były wyrazem wdzięczności za szczególną opiekę Bożą, objawioną w wybawieniu ich z Egiptu oraz w zdobyciu i zasiedleniu Ziemi Świętej. W samym Dawidzie, w owym śpiewaku, żyły: po pierwsze, uczucia jego narodu; po drugie, jego własne poczucie szczególnej Opatrzności Bożej nad nim; po trzecie zaś, mniej lub bardziej wyraźne objawienie obiecanego Odkupiciela. Co więcej, w wielu Psalmach psalmista prędzej czy później zaczyna przemawiać w samej osobie Mesjasza, jak właśnie w tym psalmie (w. 44), gdzie nagle król małego narodu, walcząc o swe ocalenie, woła: *„Ty mię ustanowisz głową narodów; lud, którego nie znałem, będzie mi służył... przeto będę Cię chwalił, Panie, między narodami."* Lecz pobożność głębszego rodzaju miała stać się znamieniem „czasów ostatecznych". Żyd miłował swego Boga. Bóg ów nie był jednak dotąd znany rzeszom jako Bóg Betlejem i Kalwarii — Bóg Najświętszego Sakramentu i Świętego Kościoła Katolickiego. Tutaj, w wierze chrześcijańskiej, trwałej i jasnej, pełnej i doskonałej, ze wszystkimi jej okolicznościami i całym jej zasięgiem — tutaj jest ocean, z którego pobożność tryska, piękna jak bogini, która wedle starożytnej baśni wyłoniła się z morza, aby oddać cześć bogom i napełnić ziemię radością.
Pobożność nie jest więc uczuciem zwykłym. Istnieją uczucia ludzkie, które łatwo można pomylić z pobożnością: uczucia płytkie i przemijające, cienie otaczających nas rzeczy, a nie przejaw wewnętrznej siły i naporu. Widzimy szczyty dalekich gór, jak lśnią i połyskują w słońcu; lecz słońce zachodzi i góry okazują się tylko granitem i twardym śniegiem. Tak samo człowiek jest radosny lub smutny zależnie od oblicza swych przyjaciół, od stanu swej życiowej drogi, a nawet od wyglądu nieba; i jeśli nie ma głębszych oparć, do których mógłby się przylgnąć, jest tak zmienny jak samo niebo. Pobożność jednak spoczywa trwale i pewnie na wierze w Wcielenie. Nic nie może odmienić wielkiego dzieła Syna Bożego. Niech słońce świeci lub deszcz leje, niech będzie lato lub zima, dostatek lub niedola, choćby nawet śmierć — wierzący w Chrystusa i Jego dzieło trzyma się niezachwiania skały. Trzyma się — nie uczuciem, nie wyobraźnią, nie zmysłami, lecz rozumem i inteligencją, mocnym uchwyceniem owej duchowej władzy, która czyni go człowiekiem; nieustającą energią owej duszy i ducha, które mogą przedzierać się przez ciemność i oślepiającą burzę ku urzeczywistnieniu tego, co niewidoczne dla niczego poza własnym, danym przez Boga uposażeniem. Inne, niższe władze mogą się wahać lub buntować. Przychodzi lenistwo, przychodzi ból, przychodzi wstręt. Usposobienie zmienia się; nastroje przeobrażają się; zamieszanie namiętności mąci atmosferę lub truje serce. Chrystus wydaje się niekiedy bardzo daleki; chrześcijański ołtarz zdaje się nierealny; wszelkie uczucie religijne zdaje się opadać i zostawiać jedynie śliskie kamienie lub jałowy piasek; gorycz i rozgoryczenie kuszą ku rozpaczy; lub też przyciąganie świata wywiera swój czar na wszystkie sprężyny jestestwa. Lecz żadna z tych rzeczy nie zdoła zniszczyć pobożności. Jej liście mogą spłonąć jak od mrozu, a strzelające łodygi ulec podcięciu; ona jednak żyje w żyznej glebie, gdzie tkwią jej korzenie. Bywa, że widzimy Świętego klęczącego przed swym krucyfiksem, ze wszystkimi władzami wewnętrznymi pogrążonymi w ciemności lub rozproszeniu, a jednak z sercem duchowej duszy niezmiennie gorejącym przed swym Zbawicielem, jak lampa płonie nieruchoma w sanktuarium, choć wichry szaleją za oknami. Bywa też, że jest to zwykły wierny chrześcijanin, który cierpi, jest zmącony lub ciężkiego serca, lecz który wytrwale szuka Najświętszego Sakramentu, dochowuje postanowienia regularnej spowiedzi, bierze lekturę duchowną lub odprawia swoją modlitwę. Oto pobożność: prawdziwa, gruntowna, istotna pobożność, głęboko zakorzeniona w wierze chrześcijańskiej.
Pobożność zakłada jednak coś więcej. Nie byłoby przesadą powiedzieć, iż w zwykłej Opatrzności Bożej jest zamiarem, aby odkupieni mężczyźni i kobiety odczuwali bliskość i słodycz obecności i dzieła swego Zbawiciela. Tak jesteśmy stworzeni. Kochamy ojca, matkę, brata, siostrę, żonę, dziecko. Jesteśmy dumni z naszego kraju lub naszego narodu. Mamy w piersiach źródło litości. Radujemy się, gdy dni są jasne, podziwiamy, gdy noce są wspaniałe. Namiętności i uczucia są złymi panami, bez wątpienia; lecz są też przeznaczone na to, by być dobrymi sługami. Ich zadaniem jest czynić wysiłek lżejszym, nieść nas w dobrym kierunku swym pędem, pogłębiać nasze akty rozumowe, sprawiać, by postanowienia rozumu i wiary trwały mocniej i dłużej. Czyż Jezus nie miałby też roztaczać dobroczynnej mocy swego Imienia nad wrażliwą powierzchnią tego naszego życia ludzkiego? Tak było zamierzone. Jednym z przepowiedzianych Jego przymiotów była moc „przyciągania nas" — przyciągania słodyczą swego ziemskiego zjawienia. W słynnym słowie świętego Bernarda: *„Jezus jest miodem w ustach, muzyką dla ucha, radością dla serca."* Przyjęcie przez Niego natury ludzkiej, Jego narodziny, cała Jego historia i Jego słowa stanowią jeden z najpotężniejszych i najpiękniejszych opisów, jakie pierś ludzka zdolna jest pojąć. Jego historia jest jak melodia niesiona do ucha raz i drugi, wędrująca potem przez tę i ową tonację, z powracającymi naśladownictwami i rozwinięciami, aż zawsze dochodzi do jednego wielkiego, uroczystego zakończenia. A jesteśmy tak ukształtowani, że wprawia w drganie w naszej złożonej naturze wiele nici popędów i wzruszeń: wdzięczności, radości, skruchy, sympatii, współczucia, chęci naśladowania. Dlatego właśnie pobożność jest kluczem do postępu w świętości. Szukać Jezusa, wyznaczać chwile i momenty na obcowanie z Nim, czynić z Niego prawdziwego, realnego i stałego przyjaciela, dawać Mu nasze serce i znaczną część naszego czasu i uwagi — oto czego chrześcijanin nie powinien zaniedbywać i co powinien praktykować. Taka pobożność prowadzi do modlitwy, do Najświętszego Sakramentu i do Ofiary Świętej. Taka pobożność pociąga ku Świętemu Dzieciństwu i ku Krzyżowi; ku Nazaretowi i Górze Oliwnej. Będzie kochać święte Ewangelie. Będzie pielęgnować krucyfiks. Będzie rozumieć Serce Najświętsze. Można ją znaleźć tam, gdzie na ścianach kościołów widnieje Droga Krzyżowa. Taka pobożność będzie najcenniejszą dyspozycją, jaką rodzic, kapłan lub nauczyciel może wszczepić w dziecko uczące się swej religii — dyspozycją, która więcej uczyni dla uchronienia jego duszy przed światem i diabłem niż jakiekolwiek zabezpieczenia lub obfitość argumentów. Taka pobożność popłynie przez chrześcijańskie życie jak srebrny wijący się strumień przez żyzną dolinę, nadając mu charakter i piękno, zajmując przestrzeń, lecz przynosząc tysiące darów i dobrodziejstw; tu wykradając zakątek, tam unosząc snop żniwa; niekiedy pełna i rwąca, zakłócając doczesne zajęcia; innym razem, zdając się uświęcać każdy zielony brzeg i szczęśliwy dom, gdy spokojnie przesuwa się obok; zawsze radosna, hojna, nasycająca i żywa. Taka pobożność u kresu życia dokona tego, czego nic innego nie zdoła dokonać: sprawi prawdziwie chrześcijańskie łoże śmierci. Bo ani przyjaciele, ani spokój, ani wolność od bólu, ani cześć i szacunek, nie zdołają same z siebie unieść umierającego do krainy odkupieńczej łaski; tylko Ciało Chrystusa, sakramentalne dotknięcie Jego dłoni i szeptem wymawiane wezwanie tego Świętego Imienia, przed którym wszystko ugina kolano.
Pobożność chrześcijańska, tak pojęta, wychodząc od Osoby i Sakramentów Chrystusa, znajduje też swe odżywienie i wzrost we wszystkim, co łączy się z Naszym Panem i Zbawicielem. A przede wszystkim w dwóch rzeczach: z jednej strony w Naszej Pani i Świętych, z drugiej — w widzialnym posługiwaniu Kościoła Katolickiego.
Błogosławiona Matka Boża jest, w sposób naturalny, najdroższa Chrystusowi; kochać Go to kochać Ją. Jest jednak i częścią środowiska Wcielenia. To, że Bóg wedle ciała miał Matkę, jest jedną z najbardziej uderzających i zadziwiających okoliczności Jego przyjścia. Jest to zarazem okoliczność, z której wynikają zdecydowanie najliczniejsze spośród tych wzruszających szczegółów, które czynią Wcielenie tak szczególnie zdolnym do porwania ludzkiej uwagi i uczucia. Dlatego zwiastowanie aniołskie, nawiedzenie, narodziny, znalezienie w świątyni i cała historia Betlejem i Nazaretu, choć pierwotnie i nominalnie przedstawiają Naszą Panią, są w istocie wypełnione Jezusem. Jezus zaś uświęcił wszystkich, których dotknął. Maria więc, będąc przy Nim w sposób sobie właściwy i jedyny, była — jak nakazuje rozum i czego naucza nasza wiara — uświęcona w sposób wyjątkowy. Ta święta Istota, ta Matka Odkupiciela, to doskonałe dzieło odkupieńczej łaski — ku niej zwraca się prawdziwa pobożność chrześcijańska, czcząc Ją, miłując i wzywając. A co się mówi o Niej, mówi się z należytą proporcją o wszystkich Świętych. Kochamy ich i czcimy, gdyż są częścią obecności Chrystusa: wyrażają Go, otaczają Go, objaśniają Go i uwielbiają Go.
Posługiwanie Kościoła chrześcijańskiego posiada tak wiele szczególnych prerogatyw Naszego Odkupiciela, że można prawdziwie rzec, iż przedłuża Go ono na ziemi. Posiada bowiem, jako całość i w swej ziemskiej Głowie, prerogatywę Chrystusa nauczania nieomylnego; posiada sakramentalne dotknięcie Chrystusa, moc konsekracji eucharystycznej oraz dar, ledwie mniej cudowny i Boski, rządzenia i prowadzenia owczarni odkupionych. Pobożność przeto pociąga ludzi do czczenia, szanowania i słuchania chrześcijańskiego kapłaństwa. Mimo wszelkich ograniczeń, wszelkich ludzkich zasłon oraz słabości i niedostatków, pobożność rozpoznaje w kapłaństwie rzeczywistość owych mocy i darów, które Duch Jezusa udzielił wybranemu gronu mężczyzn, aby Wcielenie było żywym wpływem w świecie aż do samego końca czasów. Pobożność nie jest więc jedynie prywatnym i skrytym obcowaniem z Jezusem Chrystusem i z Bogiem. Wychodzi ona na drogi i ulice. Objawia się w słowach i czynach. Zachowuje czasy i pory. Szanuje osoby i miejsca. Buduje kościoły i wznosi ołtarze. Zapala lampę sanktuarium i poświęca się dla czci Najświętszego Sakramentu. Mnoży wizerunki Najświętszej Maryi i Świętych. Raduje się z uroczystości roku chrześcijańskiego i rozszerza się w uroczystych funkcjach liturgicznych, gdy zdaje się, że wypełnia się owo słowo Psalmisty, iż *„ziemia jest Pana i napełnienie jej."*
Taka jest, jak mi się zdaje, głęboka wiara chrześcijańska, której dana jest obietnica, że kto ją praktykuje, będzie zbawiony, uczyniony całym, zdrowym, mocnym i doskonałym. Weźmy wspólnotę chrześcijańską, która przez jedno lub dwa pokolenia żyła blisko kościoła podobnego do tego i korzystała z niego w pełni. Kościół ze swymi sługami wyraża i ucieleśnia Słowo, które stało się Ciałem. Tu, bardziej niż gdziekolwiek indziej, jest Jego obecność, Jego słowo, Jego moc i Jego słodkie przyciąganie. Przeto tu przychodzili wierni, niedziela po niedzieli, rankiem po ranku, wieczorem po wieczorze. Tu Msza odnawiała każdego dnia Ofiarę i miłosierdzie Kalwarii. Tu udzielano Sakramentów. Tu kadzidło modlitwy — uwielbienia, błagania i żalu — wznosiło się nieustannie. Owczarnia pamiętała Jezusa Chrystusa. Żyła według swego chrześcijańskiego przywileju. Wracała wielbiąc Boga, by rzucić się do stóp swego Zbawiciela. Dlatego prorokowałbym i orzekał o owej owczarni, że była uczyniona świętą i przybliżona do Boga, i że owoce sprawiedliwości i pokoju były w niej widoczne. Przede wszystkim byłby dostrzegalny wśród jej członków ów duch, który ponad wszelkie inne oznaki zdaje się znamionować wyznawcę Jezusa Chrystusa — mam na myśli ducha nieprzywiązania do świata. Przywiązanie do świata jest skłonnością do grzechu dla dobra tego świata; nie tyle dla dobra ciała czy diabła, lecz dla pieniędzy, wygody i ludzkiej opinii. Świat jest rywalem Chrystusa. Jest zawsze obecny i zawsze pociągający. Pustelnicy muszą się liczyć ze swymi własnymi pokusami i z demonem. Reszta z nas podlega fascynacji otoczenia — to jest ludzi i rzeczy tego świata. Właśnie po to, aby zmierzyć się ze światem — jeśli wolno użyć tego wyrażenia — na jego własnym wybranym polu bitwy, Bóg Ojciec nasz zechciał Wcielenia i stworzył świat w świecie — świat pokory, posłuszeństwa i ofiary Jezusa Chrystusa, który niby rozchodząca się woń jakiejś balsamicznej wschodniej esencji miał przeniknąć na wskroś ten wszechświat i wszędzie narazić na klęskę i zneutralizować jego właściwy duch.
W owczarni podobnej do tej pobożność wybiłaby i wygnała ową religijną obojętność, ów świecki nastrój, ową skłonność do spychania religii na drugi plan i do kierowania się regułami próżności, które są znamionami przywiązania do świata. W takiej owczarni dzieci będą wrastać w prawdziwego ducha chrześcijaństwa — ducha czci, posłuszeństwa, pobożności i regularnej praktyki. Rodzice nauczą się od samego Jezusa, jak wiedza o Nim musi być wpajana mało po mało, każdego dnia, przy każdym zajęciu i w każdej rozrywce. Moc Jezusa będzie odczuwana w każdym domu i w każdym działaniu, publicznym i prywatnym, społecznym i politycznym. Promieniowanie dobrodziejskiej łaski przejdzie z Najświętszego Sakramentu w samo powietrze, nagradzając prawdziwą pobożność chrześcijańską Jego ludu przez uczynienie go świętym. I nie najmniej odczuwana będzie owa moc w nawróceniach tych, którzy jeszcze nie należą do owczarni. Powiedziano o Nim, gdy odwiedził swoją ojczyznę w okolicach Nazaretu, że nie mógł tam uczynić żadnych cudów z powodu ich niedowiarstwa. Pamiętajmy, że moc Jezusa jest w pewnym sensie zależna od postawy owczarni. Jak niegdyś na ziemi, przez znaczną część Jego widzialnego życia, był On w rękach ludzi, tak teraz, w swoim słowie, swej sakramentalnej obecności i całej swej sakramentalnej energii, jest w rękach kapłana i ludu. Jeśli cenią Go i miłują, i służą Mu — moc Jego działa; jeśli nie — jest mniej lub bardziej skrępowana. Dlaczego przez pokolenia Jezus przebywa w jakiejś okolicy i nie czyni żadnego znaku? Głównie dlatego, że lud Jego Go zaniedbuje. Lecz w owczarni, gdzie istnieje prawdziwa i gorliwa pobożność chrześcijańska, Chrystus pociąga serca i nawrócenia następują, jak gdyby w kraju był misjonarz. Nie ma bowiem misjonarza takiego jak samo Serce Najświętsze, gdy chrześcijańska wiara i miłość rozluźniają Jego pęta i dają Mu wolność.
Patrząc wstecz przez pięćdziesiąt lat, czy nie możemy powiedzieć, że ten kościół, którego jubileusz obchodzimy, był ogniskiem i ogniskiem domowym pobożności chrześcijańskiej? Zbudował go i otworzył mąż, który nosił w swej duszy szerokie, głębokie i silne poczucie tego, czym nasz Pan Jezus Chrystus jest dla tego odkupionego świata. W tych murach rozmyślał, jak kapłan może jak najlepiej należeć do Chrystusa, aby zebrać żniwo dusz. Tu składał ofiarę, tu się modlił, tu nauczał i napominał. I wierzę — jestem przekonany — że od niego oraz od kapłanów i osób świętych, którzy poszli w jego ślady, ta owczarnia nauczyła się lekcji pobożności chrześcijańskiej. Wiele czynili z obecności i dzieła swego Boskiego Odkupiciela. Szanowali te mury, na których święte namaszczenie spoczywa już od pół wieku; miłowali swoje sanktuarium; szukali tu towarzystwa Jezusa; wracali tu raz po raz, wyznając swe chrześcijańskie dziedzictwo i wielbiąc Boga. A ich nagrodą było ożywienie wpływów niebieskich; pojawiły się pobożne rodziny, święte osoby, dobrze wychowane dzieci, niemało nawróceń i ogólna bliskość z Bogiem. Ten kościół dał przykład angielskiemu katolicyzmowi — przykład intronizacji Pana naszego i Zbawiciela w Jego szafarstwach odkupienia, w dostojeństwie poświęconego kościoła. I w tym mieście, gdzie są tak wspaniałe owoce wiary naszych ojców, ten kościół — który pragnęlibyśmy widzieć jeszcze godniejszym — uczynił, jak możemy być pewni, to, do czego przeznaczone były owe stare kościoły: rozszerzył chrześcijańskie natchnienie i pogłębił chrześcijańską praktykę. Dlatego możemy dziękować Bogu — za Chrystusa Pana naszego i za Najświętszy Sakrament; za ten dach i ołtarz; za wszystkie Msze, Sakramenty i modlitwy pięćdziesięciu lat; za żniwo odkupionych dusz, przebywających już w Niebie lub na jego progu; i wreszcie za rozliczne łaski, jakie przyniósł każdemu z nas, i za radość i pokój Chrystusowy, który miłosierdzie Boże pozwala nam odczuć w tym dniu uroczystości, gdy ojcowie nasi duchowi, już odeszli, zdają się do nas mówić, gdy opatrznościowa i ojcowska miłość Boga staje się niemal widzialna i namacalna; gdy zdaje się nam, że za tymi ziemskimi kamieniami widzimy same zarysy owego Miasta Bożego, którego światłem jest Baranek, a życiem — Najświętsze Serce Jezusa.
*Kazanie wygłoszone w Oratorium w Edgbaston, Birmingham, w dniu świętego Filipa, 26 maja 1897 roku.*
*„Wyleję wody na spragnionych i strumienie na suchą ziemię: wyleję Ducha mego na nasienie twoje i błogosławieństwo moje na potomstwo twoje"* (Iz 44, 3).
Słowa te były proroctwem o chwalebnym dziedzictwie chrześcijańskim. To zapowiedziane „wylanie" oznaczało naszą wiarę i naszą pobożność; oznaczało objawienie i nabożeństwo — nadprzyrodzone oświecenie oraz żarliwe życie i działanie serc chrześcijańskich we wszystkich wiekach chrześcijaństwa. Dziś, gdy radośnie obchodzimy uroczystość cudu wiary, Apostoła Bożej miłości, gorejącego i świecącego światła pobożności, nie będzie od rzeczy przypomnieć naszej pamięci jeden aspekt owego drogiego i chwalebnego królestwa, którego zasługami Jezusa Chrystusa staliśmy się uczestnikami nawet na tej biednej ziemi, która ma przeminąć.
Pozwólcie mi przypomnieć, że dzień dzisiejszy jest świętem nie tylko świętego Filipa, słusznie zwanego Apostołem Rzymu, lecz i świętego Augustyna, który rości sobie tytuł Apostoła Anglii. W tym kościele, którego wspólnota jest tak ściśle związana ze świętym Filipem, święto świętego Filipa jest oczywiście obchodzone; pamiętajmy jednak, że w całym kraju obchodzi się w tym dniu święto świętego Augustyna.
Jakże pełna pobożnych wspomnień jest ta myśl! Obaj ci bohaterowie serc ukształtowani byli i żywieni w mieście Rzymu. Jeden przyniósł wiarę do Anglii trzynaście wieków temu; drugi, tysiąc lat później, stał na wąskiej rzymskiej ulicy, gdzie wówczas, jak i dziś, mieściło się Kolegium Angielskie, i przyglądał się angielskim studentom, błogosławiąc ich — tym, którzy mieli zginąć za ową właśnie wiarę na angielskiej ziemi. Święty Augustyn reprezentuje owo katolickie i rzymskie nauczanie, które jest niezachwianą skałą, na której spoczywa chrześcijaństwo; święty Filip jest typem, *par excellence*, owego głębokiego, bogatego, pełnego i owocnego życia katolickiego, które winno być, i może być, i w niezliczonych przypadkach jest, wynikiem i owocem tej wiary; i posłużę się tymi dwoma splecionymi imionami, by wprowadzić was w temat, o którym proszę was posłuchać kilku rozważań — mianowicie o stosunku między wiarą chrześcijańską a pobożnością chrześcijańską.
Nie ma potrzeby formułowania żadnej formalnej definicji pobożności. Dla katolików czytających żywoty Świętych nie może być trudności w zrozumieniu, co to znaczy. Gdy czytam o świętym Filipie w jego wczesnej młodości, we Florencji, żywym, ujmującym i skromnym, uczącym się w krużgankach San Marco z natchnionych dzieł Fra Angelica, jak kochać Jezusa, Maryję i święte anioły — czuję, czym jest pobożność. Gdy sobie uzmysławiam obraz świętego Filipa odprawiającego Mszę — wyraz jego oblicza, jego łzy, jego widome drżenie, jego nieustannie bijące serce — wiem, czym pobożność może być. Gdy myślę o nim w jego starości, w ubogiej celi w Vallicelli, pięknym starcu, białym jak gronostaj, z białymi przezroczystymi dłońmi, drżącym na całym ciele, gdy wypowiada jedno ze swych ulubionych westchnień — oczami napełniającymi się łzami na widok świętego obrazu lub relikwii Świętych — lub samotnym, bez innego światła prócz tego, które pada na jego krucyfiks, modlącym się przez całą noc — słów nie potrzeba, by definiować pobożność. A gdybym potrzebował słów, byłyby to jedynie te jego własne słowa: *„Człowiek, który jest prawdziwie zakochany w Bogu, dochodzi w końcu do takiego stanu, że zmuszony jest mówić: »Panie, pozwól mi spać!«"*
Przez pobożność rozumiemy ogólnie praktykę religii pojmowaną jako wyraz ducha miłującego wobec Boga. Jest to coś więcej niż „religia" — bo religia jest niewiele warta bez niej. Wszakże nie może być prawdziwej i realnej pobożności bez prawdziwej i gruntownej religii. W Nowym Testamencie greckie słowo, które w naszym przekładzie tłumaczy się jako pobożność, zawsze oznacza tę pełną czci i miłości służbę Bogu.
Z samego tego opisu widać, że mówiąc o pobożności, zbliżamy się do tej strony ludzkiego serca, którą nazywamy „uczuciem". Religia bowiem sama w sobie nie jest uczuciem i nie należy jej nigdy mylić z uczuciem. Religia jest racjonalnym przekonaniem, racjonalnym postanowieniem i racjonalną duchową energią. Wspiera się na wierze w Boga i działa przez owo ludzkie pragnienie i chcenie, które jest właściwe istocie ludzkiej i które należy do zupełnie innego świata niż uczucie, wyobraźnia, instynkt czy podniecenie nerwów. Co więcej, może się często zdarzyć, że wszystkie nasze uczucia i popędy stoją po stronie wroga i że religia musi stoczyć zaciętą walkę o twierdzę, stawiając im czoło. I nie mówię, że sama pobożność nie może być niekiedy zimna, sucha i bolesna, a mimo to być pobożnością prawdziwą. Lecz biorąc naturę ludzką taką, jaką zazwyczaj spotykamy, mówić o pobożności to mówić o uczuciu. Teraz zaś, w ludzkim sercu, obszar uczucia jest obszarem niebezpiecznym i zdradliwym. Nie jest bynajmniej w całości zdrowy lub święty. Możemy się niekiedy znaleźć bardzo blisko diabła i ciała; jeśli jesteśmy nieświadomi lub nierozważni, możemy zginąć na jałowym szczycie górskim lub udusić się w mrocznych moczarach. Uczucia jednak nie dadzą się wykluczyć z naszego życia; co więcej, są najpotężniejszą pomocą w naszym zbliżaniu się do Boga. Dlatego ilekroć wchodzi w grę uczucie, potrzebujemy przewodnika; potrzebujemy jasnego kierunku, stanowczego prowadzenia i mocnego ramienia, które nas podtrzyma. A skoro uczucie wchodzi na ogół w skład pobożności i na ogół właśnie ono nadaje pobożności jej żar i przenikliwość, musimy odkryć, co najlepiej reguluje pobożność, odróżnia pobożność prawdziwą od fałszywej i utrzymuje jej światło i ciepło.
Dwa krótkie zwroty u świętego Pawła nasuwają odpowiedź, której zamierzam udzielić. W 1 Tm 6, 3 mówi on o „nauce, która jest według pobożności". Słowa te można by celniej przetłumaczyć: „nauka, na której pobożność spoczywa lub stoi". Ponownie, w Tt 1, 1 wspomina o „prawdzie, która jest według pobożności". Lecz i tu wyrażenie to oznacza ową prawdę, na której pobożność się opiera. Istnieje więc, według świętego Pawła, prawda lub nauka, która jest fundamentem i skałą podtrzymującą pobożność. Tego właśnie szukamy. Cóż to jednak jest?
Nie trzeba zaprzeczać, że całe objawienie chrześcijańskie, wzięte w najszerszym sensie, jest podłożem i podporą owej miłosnej służby Bogu, którą słusznie nazywamy pobożnością. Lecz każdemu, kto czyta Listy świętego Pawła, jest zupełnie jasne, że gdy mówi on o „wierze", „prawdzie", „dobrej nowinie", „zdrowej nauce", „obietnicach Bożych", „słowie wiernym" i tym podobnych, odnosi się nie do objawienia Bożego w ogóle, ani do tego, co Żyd dzielił równo z chrześcijaninem, lecz do charakterystycznych zasad chrześcijaństwa. Głosi Chrystusa i Tego ukrzyżowanego. Głosi „mądrość Bożą w tajemnicy" — a tajemnicą tą jest Wcielenie — tajemnica „ukryta" — którą Bóg „wyznaczył przed wiekami". Głosi „oświecenie przez Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa". Jednym słowem, jego głoszenie dotyczy głównie tego, co tak pięknie nazywa w Liście do Tymoteusza „tajemnicą pobożności" — która była objawiona w ciele, która została usprawiedliwiona w duchu — to znaczy udowodniona przez moc nadprzyrodzoną, że jest tym, czym jest — która ukazała się aniołom, była głoszona poganom, jest wierzona na świecie i wzięta do Nieba.
Wcielenie jest więc Sakramentem Pobożności. Słowo „sakrament" używane jest tu nie w ściślejszym i technicznym sensie, w jakim stosujemy je do siedmiu Sakramentów chrześcijańskich, lecz w jego pierwotnym i szerszym znaczeniu: uroczystej nauki, wtajemniczenia, obietnicy i zaręczenia — wszystkiego naraz. Bardzo krótka refleksja wystarczy, by ukazać nam, jak wielka i charakterystycznie chrześcijańska ekonomia „Boga, który stał się człowiekiem" jest podstawą i podporą prawdziwej i autentycznej pobożności chrześcijańskiej.
Pierwszym i głównym owocem pobożności, jak wszyscy odczuwamy, jest przywiązanie — które ośmielam się nazwać przywiązaniem „osobistym" — do Boga. Szukać Boga, ofiarować się Bogu, błagać Boga, wielbić Boga, żyć dla Boga — jednym słowem, kochać Boga z całego serca — oto cel naszego istnienia. Lecz przywiązanie tego rodzaju do Boga Wszechmogącego i Nieskończonego ze strony stworzenia takiego jak człowiek — może nigdy nie uświadomiliśmy sobie, jak trudno jest je zapoczątkować, a jeszcze trudniej podtrzymać. Nie jest tak trudno wierzyć w Boga — lub zgiąć przed Nim kolano — jak podziwiać mądrość i moc wielkiego Stwórcy i Opiekuna wszystkich rzeczy. Nie jest też trudno godzić się z porządkiem Bożej Opatrzności, widzianym w biegu tego świata, zwłaszcza jeśli sami jesteśmy dość dobrze sytuowani i szczęśliwi. Nie jest przesadą powiedzieć, że religia w dzisiejszych czasach, szczególnie wśród niekatolików, rzadko sięga dalej niż spokojna i zimna cześć dla Wszechmogącego, połączona z mniejszą lub większą surowością w unikaniu tego, czego zakazują Dziesięcioro Przykazań. Chrześcijanie wiedzą, że Bóg jest Osobą — nie zwykłym prawem lub siłą. Lecz nacisk szkół niechrześcijańskich i agnostycznych wywarł swój wpływ nawet i tu, i w oczach tego pokolenia żyjący Nieskończony ma nieustanną skłonność do stawania się mglistym, a pełnia Bytu — cienką i nieuchwytną — podobnie jak dalekie góry, których nigdy nie odwiedzono, z trudem odróżniają się od obłoków zmiennego nieba. Bóg jest tak cichy! Czy może być żyjącą Osobą? Czy może mnie kochać, w jakimkolwiek rozumnym sensie słowa „miłość"? Czy może troszczyć się o ludzi — o jednostki rodzaju ludzkiego — o każde serce i każdą walkę i historię serca? Czy może troszczyć się o mnie?
Odpowiedź na te pytania, naturalne dla wszystkich istot ludzkich, które się zastanawiają, dana była raz na zawsze — we Wcieleniu. Pan Jezus Chrystus nie jest dwiema osobami, lecz jedną Osobą. Jest Wszechmogącym — i jest człowiekiem. Teraz możecie rozumować i argumentować, jak chcecie, o niemożliwości odczuwania przez Boską Istotę miłości do śmiertelnych ludzi — lub w ogóle odczuwania miłości; lecz że Bóg rzeczywiście kocha śmiertelnych ludzi, niezależnie od tego, czy to odczuwa czy nie — (oczywiście, nie odczuwa) — jest absolutnie udowodnione przez fakt Jego przybycia na ziemię w taki sposób, jak to uczynił. To, że prawda ta była narażona na poważne niebezpieczeństwo zaciemnienia w świecie, jest widoczne z powtarzalności, z jaką święty Jan i święty Paweł odwołują się do życia i śmierci Chrystusa jako dowodu miłości Bożej. *„Tak Bóg umiłował świat, że Syna Swego jednorodzonego dał."* *„Umiłował mnie i wydał siebie samego za mnie."* *„Bóg, który jest bogaty w miłosierdzie, dla bardzo wielkiej miłości Swej, którą nas umiłował,"* zbawił nas przez Jezusa Chrystusa. *„Bóg pierwszy nas umiłował"* — zanim Go pokochaliśmy — *„i posłał Syna Swego."* Nie potrzebuję mnożyć tekstów.
Zauważcie jednak, że ów dowód miłości Bożej — ów zdumiewający akt odkupienia — nie był zwykłym zdarzeniem lub transakcją, o charakterze zapłaty, wybawienia, kondescendencji, uniżenia, dekretu lub czegokolwiek przemijającego i bezosobowego, jak gdy monarcha może posłać posłańca, reskrypt lub sumę pieniędzy. Wcielenie jednoczy w sobie wszystko, co znakomite we wszystkich tych formach pomocy i dowodach miłości. Lecz jest czymś o wiele więcej.
Prorok Baruch, przyjaciel i uczeń wielkiego Jeremiasza, opisawszy majestat, mądrość i miłosierdzie Boga, woła: *„Ten jest Bogiem naszym, i nie będzie inny poczytany w porównaniu z Nim... A potem był widziany na ziemi i rozmawiał z ludźmi."* Słowa te zostały spełnione przede wszystkim i w pełni, gdy po ziemi chodził i rozmawiał Człowiek, o którym można było powiedzieć: To jest Bóg Wieczny. Jak mówi święty Bernard, wielki Niewidzialny ujrzany był śmiertelnymi oczami; Słowo w ciele, słońce w obłoku, miód w plastrze, światło świecące przez lampę z gliny! Jak powiedział święty Cyprian, człowiek zawsze należał do Boga; lecz teraz możemy powiedzieć, że Bóg należy do człowieka. Bóg należy do człowieka! Zstąpił do człowieka. Jest dostępny dla człowieka. Nie trzeba już szukać Go w nieprzeniknionej otchłani, na niedostępnych wyżynach. Nie osłania już siebie tam, gdzie oczy nie mogą przeniknąć, gdzie zmysły nie mogą spełniać swej funkcji. Nie jest już milczący, nieruchomy i straszny. Jest ludzki, widzialny, bliski. Oko może Go ogarnąć, pamięć zachować Jego postać i oblicze, wyobraźnia może Go ucieleśniać wedle woli. Jego ludzkie narodziny, życie, słowa, czyny i Męka dostarczają tysiąca punktów i miejsc, do których serca ludzkości mogą się przylgnąć, aby wznieść się ku Bogu; jak małe ptaki, gdy ludzie budują, zakładają gniazda w narożnikach i osłoniętych miejscach. Jakże łatwo jest przywoływać Jezusa przed umysł — wielbić Jezusa, ofiarowywać siebie Jezusowi, błagać Jezusa, rozumieć Jezusa, współczuć Jezusowi, dawać Jezusowi całe swe serce! A Jezus jest Bogiem Najwyższym. Czy nie jest to najprawdziwiej Sakrament Pobożności?
Nie jest więc żadną przesadą, lecz jedynie nieozdobioną prawdą, powiedzieć, że pobożność spoczywa na Wcieleniu; i że każdy błąd, każde uchybienie w wierze we Wcielenie, jest zawsze szkodliwe dla pobożności i może być dla niej zgubne.
Pozwólcie mi to zilustrować — i zarazem ukazać, przed czym sami powinniśmy się starannie strzec — przytaczając błędy lub aspekty błędu w kwestii Wcielenia, na które możecie się codziennie natknąć w książkach, gazetach i rozmowach. Nie cofam się do dawnych wieków Kościoła. W owych czasach herezja następowała po herezji. Jedni przeczyli, że Chrystus jest Słowem Bożym; inni, że Słowo jest Bogiem; jeszcze inni, że człowieczeństwo Chrystusa jest realne; inni, że miał On ludzką duszę lub wolę; jeszcze inni przeczyli realności unii hipostatycznej i twierdzili, że w Chrystusie są dwie osoby; inni utrzymywali, że nie jest On ani Bogiem, ani człowiekiem, lecz nową i dziwną naturą — jak eutychianie. Te starodawne herezje przeminęły, a burzliwe dyskusje, które wstrząsały Kościołem, dawno ucichły mocą definicji Kościoła. Lecz błędy równie szkodliwe, równie śmiertelne, są żywe i silne w chwili obecnej; a może korzenia dawnych złych nigdy nie zniszczono doszczętnie i nigdy zniszczyć się nie da, i zawsze jest gotowy kiełkować i pędzić, gdy nadejdzie pora.
Największym błędem jest ten zgubny błąd tych, którzy odmawiają wiary, że Jezus Chrystus jest Bogiem. Tacy ludzie nigdy nie mogą klęknąć przy żłobku Betlejem ani rzucić się przed Krzyżem Kalwarii. Nie czują, że to ich Bóg powiedział: „Weźmijcie jarzmo moje na siebie" lub „Uczcie się ode mnie". Nie odkrywają, że Jezus czyni łatwiejszym uwielbienie lub że obcowanie z Bogiem staje się bardziej realne. Jego cierpienia wydają im się zmarnowane; są dziwne, godne litości, nadmierne, niemal nieprawdopodobne; lecz nie posiadają tej Boskiej mocy, którą dla dusz wierzących są obdarzone — mocy roztapiania twardości ludzkich serc ku nienawiści grzechu i miłości Boga nade wszystko. Dla nich Jezus jest tylko jednym z portretów w galerii mądrych i dobrych ludzi; lub też ludzi, być może, nie wszystkich mądrych i nie wszystkich dobrych, lecz takich, których świat podziwia lub o których mówi. Dla nich, mimo wszystkiego, co Jezus uczynił lub może uczynić, Bóg jest niemal tak samo daleki jak zawsze, tak samo niezrozumiały, tak samo wyniosły, tak samo tajemniczy w swych stosunkach z ludźmi. A skoro niebo się nie otwiera, zwracają się ku światu i urządzają sobie w nim jak najlepiej.
Po cóż mam się nad tym rozwodzić? Wiecie, jak powszechny jest stan umysłu, który nie uznaje Bóstwa Chrystusa. Nie tylko niewierni lub ta protestancka denominacja zwana unitarianami odrywają się w ten sposób od dobrodziejstw Sakramentu Pobożności. Należy się obawiać, że duch unitariański jest szeroko rozpowszechniony. Widać go w trudności odczuwanej przez protestantów przy bezpośrednim modleniu się do Chrystusa; w ich unikaniu wszelkiego wzywania Świętego Imienia; w ich powściągliwości wobec szczegółów Jego ludzkiego życia i w nieodwoływaniu się w swych ćwiczeniach pobożnych do Jego niemowlęctwa, Jego dzieciństwa, Jego życia ukrytego czy Jego samotnej modlitwy. Ta powściągliwość jest tym bardziej znamienna, że protestanccy pisarze i kaznodzieje chętnie przytaczają — nawet nadmiernie — nowotestamentowe obrazy, jak biały tron w Niebie, jaspis, tęcza, kryształowe morze i podobne opisy miejsca zamieszkania Boga, z jednej strony; z drugiej zaś lubią się cofać do Starego Testamentu i znajdować pobożność w tych majestatycznych i znaczących objawieniach Boga udzielonych w starym prawie. Lecz żadnego miłosnego nalegania na Betlejem czy Nazaret, lub na Naszą Panią, nie ma prawie wcale. I jest to jeszcze bardziej prawdziwe w odniesieniu do Świętej Męki. Wśród płynnych teologów anglikanizmu, jak i wśród żarliwych przedstawicieli nonkonformizmu, panuje to, co można nazwać prawdziwą odrazą do opowieści o krwawym pocie, biczowaniu, ukoronowaniu cierniem i ukrzyżowaniu. Nie czują potrzeby tego aspektu życia Pana naszego. Jego cierpienia, a szczególnie ich długość i dotkliwość, są dla nich kamieniem obrazy — trzeba je wytłumaczyć. Kazanie na Górze rozumieją lub myślą, że rozumieją. Trzy godziny na Krzyżu — wydają się im błędem, klęską — które należy przemilczeć. Wyjaśnienie nie jest trudne. Nie są wyraźnie przekonani, że Osoba, która leży w żłobie, która słucha Maryi i Józefa i która jest przybita do Krzyża, jest prawdziwym i żywym Bogiem Samym — który w swej wszechwiedzy wybrał tę drogę, by przyciągnąć nasze serca, i który, jako Pan i Mistrz naszych serc, ma prerogatywę żądania, aby wszystkie okoliczności Jego ludzkiej drogi — wielkie i drobne czyny, czyny pełne godności i czyny uniżenia, Jego słowa jedno po drugim, Jego tajemnicze cierpienie, cios po ciosie — każdy zapisany rys owego cudownego objawienia był badany i rozważany i rozważany na nowo, aby prawidłowo odczytać Jego Najświętsze Serce, aby dojść do Jego poznania, aby przyjąć światło ze źródła światła i aby podnieść i wprawić w wezbranie i przepływ w tych naszych sercach ów błogosławiony nurt — nurt nadprzyrodzonej modlitwy — bez którego dusze wszystkich ludzi są jak Morze Martwe.
Pokrewny temu zgubniemu błędowi — błędowi, który, jak większość błędów, w jednych kierunkach się pogłębia, a w innych upłyca — jest ten, który ośmiela się dostrzegać w słowach i czynach Jezusa Chrystusa niewiedzę i słabość; który udaje, że dostrzega postęp w tym, co współczesne słownictwo nazywa Jego „poglądami"; który wytyka i krytykuje „błędy"; i który udaje, że „idealizuje" Chrystusa — pomijając lub nawet odrzucając fakty Ewangelii, przy czym pozoruje konstruowanie ideałów umysłowych, do których powinność dostosować się. Stąd krok nie jest długi do całkowitego zaprzeczenia historycznemu Chrystusowi. I właśnie to zaprzeczenie znajdujemy wszędzie wokół nas, nawet wśród tych, którzy za zgodą swych współrodaków są dobrymi, sprawiedliwymi i religijnymi ludźmi. Opublikowano niedawno żywot pewnego wielkiego głowy kolegium w Oksfordzie. Jego biografowie stosują doń pochwałę Platona pod adresem Sokratesa, „że spośród wszystkich ludzi jego czasów, których znali, był najmędrszy, najsprawiedliwszy i najlepszy". Oto co ów dobry i mądry mąż mówi o Jezusie Chrystusie: *„Czy możliwe jest odczuwanie osobistego przywiązania do Chrystusa, takiego jak zaleca Tomasz à Kempis? Myślę, że jest to niemożliwe i sprzeczne z ludzką naturą, abyśmy mogli skupić myśli na osobie, która żyła przed osiemnastoma wiekami. Mogłoby jednak istnieć takie namiętne pragnienie i tęsknota za dobrem i prawdą. Chrystus osobowy mógłby stać się Chrystusem idealnym. Czy możliwe byłoby połączenie w podręczniku pobożności religijnej gorliwości z doskonałym zdrowym rozsądkiem i znajomością świata?"*
To fragment, do którego komentarz byłby zbędny — tak doskonale łączy on przyzwoitą cześć i gruntowne przywiązanie do świata bardzo licznej szkoły chrześcijan niekatolickiej. Lecz odwróćmy się ku książce, do której się odwołuje — ku *Naśladowaniu Chrystusa*. Czytamy tam te słowa: *„O Panie Jezu! Ty jesteś wszystkimi bogactwami moimi i wszystko, co mam, z Ciebie mam. Lecz kimże jestem, o Panie, że tak ośmielam się do Ciebie mówić?... Wspomnij na miłosierdzie Swoje i napełnij serce moje rozlicznymi łaskami Swoimi... Nie odwracaj oblicza Swego ode mnie; nie odkładaj nawiedzania mnie; nie odejmuj mi pocieszeń Swoich. Naucz mnie, o Panie, czynić wolę Twoją."* I znowu: *„Ze wszystkich, którzy są tobie miłi i drodzy, niech Pan Jezus będzie ci najmilszy i najdroższy."*
Ci dwaj mężowie żyli w różnych światach. Jeden wierzył we Wcielenie; drugi był pozbawiony pierwotnego pojęcia tego, co nadaje chrześcijaństwu jego istotny charakter.
Nie mogę się powstrzymać od myśli, że nawet katolicy w tym kraju potrzebują wyraźnego ostrzeżenia, iż z powodu powszechności nieświadomości i błędu w kwestii Wcielenia ich własna pobożność jest w niebezpieczeństwie. Mówi się nam, że gdy lody obszarów polarnych kruszą się i płyną w masach i górach lodowych na nasze morza, temperatura naszych wybrzeży wychładza się i opada. Są książki — książki „pobożnościowe" i „żywoty" Chrystusa, pisane przez niekatolików — o których powiem tylko tyle, że są splamione niedowiarstwem. Książki te można niezbyt rzadko znaleźć w katolickich domach. Czy można się dziwić, że temperatura naszej pobożności opada? Bracia moi, niech nikt nie będzie zbyt pewny siebie. Pobożność ma wiele wspólnego, jak powiedziałem, z uczuciem i wzruszeniem. Bóg w ciele miał pobudzać nasze ciepło, naszą pobożność, nasz zapał, naszą wyobraźnię i wszystkie potężne władze postrzegania i energii owego żyznego pogranicza, które leży w człowieku między czystą inteligencją a zwykłą zwierzęcością. Każdy, kto inaczej myśli o Chrystusie niż wierzy i naucza Kościół Katolicki, zadaje ranę chrześcijańskiej pobożności.
Nie mówię, że wśród katolików pobożność nie może być niekiedy błędna, fałszywa i przesadna. Głupia pobożność wynika z nieświadomości; rodzi dwa zła: krępuje i zaślepia swą własną ofiarę, tak że nie może ona należycie zbliżać się do Boga; i odpycha tych, którzy ją obserwują, od prawdziwej pobożności przez wstręt, który wzbudza.
Lekarstwo na fałszywą pobożność jest tym samym co lekarstwo na brak pobożności — mianowicie ścisłe i pełne nauczanie Kościoła o Wcieleniu. Zobaczcie, jak wielka centralna tajemnica zawładnęła sercem katolickim, w miarę jak wieki następowały po sobie! *„Mądrość zbudowała sobie dom; wyciąwszy siedem słupów; zabiła swoje ofiary, namieszała wina swojego i zastawiła stół swój; wysłała służące swoje zapraszać na wieżę i na mury miejskie."* Jest to opis systemu pobożnościowego Kościoła Katolickiego — wielkiej świątyni, zbudowanej przez mądrość, otwierającej swe bramy dla wszystkich ubogich i głodnych dusz rodzaju ludzkiego. Z Wcielenia wywodzą się Sakramenty — przedłużające w świecie suwerenną moc Tego, który kładł dłonie na trapionych i uzdrawiał ich ciała i dusze. Z Wcielenia pochodzi, przede wszystkim, święta tajemnica Eucharystii — sam Jezus, pod koniecznymi zasłonami, lecz nie mniej dlatego dostojny Przedmiot uwielbienia i wciąż odnawiającej się miłości; dla którego buduje się kościoły, wznosi ołtarze i przyozdabia sanktuaria. Z Wcielenia pochodzi owa umiłowana pobożność do Najświętszego Serca, która oczyszcza z grzechów tyle serc i wzmacnia tak wielu do oddania serc Bogu; pobożność, co do której były w Kościele spory i trudności, lecz która dobrze ilustruje to, co tu zostało powiedziane — że wiara jest przewodnikiem dla dążeń pobożności i że jesteśmy bezpieczni, idąc za wskazaniami Kościoła, czy zatwierdza, czy zakazuje. Z Wcielenia pochodzi prerogatywa i urząd Maryi Najświętszej; Maryi, której prawdziwe macierzyństwo jest prawdą, która strzeże Wcielenia, jak mury i obwałowania chronią twierdzę; Maryi, która tak odtwarza, tłumaczy i objawia Jezusa, że dla każdego serca katolickiego jest ona jakby drugą księgą czterech Ewangelii. Wreszcie z Wcielenia wypływa nasza pobożność do aniołów i Świętych — trofeów i sług Boga-Człowieka — oraz ku i za świętymi duszami w Czyśćcu, które oczekują doskonałego spełnienia Jego dzieła. W ten sposób i w niezliczonych innych sposobach, pomocniczych wobec tych wielkich głównych rzek Raju, chrześcijańska pobożność rozlała się po całej ziemi, którą odkupienie Chrystusa miało sprawić, że zakwitnie jak róża. A chrześcijańska wiara i żywy głos nauczania zawsze rządziły jej radosnymi i żyznorodymi wodami.
Nie odesłałbym jednak was do Kanonów Soborów ani do tomów uczonych teologów, by dowiedzieć się, czym jest pobożność chrześcijańska. Jest droga krótsza i łatwiejsza. Idźcie do żywotów Świętych, i jak zaczęliśmy od świętego Filipa, tak nie możemy uczynić mniej niż zakończyć na nim. Nie ma żywotu wśród żywotów Świętych, który by tak w pełni przekonywał patrzącego, że widzi człowieka istniejącego w żywej obecności Jezusa Chrystusa. Święte Ewangelie, kościoły, Ofiara Mszy, kapłaństwo, Maryja Najświętsza, Święci, katakumby, widok grzeszników, na myśl o ich nieśmiertelnych duszach, piękno świętości, spokojne przejście przez długie i niezmordowane życie chrześcijańskie — szukajcie go gdzie chcecie, znajdźcie go gdzie możecie, jest zawsze i we wszystkim tak, jak gdyby widział swymi oczami Pana i Zbawiciela swego serca. Przypominam sobie dziesięć lat jego medytacji w katakumbach i owo nawiedzenie w Zielone Świątki, które rozszerzyło jego serce i rozwarło dosłownie jego żebra. Kogo tam znalazł? Kto go tak cudownie nawiedził? Wiecie, bracia moi. Przywołuję owe słowa: *„Nie mogę tyle znieść, o Panie, nie mogę tyle znieść!"* Kto go nakłaniał? Nie ma miejsca na wątpliwości. Czytam, jak wołał do swoich penitentów: *„Nie bójcie się, nie wahajcie się; nigdy nie możecie być za wielu."* Czyja to