HomiliaDB

Thomas N. Burke OP · Wykłady i kazania

36. Kościół katolicki prawdziwym odrodzicielem społeczeństwa

Wygłoszone w kościele Niepokalanego Poczęcia w Brooklynie, w stanie Nowy Jork, w niedzielę 26 maja 1872 r.

Gdy wiara wydaje się nierozumnaGdy chcę zacząć od nowa Natura i jedność KościołaOdkupienie
W skrócie. Kazanie o Kościele katolickim jako jedynym prawdziwym odrodzicielu społeczeństwa. Burke opisuje pierwotny ład stworzenia (doskonała harmonia duszy i ciała, rozumu i namiętności, człowieka i natury), zniszczony przez grzech Adama w trzech wymiarach: utrata obecności Boga, utrata Bożej wiedzy, utrata łaski. Chrystus przywraca dokładnie te trzy rzeczy — swoją osobą, swoim słowem i sakramentami — i czyni to przez Kościół. Burke kończy konkretnym przykładem: konfesjonał wymaga restytucji skradzionego mienia i nierozerwalność małżeństwa katolicka zabezpiecza pozycję żony.

„Nauczajcie wszystkie narody mocą tego słowa, które miało wzbudzać wiarę; bo wiara rodzi się ze słuchania — nie słowa ludzkiego, lecz Bożego.”

*Wygłoszone w kościele Niepokalanego Poczęcia w Brooklynie, w stanie Nowy Jork, w niedzielę 26 maja 1872 r.*

Moi przyjaciele! Temat, który wybrałem, by przemówić do was dzisiaj, brzmi: „Kościół katolicki jedynym i prawdziwym odrodzicielem społeczeństwa". Pierwsza myśl, jaka nasuwa się naturalnie, jest taka, że społeczeństwo musi być chore, słabe, dotknięte chorobą — zepsute, jeśli wolicie — zanim będzie potrzebowało odrodzenia. Zastanówcie się, do czego stosujemy to słowo: odrodzić. Gdy jakiś ustrój, niegdyś dobry, ulega degeneracji i staje się zły, ludzie mówią, że powinien zostać odrodzony — co znaczy: powinien zostać naprawiony. Gdy jakiś ród ulega demoralizacji — gdy złe krewi wnika weń, by osłabić rozum i serce — gdy zdaje się zanikać — musi zostać odrodzony; to znaczy, że musi otrzymać wlew świeżej krwi. Tak samo mówimy o społeczeństwie. Gdy mówimy o odrodzeniu społeczeństwa, musimy przyznać od razu, że ta natura nasza, z której składa się ludzka społeczność, jest naturą upadłą. Trzeba to przyjąć jako rzecz oczywistą, zanim przystąpimy do mówienia o odrodzeniu tej natury. Dlatego, zanim przejdę do lekarstwa, dobrze będzie, abym opisał najpierw chorobę — podobnie jak lekarz wezwany do chorego, zanim przepisze lekarstwo, zanim sięgnie po receptę albo powie otoczeniu, co mają czynić, pyta wpierw: „Jak to jest? Na co cierpi chory? Co mu dolega?" Bada też objawy; pyta osoby siedzące przy łożu: „Jak długo jest chory? Od kiedy mu niedomaga?" — i tak dalej, dopóki nie opanuje w pełni rozpoznania choroby. Dopiero wtedy, i tylko wtedy, może obrać bezpośrednią drogę do skutecznego lekarstwa.

Otóż, najmilsi przyjaciele, pouczeni światłem Bożego objawienia, wiemy, że kiedy Bóg Wszechmogący stworzył człowieka, nie stworzył istoty chorej ani skażonej. „*Deus fecit hominem rectum*" — mówi Pismo. Bóg stworzył człowieka prawym. Stworzył go w pełni i całości jego natury. I dodał do tej pełni natury wyższą formę — dar łaski Bożej. Rozważcie, czym byliśmy, moi przyjaciele, gdy Bóg po raz pierwszy nas stworzył. Stworzył człowieka złożonego z ciała ludzkiego i duszy nieśmiertelnej — ciała ze wszystkimi jego zmysłami, ze wszystkimi jego skłonnościami, ze wszystkimi jego potrzebami; i w to ciało — ulepione z mułu ziemi — Bóg Wszechmogący tchnął ducha żywego — obraz samego siebie. Z połączenia owej gliny z duchem niebieskim — który wyszedł z ust Bożych — z tych dwojga wyłoniła się istota ludzka zwana człowiekiem — ów piękny łącznik, w którym czysto materialne, ciężkie i zniszczalne stworzenie tej ziemi jednoczy się z duchową i niezniszczalną naturą nieba; jedyna wspaniała więź, w której materia spotyka się z duchem. A gdy dusza i ciało spotkały się w człowieku po raz pierwszy, w owej chwili stworzenia, spotkały się, najmilsi przyjaciele, nie jako nieprzyjaciele, lecz jako przyjaciele — między ciałem a duszą panowała doskonała zgoda — doskonała harmonia. Dusza była stworzona, by rządzić ciałem; dusza była stworzona, by kierować każdym pragnieniem, każdym popędem — by przewodzić i sterować każdą namiętnością i każdą skłonnością człowieka. Piękno natury ludzkiej polegało na tym, że wszystko, co w niej niższe, kłaniało się temu, co wyższe — a to wyższe samo skłaniało się przed Bogiem. I na tym polegał ów piękny ład, w jakim Bóg stworzył człowieka: dał mu rozum zdolny do poznania i uznania swego Stwórcy; napełnił ten rozum światłem swej własnej Boskiej wiedzy. Dał człowiekowi wolę, która miała być kierowana instynktem i nakazami owego oświeconego i wspaniałego rozumu — wolę doskonale poddaną rozumowi, tak jak rozum był poddany Bogu. Dał człowiekowi serce i uczucia, które miały być rządzone przez tę wolę. Nigdy nie miały się jej sprzeciwiać. Serce i uczucia miały być doskonale uległe i podległe władzy ludzkiej woli. Dał człowiekowi cielesne namiętności, skłonności, zmysły i pożądania, które wszystkie były poddane nakazom owego czystego serca. Ponieważ serce było kierowane w pełni wolną wolą, nie było w człowieku żadnej namiętności, żadnej cielesnej skłonności, żadnego pożądania, które by choć przez chwilę się buntowało — wszystko było doskonale ujarzmione; uczucia i wola podlegały przewodnictwu ludzkiego rozumu, który z kolei skłaniał się przed Bogiem.

A zatem poniżej człowieka i wokół niego każde stworzenie Boże — lew i tygrys błąkający się po lasach; jeleń górski skubiący trawę na stoku wzgórza; ryby pływające w głębinach; orzeł rozpostarty na swych mocnych skrzydłach, szybujący przez zdrowe powietrze, aż wznosił się między chmury i patrzył na słońce — wszystkie te stworzenia były tak samo posłuszne człowiekowi, jak ciało człowieka było posłuszne jego duszy, a dusza człowieka — Bogu. Człowiek przed upadkiem był tedy uznawany za pana i cesarza tej ziemi. Na dźwięk jego czarodziejskiego, władczego głosu wijący się wąż wychodził ze swej nory, bez jadu w zębach. Na dźwięk jego głosu orzeł zlatywał ze swego gniazda na szczycie gór, trzepocząc jak gołębica u stóp jego. Na dźwięk jego głosu tygrys i lew wychodziły z legowiska i lizały stopy swego pana — człowieka.

Oto ład, w jakim Bóg stworzył ten świat — On sam rozkazuje wszystkiemu. Pierwsze nakazy Boże spadały na rozum człowieka. Ta władza uznawała je; same posłuszeństwo dawało siłę temu, kto był posłuszny; każda niższa władza duszy, każde uczucie serca było rządzone rozumem i jemu poddane — tak jak ciało było poddane duszy; i był w człowieku ład o nieskończonym pięknie. Wszelkie stworzenia uznawały go za swego władcę i pana.

Och! Czyż nie byłoby to wspaniałe, gdyby Adam nie zgrzeszył i nie zniszczył pełni duszy — owego wspaniałego ducha ludzkiego, wolnego od wszelkiej choroby, od wszelkiej ułomności! Człowiek nie wiedzący, co to łza bólu, człowiek nie znający ani chwili trwogi, w mocy i sile swej przyjaźni z Bogiem — byłby istotą doskonałą; uznanym władcą wszechrzeczy, samej ziemi, nawet nieożywionej gleby, przesyconej błogosławieństwem, wydającej wszystko, co najpiękniejsze dla oka i najprzyjemniejsze dla zmysłów — wypełniającej ów ład, dla którego była stworzona — gotowej ku uciesze swego cesarskiego pana, człowieka. Gdyby Adam był wierny, ludzka społeczność nigdy nie potrzebowałaby odrodziciela, bo nigdy by nie upadła z tej wzniosłej i doskonałej kondycji, jaką Bóg uczynił ją na początku.

Lecz wśród darów, jakie Bóg ofiarował człowiekowi, był i ten — wolna wola — wolność woli, którą sam Bóg szanował. Rzekł do nieskazitelnego stworzenia: „Przed tobą, o człowieku, życie i śmierć; przed tobą cnota i grzech; przed tobą niebo i piekło; przed tobą życie wieczne i śmierć wieczna. Musisz wybrać, o człowieku, które z tych dwojga zechcesz." Bo przy wszystkich swoich darach — całej wspaniałości i pełni swojej natury — człowiek nie byłby godzien tronu w Królestwie niebieskim, w wiecznej chwale Bożej, dopóki nie wybrałby dobrowolnie, aktem własnej wolnej woli, służby Bogu i nie odrzucił pokusy, która wiodłaby go od przyjaźni i miłości Bożej. Pokusa przyszła. Jest to owa tajemnica, o której mówi święty Paweł w dzisiejszej Lekcji, gdy woła: „O głębokości bogactwa i mądrości, i wiedzy Bożej! Jakże niezbadane są drogi Jego." Pokusa przyszła. Pierwszy człowiek zapomniał o tym wszystkim, czym był, w pragnieniu stania się czymś, czym nie był. Zerwał zgubny owoc wiedzy i upadł ze wszystkiego, czym go Bóg uczynił. Utracił pełnię swej natury; utracił wszystkie dary łaski Bożej; utracił wiedzę — jasne, umysłowe pojmowanie, czystą miłość, wzniosłą, potężną i bezinteresowną wolną wolę, swobodną jak skrzydło orła — wszystko to zabrał mu grzech; i stał się tym, z czym tak dobrze jesteśmy oswojeni — człowiekiem sprzed dwóch tysięcy lat — człowiekiem dnia dzisiejszego: ograniczonym w rozumie, z trudem zdobywającym nikłą wiedzę, gdy tymczasem, gdyby nie zgrzeszył, objąłby spojrzeniem wszystkie rzeczy i poznałby je. Stał się zniewolony w woli, poddany niesfornym nawałnicom namiętności i niegodziwym pożądaniom swych niskich skłonności, które był stworzony, by rządzić i panować nad nimi — a bynajmniej nie po to, by one nim rządziły; tym bardziej nie po to, by pozwolić im wlec się z przepaści w przepaść, aż znajdzie swój kres w piekle. Wąski, samolubny, przyziemny i wyuzdany w miłości — pierwszy pierwiastek miłości nie wydaje mu się już rozszerzaniem serca szukającego najwyższego, najczystszego i najbardziej duchowego przedmiotu, przynoszącego temu przedmiotowi siłę niepodzielnego i czystego uczucia. Nie — teraz jest to małostkowe, nędzne, egoistyczne, brutalne pożądanie skupiania w sobie wszystkiego, co jest namiętnością i rozkoszą zmysłową, i utrzymywania jej tam, o ile to możliwe; a zarazem, w dążeniu i cieszeniu się nią, dozwalania, by błędne serce rozlewało się jak woda po ścieżce grzechu i grzesznych pożądań.

Człowiek zgrzeszył: odmówił uznania Boga Wszechmogącego. Pierwszym stworzeniem, które zbuntowało się przeciw Bogu, był rozum człowieka, który odmówił uznania racji posłuszeństwa. Grzech Adama nie zaczął się od woli — zaczął się od rozumu. Zanim podjął decyzję i postanowił naruszyć nakaz, rozważał argument: „Bóg mówi mi, że nie wolno mi jeść z tego drzewa, bo gdybym jadł, zdobędę wiedzę. Wąż mówi mi, że ta wiedza uczyni mnie podobnym Bogu." Wtedy zgrzeszył — spojrzał na owoc, zerwał go, zjadł i dopełnił swojego grzechu od owego dnia.

W chwili, gdy rozum człowieka zbuntował się przeciw Bogu, w tej samej chwili nastało całkowite wywrócenie i zniszczenie owego pięknego ładu, jaki Bóg Wszechmogący ustanowił na świecie. W chwili, gdy rozum człowieka zbuntował się przeciw Bogu, w tej samej chwili wola człowieka odmówiła posłuszeństwa nakazom i rozumowi tegoż rozumu; w tej samej chwili namiętności człowieka wzniosły się w nim buntem. Świeżo ogrzeszały stworzenie rozglądało się wokół, nie pojmując tej tajemnicy, która dokonała się w nim, nie wiedząc, skąd te niesfornie żądze, których już nie mogło okiełznać — skąd te gwałtowne namiętności zatruwające każde uczucie serca; i musiał przyjąć za panów rzeczy stojące niżej niż on. Na to wszystko spadło nań jeszcze głębsze poniżenie niż sam pierwszy grzech Adama. Własna natura człowieka zbuntowała się przeciwko niemu; ciało z gliny — dosłownie i prawdziwie ciało z gliny — stworzone do służenia celom umysłu i duszy — to właśnie ciało podniosło się i zażądało hołdu od duszy, domagając się zaspokojenia każdego niskiego, cielesnego pożądania. I tak sama glina, z której jest złożony, zajęła miejsce owego Boga, którego obraził grzechem.

I jak było z duszą człowieka, tak było ze światem wokół niego. Natura odmówiła posłuszeństwa poniżonemu buntownikowi. Oblicze natury stało się twarde i oporne. Na róży, która kwitła, by oczarować wszelki zmysł człowieka, wyrosły teraz ostre ciernie; na jego drodze jałowy oset i niezdrowy chwast, który go truje swym smakiem, odpycha zapachem i odgania, by nie śmiał go dotknąć. Dlaczego natura miałaby słuchać buntownika? Ożywione i nieożywione zdawało się przesiąknięte klątwą — „Przeklęta ziemia w dziele twoim" — oto słowa Boga Wszechmogącego do grzesznika. Dlaczego przyroda ożywiona miałaby słuchać buntownika przeciw Bogu? Lew i tygrys zapłonęły gniewem w oczach — niegdyś tak łagodnych — dostrzegając w zbuntowanym człowieku kogoś im podobnego, kogo wolno im atakować, chwytać, drzeć w kawały i pożerać. Orzeł szybujący wśród chmur zdawał się tracić wszelki szacunek dla owego czarodziejskiego głosu, który niegdyś mógł go przywoływać z najwyższych lotów. Już nie usłucha głosu upadłego człowieka, tak samo jak nie słucha warczenia dzikich zwierząt czy muczenia wołu na zboczu wzgórza.

Cała natura zbuntowała się przeciw człowiekowi. Piękne dzieło, harmonijne dzieło, które wyszło z Boskiego umysłu, z nieskończonej miłości Bożej — wszystko to zniszczone, zepsute, rozbite i skażone przez grzech człowieka; i jak mówi nam objawienie, przez cztery tysiące lat wzorzec człowieka był zniszczony w Adamie i nie pojawił się ponownie. Przez cztery tysiące lat grzech do grzechu, przekleństwo do przekleństwa nawarstwiały się na ziemi, aż zniknął ostatni promień Bożej wiedzy; i spełniło się słowo Psalmisty: „Zmalała prawda między synami ludzkimi"; aż — w miarę jak czas płynął — ludzie doszli do takiej głębi grzechu, że dosłownie ubóstwiali swoje grzechy: nieczystość, nieuczciwość, zemstę; i każda podła namiętność otrzymała imię boga. I tak grzech uznany, wcielony i uosobiony był wznoszony na ich ołtarzach, tak że nie tylko wyznawali swój grzech, lecz go czcili; a zasada nieprawości stała się bogiem świata. Przez cztery tysiące lat ludzie na próżno szukali światła — nie było światła. Na próżno szukali łaski — nie było łaski. Wzorzec człowieka był zniszczony w Adamie; człowiek, który miał być odrodzicielem, jeszcze nie przyszedł. Drugi wzorzec Boga Wszechmogącego jeszcze nie pojawił się na ziemi.

Lecz lata płynęły; minęło cztery tysiące lat; i nagle niebiańskie chmury brzemienne są miłosierdziem — deszcz zbawienia opada na ziemię. Złote wrota nieba otwierają się — nie jak niegdyś, by spuścić potop wód zmywający ludzkość; nie jak niegdyś, by sypać żywym ogniem na nieprawości człowieka. O nie! — lecz by spuścić rosę Bożego miłosierdzia — Przedwiecznego Syna Bożego. Druga Osoba adorowanej Trójcy — prawdziwy Bóg z prawdziwego Boga, Stworzyciel wszystkich rzeczy — wcielił się przez Ducha Świętego z Maryi Dziewicy; zstąpił z nieba; stał się prawdziwym człowiekiem w łonie Maryi; narodził się z Matki Dziewicy; spoczął w Jej czystych i niepokalanicach ramionach tak, jak spoczywał na swym tronie w niebie. Oto Jezus Chrystus — Odrodziciel, w którym nasza natura zostaje przywrócona do czegoś o wiele wspanialszego, niż to, co utraciła w Adamie. Oto Odrodziciel świata — Człowiek-Bóg, Jezus Chrystus, któremu cześć i chwała! I teraz widzicie chorobę. Jeśli chcecie poznać lekarstwo, trzeba wam tylko patrzeć na Boskiego Odkupiciela; studiować Go uważnie; śledzić Jego czyny; widzieć, co czynił; widzieć, czym był — a wówczas zobaczycie, na czym polega odrodzenie świata.

Grzech Adama ściągnął z nieba trzy wielkie przekleństwa. Trzy straszliwe nieszczęścia spadły na świat przez grzech Adama. Pierwsze z nich polegało na tym, że sam Bóg oddalił się od człowieka. Dopóki nie było grzechu Adama, Bóg lubił schodzić, by przechadzać się w Ogrodzie Eden; i w godziny wieczorne, gdy słońce powoli chyliło się ku zachodowi i zachodziło, Bóg lubił chodzić gajami Raju ze swoim nieskazitelnym stworzeniem — człowiekiem. Wśród tylu innych przywilejów, którymi cieszył się człowiek z natury i z łaski, używał wzniosłego przywileju obcowania, towarzystwa z Bogiem. Czyż nie tak? „*Deliciae meae esse cum filiis hominum.*" Rozkoszą moją jest przebywanie z synami ludzkimi. Pierwszym skutkiem grzechu Adama była utrata obecności Boga Wszechmogącego. Bóg przyszedł jeszcze raz — jeden tylko raz — i wtedy przemówił w gniewie. Zostawił po sobie dziedzictwo przekleństwa. Potem wycofał się do swych wyniosłych niebios. Żaden człowiek nie oglądał Jego oblicza; żaden nie słyszał już Jego głosu; a gdy głos ten się odzywał, to jedynie w grzmotach i wstrząsach Synaju, siejąc trwogę w każdym, kto go słyszał. I czytamy, że gdy się ukazał, prorok starożytny ukrył twarz w piasku, „aby nie ujrzeć Pana i nie umrzeć". Wszystko, co otaczało Boga Wszechmogącego po owym grzechu Adama, uległo zmianie. Pan przemawiał językiem grozy; kiedy przychodził mówić do swego ludu, nie było to słodkie mówienie jak niegdyś — lecz głos zemsty i gniewu Bożego. Utrata Boga była pierwszym skutkiem grzechu Adama — pierwszym straszliwym skutkiem.

Drugim skutkiem grzechu było to, że Pan zabrał z ziemi wiedzę o sobie. O, moi przyjaciele, jakże ucho nieskazitelnego człowieka chłonęło muzykę Bożą, słuchając głosu Boga w Ogrodzie Eden! Bóg przemawiał do człowieka, a powietrze wokół odbrzmiewało dziesięcioma tysiącami harmonii, jak najrozkoszniejsza pieśń. Bóg tchnął ów cichy, łagodny głos, o którym mówi Pismo, napełniający serce nieskazitelnego człowieka — gdy odpowiadał na każdą zgodność owego doskonale nastrojonego dźwięku i drgał na tchnienie owego niebiańskiego głosu, który przelewał się ponad nim; i głos ten czynił muzykę w jego duszy, harmonię w jego uchu i przynosił radość i zachwyt sercu człowieka. Napełniał umysł wiedzą — Bożą wiedzą wiary. Słysząc Boga, miał intuicyjną wiedzę o Bogu i o Boskiej naturze Boga w całej jej wspaniałej doskonałości. Gdy Bóg się oddalił, światło i wiedza odeszły razem z Nim — lecz odeszły powoli. Przez wiele wieków człowiek zachowywał tradycje prawdziwego Boga. Słońce zachodziło, owszem, lecz zachodziło powoli. Mrok zupełnej nocy nie nastał nagle; lecz światło chyliło się ku wieczorowi, a noc zbliżała się szybko. Słońce Bożej wiedzy zachodziło powoli — lecz o, jak skutecznie — w ocean ignorancji; i nie było światła, nie było życia, nie było prawdy wśród ludzi; atmosfera umysłowa i moralna była zaciemniona; wszystko, wszystko pogrążone w czerni nocy. Taką smutną skargę wyrażał prorok Izajasz, gdy wołał: „Nie ma prawdy, nie ma znajomości Boga w tej ziemi." I Pan rzekł nawet do narodu żydowskiego: „Mój lud zamilkł, bo nie ma wiedzy. Przeklinanie, kłamstwo i skażenie zalewają ziemię. Krew dotknęła krwi, bo nie ma prawdy ni wiedzy w tej ziemi." Oto druga wielka strata w grzechu Adama: utrata Bożej wiedzy. Tysiące form wiedzy ludzkiej dusza odrzuciła. Ludzka filozofia znalazła w duszy ducha nieśmiertelnego, który filozofii odmówił jako pokarmu. Nie było żadnego pożywienia dla serca ludzkiego; a jednak przechwalali się swoim postępem i cywilizacją, tak jak ludzie chwalą się dzisiaj, w wieku dziewiętnastym. Bóg jest światłem — prawdziwym światłem przychodzącym z nieba. Światło nie pochodzi z dołu; światło przychodzi z góry. Równie dobrze moglibyście szukać wschodzącego słońca w ciemności nocy, jak szukać prawdziwego światła Bożego we wszelkich badaniach wiedzy ludzkiej lub nauki ludzkiej. Dlatego owa ewangelia postępu, owa ewangelia naukowa, nie jest żadnym zastępstwem religii; ta ludzka filozofia jest oddzielona od Boga; a skoro z prostoty wiary tylko Bóg mógł dać Bożą wiedzę, głos Jego nie był słyszany — i świat w swej mądrości Boga nie poznał.

Trzecim wielkim złem — trzecią stratą człowieka przez jego grzech — była utrata Bożej łaski. Była to strata jeszcze gorsza — o wiele gorsza nawet niż utrata samego Boga albo utrata wiedzy. Była nieskończenie większa niż utrata wiedzy. Była większa nawet niż utrata samego Boga. Dowiodę tego. Gdyby nawet Bóg oddalił się na pewien czas, gdyby człowiek zachował Bożą łaskę — w godzinie śmierci znowu by ujrzał owego Boga. Tak więc była to strata najstraszliwsza: bo gdyby człowiek zachował Bożą łaskę, rozłączenie z Bogiem trwałoby tylko przez krótki kres lat. Ta łaska zachowywałaby go świętym w czystości i w darze mocnej, trwałej, żywej i skutecznej władzy nad każdą namiętnością, nad każdą skłonnością, i dawała panowanie duszy nad ciałem oraz wszystkie inne łaski Boże sercu i duszy człowieka. Ale przez grzech nie tylko utracił towarzystwo Boga i wiedzę o Bogu, lecz — najstraszniejsza strata ze wszystkich — utracił łaskę, którą Bóg Wszechmogący był mu udzielił. Dopóki ta łaska była w nim, czyniła go miłym Bogu Wszechmogącemu. Nawet największa niedola spośród wszystkich skutków grzechu — chwiejność umysłu, monotonia życia, zatwardzałość serca, bunt namiętności — nie musiała go przerażać, dopóki łaska Boża była w nim; był jeszcze dzieckiem Bożym, najdroższym i najpiękniejszym w oczach Ojca. Dopiero gdy utracił tę łaskę — dopiero gdy stał się niewolnikiem swych namiętności, sługą swych cielesnych skłonności — gdy stał się nieświęty i nieczysty — dopiero wtedy Bóg Wszechmogący patrzył na niego jak na swego wroga — człowieka, którego samo istnienie jest przekleństwem, a kres — wieczną zgubą!

Oto były owe trzy straty. Rozważmy teraz odrodzenie i lekarstwo Odkupiciela. Przyszedł. Przyniósł nam z powrotem dokładnie trzy rzeczy, które utraciliśmy w Adamie. O, jakże piękne było Jego przyjście! O, jakże czułe i miłujące było przyjście Syna Bożego! Najpierw: Bóg opuszczał ziemię z gniewem na czole i z przekleństwem na ustach. Odchodził w gniewie — pozostawiał drżącego grzesznika przeraźonego Jego klątwą, podczas gdy syczący wąż wił się w gąszcz i znikał, z tym przekleństwem na sobie. Niebo i ziemia przejęły klątwę; niebiosa spuściły przekleństwo, które jak deszcz wsiąkło w glebę ziemi. Przyniosło jałowość glebie. Przyniosło jad wężowi. Przyniosło wściekłość lwu i tygrysowi i innym dzikim zwierzętom leśnym. Przenikało przyrodę; i nie pozostało nic prócz rozpaczy i ciemności jak w nocy. Jakże przerażające było odejście Boga Wszechmogącego z ziemi! Jakże słodkie, jakże miłujące jest Jego przyjście! Dziewica wprowadza Go na świat; córa ziemi, najczystsza i najświętsza, a jednak zwykła ludzka istota — „z ziemi ziemska". Córa synów ludzkich — czysta, młoda, piękna, godna być Matką Syna Bożego. Miała wydać na świat Majestat i pełnię Boga w swym Boskim Synu. On miał wyjść, gdy dobiegnie lat trzydziestu, w pełni czasu, głosić Ewangelię i obwieszczać prawdę. Pierwsze słowo, które kiedykolwiek wyszło z ust Jezusa Chrystusa, było słowem: błogosławieni! Wstąpił na górę, gdy zebrał wokół siebie lud. Po czterech tysiącach lat milczenia Bóg ma przemówić! Przez cztery tysiące lat echa, jakie rozbrzmiewały w gajach Raju przez długie, długie wieki minione, niosły przekleństwo Boga. Bóg otwiera usta i przemawia: „Błogosławieni ubodzy!" Jakże pięknie, jakże prosto! Za grzech Bóg przeklinał ziemię; a w ów dzień rzekł do grzesznika: „Błogosławieni ubodzy!" — okazując litość ubóstwu ze wszystkimi jego utrapieniami; ubóstwu ze wszystkimi jego upokorzeniami; ubóstwu z nagim ciałem głodującym; ubóstwu wzgardzonemu i odrzuconemu przez świat; ubóstwu z jego chorobą i smutkami — oto sam skutek grzechu. „Błogosławieni ubodzy" — rzekł — „albowiem ich jest Królestwo Niebieskie!" O, jakże piękne jest przyjście Syna Bożego w ów dzień; samą swą obecnością wśród ludzi przywrócił tę pierwszą wielką rzecz, którą utracił Adam. Bóg zaginął przez grzech człowieka; człowiek utracił towarzystwo i obcowanie z Bogiem. Bóg zostaje przywrócony w Jezusie Chrystusie. W Nim zamieszkała pełnia bóstwa. Przyszedł — lecz przyszedł jako Bóg. Moglibyście patrzeć na Niego jak na kogoś z ziemi, jak na małe dziecię, drżące w ramionach Matki, płaczące na Jej łonie — gdybyście nie wiedzieli, że ów nowo narodzony Niemowlak jest Bogiem wiecznym. Bóg przyszedł znowu, by zbawić swoje upadłe stworzenie — człowieka. Bóg przyszedł z błogosławieństwami na ustach, z miłosierdziem i łaską w dłoniach. Bóg przyszedł znowu wypowiadać słowa spadające jak muzyka na uszy grzesznika i strapionego. „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy jesteście utrudzeni i obciążeni, a Ja wam ulżę." Przyjdźcie do Mnie, o grzesznicy, bo nie wymagam wiele. Przyjdźcie do Mnie, o strapieni i upadli, bym was dźwignął i oddał chwałę swemu Ojcu, i dał radość za jednego grzesznika czyniącego pokutę. Bo Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Tak przyszedł Bóg — Odrodziciel.

Co więcej, przyniósł z sobą to, co człowiek utracił przez grzech, mianowicie prawdę — poznanie prawdy. Czy przyszedł, by spojrzeć na świat — by obserwować okiem wszystkowidzącym jego niedoskonałości? Czy przyszedł sądzić świat, by w milczeniu notować słabość człowieka, jego niewdzięczność za otrzymane dobrodziejstwa i otaczającą go nieczystość — by to wszystko skrzętnie zapisywać i w swej nieskończonej mądrości i świętości osądzać? Nie. Nie przyszedł sądzić, lecz zbawić. Przyszedł mówiąc jak Bóg — Bóg obwieszczający wszystkim ludziom, wszystkim narodom i stanom, prawdę, którą przyniósł z nieba. Rozszerzył tę prawdę wśród ludzi. Oświadczył, że będą „znać prawdę". Już nie muszą jej szukać po omacku. Niespokojny filozof szukający swego Boga — to rzecz przeszłości. Ludzkość błąkająca się za swoją religią — to rzecz przeszłości; bo Przedwieczny Syn Boży rzekł: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli." I tak dał człowiekowi prawdę, jaka jest w Jezusie Chrystusie, Panu naszym.

Lecz utrata Bożej łaski była dla człowieka stratą najstraszliwszą ze wszystkich — większą nawet niż chwilowa utrata obcowania z Bogiem; większą nawet niż utrata wiedzy o Bogu. Daremnie byłoby, gdyby Chrystus przyszedł i dał nam siebie we własnej Boskiej osobie; daremnie dałby nam wiedzę, którą utraciliśmy, gdyby nie przyniósł z nieba razem z sobą Bożej łaski — oczyszczającej, umacniającej i ożywczej dla dusz ludzkich. Dlatego przyszedł nie tylko głosić, najmilsi przyjaciele, lecz także wysłuchiwać spowiedzi grzesznika i udzielać mu rozgrzeszenia. Przyszedł nie tylko szerzyć prawdę przez swoje przepowiadanie, lecz przyszedł dotykać oczu niewidomych, by je otwierać — nie tyle oczu ciała, ile oczu duszy. Gdy cud był spełniony — gdy oczy ślepca zostały otwarte — odszukał Chrystusa i rzekł do Niego: „Kto jest Panem, abym mógł weń uwierzyć?" A Chrystus rzekł: „To Ten, który z tobą rozmawia." A on, napełniony Bożym światłem, rzekł: „Wierzę, Panie" — i upadłszy na kolana, oddał Mu pokłon. Otworzył oczy tej duszy o wiele skuteczniej na światło Bożej prawdy, niż oczy jego ciała otworzył na światło wschodzącego czy zachodzącego słońca.

Przyszedł udzielać łaski. I chcę na tym nalegać. Nasza epoka zamknęła oczy na tę wielką właściwość Kościoła katolickiego. Ludzie dzisiejsi są dumni z mnóstwa swych religii i zwą je wszystkie prawdami religijnymi. Przeczą sobie wzajemnie — sprzeciwiają się jedni drugim — a jednak nazywają to wszystko prawdami religijnymi! I w ich dążeniu do prawdy gotów jestem przyznać i wierzyć, że w bardzo wielu wypadkach ożywia ich prawdziwe, wzniosłe, szlachetne, gorliwe pragnienie dojścia do tej prawdy. Nie chciałbym, byście wy, moi katoliccy przyjaciele, wyobrażali sobie choćby przez chwilę, że poza Kościołem katolickim nie ma czystości zamiaru, wzniosłości celu i gorliwości woli. Nie — byłoby to najwyższą formą bigoterii. Nie chciałbym, by katolicy skłaniali się ku temu, by sądzić, iż wszelka gorliwość, wszelka szczerość i wszelka dobroć zamknięta jest tylko w nas — w nas, którzy mamy tyle dóbr, że możemy sobie pozwolić być hojnymi i prawdziwymi wobec tych, którzy są poza obrębem Kościoła; wypełnionych gorliwością w wysiłkach, by dojść do prawdy, a jednak każdy przekonany, że posiada prawdę, jaka jest w Jezusie Chrystusie. Jeden człowiek mówi, że chrzest jest konieczny do zbawienia; drugi mówi, że nie jest. Obaj szczerze wierzą, że mają prawdę, jaka jest w Chrystusie; jednak jeden lub drugi wierzy i głosi kłamstwo. Ale choć mówię, że są gorliwi w dążeniu do prawdy, nie mówię, że ją znajdują. Mówię, że nie. Jestem tego tak pewny, jak jestem pewny własnego istnienia. Wiem tak pewnie, jak wiem, że mój Bóg tu jest, że nie ma absolutnej pewności Bożej prawdy do znalezienia poza Świętym Kościołem Rzyki Katolickim. Gdybym tego nie wiedział, nie twierdziłbym tego. Gdybym w to nie wierzył, nie poświęcałbym całego swojego życia, w pełnej szczerości i braterskiej miłości, w próbach skłonienia moich bliźnich ze wszystkich stron, by mnie słuchali — by poszli ze mną, abym ich mógł zaprowadzić do tego Kościoła i pozwolić im skłonić kolana przed tym ołtarzem. Czy ja wraz ze swoimi współbraćmi kapłanami poświęcałbym życie tej prawdzie, gdybyśmy nie wiedzieli, że ta prawda jest konieczna do zbawienia?

Ale nawet gdyby mieli prawdę — gdyby prawdę posiadali — posiadanie prawdy nie wystarczy; bo człowiek potrzebuje czegoś poza prawdą, mianowicie łaski. Sama prawda — nawet dla umysłu ludzkiego, nawet w najwyższej postaci — nie wystarcza. Choćby ta prawda była Boska, nie wystarczy. My, katolicy, znamy prawdę. Czy ktokolwiek powie mi, że to dość, gdy spełnił akt wiary? Czy ktoś wierzy, że to wystarczy? Nie — żaden katolik tak nie wierzy; Kościół katolicki nigdy czegoś takiego nie nauczał. Dlaczego? Bo Chrystus, Pan nasz, przyniósł z nieba nie tylko prawdę, ale i łaskę. Narodziny tej łaski i prawdy to cnota dla rozumu, który ją przyjmuje — prawda jest właściwym przedmiotem i doskonałością rozumu; łaska jest mocą i siłą działającą na uczucia i wolę — łaska cnoty dla serca, dla uczuć i dla woli. Ta łaska jest konieczna do zbawienia według słów świętego Pawła, który mówi: „Łaską Bożą jestem tym, czym jestem." Co więcej — jeśli nie macie tej łaski, którą jest miłość Boska, nie macie wiary ożywiającej. Słuchajcie słowa natchnionego, które mówi: „Gdybym miał wszelką wiedzę, a miłości bym nie miał, nic mi to nie pomoże." Czy wyobrażacie sobie, że ja lub jakikolwiek inny katolik polega na swojej wiedzy, by wytrwać w chwilach pokusy — by być zdolnym powściągnąć złe pożądania, zwyciężyć swoje namiętności? Kto polega na wiedzy, ten odwróci się i zamknie oczy na moc Boga Wszechmogącego; i w chwili ślepego zaufania splamiÿ duszę grzechem śmiertelnym. Czy wyobrażacie sobie, że ufamy wiedzy, by wytrwać w godzinie pokusy? Wiedza — choćby jak rozległa — nigdy nie uczyni człowieka czystym. Równie dobrze moglibyście próbować cumować okręt jedną nitką jedwabiu, jak trzymać w ryzach samą wiedzą ludzką lub nawet Bożą namiętności człowieka. Łaska Boża — łaska Boża uzyskana przez modlitwę — jest konieczna, by zachować serce i duszę czystymi wśród burzliwych pokus ziemskiego życia. Tę łaskę dał nam Chrystus w sakramentach; są one tedy konieczne dla człowieka.

Oto na czym polega odrodzenie tego świata. Polega ono na przywróceniu przez Chrystusa łaski każdemu z nas — na usunięciu zła grzechu — na usunięciu skażenia grzechu — i na zastąpieniu przez Pana Jezusa Chrystusa. Nie Adama, lecz Chrystusa. Nie Adama, lecz kogoś daleko ponad nim i nieskończenie większego od niego. Bo jak to jest w zwyczaju Boga, że gdy czyni coś, czyni to doskonale i z nadmiarem — tak gdy przyszedł z lekarstwem na grzech Adama, przyniósł lekarstwo, które pozostawiło nas o wiele bardziej wywyższonymi i zaszczycona nawet niż Adam przed upadkiem; i jest to tutaj w adorowanym Sakramencie Ołtarza Jezusa Chrystusa.

„Ale co z Kościołem?" — powiecie — „co z Kościołem, o którym przyszliście tu dziś głosić? Ani słowem go nie wymieniliście." Wiem, moi przyjaciele, że tak jest w istocie. Opowiada się w starej historii rzymskiej pewną anegdotę o biednym wieśniaku, któremu skradziono trzy kozy. Otóż wynajął on prawnika, by prowadził jego sprawę i odzyskał mu trzy kozy. Prawnik stanął przed sędzią; pozwany był tam też obecny; prawnik wygłosił świetną mowę. Zaczął od historii założenia Rzymu; przeszedł przez wszystkie wojny cesarzy rzymskich; rozwiódł się nad wszystkimi wielkimi wodzami, których wydał Rzym; i właśnie miał opaść z sił po długim i wspaniałym wywodzie, gdy biedak podszedł do niego i powiedział: „Czy byłby pan łaskaw, choćby teraz powiedzieć słowo o moich trzech kozach?" Otóż nie zamierzam tak was traktować. Mówiłem pewien czas o wierze i choć, prawdę mówiąc, nie wspomniałem ani słowem o Kościele, cały czas właśnie o Nim myślałem. Chrystus, Pan nasz, jest w swoim Kościele — Chrystus, Pan nasz, uroczyście oświadczył, że będzie w swoim Kościele aż do końca czasów. Chrystus stwierdził prosto i dobitnie, że choć żył w swej widzialnej osobie wśród ludzi zaledwie trzydzieści trzy lata, zamierzał żyć aż do ostatniej chwili dziejów świata — w swoim Kościele. Dlatego czym był wczoraj, tym jest dziś. Zapamiętajcie: Apostoł święty Paweł mówi: „Jezus Chrystus wczoraj, dziś i tenże na wieki." Nie przyszedł czynić dzieła przemijającego czy ulotnego. Nie przyszedł uczyć ludzi, by po Nim żyli tak, jak żyli przed Jego przyjściem. Nie; lecz oświadczył: Przyszedłem nie na jeden dzień, nie na pewien czas, lecz na zawsze. Przyszedłem, by pozostać. Nie myślcie, że odchodzę. Mówi do Apostołów: „Nie zostawię was sierotami. Przyjdę do was znowu. Będę z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata." Nie wyobrażajcie sobie ani przez chwilę, że dzieło, które rozpoczęło się w chwili, gdy Maryja przy Wcieleniu rzekła: „Niechaj mi się stanie według słowa Twego" — i Bóg stał się obecny w Jej niepokalanym łonie — że to dzieło kiedykolwiek ustało. Nie; nigdy. Przed odejściem uobecnił się w Przenajświętszej Eucharystii. Przed odejściem przemienił chleb i wino w swoje Ciało i Krew; i tak jak przemienił wodę w wino w Kanie Galilejskiej, tak przemienił wino w krew swego serca w Eucharystii. Nie wyobrażajcie sobie, że Zbawiciel odszedł, by już nie wrócić, zadając tym samym kłam samemu sobie; bo rzekł: „Wrócę. Nie zostawię was sierotami. Jestem z wami aż do skończenia świata." I skoro Odrodziciel świata przemawia przez swój Kościół, kto zaprzecza Kościołowi, zaprzecza Chrystusowi.

Zauważcie przy tym, jak wyraźnie — jak dobitnie i jak wyraźnie Syn Boży pozostawił na swoim Kościele trzy znamiona, które nosi w sobie. Trzy wielkie zła, jakie uczynił grzech, zostają przez Jego Kościół cofnięte. Po pierwsze: Bóg stał się obecny w Chrystusie. Prawda Boża stała się obecna w słowie Chrystusa. Łaska Boża stała się obecna w działaniu Chrystusa; i tak jest z Kościołem. Bo rzekł: Jedna jest rzecz, którą wam zostawię; bez względu na to, czegókolwiek innego zostaniecie pozbawieni. Wyrzucą wasze imię jako złe ze względu na Mnie. Możecie nie mieć uśmiechu ani przyjaźni tego świata. Mówię wam, że przyjaźń tego świata jest nieprzyjaźnią wobec Boga. Jedna rzecz jest wam konieczna. Ześlę na was mojego Ducha Prawdy, by pozostał z wami na zawsze, który będzie przy was i wprowadzi was w wszelką prawdę. Prawda i wiedza o Bogu będzie w tym Kościele; bo mówi: „Bramy piekielne nigdy nie przemogą tego Kościoła. Prawda ta będzie na waszych ustach; i jako Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam: idźcie, nauczajcie wszystkie narody, by zachowywały Moje przykazania." Pytam was, moi przyjaciele, czy słowo Boże lub ludzkie może być wyrażone jaśniej i dobitniej, by zapewnić nas, że pełnia niezmiennej prawdy i posiadanie Boskiego berła miały być na wieki związane z Kościołem katolickim? Czy może być więcej niż to? Dał temu Kościołowi władzę udzielania i przekazywania łaski — tego, co jest najwyższym darem Bożej łaski na tej ziemi, mianowicie odpuszczenia grzechów. Gdy faryzeusze widzieli Pana naszego wskrzeszającego umarłych, dziwili się zaiste. Gdy widzieli Go otwierającego oczy niewidomym i uzdrawiającego chorych, dziwili się; a jednak nigdy nie oskarżyli Go o bluźnierstwo. Lecz w chwili, gdy usłyszeli, że mówi do paralityka: „Odpuszczone są tobie grzechy!" — natychmiast powiedzieli: „Kimże jest ten bluźnierca, który mówi, że może odpuszczać grzechy?" I mieliby pełne prawo tak mówić, gdyby nie był Chrystusem; bo Chrystus byłby bluźniercą w tym, gdyby nie był Bogiem.

Nie tylko w odpuszczeniu grzechów sam Bóg Wszechmogący osiągnął najwyższy triumf swojej wszechpotężnej mocy. Dar tej mocy dał człowiekowi przez Jezusa Chrystusa. „Wszelka władza" — mówi — „w niebie i na ziemi jest mi dana"; i Człowiek-Bóg Jezus Chrystus wyraźnie przekazał tę władzę swoim Apostołom; bo rzekł do nich: „Wszelka władza w niebie i na ziemi jest Mi dana; teraz, jak Ojciec posłał Mnie ze wszelką tą mocą, tak i Ja was posyłam." Potem, zbliżając się, uroczyście tchnął na nich, gdy klęczeli wokół Niego, i rzekł: „Weźmijcie Ducha Świętego: którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone; a którym zatrzymacie, są zatrzymane."

Prawda Boża pozostaje na nieomylnych ustach Kościoła. Łaska jest wylewana z sakramentalnych rąk Oblubienicy Jezusa Chrystusa. Nikt tego nie może zaprzeczyć, jeśli jakikolwiek sens przyznaje słowom Zbawiciela. Dał Apostołom i ich następcom z osobna istotną władzę odpuszczania grzechów; tak więc w dzisiejszej Ewangelii mówi: „Idźcie, nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego." Pytam was, co to znaczy? „Idźcie, nauczajcie wszystkie narody!" Nauczajcie wszystkie narody mocą tego słowa, które miało wzbudzać wiarę; bo wiara rodzi się ze słuchania — nie słowa ludzkiego, lecz Bożego. Dlatego słowo Boże było na ich ustach i rozszerzało wiarę. Dlatego słowo Boże ich oświecało, uzdolniało, umacniało; i jak było na ustach dwunastu kamieni węgielnych Kościoła, tak jest dziś na ustach ich następców. Cóż znaczy: „idźcie, nauczajcie i chrzcijcie ich"? Czy nie znaczy to, że dał im władzę odrodzenia tego, co zostało tak głęboko zepsute w Adamie? Czy nie znaczy to, że dał im władzę stosowania swej najdroższej krwi dla zbawienia nieodrodzonych — i w wodzie chrzcielnej oczyszczenia grzechu z duszy? Czy nie daje im wyraźnie władzy, by w jednym sakramencie mierzyli się z grzechem Adama, a w innym z grzechem osobistym? Powszechnym przyznaniem tych, którzy są poza Kościołem, jest to, że chrzest gładzi grzech. My uznajemy, że chrzest gładzi grzech. Uznajemy, że odradza; że daje nowe narodzenie i gładzi grzech Adama z duszy. To jest prawdziwe i właściwe znaczenie nadawane przez Kościół — to jest chrzest — to jest odrodzenie.

Wielki Boże! Niekonsekwencja ludzi, którzy uznają, że Bóg dał swemu Kościołowi w jednym sakramencie tę samą moc, której odmawiają w innym! Przecież Zbawiciel powiedział najdobitnień: „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone; a którym zatrzymacie, są zatrzymane." Otóż, moi przyjaciele, w tych wielkich przymiotach Kościół Boży jest niczym innym jak obrazem Jezusa Chrystusa, swego Boskiego Założyciela. Na koniec: Chrystus nie poprzestał na pozostawieniu swemu Kościołowi słowa prawdy. Nie poprzestał na przekazaniu mu władzy udzielania łaski — tej oczyszczającej łaski, odradzającej i ożywiającej dusze ludzkie; lecz uwieńczył wszystkie swoje dary dając siebie samego i zostawiając siebie w tabernakulum swego Kościoła katolickiego. Dał nam istotę prawdy i łaski; bo gdzie jest Jezus Chrystus, tam jest źródło Bożej prawdy i ożywiającej, uświęcającej łaski. W ten sposób Kościół jest odrodzicielem społeczeństwa.

Pragnę wam to ukazać — pragnę zbliżyć tę kwestię do was samych w sposób praktyczny; i pytam was: wyobraźmy sobie, że nie ma na świecie Kościoła katolickiego. Załóżmy na chwilę, że on jest tym, czym wydaje się go widzieć wielu dobrych i życzliwych protestantów, a mianowicie bałwochwalcą i fałszerzem. Odkiedy miałby nim być? Którego roku? Powiedzmy, że piętnaście wieków temu takim był. W takim razie, mój przyjacielu protestancie, nie masz żadnej podstawy do obrony choćby jednej joty doktryny chrześcijańskiej. W pierwszych wiekach napisano więcej niż cztery Ewangelie. Kościół katolicki wybrał cztery Ewangelie i odrzucił pozostałe. Własną powagą, natchnioną i kierowaną przez Ducha Bożego, przyjął cztery Ewangelie i odrzucił pozostałe. Te Ewangelie masz od Kościoła katolickiego. Zaprzecz choćby na chwilę istnieniu Kościoła katolickiego — cóż ci zostało? Czy jest na tym świecie człowiek, który mógłby stanąć i powiedzieć: „To jest prawda. Jestem gotów dowieść, że pochodzi z ust Jezusa Chrystusa" — bez pomocy Kościoła katolickiego? Tradycja jest zniszczona — prawda jest zniszczona — sukcesja apostolska jest zerwana; złote ogniwo łączące ten dziewiętnasty wiek z wiekami minionymi jest zniszczone; i nie pozostaje na tej ziemi ani jednego głosu uprawnionego do nauczania Ewangelii Jezusa Chrystusa! Ład — Boski ład — ustanowiony na początku przez Boga Wszechmogącego, zanim jeszcze narodził się Adam — ów ład, który zniszczył grzech i przywrócił Jezus Chrystus, i dopełnił Jego Kościół — zostałby zniszczony, gdybyście odebrali ten Kościół.

Załóżmy na chwilę, że Kościół katolicki byłby bałwochwalcą, a pokarm, który daje, mógłby być trucizną: kto miałby pociągać ludzi do odpowiedzialności, gdy naruszają prawo — gdy wymykają się ludzkiej karze za swe zbrodnie? Nikt prócz owej „fałszerki i bałwochwalczyni" nie może ich pociągnąć do odpowiedzialności. Bóg puścił ich z rąk; i kto ma ich pociągać do odpowiedzialności? Kto ma sprawić, by badali swe sumienie, czynili to sumienie wrażliwym, a duszę czystą? Weźmy na przykład człowieka, który zdobył dziesięć tysięcy dolarów w nieuczciwy sposób, w jakiejś transakcji, której prawo dosięgnąć nie może. Jeśli ten człowiek jest katolikiem, w chwili gdy idzie do spowiedzi — w chwili gdy klęka przed kapłanem Bożym i mówi: „Zdobyłem niesprawiedliwie dziesięć tysięcy dolarów" — spowiednik mówi: „Musisz dokonać restytucji. Przekleństwo Syna Bożego spadnie na ciebie, jeśli tego nie oddasz. Nie licz na przebaczenie i nie pozwolę ci przystąpić do Ołtarza Bożego na Komunię Świętą, dopóki nie zapłacisz do ostatniego grosza!" Służąca, może, ma w zwyczaju podkradać codziennie po trochu; jednego dnia wynosi uncję herbaty, następnego worek węgla; i tak dalej. To wszystko uchodzi niezauważone; i gdybyście jej powiedzieli, że robi źle, powiedziałaby zapewne: „Wielkie mi rzeczy! Doskonale o tym wiem sama. To żadna krzywda, dopóki mnie nie przyłapią." Ale służąca katolicka musi pójść do spowiedzi w czasie wielkanocnym. Wie, że nie może przystąpić do Ołtarza na komunię, dopóki nie postanowi stanowczo zaprzestać wszelkich kradzieży; i że musi oddać do ostatniego grosza wszystko, co wzięła. Pytam was: na czym polega odrodzenie społeczeństwa? Co utrzymuje je w zdrowiu?

Wielu spoza Kościoła katolickiego mówi: „Oh, to nie ma większego znaczenia; społeczeństwo daje sobie zupełnie dobrze radę!" Ale powiem wam: to ma bardzo wielkie znaczenie. Młody człowiek poza Kościołem katolickim poślubia młodą dziewczynę; przez sześć czy siedem lat żyli razem szczęśliwie. W złą godzinę ujrzy kogoś — zaczyna kochać inną niż żonę swego łona. W tej chwili wkraczają diabelskie pokusy. Szuka pomocy przyjaciół, by pozbyć się żony; a dla takich wyuzdańców jak on nie ma znaczenia, w jaki sposób. Jej dobre imię ginie w jednej chwili. Idzie do sądu i bierze „wyrok rozwodowy"; i wyrzuca z jej domu żonę swego łona, matkę swych dzieci — ze zniszczoną lub nadszarpniętą reputacją. Dla protestanta lub człowieka niebędącego katolikiem moje słowa nie mają najmniejszego ciężaru; są jak przemijający powiew wiatru. Lecz jeśli może to czynić, powiadam wam: religia, która mu na to pozwala lub w tym mu pomaga — co jest przeklęte przez Boga, bo rozrywa węzeł, który Chrystus oświadczył, że nigdy nie powinien być rozerwany — rozsadza same fundamenty społeczeństwa.

Lecz gdy katolik pojmuje żonę — nieważne, jak jest zły — a nie ma nikogo tak złego jak zły katolik: zły protestant jest przy nim niczym — ale gdyby ten katolik był tak zły, jak to tylko możliwe, nigdy nie ośmieliłby się korzystać z tej władzy, jaką widzi, jak sprawuje jego protestancki bliźni i jak niekatolicy sprawują ją tak swobodnie w naszych czasach. Gdyby ta myśl przemknęła mu przez głowę, Kościół Boży staje i mówi: „Przyjacielu, Bóg dał ci tę żonę — cokolwiek innego uczynisz — jakiekolwiek prawo złamiesz — jakąkolwiek zbrodnię popełnisz — komukolwiek okażesz się niewierny — musisz kochać tę kobietę; bo dopóki ona żyje, nie będziesz mógł nazwać innej świętym imieniem żony." Nie śmie tego próbować. Pragnąłby uczynić zło; ale nie może. W którym z tych dwóch sposobów życia polega odrodzenie społeczeństwa?

Tak więc we wszystkim Kościół katolicki jest odrodzicielem społeczeństwa; tak przywołuje on w człowieku święty obraz Jezusa Chrystusa. Prawdziwym odrodzicielem społeczeństwa jest ten, który unicestwia w człowieku wszystko, co nieczyste i złe — w pełnym panowaniu rozumu, w władzy duszy nad ciałem i w pełnym rozkwicie tego, co w człowieku intelektualne, duchowe i anielskie. O, gdzież znajdziemy to tak rozwinięte; gdzie znajdziemy namiętność i wolę tak okiełznane, miłość tak rozszerzoną i oczyszczoną, duszę tak pokorną przed Bogiem? Gdzie znajdziemy obraz Jezusa Chrystusa tak rozwinięty jak w tych zasłoniętych postaciach, które widzicie przed sobą — w tych, które nigdy przez chwilę nie mogą wpuścić do swych dziewiczych serc żadnej próżnej namiętności ani do umysłów żadnej myśli o miłości własnej; a jednak z sercami na tyle pojemnymi, by wpuszczać każdą formę utrapienia i nędzy, jaka może się zjawić. I to jest pełny triumf łaski nad naturą.

O, moi przyjaciele, jeśli są tu jacyś niebędący katolikami — obym Bogu był wdzięczny, że możecie otworzyć oczy i zobaczyć to, co my widzimy — że ten Kościół Boży odradza życie świata. Łaska Boża — działanie Boże — widoczna jest w Jego Kościele, napełniającym wszystko życiem, przepełniającym ludzi czystością i uczciwością. Osiemset siedemdziesiąt dwa lata minęły, a Kościół jest dziś tak świeży, jak był wówczas, gdy Piotr wygłosił swoje pierwsze kazanie. Wiele wieków przeminęło; wszystko inne na ziemi się zmieniło; królestwa się zmieniły: historia wieków jest jedynie historią Kościoła katolickiego; bo czym był wczoraj, tym jest dziś i tym będzie na wieki — bo podtrzymuje go Jezus Chrystus; albowiem jak On był wczoraj, tak jest dziś i pozostaje ten sam na wieki. Sądzę, że dość dowiedliśmy, że jeśli ten świat ma być odrodzony, słodzony, oczyszczony i zachowany w tej słodyczy i czystości, może to się dokonać jedynie przez działanie Świętego Kościoła Katolickiego.

← wróć do odkrywania