HomiliaDB

John Cuthbert Hedley OSB · Światło życia

Dom modlitwy

Kazanie wygłoszone przy poświęceniu Kościoła Najświętszego Sakramentu w Boscombe, Bournemouth, 8 września 1896 r.

Gdy nie umiem się modlićGdy nie mam oparcia EucharystiaWcielenie
W skrócie. Kościół jako dom modlitwy jest miejscem eucharystycznej Obecności Chrystusa, która pokonuje rozproszenia i czyni modlitwę łatwą, trwałą i owocną. Bóg przez Wcielenie pozostaje wśród dzieci ludzkich w Najświętszym Sakramencie — Jego obecność przyciąga serca i odpowiada na najgłębszą tęsknotę ducha ludzkiego. Eucharystyczne tabernakulum jest centrum chrześcijańskiego kultu i źródłem przyciągania dusz ku Bogu.

„Modlitwa przed Najświętszym Sakramentem jest modlitwą zarazem najłatwiejszą i najowocniejszą.”

jakie miejsce wypełniał. Widzę go w utrapieniu, wpatrzonego w krucyfiks: „O dobry Jezu, czemu mnie nie słyszysz?" A fala pociechy, która zalewa jego duszę, objawia, Kto słyszy i Kto odpowiada. Kontempluję ów pogodny, jasny i ujmujący duch tak dla niego charakterystyczny i słyszę, jak mówi: „Kto szuka rozrywki z dala od Stwórcy albo pociechy poza Chrystusem, nigdy jej nie znajdzie." Widzę go leżącego na tym, co uważano za jego łoże śmierci — w istocie był to zaledwie tydzień przed owym 26 maja. Leży nieruchomo, oczy zamknięte, ledwo oddychając. Kardynał Boromeusz wchodzi do jego komnaty, niosąc Najświętszy Sakrament. Nagle oczy jego się otwierają, łzy płyną, a on woła głośno, z całą żarliwością, która była mu właściwa: „Oto miłość moja! Oto miłość moja! Oto jedyne dobro moje! Dajcie mi rychło, rychło moją miłość!" Nic dziwnego, że wszyscy obecni — Kardynał, Ojcowie i asystujący — byli tak przejęci, że ceremonia ledwo mogła się toczyć. Udzielono mu Komunii Świętej, a słyszano, jak mówi: „Teraz przyjąłem prawdziwego Lekarza mej duszy. Kto szuka czegokolwiek prócz Chrystusa, nie wie, czego szuka. Marność nad marnościami i wszystko marność." I potem zatonął w Bogu.

Niechaj święty Filip wstawia się za nami i wyjedna nam ducha prawdziwej, głębokiej i katolickiej pobożności; abyśmy mocno trzymali się nauki naszej świętej Wiary; abyśmy prawdziwie wierzyli w Jezusa Chrystusa i żyli w Jego miłującej Obecności; i aby każda myśl, każde słowo i wszystkie uczynki naszego życia stały się przez Jego słowo, Jego dotknięcie i Jego błogosławieństwo godne Boga, święte i Boskie!

*Kazanie wygłoszone przy poświęceniu Kościoła Najświętszego Sakramentu w Boscombe, Bournemouth, 8 września 1896 r.*

*„Dom mój jest domem modlitwy" (Mt 21,13).*

Pierwsza chwila użytkowania nowego kościoła jest uroczystością i wzruszeniem duchowym. Na tym miejscu jeszcze przed kilkoma miesiącami rosły sosny i żyły stworzenia Boże. Teraz ludzkie umysły i serca wypisały na nim swoje myśli i pragnienia. Wypisały je w kamieniu, jak czynili to ludzie od zarania dziejów; jak Egipt wznosił swe piramidy, a Grecja świątynie, Jakub swój Betel, a Hebrajczycy swą wielką świątynię; i jak chrześcijańskie wieki w swym długim biegu, z pokolenia na pokolenie, wznosiły owe najwspanialsze i najbardziej charakterystyczne spośród wszystkich chrześcijańskich budowli — kościoły wiary katolickiej. Wielkie myśli, głębokie pragnienia, brzemienne w treść nauki zostały wypisane w tych ciosanych, rzeźbionych i wznoszących się ku niebu pomnikach ludzkiej energii. Chciałbym myśleć, że nie było ani jednego poganina, ani Greka, ani Rzymianina, który by nie zamierzał — choćby mgliście i w nieświadomości — oddać czci jedynemu prawdziwemu Bogu przez budowle, które zwał Bożymi. Bo nasze kościoły chrześcijańskie — kościoły naszych ojców, kościoły naszych braci w innych krajach, kościoły dnia dzisiejszego, w którym żyjemy — zawsze oznaczały jedno. Były i są świadectwem jednego z najpotężniejszych wysiłków ludzkich — może najpotężniejszego ze wszystkich — zmierzających do zasypania przepaści między duchem ludzkim a jego Stwórcą i Ostatecznym Celem. W pewnym sensie nie ma żadnej odległości między człowiekiem a Bogiem, „bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy". Lecz dla istot duchowych odległość jest niewiedzą, odległość jest odwróceniem. Nie znać Boga, nie mieć Go w sercu, nie wyciągać ku Niemu pragnień — to znaczy być od Niego dalekim. Czymże jest cała religia, jeśli nie wysiłkiem oddawania czci, miłowania, służenia — przybliżenia Boga do zasięgu ludzkich władz i pobudzenia tych władz do działania? Aby nam w tym pomóc, Bóg sprawił Wcielenie; a Jezus Chrystus jest wielkim objawieniem Boga i wielką siłą, która nas ku Niemu przyciąga. Aby trwać blisko Chrystusa, człowiek — spośród innych wiernych i oddanych dzieł — buduje kościoły. Kościół jest bowiem miejscem obecności Chrystusa. Gdy On Sam był na tej ziemi, nie potrzebował ani dachu, ani ścian. Nauczał i działał — raz w synagogach albo w wielkich krużgankach Świątyni, częściej zaś pod otwartym niebem, stojąc nad jeziorem lub siedząc na zboczu góry. Lecz teraz jest inaczej, gdy wstąpił po prawicy Bożej. Nieomylne słowo, święte Sakramenty, eucharystyczna obecność i ofiara — te rzeczy, które zostawił nam na zastępstwo Swojej cielesnej i zmysłowej nieobecności, nie mogą być sprawowane inaczej jak tylko w kościele. Mówię tu, jak łatwo zrozumieć, o ogólnej zasadzie. Wszyscy katolicy wiedzą, że drogocenne skarby naszej świętej religii mogą być, w razie potrzeby, udzielane w każdym miejscu i o każdej porze. Lecz ziemskie królestwo Boże jest królestwem pełnym ładu i dostojeństwa, i aż do skończenia czasu będzie pełniło swą wieloraką misję wobec niezliczonej trzody w pełnym blasku jawności. Dlatego buduje kościoły, aby głosić swą moc, żywić i prowadzić swój lud oraz przyciągać go do Boga, dla Którego jest stworzony.

Spośród wszystkich słów wymyślonych dla opisania wzajemnego obcowania kruchych i śmiertelnych stworzeń z Bogiem, nie ma żadnego bardziej wymownego niż modlitwa. Dlatego też Kościół musi być przede wszystkim „domem modlitwy". Nawet gdyby Jezus Chrystus nie użył i nie uświęcił tego wyrażenia, samo by się ono narzuciło ludzkiej świadomości i zajęło swoje miejsce w ludzkim języku. Bo cokolwiek kościół może zamknąć w swych murach i przykryć swym dachem, jeśli nie unosi serc ku Bogu, nie może być kościołem. Wśród tych, którzy myślą błędnie w sprawach religii, często spotyka się skłonność do mówienia z pogardą o kościołach — i do twierdzenia, że kościół symbolizuje coś wręcz przeciwnego temu, co oni nazywają religią duchową. Religia bowiem, powiadają, jest sprawą serca wobec Boga; kościół zaś oznacza posługi, ceremonie i formy. I nawet ci spośród naszych rodaków, którzy wiedzą nieco więcej o tym, czym kościół jest — gdyż posiadają i użytkują jedne z najwspanialszych i najpiękniejszych kościołów na świecie — przyzwyczajeni są, w większości, pomijać milczeniem główne cele, dla których owe kościoły zostały pierwotnie zbudowane, i przeciwstawiać swoje chłodne i przyzwoite metody kultu temu, co opisują jako nasz entuzjazm i nasze zabobony. Chciałbym przekonać ich wszystkich, że w żadnym miejscu na całej ziemi prawdziwa duchowa modlitwa nie jest zanoszona z taką pewnością, łatwością i stałością, jak w kościele, w którym cała wiara chrześcijańska jest należycie wyznawana i praktykowana. Łatwo wyjaśnić, co mamy na myśli.

Używam słowa „modlitwa" w szerokim znaczeniu. Bywa ono niekiedy zawężane do wyrażenia owego porywu istoty rozumnej, który skłania ją do proszenia i błagania. Prosić musimy i błagać musimy. Lecz działanie władz ludzkich skierowane ku Bogu jest czymś więcej niż zwykłym proszeniem. Modlitwa obejmuje uwielbienie, miłość, chwałę, dziękczynienie i żal za grzechy. We wszystkich tych i innych sposobach serce człowieka unosi się ku niebu.

Modlitwa, pojmowana tak w swym najszerszym znaczeniu, jest z jednej strony człowiekowi naturalna, z drugiej — trudna, a z trzeciej — niemożliwa bez nadprzyrodzonej łaski Chrystusa.

Jakże miałoby nie być modlitwa naturalna? Mamy przed oczyma Boga żywego. Myśl mniejsza niż ta skłoniłaby głowę stworzenia i wyciągnęłaby jego serce. Myśl o bogach mniejszych niż Bóg żywy — o bogach fałszywie tak zwanych, a przecież przez tradycję lub wyobraźnię odzianych w przymioty, które zdawały się Boskie — wystarczyła, by rozpalić ognie ofiar, wzbudzić wołanie i błaganie w szerokim świecie przez całe wieki. A teraz, gdy jaśniejsza atmosfera chrześcijańskiego nauczania ułatwiła umysłowi człowieka dostrzeżenie tego, do czego jego własne dążenia zawsze miały moc go doprowadzić — mam na myśli istnienie prawdziwego i żywego Boga — słabi, bezsilni, krótkotrwali ludzie zwracają się ku Temu, Którego uznają za swego Ojca i Przyjaciela, nie tylko naturalnie, lecz silnie i nieustannie. Jeśli jest jakaś trwałość w tym szybko przemijającym świecie, musi być w Nim. Jeśli jest jakaś ochrona przed przypadkami żywiołowych walk i brutalnej przemocy, musi pochodzić od Niego. Jeśli w sercu jest jakieś światło, które oświeca materię i jej ślepe prawa promieniami prawdy, sprawiedliwości i dobroci, światło to musi płynąć wprost od Niego. Większe i wzniosłe cechy wszechświata objawiają Go. Dusza potrzebuje Go i woła za Nim. Wewnętrzna walka między nieuchronną śmiercią a świadomością niezniszczalnego życia nie może mieć innego rozwiązania, rozumowo biorąc, jak tylko pewność, że Odkupiciel żyje — potężny Pan, w którego dłoniach są klucze śmierci i całego świata podziemnego. Krzyk cierpienia musi być bez Niego nie lepszy niż wycie czy skomlenie zwierzęcia. Popędy uczuć, radości ofiary, ów święty i czysty zachwyt stawiania oporu i poskramiania tego, co niskie i godne pogardy w tej naszej naturze — jeśli serce nie może wziąć Boga za powiernika, czymże są, jeśli nie oraniem piasków, waleniem w powietrze? Bóg żywy nadaje sens życiu ludzkiemu, cel — ludzkiej wytrwałości, ulgę — ludzkim lękom, nasycenie — ludzkim pragnieniom; dlatego serce człowieka unosi się ku Niemu naturalnie. Jest wiele ciemnych plam w naszej nowoczesnej cywilizacji. Są dziesiątki tysięcy ludzi stłoczonych w naszych miastach i wielkich osadach, na których ubóstwo, nędza i nierząd sprowadzili takie spustoszenie, że zdają się już nie żywić żadnego szacunku ani czci dla księcia czy kapłana, dla prawa czy religii, dla Boga czy człowieka. A jednak jest to uderzający fakt, że nawet wśród najgorszych idea Boga nie jest wcale obca; bo gdy smutek, zasłużona kara lub postrachy życia i śmierci naprawdę dotykają ich zatwardziałych serc, to o Bogu mówią i bardzo często do Boga się zwracają. Nie biedni ani niewykształceni toczą wojnę z Bogiem, lecz półwykształceni i ci, którzy nadęci są próżnością wyróżniania się spośród swoich bliźnich. Jak zboże powalono przez burzę, władze ludzkie zawsze próbują, gdy wiatr i deszcz ustaną, a słońce wiary przez chwilę zaświeci, podnieść się znowu i stanąć wyprostowane w świetle i powietrzu Bożym.

Przy tym wszystkim nie można zaprzeczyć, że modlitwa jest trudna. Dla natury ludzkiej modlitwa taka, jaka być powinna — należyta, gorąca, wytrwała — jest daleka od łatwości. Nie dlatego, że modlenie się do Boga jest wbrew naturze czy bolesne. Nie dlatego, że trzeba opanować jakąś naukę lub nauczyć się obcego języka, zanim stanie się twarzą w twarz z Nim. Raczej dlatego, że człowiek znajduje tak wiele innych rzeczy do robienia. Świat jest tak rozległy, tak różnorodny i tak pociągający; władze i zdolności, które mogą go pojąć i cieszyć się nim, są tak bystre i tak liczne; a ludzka natura, nieskończona choć może być w swoich możliwościach, jest przecież tak płytkim naczyniem na wino silnej woli lub uczucia, tak niezdolna do przyjęcia więcej niż jednego pochłaniającego zainteresowania na raz — że Bóg zostaje zepchnięty w mgłę oddalenia i potrzeba wysiłku, by nie zapomnieć o Nim w zgiełku i natłoku rzeczy, które stworzył. Jest tak, jakby nasze religijne dążenia były jak gwiazdy, które gasną wobec nadchodzącego gorącego i krzykliwego słońca. Trwają one cały czas na swoich wartach w wiecznym firmamencie; lecz ich światło jest bezsilne, bo gwałtowniejszy i silniejszy wpływ wypełnia przestrzenie powietrza; i nawet pełnia księżyca bywa niekiedy widoczna jako blada i słaba plama na porannym niebie, gdy przemożne słońce jest jeszcze poniżej wschodnich wzgórz. Albowiem — niestety! — Bóg nie jest naszym słońcem tu na dole. Nie nastał jeszcze dzień nowej Jeruzalem. Nasze śmiertelne ciało jest tak zbudowane, że rzeczy ziemskie grzeją je bardziej niż Bóg; nasze śmiertelne oczy są tak ukształtowane, że niższe i bardziej posępne światło, które rzucają rzeczy przemijające, jest dla nich jaśniejsze niż dalekie lśnienie Wieczności. Takimi jesteśmy. I tak modlitwa jest trudna. Trudna nie tyle dla prostych, cierpiących, starych i opuszczonych. Dla nich urok otaczających rzeczy w znacznej mierze przeminął. Nie tak ciężko jest tym modlić się w nocy i we dnie, chyba że świat utwardził ich w samolubstwie i zepsuciu; chyba że powódź ludzkich spraw nawet przy odpływie zostawiła za sobą gruzy i zarazę. Trudno jest młodym, w których sercach tańczy nadzieja, wytrwać w modlitwie; trudno jest wygodnym i zadowolonym — tym, którzy strasznie są kontent ze swojego ziemskiego losu, tym, którzy mają „pokój w posiadłościach swoich", — aby zwrócili się ku Temu, ku Któremu serce ich jest zimne; trudno jest zajętym, prosperującym, beztroskim i zapaśnikom, którzy nie mają czasu na uwielbienie i chwałę; trudno jest lekkomyślnym, beztroski i małym, łatwo pochłoniętym umysłom, które nie mogą zmusić się do stawienia czoła ideom sądu i wieczności, niezbędnym do utrzymania chwiejnego serca w stałości jego obcowania z Ojcem Niebieskim.

Tak tedy nie jest dziwne, że modlitwa jest niemożliwa bez łaski Bożej. Mówię o modlitwie bardziej ciągłej i gorącej. Prawda, że nawet najkrótszy i najbiedniejszy akt chrześcijańskiej modlitwy jest dziełem łaski. Lecz jest to, jak to nazwijmy, łaska pospolita i powszechna, która jest niezmiennie dawana wszystkim; bo skoro Bóg pragnie, by wszyscy byli zbawieni, łaska modlitwy musi być i jest dostępna dla każdego. Tutaj jednak mówię raczej o modlitwie jako o przewodnim zajęciu życia i władz; o modlitwie podtrzymywanej z dnia na dzień; o miłującym uwielbieniu, o gorliwym ofiarowaniu siebie samego, o wdzięcznym dziękowaniu, o nawykłym wzywaniu pomocy przeciw pokusom i niebezpieczeństwom, o nieustannym żalu za grzechy — jednym słowem, o tym przenikającym wszystko obcowaniu z naszym Boskim Panem, Ojcem i Przyjacielem, które jest jedynym ideałem godnym wysiłków nieśmiertelnej duszy. Do tego celu potrzebne są wielkie i szczególne łaski. Mówię o tym jednak nie po to, by taka modlitwa wydawała się trudniejsza albo taka łaska zbyt odległym darem, na który ty lub ja moglibyśmy liczyć. Łaska jest przejawem miłości naszego Ojca Niebieskiego przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego. Jest pewne, że tak bardzo pragnie On wlać ją w nasze serca, iż wymaga od nas bardzo niewiele — nas, Swoich dzieci, które tak prawdziwie miłuje. Nie może być zatem żadnej rzeczywistej trudności ze strony łaski. Wspominam jednak o potrzebie łaski po to, abyśmy poczuli i w pełni pojęli, jak wielką, jak wzniosłą, jak Boską rzeczą jest chrześcijańska modlitwa w jej właściwym znaczeniu. Na zachodnim kontynencie stoją wielkie drzewa, które napełniają nas zdumiem. Jaka to ziemia je żywi, jakie słońce i deszcze sprawiają, że kwitną i rosną tak potężnie! Lecz czym są wszystkie drzewa wszystkich lasów — wszystkie kwiaty każdego klimatu — całe życie, ruch, zmienne koleje i piękno powierzchni ziemi — wobec aktu lub wytworu, wzrostu lub kwiatu nieśmiertelnego ducha, który przez łaskę wyciąga ku swemu Stwórcy i który się zwie modlitwą! Boski w swym początku, wznoszący się ku najwyższym niebiesiom, przenikający niedostępne światło najwyższego majestatu Bożego, niezmienny, wieczny! Nie trzeba, by aniołowie gromadzili go w złotych czaszach i ofiarowali jak drogocenny kadzidlany zapach Najwyższemu. Lecz aniołowie czynią to właśnie — bo ich powołaniem jest służba, a nic tak drogocennego wszechświat nie posłał dotąd ku niebiesiom jak chrześcijańska modlitwa. Bo nawet ofiara Wcielonego była zebrana w modlitwie — w akcie Serca Przenajświętszego — i w tej modlitwie wszelka chrześcijańska modlitwa otrzymała swoje poświęcenie.

Nie nadaremnie do tego najwznioślejszego ćwiczenia ducha ludzkiego przypisany jest „dom" — domowe miejsce. Nie nadaremnie trzej Ewangeliści przytaczają owe uderzające słowa, daleko znaczniejsze niż na pierwszy rzut oka się zdają, którymi Pan nasz cztery dni przed swoją Męką skarcił zbezcześcicieli Świątyni Jerozolimskiej. Zauważyć należy, że mówi On jako ktoś przytaczający dawne Pisma: „Napisano: Dom mój domem modlitwy będzie nazwany dla wszystkich narodów." Słowa te znajdują się w proroctwie Izajasza. Jest to urywek, który wyraźnie przepowiada zgromadzenie pogan i ustanowienie ziemskiego królestwa daleko wspanialszego niż królestwo Izraela. Bo tak mówi Pan: „Cudzoziemcy, którzy przyłączają się do Pana, aby Mu służyć i miłować Jego Imię, aby być Jego sługami... Ich wprowadzę na moją Górę Świętą i ucieszę ich w moim domu modlitwy, i przyjmę dary ofiarne ich na moim ołtarzu; bo mój dom będzie nazwany domem modlitwy dla wszystkich narodów." Słowa te, jak owe wielkie proroctwo Malachiasza, albo do dziś dnia są niespełnione, albo wypełniają się w Kościele chrześcijańskim, chrześcijańskim ołtarzu i chrześcijańskiej ofierze. A gdy Pan nasz i Zbawiciel wypowiedział ową naganę kupcom i sprzedawcom, ujrzał w przyszłości coś większego niż Świątynia; ujrzał swój wielki Kościół — nie zwykłą budowlę z kamienia i drewna cedrowego, wzniesioną na wzgórzu pośród wzgórz judzkich, lecz kościoły wielkie i małe po całym świecie, kościoły wznoszone i kościoły popadające w ruinę, kościoły mnożące się i następujące po sobie wszędzie tam, gdzie rozszerzało się dziedzictwo apostolskie — a każdy z nich będący ucieleśnionym objawieniem jednego, jedynego, powszechnego Kościoła, żyjącego i działającego swymi niewyczerpanymi cudami z Jego własnego posłannictwa i mocy.

Nie trzeba tłumaczyć żadnemu wierzącemu katolikowi, dlaczego kościół — i ten kościół pośród innych — jest prawdziwie domem modlitwy. Te mury są nowe, ten dach świeżo wzniesiony. Nie ma na tych kamieniach konsekracji historii, tradycji ani romansu, które przyciągają pielgrzyma do innych miejsc, by dumał i rozmyślał nad przeszłością. Dla czysto ludzkiej wyobraźni morze, które przez wieki falowało i biło o to wybrzeże, klify tak pełne historii, sosnowe lasy tak pełne wdzięku i powagi — są bardziej przejmujące niż ta nowa budowla wśród nowych budynków. A jednak nie ma wierzącego, nie ma myślącego serca, które by weszło przez te drzwi w tym pierwszym dniu jej użytkowania, a nie czułoby — jak ów patriarcha dawnych czasów — że miejsce to pełne jest grozy i jest zaiste bramą lub przedsionkiem królestwa ledwo ukrytego z oczu, które można jedynie nazwać niebem na ziemi.

Wystarczyłoby, gdyby Bóg jedynie zechciał, abyśmy oddawali Mu cześć wspólnie i w jednym miejscu. Gdyby był tak tylko zarządził, nie potrzebowalibyśmy Jego objawienia, by wiedzieć, że gdzie dwaj lub trzej są zgromadzeni w Jego imię, tam jest On pośród nich. Prawda bowiem, że jest wszędzie i że wołanie duszy ludzkiej może do Niego dotrzeć, gdziekolwiek jest wypowiedziane; jednak On wielekroć wybierał to lub owo miejsce — i zwał je świętym miejscem swego wyboru, i obiecywał, że tam będą Jego oczy i Jego serce. I dla dobra natury ludzkiej poświęcił tak to uprzywilejowane miejsce — aby nas pewniej przyciągnąć; bo zna naszą kruchość.

Kościół byłby też przejmujący choćby tylko ze względu na widok modlitwy wspólnej. Mamy tu publiczne uznanie Boga żywego; mamy wyznanie tych, którzy się tu gromadzą, że Boga i religię stawiają ponad wszystko inne w świecie, w którym żyją. Mamy wierność polegającą na wyznawaniu, że służba Bogu nie ma być kryta za drzwiami i murami, lecz sprawowana jawnie ze wszystkimi władzami, jakie posiadamy. Tu każdy okazuje swoją wiarę każdemu innemu i każdy wzywa każdego, by z kolei swoją wiarę okazał. A taka jest natura naszego istnienia, że ten przykład, ta jedność, ta żarliwość, to wielokrotne wyznanie zwierzchnictwa naszego Ojca Niebieskiego rozniecają siedmiokrotnie płomień naszej własnej pobożności i tak unoszą nas bliżej Jego miłości.

Byłoby tak wszystko prawdą, gdyby nasze kościoły były jedynie salami zebrań, pod warunkiem, że zbieralibyśmy się w posłuszeństwie i miłości Bożej. Nasze kościoły są czymś o wiele więcej. Są miejscami szczególnej obecności Odkupiciela świata. Są przestrzenią, gdzie rozlega się Jego słowo i odczuwa Jego dotknięcie.

Prerogatywa nieomylnego nauczania oznacza, że Ten, Który przemawia, jest Chrystusem i nikim innym. Nie chodzi o to, że kapłan, który staje na tym miejscu, by głosić, jest nieomylny. Lecz ma za sobą nieomylność. Jeśli naucza czegoś błędnego w poważnej kwestii dotyczącej wiary lub moralności, z pewnością zostanie poprawiony przez wielki nauczający Kościół, który nie może błądzić i który w taki czy inny sposób niezawodnie sprawi, że jego głos dotrze do niego. A posługiwanie świętymi Sakramentami jest równie prawdziwie dotyknięciem Chrystusa. Kruchy człowiek jako taki, kapłan — przy zachowaniu pewnych warunków — może przekazywać nie cielesne uzdrowienie, lecz nadprzyrodzoną łaskę uświęcającą lub umacniającą. Byłoby śmieszne twierdzić, że to przekazanie pochodzi od niego. Skąd zatem pochodzi? Gdy rozważamy, że w Sakramentach wypełnia się przede wszystkim owa obietnica Pana naszego, że pokrzepi tych, którzy się trudząc i są obciążeni, łatwo zrozumieć, jak dla katolika żadne miejsce Ziemi Świętej, żadna scena Męki, nie może być bardziej przejmująca niż prawdziwy kościół Kościoła Katolickiego — główna scena na ziemi owej niezrównanej dyspensy sakramentalnej, bez której chrześcijaństwo nie jest chrześcijaństwem Chrystusa.

Lecz najwyższym darem, którym miłość naszego Ojca Niebieskiego wzbogaciła i uświęciła kościoły królestwa Jego Syna, jest obecność w nich Najświętszego Sakramentu. Wydaje mi się, że prawie nie moglibyśmy się nie spodziewać, że w kościołach nowego i wielkiego przymierza będzie jakaś widzialna obecność Bóstwa. Temu, kto studiuje Pisma, zdawałoby się, że Bóg zawsze pragnął unieść rąbek zasłony, która musiała kryć Jego chwałę przed śmiertelnymi oczami. W Raju była przedziwna Obecność i mowa. W czasach patriarchów czytamy, że Bóg zstępował; czytamy o tęczy, o ogniu całopalnym, o głosie, o nawiedzeniu. Potem jest obłok; słup ognia; nieustanne odwiedziny tego, kogo zowie się Aniołem Pańskim; a następnie widzimy trwały znak w Świątyni zwany „chwałą Pańską". Wcielenie — obecność wśród ludzi Słowa, które stało się ciałem — było jednocześnie najmocniejszym dowodem pragnienia Boga, by się objawić, i najpotężniejszym spełnieniem tej miłującej woli. Z wielu powodów ta cielesna i zmysłowa Obecność nie mogła być wieczna na ziemi. Jakiż zabieg znalazłaby zatem miłość naszego wielkiego i najlepszego Przyjaciela, by być namacalnie i silnie obecną aż do końca? Odpowiedź została dana, gdy rzekł: „To jest Ciało moje — to jest Krew moja. Czyńcie to na moją pamiątkę."

Nie przeczę, że Jego eucharystyczna obecność wymaga aktu wiary. Pewne jest, że Najświętszy Sakrament jest tak tajemniczy, tak prawdziwą zasłoną i ukryciem nie tylko Bóstwa, lecz także człowieczeństwa naszego Błogosławionego Odkupiciela, że bez wiary — bez pouczenia w doktrynie chrześcijańskiej, dziecięcego posłuszeństwa słowu Chrystusa i Jego nauczycielskiego ciała, i nadprzyrodzonej pomocy Ducha Świętego — eucharystyczna obecność musi być dla świata tak martwa jak blaski wschodu słońca dla ślepca. Lecz twierdzenie, że Najświętszy Sakrament potrzebuje wiary, by działać na władze ludzkiej natury, w najmniejszym stopniu nie umniejsza jego mocy ani nie osłabia jego skuteczności. Wiara nie jest ślepotą, jak niektórzy zdają się sądzić. Prawda, że wiara nie dodaje ostrości oku ani uchu; lecz chwyta za inne władze równie potężne w czynieniu rzeczy realnych i obecnych, i daje im intensywność i zdolność zatrzymywania, która nie ma odpowiednika w sprawach cielesnych. Przez wiarę duchowa obecność staje się dla ludzi niekiedy daleko bardziej przytłaczającą obecnością niż same rzeczy otaczające, które można widzieć i dotykać. I jak często zdarza się, że rzeczy zmysłowe trwieją i stają się nieprzejmujące przez przyzwyczajenie lub powtarzanie, podczas gdy rzeczy niewidzialnego świata są przez nadprzyrodzoną wiarę zachowane zawsze świeże i żywe! W świętej Eucharystii mamy tedy Boską wiarę. Jest to jednak wiara w połączeniu z widzialną dyspensą — połączenie najbardziej zadziwiające i uderzające, jakie można sobie wyobrazić.

Najświętszy Sakrament został bowiem Kościołowi pozostawiony na sposób ofiary. Ofiara jest wielkim religijnym czynem ludzkości. Wszystkie pokolenia świata składały ofiary. Odkupiciel nasz odkupił świat, wypełniając — jako Arcykapłan — ofiarę z samego siebie. Kościół Chrześcijański odziedziczył po Nim Jego własną nieustannie odnawianą cielesną obecność, która ma być dla wszystkich pokoleń wielką codzienną ofiarą. Nie trzeba mówić, że jest to ta sama ofiara co ofiara Kalwarii. Lecz trwa ona aż do końca czasu, po całym świecie, od wschodu do zachodu słońca — wielki akt, wielkie uwielbienie, wielkie zgromadzenie ludu Chrystusowego. O błogosławiona Obecności, nie zamknięta w odległych pustkowiach świata — nie zakuta na zamki ani strzeżona przez żołnierzy pośród milionów chrześcijan — lecz wystawiona, używana, uwielbiana, podnoszona, wznoszona każdego dnia, w każdym miejscu, aby nikt nie był obcy i nikt nie zapomniał!

Rozważmy ponadto, co eucharystyczna Ofiara oznacza. Implikuje ona obecność mniej lub bardziej ciągłą. W niektórych epokach ery chrześcijańskiej ta obecność w naszych kościołach była zwykle mniej stała niż w czasach nowożytnych. Istnieją liczne racje tego i podobnych zmian. Lecz nawet gdyby to było tylko podczas sprawowania Mszy — nawet gdyby to było tylko podczas udzielania Komunii — mamy obecność trwającą dostatecznie długo, by dostarczyć sposobności dla pochłaniającej i arcyprzejmującej ceremonii, dla publicznej i wspaniałej celebracji. Nazwa tego obrzędu, który z eucharystycznej obecności wynika, to święta liturgia. Liturgia jest dla Najświętszego Sakramentu tym, czym dla królów i cesarzy ziemi jest ich dwór, ich okazałość, ich heroldowie i urzędnicy.

Obecność Jezusa wśród ludzi jest ponadto uwidaczniana i podkreślana przez ustanowienie Komunii Świętej. Jest nam ona dawana w taki sposób, że uczestniczymy w Ciele Chrystusa, jak w dawnych ofiarach były cząstki przydzielane tym, którzy w nich uczestniczyli. Chrześcijański ołtarz pełni zatem podwójną rolę: jest ołtarzem ofiarnym i zarazem Świętym Stołem. A obecność ta oznacza ołtarz, dach pod którym ołtarz stoi i pod którym zbierają się wierni; oznacza kapłaństwo ze wszystkimi jego stopniami, uroczysty ryt, rozrzutne użycie rzeczy cennych i artystycznych, wielką literaturę oficjalnej modlitwy, śpiewu i muzyki — wszystko to, co zajmuje uwagę świata i pochłania władze ludzkie.

A przede wszystkim ta obecność skupia w nieustannych zgromadzeniach i pobożnych tłumach miliony tych, za których Chrystus umarł. Ofiaruje im centrum duchowych zainteresowań. Buduje dom i rozświetla go — i wędrowcy w nocy czasu są pocieszeni i zgromadzeni. O pewnej porze dnia, w określonym miejscu, w chwili gdy szafarz pochyla się nad ołtarzem i wypowiada stwórcze słowa swego Pana — następuje obecność i odnawia się Kalwaria. Wciąż i znów są podniesienia, triumfalne wystawienia, radosne procesje — wynikające z daru obecności i pobudzające rzesze do uznania, do pamięci o tylu łaskach. W miarę jak wieki upływają, są wielkie słowa, nieustannie rosnący skarbiec wypowiedzi Świętych i Papieży, doktorów i kaznodziejów. I dla każdej chrześcijańskiej duszy są nauki odebrane od dzieciństwa, wspomnienia pierwszej Komunii, wielu komunii, zawsze pogłębiające się poczucie bliskości, pomocy i pociechy.

Nie dziw tedy, że kościół posiadający tak wielką i majestatyczną obecność jest przede wszystkim domem modlitwy. Modlitwa przed Najświętszym Sakramentem jest modlitwą zarazem najłatwiejszą i najowocniejszą. Przed tabernakulum świat zostaje wyłączony, rozproszenia świata uciszone. Przed tabernakulum umysł wspomina, wyobraźnia napełnia się świętymi obrazami, same zmysły zostają dotknięte i wola bez przeszkody wznosi się ku uwielbieniu i ofiarowaniu siebie. Jest to wybrana tajemnica i dyspensa Pana naszego. Jeśli jest tam, dlaczego jest tam? Z pewnością po to, by słyszeć i słuchać; by chwytać serca; by pokonywać swoich nieprzyjaciół; by udzielać się w miłości i królewskich darach swoim stworzeniom. Jeśli zbawił nas przez Betlejem, przez Nazaret, przez Kalwarię, i jeśli niebiańskie wpływy docierają do serca żyjącego w obecności żłóbka, świętego domu i Krzyża — gdzie jest prawdopodobne, że duch znajdzie się bliżej Jezusa w Jego życiu, Męce i śmierci, niż tu, gdzie przebywa On w prawdziwej rzeczywistości, na mocy Swego własnego nakazu: „Czyńcie to na moją pamiątkę"? Gdzie — językiem, którego używał niegdyś — gdzie będą Jego oczy, jeśli nie tu? Gdzie będzie Jego Serce, jeśli nie tu?

Dziękujemy zatem dziś Bogu za kolejny dom modlitwy. I rozmyślając o naszych licznych potrzebach i pragnieniach — o własnych naszych brakach, próbach Kościoła, pracach jego pasterzy, o rzeszy wokół nas dotąd jeszcze stojącej z zewnątrz — bądźmy pewni, że to Najświętszy Sakrament może wszystkiego dokonać, jeśli chrześcijańscy wierzący będą go miłować i czcić nabożnie. Bo jest w naszych rękach. Gdy barbarzyński nieprzyjaciel napadł na Asyż, święta Klara zaniosła go aż pod mury i wróg został pokonany. Tak i my musimy go nieść. Nie wolno nam zostawiać go samego i nieodwiedzanego; musimy pamiętać, musimy uczynić jego dom drugim domem dla siebie, musimy pogłębiać naszą pobożność i oddać mu całe nasze życie przez cześć i miłość — a wtedy objawi się, jak wielki jest Bóg Izraela w swoim mieście, na swojej Górze Świętej.

I niechaj Przenajświętsza Dziewica Matka — nigdy nieobecna w macierzyńskiej trosce tam, gdzie jest Najświętszy Sakrament — Ona, której chwalebne Narodzenie dziś obchodzimy, pociągnie nas do kościoła i do tej Obecności, i wyjedna nam prawdziwego ducha modlitwy!

*Kazanie wygłoszone przy poświęceniu kościoła św. Marii w Liverpoolu, w czwartek 9 lipca 1885 r.*

*„Otworzę rzeki na wysokich górach i źródła wpośród równin; zasadzę na pustyni cedry i mirt, i oliwę" (Iz 41,18-19).*

Zgromadziliśmy się, aby chwalić Boga i dziękować Mu za pomyślne ukończenie i poświęcenie kościoła; za dom i świątynię ku Jego świętemu Imieniu; za ośrodek wiary i ojczyznę życia katolickiego dla Jego ludu. Gdy buduje się nowy kościół — i dotyczy to szczególnie krajów misyjnych i dzielnic takich jak ta w Liverpoolu — zwykle oznacza to nową trzodę i nową parafię; oznacza wzrost i rozszerzenie. Lecz ten kościół, jak nie muszę przypominać trzodzie Świętej Marii, jest zarazem nowy i stary. W dniach gdy Izrael wędrował przez pustynię, rozkładał każdej nocy wielki namiot będący Przybytkiem Pańskim, a zwijał go znowu rano. Każde nocne zatrzymanie przywodził ich na nowe obozowisko, do innego schronienia w skałach, do nowego ujścia wody, do świeżych trudności i niezwykłych warunków. Lecz gdy odpoczywali na pustyni, jaśniały nad nimi wciąż te same gwiazdy, które świeciły nad ich ojcem Jakubem; był zawsze Boski słup ognia jako ich znak i przewodnik.

Tak też pośród tej pustyni interesów, którą nazywamy światem, pośród tej pustyni domów i ludzi, którą nazywamy miastem, przenosicie Przybytek Pański. W miarę jak lata upływają, wszystko się zmienia; handel rośnie, ludzie przychodzą i odchodzą; są nowe warunki i świeże problemy, zmieniony horyzont i dziwny grunt pod stopami. Lecz nie wszystko jest nowe. Przenoście swój kościół gdzie chcecie lub gdzie musicie — wciąż jest światło Boże nad waszymi głowami. Ludzie potrzebują jedynie podnieść oczy; ognie, które Bóg rozmieścił na firmamencie ludzkiego rozumu, płoną nadal, nie pozostawiając człowiekowi wymówki; światło Bożego objawienia, daleko jaśniejsze niż blask, który jaśniał nocą na ciemnych skałach pustyni, niesie pocieszenie trwożliwemu sercu szukającemu prawdy; pocieszenie dla tego wieku jak dla każdego wieku, dla tego roku jak dla lat minionych; dzieciom tak jak ojcom, żywym tak jak odeszłym, i wam, przyjaciele moi, tu teraz zgromadzonym pod świeżością nowego dachu i przed blaskiem nowego ołtarza — tak jak tym, którzy przez wszystkie te lata — jedni już odeszli, inni tu jeszcze są — oddawali cześć Bogu w poświęconych murach starego kościoła Świętej Marii.

Poświęcenie kościoła — radość z nowego domu Najświętszego Sakramentu, nowej twierdzy Bożego nauczania pośród tego rozległego miasta — nie może nie wzbudzić jednej wielkiej myśli, jednego wielkiego pragnienia w sercach sług Jezusa Chrystusa. Oby wszyscy ludzie rozumieli! Oby bracia nasi, tak wielu z nich czujący potrzebę i konieczność wiary, mogli dostrzec, że nigdzie prócz jak przed tym ołtarzem ich serca nie zaznają pokoju! Słyszycie ich twierdzenie, że wiarę uważają za niemożliwą. Nowoczesne warunki i nowoczesne trudności tak zmieniły zarysy problemów duchowych, że dawne nauki są bezużyteczne; ołtarz nie ma już żadnej mocy; słowo kazania jest przestarzałe; sanktuarium utraciło swą świętą grozę. Wiara, mówią nam, była dyspensą dla niemowlęctwa lub dzieciństwa rasy; człowiek jest zbyt dojrzały, by ją przyjąć albo rzeczywiście jej potrzebować.

Nie zamierzam rozwodzić się nad naturą lub warunkami wiary; lecz, krótko mówiąc, nasza katolicka myśl jest taka: wiara jest światłem przekraczającym to, co dostarcza ludzki rozum, danym przez Boga po to, by umożliwić człowiekowi życie dla błogości widzenia Bożego w wieczności, która nadejdzie. Analogia słowa „światło" sugeruje dwie rzeczy: po pierwsze widzialny, rzeczywisty system prawdziwych idei, dany w jakiś sposób jako dar światu przez Boga w Jezusie Chrystusie; a po drugie osobistą moc lub władzę, dzięki której ludzki umysł jest zdolny widzieć, a co ważniejsze — trzymać się tych zbawiennych prawd Bożych. Wiara jest światłem pozostawionym nam między dwoma wielkimi widzeniami. Jedno widzenie przyszło i przeminęło; inne ma nadejść w pełni czasu. Pierwsze widzenie to Jezus w ciele, widziany i słyszany przez ludzi; potężny, łagodny, pociągający i Boski; oświecający, przyciągający i przekonujący umysły i serca tych, którzy uniżyli się przed Nim; Bóg rozumu, Bóg objawienia, Głowa Kościoła, Twórca i Doskonaliciel wiary. To widzenie przeminęło. Drugie widzenie będzie w ów dzień, gdy niebiosa się rozstąpią i chmury rozwiną swoje masy; gdy zabrzmią trąby anielskie i zastępy wojsk Niebieskich wypełnią wyższe powietrze tego małego świata; gdy Syn Człowieczy przyjdzie ze znakiem Swego Krzyża i „zobaczy Go każde oko", zasiadającego, by sądzić żywych i umarłych. Między tymi widzeniami jest światło — nie to światło, które widział Piotr, i Andrzej, i Zacheusz, i Maria Magdalena; nie błyskawica, która w ostatnim dniu przyniesie przekonanie każdemu umysłowi i każdemu sercu każdego narodu i każdego pokolenia; lecz wciąż światło Boże, wystarczające dla potrzeb ludzi. Gdy Jezus odchodził, rzekł: „Maluczko, a już mnie nie ujrzycie, bo idę do Ojca." Lecz rozumiemy, co miał przez to na myśli. Tego samego wieczoru bowiem powiedział, jak czytacie o dwa rozdziały wcześniej w tej samej Ewangelii świętego Jana: „Maluczko, a świat mnie już nie ujrzy. Ale wy mnie ujrzycie, bo ja żyję." Jedynie świat — ci, którzy trzymają się z dala od Niego — nie ujrzy Go; Jego słudzy ujrzą Go, bo On żyje, a Jego żywa moc w słowie, w czynie i w obecności może być rozpoznana i używana przez każdego, kto wchodzi w magiczny krąg Boskiej wiary.

Mamy więc przed sobą dziś, jak w minionych dniach, wiarę stającą naprzeciw niewiary; i pytanie brzmi: dlaczego ludzie nie wierzą? Raczej — mamy Pana naszego i Zbawiciela Jezusa Chrystusa ofiarującego wiarę i życie każdemu człowiekowi, a problem polega na tym, dlaczego tak wielu stoi z boku? Dla nas, którzy mamy ołtarz tak drogi nam sercu i Boską wyrocznię, przy której trwamy z mocnym przekonaniem, dobrą jest rzeczą być bardzo łagodnymi wobec tych, którzy nie wierzą lub wierzą tylko w połowie. Prawda, że tysiące ludzi w swej upadłej naturze odrzucają wiarę z powodu namiętności lub pychy. Z takimi argument jest bezużyteczny, dopóki ich namiętność nie zostanie opanowana, a pycha wykorzeniona. Wolę jednak mówić o tych, którzy nie idą za pychą ani namiętnością; o ludziach, którym pycha nie jest tyranem, których namiętności nie zaślepiły; ludziach niechętnych do wierzenia i którzy, gdyby uwierzyli, żyliby na ogół życiem wierzących. Czy nie ma wielu takich? I czy nie ma w takich krajach jak ten szeroko rozpowszechnionego uczucia, zupełnie innego od tej nienawiści do religii, którą spotykamy w innych krajach? W zbyt wielu krajach ludzie naznaczeni znamieniem świętego Chrztu wściekają się i szaleją przeciw Imieniu Chrystusa, aż do dnia, gdy bliskie widzenie śmierci pędzi ich ku szukaniu Jego przebaczenia — jeśli szczęśliwie jest im dane je znaleźć. Lecz w krajach takich jak ten spotykamy ludzi, którzy sądzą, że wiara nie jest potrzebna do cnoty i dobrostanu. Spotykamy ludzi żyjących zadowolenie w jałowości naturalnego życia; na jałowej ziemi, na gruncie kamienistym i pod zmiennym niebem, wśród karłowatych drzew i cierpkich owoców; bo nie wierzą w żadne inne. Dla nich życie wiary nie jest tym, czym my je uważamy — królestwem żyzności, bujnego rozkwitu i wspaniałych owoców; lecz raczej marzeniem kapłanów, filozoficznym systemem, powikłaniem prostoty ludzkiej egzystencji, zbędnym, a zatem szkodliwym.

Pociągnięcie do chrześcijańskiej wiary takich dusz jest zadaniem bardzo bliskim sercu każdego kapłana, każdego katolika. Chciałbym chwycić tę samą ludzką naturę, w której się okopują, i pozwolić im zobaczyć — jakbym pokazał im rannego żołnierza na polu bitwy wołającego o wodę — że są krzyki i pragnienia ich natury, które zbyt długo zostawiali niezauważone. Trudno jest skłonić ludzi do refleksji. Trudno człowiekowi skłonić samego siebie do refleksji. Praca, ludzkie zainteresowania i nieustannie zmieniający się spektakl, który nazywamy egzystencją, odwracają umysł od siebie samego. Lecz gdybyśmy mogli wprowadzić to nasze serce w jakieś tajne i ciche miejsce i pozwolić mu słyszeć własne bicia, wtedy objawione by zostały prawdy. Były zapewne chwile — może niezbyt liczne, ale pewne — w których zdawało się nam, że słyszymy głos naszego własnego jestestwa. Mogło to być w ciemności nocy, gdy dźwięki ucichły, a mózg i władze odpoczywały jak klif nadmorski przy odpływie, gdy wody szemrzą daleko w oddali — odpoczywały od uderzeń owych fal zmysłowego wzruszenia, które cały dzień, fala za falą, biją o zmęczone zmysły. Albo mogło to być wtedy, gdy noc była raczej w samej duszy — gdy ból, zawód lub strata zaćmiły światło dnia w owych zewnętrznych komnatach ducha, gdzie mieszkają wyobraźnia i jej orszak. Wtedy właśnie duch widzi siebie. Roztargnienie odchodzi jak mgła, hałas zewnętrznego istnienia cichnie jak wielka maszyna, która stanęła. I w owych drogocennych chwilach wglądu widzi się, czym się jest i czego się potrzebuje — jaki jest czyiś cel i jakie śmiertelne niebezpieczeństwo — lepiej niż gdyby stu mądrych mówiło przez sto lat. Wtedy objawia się coś zadziwiającego; wtedy coś stwierdza swą obecność, jakby ukryty człowiek wyskoczył na nas. To coś jesteśmy my sami; lecz nie to ja, nad którym mamy jakąś władzę, nie to ja, które możemy kierować, karcić lub panować jak pan. Jest to ja, które mówi: „Nie jestem zadowolony i wzywam cię, abyś mnie zaspokoił." Jest to niepokorne ja, które widzi daleko w mroczne dale i ma instynkty, których nie można odpierać argumentami. Jest to ja, które gardzi tym światem jako głupstwem i zdaje się go w jednej chwili kurczyć do nicości — tego świata, który jest tak przyjemny, tak zadowalający, tak pochłaniający. Wyłaniają się straszne pytania, na które nic na powierzchni ziemi nie potrafi odpowiedzieć. Po co żyjemy? Czy mamy rację, używając świata tak jak go używamy? Dlaczego tak wielu cierpi? Dlaczego piękne życia są przedwcześnie kończone? Dlaczego nieśmiertelne dusze mają wyczerpywać się w ciężkiej, poniżającej pracy? Dlaczego bogaci muszą porzucać swe bogactwa właśnie w chwili, gdy je pochwycili, a biedni żyć z dnia na dzień w niedostatku? Na te pytania nie może odpowiedzieć nic prócz głosu z innego świata niż ten. Lecz w takich chwilach odpowiedzi przychodzą! Nasz duch odpowiada. Jest to duch, który ma olbrzymie przekonania — tak jak budowa przyrody ma olbrzymie siły, których człowiek nie może przekroczyć i pozostać przy życiu. Wasz duch wierzy przede wszystkim w prawo i dobro. Jedne rzeczy są dla niego dobre, inne złe. W tej kwestii ma jedno lub dwa jasne reguły, które są równie nieodłączną częścią jego istoty, jak instynkt jest częścią zwierzęcia. A skoro prawo i zło oznaczają pewien wzorzec — będąc jedynie zbliżaniem się lub oddalaniem od pojętego ideału — wasz duch widzi, posiada i trzyma wzorzec dobra i zła, zupełnie niezależny od prawa ludzkiego i ludzkich przypadków. Lecz następnie nie może pogodzić się z klęską prawa ani z ostatecznym triumfem zła. Możecie argumentować i pozornie dowieść możliwości, że zło zatriumfuje. Lecz wasz duch temu się sprzeciwia. Rzeczy miały być sprawiedliwe. Sprawiedliwość była zamierzona. Musi być prawo — albo modlitwa — albo osobista interwencja, albo jakaś moc, która wyprostuje to, co krzywe, ukarze winnych i przyjdzie z pomocą niewinnym i uciśnionym. Takie jest przekonanie waszego serca, zakorzenione w nim lub jaśniejące z niego, objawiające się jak śpiew ptaka lub blask diamentu. I po trzecie, wasz duch głosi, że nie ma czegoś takiego jak unicestwienie; żadnej ostatecznej i całkowitej śmierci. „Na pewno" — zdaje się wołać — „nie zostanę zgaszony. Nawet gdy światy zderzają się ze sobą, na pewno schronienie dla mnie się znajdzie; gdy czas doświadcza i zmienia wszystko, to, co nazywam sobą, na pewno przetrwa." Rozumowanie nie ma tu miejsca. Mój duch, zdany na siebie, opiera się myśli o śmierci i trzyma się

← wróć do odkrywania