa nie tylko w umyśle posiadającym prawdę i zrzucającym w ten sposób kajdany intelektualnej niewoli, którą jest błąd; spoczywa ona również w woli — uświęconej, umocnionej i oczyszczonej Bożą łaską Jezusa Chrystusa. Na cóż się zda wam, bracia moi, i mnie — że człowiek posiąść miałby wszelką wiedzę — jeśli jest on niewolnikiem własnych namiętności; jeśli każda poniżająca namiętność i skłonność natury niskiej lub podrzędnej musi tylko głośno się odezwać, by natychmiast zostać zaspokojona kosztem szlachetności i życia duszy oraz kosztem przyjaźni Bożej i Jego łaski? Na cóż się zda wiedza człowiekowi, który jest nieczysty? Na cóż najzdrowsze zasady i przykłady — moralne czy Boże — temu, kto je wyznając, nie postępuje według nich, lecz jest nieuczciwy? Istnieje zatem jeszcze inna, i jeszcze straszliwsza niewola niż niewola intelektu — jest nią niewola woli. Aby temu zaradzić, Chrystus Pan, Boski uzdrowiciel, Boski lekarz naszych dusz, ustanowił pewne środki, przez które Jego łaska, Jego moc, Jego czystość miały być nam udzielane — naszym wolom — podobnie jak przez głoszenie Ewangelii w Kościele Jego światłość udzielana jest naszemu rozumowi. Środkami tymi są: święta moralność praw Kościoła; święte zapory, które wznosi on między duszą a grzechem; łaski sakramentalne, które wylewa, by duszę uleczyć, oczyścić i obmyć na nowo, jeśli jest ona splamiona i zbrukana grzechem; narzędzia, jakie dzierży w swych rękach, by ową duszę zachować od nawrotu do grzechu, umacniając ją tak, iż zdolna jest opanować wszystkie swe namiętności, poskromić wszelkie nieumiarkowane i zgubne skłonności, dać triumf duchowi nad materią — duszy nad ciałem — aż Pan Jezus Chrystus, który był nie tylko źródłem wszelkiej prawdy, lecz i twórcą wszelkiej świętości i jej wcieleniem, odrodzi się znowu w duszach wszystkich swoich dzieci, a lud doskonały wzrośnie w świętości przed Bogiem.

Bez tej łaski serca i woli nie ma wolności. Bez działania Kościoła, mówię z zasady, nie może być łaski. Bez jego sakramentów wola człowieka — wola człowieka, która może być zniewolona; wola człowieka, która jest zniewolona ilekroć człowiek trwa w grzechu — nie może być dotknięta; bo jedynie sakramentalna dłoń Kościoła może jej dotknąć. I tutaj znowu, podobnie jak słowo nauczania Kościoła musi być nie innym, lecz samym słowem Jezusa Chrystusa — nie tylko takim, jakie zapisane jest w natchnionych księgach, ale takim, jakie spoczywa w umyśle Bożym, i dlatego Kościół jest zobowiązany je objaśniać — tak też łaski Kościoła i działanie, które dzierży w swych rękach, by dotykać wolę, musi być nie inną, lecz samą mocą, samym działaniem, samą łaską Jezusa Chrystusa. Żadna inna dłoń prócz Jego, żadna inna moc prócz Jego, żadne inne wpływanie prócz Jego — Pana, Odkupiciela, Zbawiciela — docierające do każdego poszczególnego człowieka, nie może oczyścić duszy tego człowieka i umocnić go, by odniósł zwycięstwo, które zwycięża świat, ciało i szatana: zwycięstwo wiary Bożej! Bo na cóż mi się zda — pytam was — na cóż mi się zda, że kapłan podniesie rękę i powie: „Rozgrzeszam cię z grzechów twoich" — jeśli to słowo, ta łaska, ta moc czynienia tego, nie pochodzi do tego kapłana od Jezusa Chrystusa? Na cóż mi się zda, że człowiek poleje moją głowę wodą i powie: „Chrzczę cię w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego" — jeśli to chrzest, ta woda, nie ma sakramentalnej mocy, ustanowionej przez Pana, obdarzonej szczególną siłą w tym celu — obmycia duszy — i nie jest mistycznie przeniknięta zbawczą krwią Odkupiciela? Na cóż mi się zda przyjść do tego ołtarza, otworzyć usta i przyjąć to, co zdaje się kęsem chleba — jeśliby Odkupiciel świata nie powiedział: „Beze Mnie nic uczynić nie możecie. A oto Ja przyjdę do was. Bierzcie i jedzcie z tego; to jest bowiem Ciało moje i Krew moja"? Dlatego działanie Jezusa Chrystusa musi trwać równie mocne, równie czyste, równie miłosierne w udzielaniu łask Kościoła — jak Jego słowa muszą być wolne od błędu i nieskażone błędem na ustach głoszącego Kościoła. Oto dwa wielkie pierwiastki wyzwolenia człowieka. Gdzie ich nie ma, tam jest niewola. Ten, kto wierzy kłamstwu — a przede wszystkim religijnej nieprawdzie — jest niewolnikiem. Ten, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu. Na cóż się zda, że wyzwolisz człowieka — zbijesz kajdany z jego rąk — wypuścisz go z imienia jako wolnego człowieka; wyślesz go z wszelkimi konstytucyjnymi prawami i swobodami obywatelskimi; wyślesz go, jak się chlubi swoją wolnością, nie rozumiejąc jej, i być może nieprzygotowanego do właściwego z niej korzystania? Jeśli zostawisz rozum tego człowieka w mroku ciemnoty — jeśli zostawisz wolę tego człowieka pod panowaniem grzechu i jego własnych namiętności — czy uczyniłeś go wolnym człowiekiem? Nazywasz go wolnym człowiekiem. Lecz Bóg w niebie, a niestety diabeł w piekle wyśmieje i szydzić będzie z twojego pojęcia wolności.

A teraz, przyjaciele moi, skoro takie jest posłannictwo ogłoszone i wyznane przez Pana naszego Bożego — skoro takie jest zatem posłannictwo złożone w ręce Kościoła, by go wypełniał — zwróćmy się do dziejów Kościoła i zobaczmy, czy był on wierny swemu obowiązkowi stosowania pierwiastków wyzwolenia wobec człowieka. Jest to pytanie historyczne i takim winnam się z nim zmierzyć, przede wszystkim historycznie. Aby je zrozumieć, należy wpierw rozważyć, jaki był stan świata, gdy Kościół rozpoczął swoje posłannictwo. Jaki zastał ład społeczny? Czy barbarzyński, czy ucywilizowany? Odpowiadam, że gdy Kościół po raz pierwszy otworzył usta, by głosić Ewangelię, jego posłannictwo skierowane było do ludzi jak najbardziej cywilizowanych i wysoce intelektualnych. August spoczywał już w grobie, lecz era augustiańska — najdumniejsza, najwznioślejsza i najbardziej cywilizowana — wciąż jeszcze wywierała swój wpływ na świat. Cała mądrość starożytnych, cała wiedza filozofii pogańskiej — były reprezentowane w owym dostojnym zgromadzeniu, przed którym na wzgórzu ateńskim stanął Paweł Apostoł, by głosić „Zmartwychwstanie i Życie." Całe światło starożytnej filozofii było tam obecne. Cały blask sztuki był tam w swej najwyższej doskonałości. Wszelkie zasoby nauki, do jakich wówczas doszłość, były tam. Ludzie szczycili się w owych dniach, jak i w naszych, swym postępem materialnym i swymi ideami. Ale jak ukonstytuowane było owo społeczeństwo pod względem niewolnictwa? Otóż, przyjaciele moi, w owym starożytnym świecie pogańskim czytamy, że gdy sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców liczyło miasto Ateny — stolica Grecji — czterdzieści tysięcy z nich stanowili niewolnicy, a wolnych było jedynie dwadzieścia tysięcy. Czytamy, że w społeczeństwie Sparty, innego miasta greckiego, niewolnicy tak się rozmnożyli, że panowie żyli w nieustannej obawie, by ich słudzy — ich poddani — nie zbuntowali się w swej potędze i nie wytracili ich. Czytamy o Rzymie, że liczba niewolników była tak wielka, że gdy w Senacie zaproponowano, by nosili odrębny strój, niezwłocznie sprzeciwiono się temu, twierdząc, że gdyby chodzili w odrębnym stroju, uświadomiliby sobie własną liczebność i siłę, podnieśliby bunt i zmietliby wolnych z tej ziemi. Tyle o narodach cywilizowanych. Cóż wiemy o narodach barbarzyńskich? Otóż Herodot, historyk, donosi nam, że pewien naród Scytów wyruszył kiedyś i najechał Medię; a gdy powrócił po udanej wojnie, przepełniony tryumfem i zwycięstwem, tak wielka była liczba jeńców, których skuł w niewolę przez nieszczęścia wojenne i inne przyczyny, że gdy powrócił w całej swej potędze, okazało się, że podczas jego nieobecności jego niewolnicy zbuntowali się i że był ścigany przez własnych sługi — własnych niewolników — z własnego kraju. Jak traktowano owych niewolników? Oto jak. Czytamy, że gdy pewien prefekt Rzymu, Pedaniusz Secundus, zabity został przez jednego ze swych niewolników — zgodnie z prawem, rzecz oczywista — wzięto czterystu jego poddanych i wszyscy zostali skazani na śmierć bez miłosierdzia, bez litości — czterystu niewinnych ludzi za winę i zbrodnię jednego. Czy niewolnik miał jakiekolwiek prawa? Żadnych. Czy cieszył się jakimś przywilejem lub uznaniem jakiegokolwiek rodzaju? Żadnym. Jego życie i jego krew uchodziły za bezwartościowe; co gorsza, najwybitniejsi filozofowie starożytnej Grecji i Rzymu, pisząc o tej kwestii, głosili jako zasadę, że bogowie — jak ich nazywali — stworzyli tych ludzi na potrzeby niewolnictwa; że przyszli na ten świat w żadnym innym celu; że nie mieli dusz zdolnych do pojmowania czegokolwiek duchowego; żadnych uczuć godnych uszanowania, żadnych wiecznych ani doczesnych interesów, które należałoby uwzględniać; tak że człowiek, któremu nieszczęście zepchnęło się w niewolę, znajdował się nie tylko w stanie poddaństwa, lecz i poniżenia.

Taki był stan świata, gdy Kościół katolicki rozpoczął swoje posłannictwo. I cóż było pierwszą zasadą, którą Kościół głosił i ogłosił? Pierwsza zasada wyzwoleńcza, którą Kościół katolicki ogłosił, brzmiała: oznajmił, że niewolnictwo nie jest poniżeniem; że człowiek może być zniewolony, a jednak nie poniżony. To była pierwsza zasada, przez którą Kościół Boży uznał szlachetność duszy człowieczej — bez względu na jego rasę; bez względu na nieszczęście, jakie go dotknęło — że może być on zniewolony, owszem, że sama jego niewola może nakładać nań szczególne obowiązki; lecz że niewolnictwo samo w sobie nie jest poniżeniem. Może mi powiecie: była to zasada fałszywa. Odpowiadam: nie, nie jest to zasada fałszywa. Jestem niewolnikiem, a jednak nie jestem człowiekiem poniżonym; jestem niewolnikiem, gdyż przed laty przysięgałem u stóp ołtarza moją wolność, moją swobodę i moją wolę, i oddałem je Bogu. Czyżbym zatem był poniżony? Nie. Wszyscy jesteśmy w tym sensie niewolnikami — bo Pismo Święte mówi nam, że zostaliśmy nabyci za wielką cenę przez Pana naszego Jezusa Chrystusa; jesteśmy zatem sługami i poddanymi Tego, który nas nabył. Lecz któż powie, że takie niewolnictwo jest poniżeniem? Nie, przyjaciele moi. Może mi powiecie: lecz wszyscy uznajemy nasze poddaństwo względem Boga. Otóż właśnie; i św. Paweł, ogłaszając pierwsze elementy praw i nauki Kościoła dotyczące niewolnictwa, oświadczył, że nawet człowiek zniewolony przez bliźniego nie jest już dłużej niewolnikiem — to znaczy w sensie poniżonego sługi — gdyż Bóg Wszechmogący przez Swój Kościół uznał duszę tego człowieka, uznał jego uczucia i nakazał mu być wiernym, nawet jako niewolnikowi — nie panu jako człowiekowi, lecz panu dla miłości Jezusa Chrystusa, jako odblaskowi Bożej władzy i mocy nad nim. Są to dosłowne słowa Apostoła; i zauważcie, jak jasno przebija przez nie ta wielka zasada. Mówi on: „Wszyscy, którzy są pod jarzmem jako słudzy, niech uważają swoich panów za godnych wszelkiej czci, aby imię Pańskie i nauka nie były bluźnione." Dalej powiada: „Słudzy, bądźcie posłuszni panom waszym według ciała, z bojaźnią i drżeniem, w prostocie serca waszego, jak Samemu Chrystusowi; nie służąc tylko na oku jako ci, którzy ludziom chcą się podobać, ale jako słudzy Chrystusa, pełniąc wolę Bożą z serca, z dobrą wolą służąc jak Panu, a nie ludziom."

To był pierwszy wielki pierwiastek wyzwolenia przez Kościół. Zdjął on z niewolnika poniżenie jego niewoli, uznając, że będąc niewolnikiem, mógł on przez posłuszeństwo panu okazywać posłuszeństwo Bogu — przenosząc niejako swą wierność z człowieka na zasadę Bożego autorytetu, odbitą w tym człowieku; i tak służyć nie oku człowieka, lecz oku Jezusa Chrystusa.

Po drugie, Apostoł oświadcza, że niewolnictwo przestało być poniżeniem, gdy pan i właściciel był w równym stopniu niewolnikiem co jego poddany. I ogłasza to w tej zasadzie: „I wy, panowie," mówi, „czyńcie to samo względem waszych sług, zaniechawszy pogróżek, wiedząc, że Pan ich i wasz jest w niebie, i że u Niego nie ma względu na osoby." „Panowie," dodaje, „oddajcie sługom to, co sprawiedliwe i słuszne, wiedząc, że i wy macie Pana w niebie." Pogańskie mniemanie głosiło, że pan był bezwzględnym zarządcą i władcą swojego niewolnika — panem życia i śmierci — i że ów niewolnik stworzony był do pełnienia jego woli; i że za sposób traktowania swojego sługi nie był on odpowiedzialny przed Bogiem. Apostoł, w imieniu Kościoła, nakłada na pana i niewolnika wspólną służbę jednemu Bogu; a następnie głosi trzeci wielki pierwiastek, przez który uwalnia niewolnictwo od jego poniżenia, gdy mówi: „W Chrystusie nie ma ani poddanego, ani wolnego, ani Żyda, ani Greka, ani barbarzyńcy, ani Scyty, ale Chrystus jest wszystkim i we wszystkich; i wszyscy jesteście jedno w Jezusie Chrystusie."

Słowa te, przyjaciele moi, były pierwszymi słowami pociechy, nadziei i braterskiego współczucia z bliźnimi w niewoli, jakie kiedykolwiek padły z ust nauczyciela — religijnego czy świeckiego — od początku stworzenia świata. I padły z ust Kościoła katolickiego, przemawiającego przez swego Bosko natchnionego Apostoła. Dlatego twierdzę, że od samego początku był on wierny swemu posłannictwu i ogłosił, że przyszedł pocieszyć strapionych w ich niewoli i zdjąć z nich ciężar poniżenia, które ich przygniatało. Wówczas zaczęły się dzieje Kościoła. Wiecie wszyscy, moi drodzy przyjaciele, jak pięć wieków po założeniu Kościoła barbarzyńcy — Goci, Wandalowie, Alanowie i wszystkie owe straszliwe narody z Północy — runęli na cesarstwo rzymskie i zniszczyli wszystko: rozbili ład społeczny, sprowadzili go do jego pierwotnych chaotycznych żywiołów; i niewolnictwo stało się powszechną instytucją na całym świecie. Posiadał je każdy naród. Jeniec wzięty w wojnie tracił wolność nie na chwilę, lecz na zawsze. Człowiek przyciśnięty długiem brany był za dług i sprzedawany w niewolę. Jedynie Kościół Boży zdolny był stawić czoło tym barbarzyńcom, zmierzyć się z nimi, ewangelizować im swą ewangelię wyzwolenia; oraz złagodzić i stopniowo zmniejszać, aż wreszcie niemal zupełnie wykorzenić istnienie tej niesprawiedliwej niewoli. Kościół Boży — Kościół katolicki — był jedyną potęgą, którą owe narody barbarzyńskie gotowe były szanować. Papież Rzymu był wielkim obrońcą zasad wolności, bo wolność oznacza ni mniej ni więcej, jak tylko uznanie prawa każdego człowieka i wszechmoc prawa, które to prawo mu zapewnia i je określa. I jak działał Papież, i jak Kościół wypełniał swoje posłannictwo? Otóż, przyjaciele moi, od piątego wieku — od samego czasu, gdy Kościół stał się znany i zaczął wywierać swój wpływ wśród narodów — wśród pierwszych zarządzeń, jakie wydał, znalazły się takie, które miały przynieść ulgę niewolnikowi. Nakazał na przykład pod groźbą kary kościelnej, żeby żaden pan nie zabijał swego niewolnika; i możecie sobie wyobrazić, w jakiej głębi nędzy pogrążone było społeczeństwo i z jakiego stanu rzeczy Kościół katolicki uratował świat — gdy powiem wam, że jednym z zarządzeń pewnego synodu w szóstym wieku było: że jeśli jakaś pani (wyobraźcie sobie to sobie!) — obrażona przez jednego ze swych niewolników lub rozgniewana nimi, zabiła niewolnika — winna była przez kilka długich lat odbywać publiczną pokutę za popełnioną zbrodnię. Cóż to był za stan społeczeństwa, gdy wytworna pani, stroiąca się może na wieczorne przyjęcie — bal lub wieczorinkę — otoczona swymi niewolnicami, które ją ubierały, dodając ozdobę do ozdoby — jeśli jedna z nich popełniła drobną omyłkę, wytworna pani mogła się odwrócić — jak czytamy u historyków pogańskich, i jak czyniły to panie rzymskie — i wbić swój sztylet z rękojeścią z kości słoniowej w serce swojej biednej niewolnicy, zabijając ją trupem u swych stóp. Jedyną władzą uznaną na ziemi, która mogła pociągnąć ową panią do odpowiedzialności — jedyną władzą, której gotowa była słuchać — jedynym przedstawicielem prawa, który rozciągał w ten sposób swą ochronę nad nieszczęsnym niewolnikiem — była potęga Kościoła, który mówił owej pani, że jeśli dopuści się takich czynów, poza bramami kościoła będzie klęczyć w worze pokutnym i popiele; że klęczyć będzie z dala od ołtarza i ofiary; że będzie tam klęczyć, aż po długich latach płaczu i pokuty, jako publiczna pokutnica, dozwolone jej będzie wczołgać się do kościoła i zająć miejsce pokutnika najbliżej drzwi.

I tak samo, z biegiem wieków, widzimy Kościół ustanawiający prawa, że jeśli jakiś niewolnik obraził swego pana i pan chciał go natychmiast ukarać w jakiś okrutnie zaostrzony sposób, i jeśli ów niewolnik uciekł od swego pana — było tylko jedno miejsce, gdzie mógł znaleźć bezpieczeństwo, a mianowicie Kościół. Kościół bowiem ogłosił, że w chwili, gdy niewolnik przekroczył jego próg i wszedł do jego sanktuarium — w tej chwili dłoń pana była powstrzymana i niewolnik był poza jego władzą, dopóki sprawa nie zostałaby rzetelnie rozpatrzona i wymierzona kara proporcjonalna i sprawiedliwa — taka jak zostałaby wymierzona każdemu innemu człowiekowi winowajcy tej samej przewiny.

Dalej, widzimy ten sam Kościół, z biegiem wieków, grożący ekskomuniką każdemu, kto pojmałby wyzwolańca lub oswobodzonego niewolnika i z powrotem sprowadził go do stanu niewoli. W dalszym ciągu widzimy ten sam Kościół ustanawiający prawo, że gdy umarł biskup, kardynał lub wielki duchowny, wszyscy będący w jego służbie winni być natychmiast wyzwoleni. Zwano ich wolnymi Kościoła.

Lecz możecie zapytać: dlaczego nie zniosła ona niewolnictwa od razu? I jest to zarzut czyniony Kościołowi katolickiemu nawet przez takiego człowieka jak Guizot, wielki francuski mąż stanu i filozof; który wprawdzie przyznaje, że Kościół katolicki w swym działaniu, w swym duchu, zawsze starał się głosić sprawę wyzwolenia — lecz dlaczego nie uczynił tego od razu? Odpowiadam: Kościół Boży jest jedyną potęgą na ziemi, która zawsze wiedziała, jak czynić dobro i czynić je mądrze i sprawiedliwie. Nie wystarczy czynić dobro, bo jest dobre: musi być dobrze uczynione; musi być mądrze uczynione; nie może towarzyszyć mu żadna krzywda; żadna niesprawiedliwość nie może kalać tego czynu. Kościół Boży nie mógł od samego początku dokonać wyzwolenia bez popełnienia poważnej niesprawiedliwości wobec społeczeństwa, które by naruszył — wobec właścicieli tych niewolników, oskarżanego przez nich o rabunek; lecz przede wszystkim wobec samych biednych niewolników, którzy nie byli przygotowani na dar wolności. Dlatego, biorąc sobie własny czas, ogłaszając swoje zasady, działając wedle nich mocno, a zarazem łagodnie i pociągając ku sobie każdy interes; jednając umysły ludzkie; kształtując opinię publiczną w społeczeństwie; starając się uchronić każdego człowieka od niesprawiedliwości; i jednocześnie przygotowując ludzkość przez wiarę i świętość na dar wolności — pracowała powoli, cierpliwie, lecz jak najbardziej skutecznie w wielkim dziele wyzwolenia. Bo, przyjaciele moi, dwie są niesprawiedliwości — i to poważne — które mogą towarzyszyć temu wielkiemu aktowi wyzwolenia. Jest niesprawiedliwość, która może dotknąć całe społeczeństwo, może rozbić porządek publiczny, może zniszczyć interesy; i jest to niesprawiedliwość, jaką nagłe i pochopne wyzwolenie wyrządza społeczeństwu, na które spada. Na przykład w Europie we wczesnym średniowieczu niewolnicy — którzy wedle nauki św. Augustyna popadali w niewolę nie z żadnego przyrodzonego prawa człowieka nad bliźnim, lecz w karę za własne grzechy — stanowili znaczną część własności publicznej. Blisko połowa ludzkości była zniewolona przez drugą połowę. Następstwem tego było, że rozkład własności zależał od nich; że uprawa i kultywacja ziemi opierała się na nich; że faktycznie stan i warunki połowy posiadającej niewolników byłyby naruszone; tak że przez nagłe i pochopne wyzwolenie wolny człowiek dnia dzisiejszego stałby się niewolnikiem — w nędzy i niespodziewanym ubóstwie, jakie spadłoby nań wskutek utraty wszystkiego, co posiadał na tym świecie. Czy należało dopuścić się tej niesprawiedliwości? Nie, bo sprzeciwiałaby się własnemu celowi. Celem wszelkiego społeczeństwa jest pokój i szczęście. Celem wszelkiego społeczeństwa jest zgoda i wspólne dążenie ku jednemu celowi — każdy pomagający bliźniemu; a Kościół był zbyt mądry, by rzucać taki żywioł powszechnej niezgody wśród wszystkich innych rozterek rozdzierających wówczas serce świata — by wrzucać ziarno niezgody i ustawiać połowę świata przeciwko drugiej połowie.

Lecz daleko poważniejsza jest niesprawiedliwość wyrządzana biednemu niewolnikowi przez nagłe, niespodziewane i powszechne wyzwolenie. Bo, przyjaciele moi, po łasce Bożej i wierze, najwyższym darem Boga dla człowieka jest wolność. Wolność! Święta swobodo! — święta swobodo! — w tych poświęconych murach — nawet jako kapłan mówię, że ta święta wolność jest wielkim darem Bożym; lecz dzieje naszego rodu uczą, że jest to dar, który w każdych czasach był w sposób najbardziej zgubny nadużywany; i poeta z gorzką prawdą mówi, że w młodym wieku pozostawiono go

*„Panem samego siebie — tym dziedzictwem niedoli."*

Wolność — panowanie nad sobą samym — wolność bez wędzidła jest w większości przypadków „dziedzictwem niedoli," a zwłaszcza gdy człowiek nie rozumie, co ona oznacza, i nie jest przygotowany do jej właściwego wykonywania. Czym jest wolność? — to święte słowo, tak często używane, tak często nadużywane, tak rzadko rozumiane. Ach, przyjaciele moi, czym jest wolność? W naszych czasach ludzie wpadają w dwa najzgubniejsze błędy: mają fałszywe pojęcie o wolności religijnej i fałszywe pojęcie o wolności obywatelskiej. Fałszywe pojęcie o wolności religijnej polega na tym, że rozumie się ją jako nieograniczoną swobodę każdego człowieka do wierzenia w cokolwiek mu się podoba; a fałszywe pojęcie o wolności obywatelskiej — że polega ona na nieograniczonej swobodzie każdego do czynienia, co mu się podoba. Mówi się, że naród posiada wolność religijną, gdy każdy wyznaje takie pojęcie religii, jakie mu przyjdzie do głowy; i w konsekwencji jest tyle sekt, ile religii. Ludzie mówią: „Wspaniale! Znakomicie! To jest wolność religijna!" Jeszcze wczoraj była tylko jedna wiara we Włoszech, na przykład; dziś słyszymy, jak ludzie chlubią się: „Trzydzieści tysięcy słuchaczy, dziesięć tysięcy kaznodziejów" nowego Kościoła ewangelicznego Włoch i tak dalej; i za dwadzieścia lat, jeśli tak pójdzie dalej, będziemy mieć Włochy rozbite na kwakrów, trząsców, baptystów, anabaptystów i wszelkie rodzaje sekt religijnych. Czyż to jest wolność religijna? Ludzie mówią, że tak. Cóż, jeśli to jest wolność religijna, to wszystko co mogę powiedzieć, to że definicja, jaką Chrystus Pan dał wolności religijnej, jest błędna — bo powiedział: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli." Z tego wynika, że im bardziej jakiś naród lub lud zbliża się do jedności myśli, tym bardziej zbliża się do wolności — pod warunkiem, że owa jedna myśl wyraża prawdę Jezusa Chrystusa.

Wolność obywatelska jest również rozumiana opacznie. Wielu wyobraża sobie dziś, że istotą wolności obywatelskiej jest możność powstania w każdej chwili i wywołania rewolucji — powstania przeciwko rządzącym i władzom — przeciwko utrwalonej formie prawa konstytucyjnego — i wywrócenia wszystkiego. Taka jest idea — niestety idea powszechna — żywa obecnie w umysłach wielu w Europie. We Francji na przykład niemal każdy, kto umie czytać i pisać, nosi w kieszeni egzemplarz konstytucji, którą sam opracował, i która ma być przyszłą konstytucją Francji; i gotów jest wyjść na barykady i walczyć o swoją konstytucję, i zabić za nią sąsiada. Idea wolności, jaka opanowała umysły wielu, zdaje się też polegać na tym, że każdy może czynić, co chce, i co mu się podoba. Ach! gdyby doprowadzono to do ostatecznych konsekwencji; gdyby każdy mógł czynić, co mu się podoba; gdybyśmy mogli być napadani i atakowani na każdym kroku; gdyby każdy musiał wychodzić z życiem w ręku; gdyby nie było żadnej ochrony dla człowieka przed sąsiadem silniejszym odeń; i gdyby jakiś chełpiący się swą mocą człowiek mówił: „Chcę twoich pieniędzy — chcę twoich środków — mogę to wziąć, i wolno mi wziąć; bo wolność polega na tym, że każdy robi, co mu się podoba" — jakże wam by się podobała ta wolność, przyjaciele moi? Nie; istota wolności leży tu oto: istota wolności polega na uznaniu i określeniu prawa każdego człowieka — bez względu na to, kim jest, od najwyższego do najniższego w państwie. Niech każdy zna swoje prawa — wielkie czy małe, ograniczone czy inne; niech każdy posiada prawa, które są słuszne i rozumne; niech zna swoje prawa; nie trzymajcie go w nieświadomości ich; określcie mu je prawem — bez względu na to, jakie miejsce zajmuje w społeczeństwie; a gdy prawa każdego człowieka zostaną określone, uznane i wbudowane w prawo — niech to prawo zostanie wywyższone; postaw je, jeśli chcesz, na samym ołtarzu; i niech każdy człowiek w państwie — prezydent, król, cesarz, generał, żołnierz, obywatel — niech każdy, wysoki czy niski, kłania się przed wszechmocą i zwierzchnością tego prawa. Niech to prawo będzie po to, by określać prawa każdego człowieka i zapewniać mu je; i niech każdy wie, że dopóki pozostaje w granicach wykonywania swoich praw, jak je określa prawo — żadna władza nie może go dotknąć, żaden człowiek nie może wkroczyć w jego sferę. Zostaw mu wolność w wykonywaniu tych praw — to jest wolność: zwierzchność prawa, wszechmoc prawa, prawa, które jest wyrazem dojrzałego rozumu i władzy, szanującej i określającej prawa każdego człowieka. O wiele wolniejszy jest człowiek, który może czynić tylko tę czy ową rzecz, lecz wie, że może je czynić — że są to jego prawa i żaden człowiek nie może mu przeszkodzić w ich wykonywaniu — niż człowiek, który posiada nieokreśloną wolność, nie zachowaną ani nie zapewnioną mu przez żadną formę określonego prawa.

Taka jest wolność obywatelska. I tak samo wielkim błędem jest powiedzieć: „Mogę czynić, co chcę, zatem jestem wolny; posiadam wolność obywatelską" — jak powiedzieć: „Mogę wierzyć, w co chcę, zatem posiadam wolność religijną." Nie, to nieprawda. Dogmat, prawda Boża, nie pozostawia nam wolności. Odwołuje się do nas, a my jesteśmy zobowiązani otworzyć nasze umysły, by wpuścić do naszego rozumu prawdę Bożą. Każdy człowiek, który ją odrzuca, popełnia grzech. Nie wolno nam jej odrzucać. Prawo odwołuje się do nas — nie wolno nam mu się sprzeciwić. Kwintesencja wolności obywatelskiej leży w posłuszeństwie prawu; kwintesencja wolności religijnej leży w uznaniu prawdy.

A teraz, przyjaciele moi, skoro tak się rzeczy mają, pytam was: jaką większą niesprawiedliwość można wyrządzić człowiekowi, niż dawszy mu tę wolność, tę nieograniczoną swobodę, bez uprzedniego objaśnienia jego praw, bez określenia jego praw, bez ugruntowania tych praw w prawie, i bez nauczenia tego człowieka, że musi szanować prawo, które go chroni, że musi poruszać się w sferze lub kręgu swoich praw i w tym się zadowalać? Cóż większej niesprawiedliwości można wyrządzić społeczeństwu lub samemu człowiekowi, niż dawszy mu wolność bez określenia, jakie są jego prawa? Innymi słowy, czy sam dar wolności nie jest nadużyciem słowa? Czyż nie jest po prostu niedorzecznością powiedzieć człowiekowi: „Jesteś wolny!" — gdy ten człowiek nie rozumie, co to słowo oznacza? Spójrzcie na dzieje wyzwolenia, a czy nie przekonacie się, że tak właśnie jest? Państwa wyzwalały tak samo jak Kościół wyzwalał; lecz z tą różnicą — że Kościół przygotowywał niewolnika, zanim dawał mu wolność; uczył go jego praw, uczył go jego obowiązków, uczył go jego powinności; a następnie zrywając kajdany z jego rąk, mówił: „Jesteś wolnym człowiekiem. Szanuj swoje prawa, poruszaj się w sferze swych obowiązków i kłaniaj się przed prawem, które cię wyzwoliło." Państwo tego nie powiedziało. Kilka lat temu Anglia wyzwoliła czarną ludność Jamajki — wyzwolenie powszechne, jednym zamachem. Murzyni nie byli na nie przygotowani, nie rozumieli go. Jaki był pierwszy użytek, jaki uczynili ze swojej wolności? Pierwszym użytkiem, jaki uczynili ze swojej wolności, było odrzucenie motyki, sierpa, łopaty, wszelkiego narzędzia pracy, i bezczynne siedzenie, by głodować i marnieć w tej ziemi.

Otóż wśród obowiązków człowieka określonych przez każde prawo — pierwszym obowiązkiem jest praca. Jedynym szanowanym człowiekiem na tym świecie jest człowiek, który pracuje. Próżniak nie jest człowiekiem szanowanym. Choćby zasiadał na tronie Juliusza Cezara i tam by był próżniakiem — nie miałbym dla niego szacunku, lecz tylko pogardę. Taki był pierwszy użytek, jaki murzyńska ludność Jamajki uczyniła ze swojej wolności. Jakie były tego skutki? Stan ich dziś, po wielu latach wyzwolenia, jest stanem całkowitej nędzy; podczas gdy w czasie, gdy byli niewolnikami, żyli w względnym dostatku. Bo choć wąski był krąg ich praw — ściśle określony — miał jednak swoje obowiązki; znali swoje obowiązki; znali prawo; byli chronieni w wykonywaniu swych powinności; i w konsekwencji był to lud kwitnący. Spójrzcie na Stany Południowe tej Unii. Wyzwoliliście waszą murzyńską ludność jednym powszechnym aktem wyzwolenia. Nie muszę wam mówić, że przez to (nie chcę uprawiać polityki; nie chcę wchodzić w tę kwestię w sposób, który może byłby nieuprzejmy dla przybysza — lecz to mówię): że w owym powszechnym wyzwoleniu, choć uczyniliście to, co świat może nazywać czynem wielkim i wspaniałym, dobrze wiecie, panowie, ilu pozbawiło wyzwolenie samych środków do życia i jaką nędzę i ubóstwo sprowadziło na wiele rodzin, i jak doszczętnie — choćby na czas jakiś — rozsadziło ono ramy społeczeństwa. Czy przyniosło korzyść ludności niewolniczej? — przez ten dar wolności — wspaniały dar, wielki dar — pod warunkiem że człowiek, który go otrzymuje, rozumie, czym jest; pod warunkiem że jest przygotowany go przyjąć i korzystać z niego tak, jak powinien. Lecz czy białemu, czy kolorowemu — dar wolności jest darem zgubnym, jeśli nie wie, jak z niego korzystać. Czy przygotowaliście tych ludzi do tej wolności, zanim im ją daliście? Czy powiedzieliście im, że powinni być tak pracowici jak w niewoli; że praca jest pierwszym obowiązkiem każdego człowieka? Czy powiedzieliście im, że mają szanować prawa swych bliźnich, którym jako niewolnicy stali wczoraj, a dziś stali się równi? Czy powiedzieliście im, żeby nie oddawali się próżnym, jałowym marzeniom o staniu się uprzywilejowaną klasą w tym kraju — rządcami i władcami swych bliźnich, wobec których prawo uczyniło ich jedynie równymi konstytucyjnie i politycznie? Czy powiedzieliście im, żeby nie usiłowali natychmiast, przemocą, przekraczać pewnych zapór, które Bóg natury postawił między nimi; lecz by szanowali rasę, która ich wyzwoliła i oswobdziła? Lękam się, że nie. Mam na to dowody. Jaki użytek uczynili z tego daru wolności? Ach! Dzieci, choć wyrośnięte już w pełnię cielesnej dojrzałości — dzieci bez wykształcenia, bez wiedzy — cóż mogły uczynić ze swoją wolnością! Jaki użytek czynią z wolności wy i ja — my, którzy urodziliśmy się wolni; my, których wychowanie i wszystko, co nas otacza od dzieciństwa, zmierza ku temu, byśmy szanowali i dobrze używali tej wolności. Czy jest tam ta czystość, ten szacunek dla samego siebie, owo mężne panowanie człowieka nad swoimi namiętnościami — czy jest tam owo twierdzenie władztwa duszy nad naturą niższą, wyciśnięte na chrześcijańskim i białym społeczeństwie świata dzisiejszego, które by kazało sądzić, że tak łatwo jest biednemu dziecku niewoli wejść w pełnię jego wolności? Lękam się, że nie. Cóż, przyjaciele moi, są oni jednak przed nami. Rojenia ekonomisty politycznego nie nauczą ich korzystania z wolności. Próżne, ambitne i — dodam — bezbożne zamysły i teorie tych, którzy by sugerować chcieli, że człowiek kolorowy wyzwolony został w celu pomieszania ras — nie nauczą ich korzystania z wolności. Ambitne nadzieje wynoszenia ich na piedestał nie nauczą ich korzystania z wolności. Stronnictwa polityczne, które chciałyby wyzyskiwać ich dla własnych celów — nie nauczą ich nigdy korzystać z wolności. Wyzwoliliście ich; a ja twierdzę, że nie są wolni. Mówię, że są niewolnikami. Wyzwoliliście ich. Powiedzcie mi, jakąż wolność religijną im daliście? Daliście otwartą Biblię do rąk człowieka, który dopiero wczoraj nauczył się czytać, i powiedzieliście mu z gorzką ironią, by szedł szukać w niej prawdy Bożej — w księdze, która wprawiała w zakłopotanie największych i najmądrzejszych filozofów ziemi. Posłaliście go szukać religii w księdze, którą cytował każdy fałszywy nauczyciel od chwili jej napisania, bezczeszcząc to święte natchnione słowo i wyginając je, by użyczyć koloru swym argumentom. Posłaliście im nauczycieli — nauczycieli, którzy zaczynali swoją naukę, zaczynali swoje nauczanie, oświadczając, że po całodziennym trudzie mogli się przez cały czas mylić; i że nie mają żadnych stałych, niezmiennych prawd do dania biednemu wyzwolonemu umysłowi. Sami to wiecie. Jakąż wolność religijną im daliście? Czy dotknęliście ich serc łaską? Daliście im wprawdzie formy religii, o których chlubicie się, że są dla nich odpowiednie, bo pozwalacie tym narośniętym, prostodusznym dzieciom wrzeszczeć i wykrzykiwać to, co zdaje się wyrazem chwały i wiary. Ach, przyjaciele moi, nie to cielesne ćwiczenie oczyści ich serca, umocni ich dusze, ukróci ich namiętności i sprawi, by najpierw szanowali samych siebie, a następnie szanowali swych współobywateli tej ziemi. Wyzwoliliście ich, ale nie uwolniliście ich. Wolni będą dopiero w dniu, w którym te biedne zaciemnione umysły zostaną wprowadzone w pełne światło Bożej wiedzy, i gdy silne zwierzęce namiętności rasy, która z jakichkolwiek przyczyn zdaje się mieć więcej z natury zwierzęcej niż wiele innych ras ludzkich — gdy jej silne namiętności zostaną poskromione, serca oczyszczone, dusze obmyte, łaski otrzymane, cenione i zachowane — wówczas, i dopiero wówczas, wyzwolicie Murzynów. Nie uczyniliście tego dotąd. Lecz jest to dzieło Kościoła. Jest to jego posłannictwo i jego obowiązek. Wie on, że Ten, który przyszedł i umarł na krzyżu, umarł nie tylko za was, lecz i za te dzieci słońca w zenicie. Wie, że każda dusza spośród tych ludzi kolorowych jest równie droga sercu Bożemu jak najdumniejszy i najzacniejszy, najbardziej uczony i najbardziej wyrafinowany spośród was. Wie, że jeśli zdoła uczynić prawdziwie wiernego katolika chrześcijanina choćby z najpokorniejszego spośród tych dzieci pustyni, uczyni coś szlachetniejszego — wspanialszego i większego — niż najlepszy z was, jeśli jesteście grzesznikami; i dlatego posyła do nich swoje duchowieństwo, swoje poświęcone dzieci — kapłanów i zakonnice. Mówi do najszlachetniejszych i najlepszych w tym kraju: „Powstańcie, idźcie, opuśćcie dom i ojczyznę, ojca i przyjaciół; idźcie, szukajcie obcej ziemi i obcego ludu; idźcie pośród nich; szukajcie trudu i palącego skwaru i ciężaru dnia; szukajcie człowieka, którym wielu pogardza; przyklejcie do jego stóp i ofiarujcie mu Jezusa Chrystusa." Powiedziano nam przez wysoką władzę, że jest to akt sprawiedliwości, który Anglia ofiaruje — akt zadośćuczynienia, który katolicka Anglia ofiaruje Ameryce; bo choć wielki był kryzys ostatniej wojny, to niewolnictwo, które istniało w Ameryce — jak mówi nam najwyższy kościelny autorytet Anglii, potwierdzony głosem historii — nie było waszym tworem, przyjaciele moi Amerykanie: było tworem Anglii. Zostało wam narzucone; a skoro się już zaczęło, stało się koniecznością. I dlatego Anglia dziś posyła swoje dzieci; a one przychodzą z pokorą, lecz z gorliwością i zapałem, i mówią do was — do was, katolików — do was, wielu spośród was — może do ogromnej większości spośród was — irlandzkiego pochodzenia lub irlandzkiego rodu — mówi do was: „Dzieci narodu wiernego, dzieci rasy, która zawsze była dość rozumna, by rozpoznać jedyną prawdę, dość przenikliwa, by znać jej wartość, dość energiczna, by chwycić ją mocną ręką — miłośnicy wolności, jak byliście nią, czciciele u przybytku swej wolności religijnej i narodowej — prosi was ona, dzieci rasy doktorów, męczenników i apostołów, o pomocną dłoń dla Kościoła katolickiego w tej chwili, i o wspomożenie go w prawdziwym wyzwoleniu tych, którzy zdobyli wolność jedynie z imienia, i o dokończenie dzieła, które może dokonać jedynie dotknięcie dłoni Jezusa Chrystusa."

Wasza obecność tutaj tego wieczoru wyraża waszą solidarność z wzniosłym i szlachetnym celem, który przywiódł do tego kraju te poświęcone dzieci Kościoła Bożego; i odwołują się do was przeze mnie — i mają prawo odwoływać się do was przeze mnie, i ja mam prawo mówić do was w tej sprawie wolności; albowiem, bracia moi, noszę habit czcigodnego i świętego Bartłomieja Las Casas, pierwszego dominikanina, który kiedykolwiek wylądował w Ameryce, w samym orszaku Krzysztofa Kolumba — pierwszego człowieka, który podniósł głos, by proklamować dla biednego Indianina prawo wrodzone do owej wyższej wolności, która polega na wiedzy i łasce Jezusa Chrystusa. Prosimy was jedynie o pomoc w szerzeniu tej wiedzy i tej łaski — wiedzy, która jest wolnością rozumu; łaski, która jest wolnością woli, i bez której podwójnej wolności nie ma wyzwolenia; bo kajdany mogą spaść z rąk, lecz łańcuch wciąż jest przynitowany do duszy. Wolność jest rzeczą świętą; lecz jak każda rzecz święta, musi być zakorzeniona w duszy człowieka. Wolność cielesna jest niczym, jeśli dusza nie została wyzwolona przez święty Kościół Boży. Wasza obecność tutaj tego wieczoru zaświadcza waszą solidarność z tym wielkim dziełem; i, o przyjaciele moi, skoro przyczynialiście się materialnie — proszę was, byście przyczyniali się też intelektualnie i duchowo — intelektualnie, przez solidarność waszego rozumu z trudem owych świętych kapłanów, i duchowo — modląc się do Boga, który przyszedł wyzwolić świat, by zechciał udoskonalić słabe i niedołężne działanie ludzkości i Państwa, wylewając swego Ducha światła i łaski wśród tych biednych dzieci i przybyszów, którzy są w tej ziemi.

← wróć do odkrywania