HomiliaDB

John Cuthbert Hedley OSB · Światło życia

U07

Gdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czegoGdy nie mam oparcia OdkupienieKapłaństwo
W skrócie. Grzech pierworodny pozostawił cztery rany w naturze ludzkiej, lecz odkupieńcza wiara w Chrystusa — darowana przez Krew Chrystusa — przywraca duszy zdolność trwania przy Bogu i życia dla wieczności. Szafarze Nowego Testamentu są narzędziami, przez które Bóg pozostaje w zasięgu ludzkich władz, nauczając, udzielając sakramentów i przekazując łaskę Chrystusową. Bez kapłaństwa chrześcijaństwo pozbawione byłoby środków, przez które Bóg chciał skutecznie trwać wśród ludzi aż do końca czasów.

„wiara w Chrystusa, wierność Chrystusowi, przylgnięcie do Chrystusa jest jedynym lekarstwem dla upadłego człowieka.”

pozostawiona swemu mrokowi, bez żadnego ducha zdolnego stoczyć walkę życia. I pozostawiona nadto z ową inną skłonnością, która rozkwita i żyje w ciemnościach. Rozum powinien, zgodnie z porządkiem rzeczy, jeśli nie z tytułu bezwzględnego prawa, rządzić zmysłami i pożądliwościami. W stanie pierwotnej sprawiedliwości był to przywilej ducha. Lecz wiemy, jak odmienny jest dziś stan ludzkości. Zdarzali się ludzie pozostawieni samym sobie, którzy zdawali się panować nad swą zmysłowością. Bardzo często działo się tak dlatego, że była w nich bardziej pycha niż zmysłowość; jedna choroba lub słabość była w nich bardziej wyraźna niż druga. U niewielu ludzi wzniosłe dążenia lub czyste ideały mogą przyczyniać się do tego, że omijają oni, a nawet brzydzą się powabami samopobłażania. A jeśli wziąć ogromną rzeszę ludzkości, to zaledwie znajdzie się jeden, który w pewnych chwilach nie czułby odrazy, przesytu lub wyrzutów sumienia na myśl o pewnych grzechach i nadużyciach. Lecz przyznajcie, ile tylko chcecie, tej duchowej świadomości — cóż dowodzą fakty i historia? Że ów duchowy wgląd milczy i jest ciemny przez większą część czasu; i że wówczas natura niższa nie ma niczego, co by ją powstrzymywało, prócz zewnętrznego prawa, nacisku społeczeństwa lub osobistej niedogodności. Grzech pierworodny pozostawił naturę ludzką na łasce jej najbardziej zwierzęcej części. Natura ludzka jest jeńcem, niewolnikiem. Czy po to została stworzona? A jeśli nie — czy Bóg jej nie odkupi?

Te rany i ułomności tkwią bądź w duchu, bądź w sferze jego czynnego działania. Są jednak i inne, które bardziej dotykają ciało i życie doczesne. Pierwsza z nich to śmierć. Przez śmierć rozumiemy rozłączenie duszy od ciała i wynikające stąd rozerwanie owego zjednoczenia, które tworzy to, co widzimy i znamy jako człowieka. Jest ona karą natury za przestępstwo, które naturę dotknęło. I jest karą — w niepewności swego przyjścia, w grozie, którą wzbudza, w przytłaczającym przerażeniu, które ją otacza, i w samym akcie, kiedy nadchodzi. Następnie jest podatność na chorobę. Ludzkie ciało powinno być tak czyste i nieskazitelne jak kryształowe sfery, przez które gwiazdy toczą się w przestrzeni z melodią i radością. Żadna gwiazda, żadne spokojne wyżyny eteru, żadne nienaruszone głębiny cichego oceanu nie mają lepszego prawa do absolutnej zdrowi, prawości i piękności niż materialna sfera, która jest przenikana i ożywiana przez nieśmiertelnego ducha. Prochem możemy być i z ziemi wyszliśmy; lecz gdy duch był tchnięty, nie było już prochem ani ziemią, lecz mieszkaniem ducha. Ach! jakże szlachetne, czyste i piękne ciała dał Pan Bóg pierwszym rodzicom ludzkości! O święte ciało Jezusa Chrystusa, święte, piękne, absolutnie doskonałe — czy zawsze będziemy tacy, jacy jesteśmy? Kiedyż ujrzymy naszego Uzdrowiciela i Odkupiciela? Wreszcie wszelkie cierpienie spada na nas jako kara za grzech pierworodny. Cierpienie bowiem jest albo udręką umysłu, albo bólem ciała — a to pochodzi z grzechu. Gdzie jest cierpienie, tam jest coś z porządku wytrąconego. Cierpienie jest jak skrzypienie i zgrzytanie jakiejś wspaniałej maszyny; jakiś sprężyna jest złamana albo

jakieś koło przestaje spełniać swoje zadanie. Gdy przekleństwo pierworodnego grzechu spadło na człowieka, symetria jego chwalebnej natury została zakłócona, harmonia części z częścią zniszczona, a zamęt, który w rzeczach nieożywionych wywołałby jedynie chaos i nieporządek, w człowieku, obdarzonym zmysłami dotyku i mózgiem, przyniósł tajemnicze rozrządzenie bólu i smutku. I z człowiekiem, jak mówi Apostoł, całe stworzenie zdaje się być w bólach rodzenia i cierpieniu; żywe stworzenia mają więcej do zniesienia, niż jest to konieczne, a sama ziemia ze swymi żywiołami jest gruba, szorstka i nieprzyjazna. Wszyscy czekamy, czekamy — dusza i ciało, ziemia i wszystko, co na niej jest; wszędzie panuje oczekiwanie; gdyż śmierć, choroba i ból nie mogą być stanem, do jakiego przeznaczył nas Pan, który nas stworzył.

Wiecie dobrze, że odkupienie, uzdrowienie i zbawienie nie ma się dokonać w pełni na tej ziemi. Nawet gdyby nie było grzechu pierworodnego — nawet gdybyśmy wszyscy byli jak nasi pierwsi rodzice — ziemia, choćby niebieska, nie byłaby Niebem. A teraz, gdy pierwotna sprawiedliwość i godność zostały utracone i muszą być przywrócone, nasz Uzdrowiciel i Odkupiciel musi mieć możność uzdrawiania nas i odkupywania nas na swój własny sposób. Jest to sposób, który nie może nie być dla nas najlepszy.

Po pierwsze więc, nie przywraca On na ziemi panowania człowieka nad jego namiętnościami i zmysłowością. Nie ulega wątpliwości, że dar Bożej łaski, który zaraz rozważymy, w pewnym sensie słusznie rości sobie prawo do takiej mocy. Lecz moc ta nie jest nam dana. Działanie łaski jest w tej mierze zawieszone, przynajmniej wśród ogółu ludzi. Łaska Chrystusowa nie zniosła też śmierci ani nie usunęła choroby i cierpienia. Prawda jest taka, że żadna z tych rzeczy nie musi stać na przeszkodzie owemu zjednoczeniu ducha z jego Bogiem, które jest celem odkupienia. Rzeczy te nie muszą być konieczną klątwą ani karą. Wszystkie zawierają możliwość dobra. Walka ze zmysłowością to zdobywanie w końcu bardziej olśniewającej korony. Śmierć i cierpienie są ogniem, w którym czyny ducha rozgrzewają się do białości — do żaru, którego nie mogłyby osiągnąć z żadnego innego źródła. Dlatego rzeczy te pozostają.

O pozostałych ułomnościach ducha — mrokach, złości czy samolubstwie, lenistwie czy tchórzostwie — powiedzieć można również, że pozostają z nami. Lecz tu musimy poczynić jedno bardzo ważne rozróżnienie. Te rany serca pozostają; lecz ich stan, lub, jeśli wolno tak powiedzieć, ich zjadliwość i niebezpieczeństwo, są tak osłabione przez coś, co nam jest dane, że może trafniej jest powiedzieć, iż zostają usunięte.

Nie zamierzam rozwodzić się nad owym suwerennym balsamem naszych dusz, zdobytym dla nas Krwią Chrystusa, wylanym na nas przez Sakramenty lub inaczej, który nazywamy Łaską naszego Odkupiciela. Dość powiedzieć, że jesteśmy odkupieni; i że dzieło odkupienia dokonuje się — choć nie w pełni ani do końca — na tej ziemi. A jeśli jesteśmy odkupieni, jesteśmy uzdrowieni; a jeśli jesteśmy uzdrowieni, rany grzechu pierworodnego muszą być uleczone.

Widzieliśmy, że najgorszym ze wszystkich skutków grzechu pierworodnego był ów „mrok"; niezdolność duszy do trwania przy swym naturalnym świetle. I głównym skutkiem odkupienia było w naturalny sposób przywrócenie nam właśnie tej mocy. Prawdą jest również, że nasza sfera światła została poszerzona; mamy dar objawienia i wiemy o Bogu, duchu i życiu przyszłym o wiele więcej, niż moglibyśmy wiedzieć jedynie w świetle natury. Lecz czy mówimy o świetle naszego naturalnego rozumu, czy o owym nadprzyrodzonym objawieniu udzielonym człowiekowi przez miłosiernego Boga — wielkim skutkiem odkupieńczej łaski Chrystusa zdaje się być owa cudowna moc trwania, przylegania, urzeczywistniania naszego duchowego światła, którą zwiemy Wiarą Bożą. Może to nie być wyczerpujące określenie odkupienia ani łaski Chrystusowej — powiedzieć, że jest ona wiarą i tylko wiarą. Możemy mówić o niej jako o życiu, sile, czystości, miłości. Nie twierdzę też, że wiara jest zawsze pierwszą z łask; tym mniej utrzymuję, jak dobrze rozumiecie, że człowiek może podobać się Bogu i być zbawiony przez wiarę bez miłości, to jest przez wiarę martwą. Lecz biorę wiarę w szerszym znaczeniu — w tym znaczeniu, w jakim jest używana w jedenastym rozdziale Listu do Hebrajczyków; jako ów dar, wyposażenie i przemienienie umysłu, do którego wszystkie poprzednie łaski są przygotowaniem i które w miłości osiąga swój normalny i pełny rozkwit i owoc. Zwana jest wiarą — słowem oznaczającym nie czystość, siłę czy zwykłe uczucie, lecz pewien wgląd połączony z przylgnięciem, pewne trwanie połączone z

urzeczywistnieniem. Zwana jest wiarą, gdyż najgłębszą i najpoważniejszą raną naszej upadłej natury jest jej ślepota na rzeczy ducha. Zwana jest wiarą, gdyż uzdrowienie natury ludzkiej oznacza żywą uwagę ludzkich władz skierowaną ku Bogu. Zwana jest wiarą, gdyż człowiek nie może być uzdrowiony, nie będąc pociągniętym ku temu, by żyć dla wieczności, która jest poza zasięgiem wzroku. Zwana jest wiarą, gdyż wiara w Chrystusa, wierność Chrystusowi, przylgnięcie do Chrystusa jest jedynym lekarstwem dla upadłego człowieka.

Wiara zatem jest czymś więcej niż informacją, czymś więcej niż wykształceniem, czymś więcej niż nauką. Jest czymś więcej niż filozofia, czymś więcej niż teologia, czymś więcej niż studium Biblii. Człowiek może wiedzieć wiele lub mało; może być wykształcony lub prosty; może być geniuszem lub człowiekiem skromnych zdolności: jeśli ma wiarę, będzie trzymał się i zachowywał przed sobą światło, które posiada, i będzie człowiekiem odkupionym. I to właśnie przede wszystkim przyszedł mu dać jego Odkupiciel. Daje mu ją — kiedy jest dana — równie realnie, jak dał wzrok niewidomemu na drodze do Jerycha. To znaczy, wiara nie jest jedynie postawą umysłową, lecz wyposażeniem umysłu — uzdrowieniem, wzmocnieniem, władzą, przemianą natury rozumnej, nową mocą. Jest to zwykła nauka katolicka. Jako dar, nie zaznajamia nas ona ani z rzeczami poznawalnymi naturalnie, ani z Bożym objawieniem. A człowiek mógłby nawet wyznawać pewne objawione prawdy, nie mając wcale wiary. To, co wiara czyni, to obdarzanie nas przekonaniem, przylgnięciem, pewwością umysłu, która żywi się sprawami, które

Bóg objawił, lub tymi naturalnymi prawdami duchowymi, które w szerokim sensie są również częścią Bożego objawienia; i które są ponadto, każda z nich, oświetlone przez objawienie ściśle tak zwane. Jest to wiara, o której Jezus mówił, gdy mówił do chorych, ślepych i sparaliżowanych: *„Ufaj, synu, wiara twoja uzdrowiła cię!"* Jest to wiara, która miała przynieść *„sprawiedliwość Bożą"*, to znaczy Boże odkupienie, narodom, jak przyniosła ową sprawiedliwość Abrahamowi w odległych poprzednich wiekach. To była wiara, o której powiedziano: *„Kto uwierzy i ochrzci się, będzie zbawiony."* *„Uwierz, a będziesz zbawiony."* To była wiara dająca życie, przez którą żyje sprawiedliwy, przez którą nawet ten, kto był martwy, miał żyć. To była wiara, o której Piotr mówił, gdy na pierwszym Soborze Kościoła Katolickiego powiedział: *„Bóg, który zna serca, dał Duch Święty poganom tak samo jak nam, i nie uczynił żadnej różnicy między nami a nimi, oczyszczając ich serca przez wiarę."*

Świat zatem jest uzdrawiany przez dar wiary. Wiara bowiem przynosi najpierw ze sobą mocne przylgnięcie serca i całej istoty do Bożego światła, które jest obfite ze wszystkich stron. Następnie, w żywości tego nadprzyrodzonego oświecenia, kult czy oddawanie czci samemu sobie staje się nieskończenie mniej stałe i natężone. Poruszenia, owszem, uniesienia hojności, są naturalnym towarzyszem wiary; a gdzie jest hojność, musi umrzeć samolubstwo, i musi być uleczona złość naturalnej woli. Co więcej, wiara budzi odwagę przez widok świata przyszłego i świata łaski; *„przez wiarę Święci zwyciężali królestwa."* I tak mrok, złość i tchórzostwo, jeśli nie zostają wzięte zupełnie, są tak uleczone, że serce jest znów zdrowe, a cała istota przywrócona i odkupiona.

Kiedy świat szczerze zwróci się ku szukaniu Jezusa Chrystusa i Jego wiary — jedynego lekarstwa, jedynego balsamu; prawdziwej oliwy i wina dobrego Samarytanina? Czy my przynajmniej, którzy jesteśmy katolikami i rozumiemy, nie powinniśmy uczynić, co możemy, aby szerzyyć wiarę i wiarę pogłębiać?

Dziś święcimy uroczystość Tej, która nie znała grzechu pierworodnego i której chwalebnej natury rany grzechu pierworodnego nigdy nie dotknęły. Mogłoby się zdawać tym, którzy patrzą na te rzeczy pobieżnie, że niepokalanie Maryi i całkowite wolność od pychy, namiętności i pożądliwości przynosi niewielką pociechę rodowi ludzkiemu, który rodzi się w grzechu i musi przez całe życie walczyć w prochu i nieczystości grzesznej skłonności. Nie byłoby większego błędu. Skąd pochodzi niepokalane narodzenie i bezgrzeszne życie Najświętszej Panny? Z namaszczenia Świętego; z Krwi Jezusa; z tej właśnie łaski, o której mówiliśmy. Jeśli łaska — jeśli wiara i miłość — może dokonać takiego dzieła, czegóż nie mogą dokonać? Maryja,

ponieważ była Matką Bożą, została odkupiona w ten transcendentny sposób; lecz odkupienie jest przeznaczone dla nas wszystkich, dla każdego z nas. Cały świat jest odkupiony. Każda poszczególna dusza jest odkupiona, jeśli zwróci się do Chrystusa. Nie jesteśmy odkupieni mechanicznie — to prawda. To znaczy: jeśli mamy użycie rozumu, musimy posługiwać się naszymi władzami w żalu, posłuszeństwie i miłości. Lecz w porównaniu z obfitym uzdrowieniem, którym Jezus gotów jest nas nawiedzić, jakże mało mamy sami do zrobienia! To, co mamy do zrobienia, to nie tyle prosić o wiarę, gdyż ją mamy, ile dać naszej wierze swobodne działanie. Wspaniały dar wiary — wiary żyjącej przez miłość — jest na nas wylany; lecz zbyt często pozostaje jak wody spiętrzone wśród wzgórz. Obalmy zapory i pozwólmy jej szumieć i huczeć w doliny! Dziecko, mężczyzna, kapłan, świecki — wszystkim nam potrzeba tego, byśmy gorliwie strzegli i ćwiczyli nasz dar wiary. Wszyscy, którzy mają cokolwiek do czynienia z dziećmi, wiedzą dobrze, jak sama wiedza lub nauczanie pozostawi ich zarozumialstwo, nieuczciwość i zwierzęcość nietkniętą; i jak natomiast odpowiadają one na słowo pobożności, na przykład świętego życia i na słodkie natchnienia ołtarza i świątyni. Dzieje się tak dlatego, że mają dar wiary. Kiedy stwierdzamy, że ubodzy — ubodzy, z ich pokusami, ciężkim losem, skromną wiedzą — kiedy stwierdzamy, że służą Bogu i zachowują przykazania? Wówczas, gdy ich serca mogą być przyciągane do ich kościoła, a ich życia przeniknięte nadprzyrodzonymi i sakramentalnymi wpływami; albowiem wtedy ich dar wiary ma wolną drogę. Co, jak myślicie, utrzyma naszych ludzi dobrymi — naszych ludzi, którzy są mniej lub bardziej wykształceni w szkołach publicznych, czytają tanią literaturę i bywają w bezpłatnych bibliotekach? Żadna z tych rzeczy nie pomoże. Ich nauczyciele mogą być chrześcijanami, ich wykładowcy — moralnymi, a ich lektury — nieszkodliwe; lecz jeśli nie będą mieli czasu, przestrzeni i sposobności do ćwiczenia swej wiary przez codzienną modlitwę, Mszę świętą i religijne praktyki, wszystkie ich zwiększone możliwości kształcenia nie przybliżą ich ani trochę do uzdrowienia i odkupienia przez Chrystusa. Jednym z najpoważniejszych i najbardziej charakterystycznych niebezpieczeństw naszych czasów jest nieustanne zastępowanie wiary przez wiedzę. W tym kraju jest mnóstwo mówienia o sprawach religijnych. Duchowni dyskutują o religii, profesorowie ją dowodzą, dziennikarze ją aprobują, politycy ją wyznają, zwykły obywatel zachowuje jej formy. W większości tego wszystkiego nie ma uzdrowienia — nie ma odkupienia. Wewnętrzne, dziecięce, żarliwe i pobożne przylgnięcie — które jest znamieniem żywej wiary — jest prawie nieznane poza Kościołem Katolickim; i nawet u katolików wiara jest w zbyt wielu wypadkach tłumiona i duszona przez heretyckie otoczenie, przez swobodne opinie o tajemnicach, o Piśmie Świętym i Kościele, i przez niewiedzę o tajemnicach objawienia. O Uzdrowicielu i Odkupicielu ludzkości! cóż po tym, by wiedzieć, wątpić, dociekać, dyskutować, jeśli Twoja moc i Twój dar nie sprawia, że trzymam się z miłującą stałością Twego światła i Twego pociągania! Gdzie mam znaleźć to błogosławione uzdrowienie mej ciemnej i przewrotnej natury, jeśli nie w większej uwadze ku Tobie, Twej obecności i Twoim Sakramentom! A jeśli boleje nas niedowiarstwo tego kraju — jeśli wzdychamy za nawróceniem naszych braci — bądźmy pewni, że nie spory — a nade wszystko nie zjadliwe spory — nie nawet argumentatywne dyskusje przywiedą dusze do Kościoła, lecz raczej wykład dotknięty pobożnością, wyjaśnienie rozgrzane nabożeństwem; przedstawienie wiary nie jako systemu do przyjęcia, lecz jako miłującego trwania przy tym, czego Bóg nauczył. Niekatolik, który wyrzekł się własnej pychy i modli się jak dziecko, jest bliski uzdrowienia i odkupienia, choćby jeszcze nie znał dwóch trzecich Credo.

Wiarą Maryi, Matki Bożej, był wielki i trwały fundament Jej dostojnej świętości. *Beata es quae credidisti.* Uzdrowienie Jej natury — która nigdy nie była zraniona — zaczęło się od zapobieżenia mrokowi, a ten sam dar sprawił uświęcenie woli i ujarzmienie wszelkiej namiętności. Ktokolwiek prawdziwie uznaje i rozumie Najświętszą Pannę, musi koniecznie wiele się nauczyć o wierze Chrystusowej; gdyż Jej wielkość jest jakby rozdziałem w księdze rozrządzenia Chrystusowego. A czytanie tego rozdziału skłania serce do przewracania kolejnych stron, aż serce oswaja się z Jezusem, Jego dziełem, Jego zamierzeniami i Jego świętą wolą. Przez to zbliżenie się i zażyłość z Naszym Panem i Odkupicielem dusza człowieka coraz bardziej uczestniczy w Jego cudownym uzdrowieniu. Przez to szukanie, naśladowanie

i dotykanie Chrystusa odchodzi ślepota i wszystkie nasze niemoce są leczone. Niech Bóg da nam skupienie wewnętrzne, ducha modlitwy i miłość do spraw niebieskich, abyśmy przez całe życie nigdy nie byli daleko od tego Mistrza i Zbawiciela, którego całe pragnienie polega na tym, by uzdrawiać nas tutaj, żeby mógł uwieńczyć nas swoim doskonałym odkupieniem w życiu przyszłym!

*Kazanie wygłoszone w kościele św. Piotra w Lancaster, 25 sierpnia 1895 r.*

*„Bóg uczynił nas zdatnymi szafarzami Nowego Testamentu"* (2 Kor 3,6).

Bóg Wszechmogący nie potrzebuje szafarzy. A jednak stronice obu Testamentów pełne są imienia „szafarzy Bożych". Aniołowie są Jego szafarzami; królowie i wojownicy są Jego szafarzami; rzeczy nieożywione na ziemi, ogień, wiatry, gwiazdy — to wszystko są Jego szafarze, którzy pełnią Jego słowo. Widzimy ludzi w zamierzchłych czasach gromadzących się wokół patriarchy, który składał ofiary i wzywał Imienia Pańskiego; a gdy Przymierze zostało dane, widzimy wybrane pokolenie stojące w swych szeregach, w szatach kapłaństwa, przed ołtarzem Bożym na pustyni i w świętym Syjonie. *„Będą was zwać kapłanami Pańskimi"* — rzekł Izajasz — *„szafarzami Boga naszego będzie wasze imię."*

Potem, gdy stare Przymierze przeminęło, Apostoł mówi o sobie i swych towarzyszach jako o *„sługach Chrystusa i szafarzach tajemnic Bożych."* Bo choć Bóg, który stworzył nasze dusze i ciała, jest nam bliski i przebywa w nas, i jest nawet prawdziwiej i istotniej obecny w naszej istocie, niż nasze własne serca, to jednak kryje się przed naszymi władzami. Choć ma swoją własną tajemną drogę wprost do naszych duchów, to jednak wystawił się na łaskę setek zapór i przeszkód. Choć ma głos, który może być słyszany — tak, który może przyprawiać o drżenie śmiertelne uszy i przenikać sam rdzeń istnienia — to jednak zachowuje ową przedziwną ciszę, która nieraz zdaje się zniechęcać Jego sługi i zachęcać złych do zuchwałości. Choć jest w Jego wszechmocy uczynić siebie nie tylko poznanym przez wszystkie swoje stworzenia, lecz posiąść każdy zmysł, zapanować nad każdą mocą, przytłoczyć każdą władzę, to jednak nie wyciągnie swej ręki i nie okaże swej chwały, lecz pozostawia wszechświat siłom, które pierwotnie wprawił w ruch. Jedynie tak bowiem możliwe było rozumne stworzenie i próba ludzkości.

Właśnie z powodu zapór wzniesionych przez stan próby Bóg, który nas stworzył, musi posługiwać się szafarzami, aby pozostawać w zasięgu naszych władz. Lecz nawet w stanie doskonałych będzie — jest — pewna służba. Wśród aniołów nie ma żadnego serafina ani cherubina, który mógłby wpatrywać się w w pełni objawioną Boskość. Chwała uszczęśliwiająca, choć jest widzeniem Boga twarzą w twarz, nie jest samą niezmierzonością ani nieskończonością Bożą. Są stopnie, rangi, hierarchie i chóry. I choć wszyscy cieszą się widzeniem, to jednak ów potężny wszechświat, który składa się z tego, co skłonni jesteśmy nazywać wiedzą i wolą Bożą, jest udzielany z chóru w chór, najwyższy bliżej tronu, a najniższy — dostojny i wspaniały ponad wszelkie pojęcie. Tak będzie z ludźmi, jak nie możemy wątpić. Duchy sprawiedliwych będą sobie wzajemnie służyć i przekazywać, powtarzać, odzwierciedlać nieskończone bogactwa Boga, każdy na stopniu, do którego jego zasługi mocą odkupieńczej krwi jego Zbawiciela go wzniosły. *„Czy znasz porządek nieba"* — woła święty Job — *„i czy możesz wskazać jego prawa?"* Nie znamy go — i jego chwały są przed nami ukryte. Lecz ład będzie, i posługa, i Bóg, który sam z siebie może wszystko, będzie na nowo uwielbiany przez wieczne trwanie, posługując się jako swoimi narzędziami i środkami stworzeniami, które powołał z nicości.

Nikt nie będzie wątpił, że ze wszystkich duchowych potrzeb najgłębszą i najżywotniejszą, jaką mają ludzie, jest odpowiadanie na zawsze obecnego Boga. Jedynie niewierzący temu zaprzeczy — niewierzący i człowiek, który w dzisiejszych czasach owinął swą niewiarę w nowy płaszcz i mówi, że nie wie. Dla chrześcijanina Bóg jest Ojcem, Przyjacielem, Nauczycielem i źródłem duchowej siły. Równie mądrą rzeczą byłoby więc ignorowanie Boga, jak zamykanie się na słoneczne światło, nieposiadanie przyjaciół lub zagłodzenie się na śmierć. Czymże jest grzech śmiertelny, jeśli nie odwróceniem się plecami do Boga? Czymże jest oziębłość, światowość, obojętność, jeśli nie pewną nieczułością na niewidzialną obecność — zajęciem umysłu innymi rzeczami niż On sam? Takie

stany są powszechne. Są tak samo niebezpieczne, jak powszechne. Jest to skarga, która przebiega przez całe Pismo Święte: *„Mój głupi naród Mnie nie zna; są to dzieci głupie i bezrozumne."* *„Bocian na niebie"* — woła Prorok — *„zna swój czas; turkawka, jaskółka i żuraw przestrzegają czasu swego przybycia; lecz lud Mój nie poznał prawa Pańskiego."* Stworzenia, które nie mają rozumu ani wolnej woli — wszystkie ptaki i zwierzęta — mają instynkt, który pociąga je, w pięknej zgodności, do posłuszeństwa i ustalonego prawa. Zdają się czuć swego Stwórcę i radować się spełnianiem Jego woli. Jedynie człowiek, z jego zdolnością patrzenia w przód i wstecz, przenikania głębi i sięgania wyżyn, rzucania promieni duchowego światła w ciemność rzeczy i widzenia we wszechświecie więcej, niż kiedykolwiek mogła dać materia i jej prawa — jedynie człowiek zdaje się tak często nie mieć żadnego zmysłu dla Tego, na którego obraz jest stworzony! O świecie pierwotnym powiedziano: *„Nie wiedzieli, aż przyszedł potop i zabrał ich wszystkich."* Gdyby nie dobroć i miłosierdzie Boga, naszego Ojca, ileż pokoleń rodzaju ludzkiego spełniłoby tę przepowiednię! Pomimo ich rozumu i władz racjonalnych, które są w pełni wystarczające, aby mogli poznać Boga i sprawiedliwość i dobroć Bożą, ileż pokoleń żyłoby, jak gdyby Boga nie było! Zdaje się, jakby losem ludzkości miało być

jedzenie i picie, zawieranie małżeństw, puszczanie mimo uwagi niewidzialnego, niebranie pod uwagę Nieba i przyszłości — a potem, gdy czas by nadszedł, zmiecenie przez jakiś bardziej straszny potop niż ten pierwszy, w wieczne i nieodwracalne zatracenie.

Lecz, jak możecie się domyślać, Bóg, będąc tym, kim jest, nie chciał — nie mógł — pozostawić swych dzieci takiemu losowi. Musi sprawić, by Jego lud Go znał i czuł. Choć Jego własna absolutna duchowość mogła być ze swej natury tak daleko poza zasięgiem ludzkich władz, i choć fale wpływu, które poruszają ludzkie serca, muszą być z grubszej materii niż eter niebios — Bóg nie mógł dać się pokonać. Musiał posługiwać się posługą ludzi, a przez ludzi — posługą wszystkich stworzonych rzeczy. Jest jeden uderzający Psalm mesjański, czterdziesty dziewiąty, który opisuje działanie Boga, gdy postanowił dać się lepiej poznać. *„Bóg bogów, Pan przemówił; wezwał ziemię."* Miało być niemożliwe, by ziemia nie usłyszała tego wezwania. *„Bóg przyjdzie jawnie; Pan nasz nie będzie milczał."* Wiekuiste milczenia miały być przerwane; Bóg miał być słyszany. *„Słuchaj, ludu mój, i będę mówił; Izraelu, i będę świadczył o tobie; Ja jestem Bogiem, twoim Bogiem."* A po wielu płomiennych wersetach opisujących pragnienia i drogi Boga mówi On na końcu: *„Zrozumcie to wy, którzy zapominacie o Bogu."* Zapominać o Bogu miało być odtąd niemożliwe — niemożliwe, chyba dla absolutnie przewrotnych. Na swoje niebezpieczeństwo ludzie mieli *„rozumieć"* plan Boży, by dać się widzieć i czuć.

Wiecie, czym był ów plan. Ludzie nigdy nie mogliby go przewidzieć. Oczekiwaliby może, że Bóg oznajmi siebie jakimś potężnym znakiem; że powtórzy lub pomnoży Synaj i pozwoli swym gromom mówić. Albo oczekiwaliby liter ze światła na niebie, aby od rana do wieczora, i przez noc, te nieodpowiadające serca nasze widziały Jego objawienie siebie. Albo mogliby oczekiwać posłańców z Nieba niebios — anioła za aniołem — do każdego narodu, do każdego pokolenia. Lecz żadna z tych rzeczy nie byłaby wystarczająca dla miłości Bożej. W pewnych stopniach, czasach i miejscach posługiwał się nimi wszystkimi. Lecz aby ogarnąć wszystkich ludzi i wszystkie pokolenia tak, by żaden nie mógł Go chybić i żaden Go nie stracił z oczu, miał inną radę.

Wiecie, czym ona była. Dla nas, ludzi, i dla naszego zbawienia zstąpił z Nieba — i stał się człowiekiem. Bóg stał się swym własnym posłańcem — swym własnym szafarzem. Mówił, działał, cierpiał — lecz w pewnym sensie wystarczyło, że przyjął ludzką naturę. Nie twierdzę, że Wcielenie mówi nam absolutnie coś, czego nie moglibyśmy w istocie wiedzieć wcześniej, dzięki naszemu rozumowi, o trosce Boga o nasze nieśmiertelne dusze. Lecz odtąd Bóg nie jest już zwykłą demonstracją, ideą, suchą prawdą nauki, abstrakcyjną i trudną do uchwycenia. Wypełnia świat, który dostrzegają nasze oczy i uszy. Ogrzewa nas jak drugie słońce; rozpędza ciemności i

oświetla i barwi całe stworzenie; porusza sto strun w każdym ludzkim sercu; jest związany z historią świata i ma sam nową historię, zdarzenia, mowę i Imię, które pociągają ludzi, zajmują ludzi i sprawiają, że ludziom niepodobna stracić Go z oczu. Nic dziwnego, że Wcielenie opisywane jest przez proroków i psalmistów dawnych czasów każdym pięknym i pełnym wdzięku epitetem. Jest rosą spływającą z Nieba; łagodnym deszczem na spaloną ziemię; jest światłem; jest urodzajnością, kwiatami i owocem; i jest miłosierdziem, łaską, życiem i zbawieniem.

Powiedziałem, że Nasz Pan i Zbawiciel Jezus Chrystus był wielkim i suwerennym *„Szafarzem"* Boga wobec ludzi. Pamiętacie, że imię to zostało Mu dane w proroctwie więcej niż raz w Starym Testamencie. *„Anioł Mój pójdzie przed tobą"* — rzekł Pan do Izraela. *„Oto Ja poszlę Mojego Anioła... i Moje Imię jest na nim."* Święty Klemens Aleksandryjski i święty Atanazy widzą w tych słowach proroctwo o Chrystusie, Synu Bożym. I Malachiasz, patrząc bliżej na to, co miało nastąpić, woła: *„I wnet przybędzie do swojej świątyni Pan, którego szukacie, i Anioł Przymierza, którego pragniecie."*

Nie jest konieczne w tej chwili nalegać i wyjaśniać, jak Nasz Pan w swoim Wcieleniu jest Aniołem i Szafarzem Bożym. Był On — nie trzeba tego mówić — czymś o wiele więcej. Lecz był *„Szafarzem"*

Bożym, przybliżając Boga rozumowi, uczuciom i potrzebom rodzaju ludzkiego. Przez Chrystusa wielbimy Boga łatwiej, żarliwiej i ciągłej. Przez Chrystusa urzeczywistniamy sobie świat przyszły i grozę losów nieśmiertelnych duchów. Przez Chrystusa stosuje się do nas miłosierdzie i łaska Boża; otrzymujemy bowiem miłosierdzie przez Betlejem, przez Nazaret, przez Kalwarię; i to, że Boża łaska jest nam dana w ten sposób — przez Chrystusa — przez Tego, który najpierw zasługuje na nią przez upokorzenie, posłuszeństwo i śmierć, a następnie przywołuje nas u stóp Krzyża, by strumień Jego Krwi spłynął na nasze głowy — ów plan czy zamysł Boży jest zaiste godny najwyższej mądrości i najwyższej miłości. Bo łaska, która, gdyby Bóg tak chciał, mogłaby przychodzić w przerażającej ciszy, niepewnej dla rozumu i pozostawiającej dziesiątki ludzkich mocy i uczuć zimnymi i nieodpowiadającymi, przychodzi teraz z otoczeniem wzruszenia, z dotknięciem ręki i dźwiękiem głosu, i tak chwyta się ludzkiej natury wszystkimi jej lgnącymi odnogami — jej ducha i jej ciała naraz. *„Przybliżcie się do Niego — przybliżcie się do Niego"* — to proroczy okrzyk tego, który widział, co ma nastąpić. *„Przybliżcie się do Niego — skosztujcie i zobaczcie, że jest słodki — będziecie oświeceni; nie będziecie się lękać odtrącenia; gdyż Pan jest blisko"* — ach! tak blisko — *„i nikt, kto Mu ufa, nie potknie się ani nie upadnie."*

Nie ma bardziej prawdziwego, a zarazem bardziej uderzającego wyobrażenia o posłudze chrześcijańskiej niż to — że jej zadaniem jest kontynuowanie Chrystusa w świecie. Nasz Błogosławiony Zbawiciel nie pozostał wśród ludzi w cielesnej i zmysłowej obecności. Jest poza zasięgiem wzroku — aż do ponownego przyjścia na sąd. Podobnie jak Boskość, będąc duchową, miała być przez Wcielenie przybliżona do ludzkich władz, tak Słowo Wcielone, gdy wróciło do Nieba, miało być zachowane w świecie i przed światem przez pewne cudowne rozrządzenie. Prawdą jest, że bez względu na to, czy Chrystus jest widzialny czy niewidzialny, fakty przyjścia, życia i cierpienia Jezusa nigdy nie mogą być zmienione. Nawet gdyby nie było żadnego wynalazku Bożej miłości dla zachowania Go zawsze z nami, to sam fakt Wcielenia i historia Jego życia byłyby zawsze środkiem przybliżania Bóstwa. Lecz On nie zadowolił się tym. Co obiecał przez Izajasza? *„Oczy twoje będą widziały twojego Nauczyciela, a uszy twoje usłyszą słowo pouczającego."* Nie aniołów miał posyłać, aby Go reprezentowali. Postanowił uczynić rzecz cudowną; sprawić w tym ziemskim wszechświecie cud, który ustępuje jedynie samemu Wcieleniu. Pragnął, aby Jezus Chrystus był znany i odczuwany przez każde pokolenie i w każdym zakątku świata. Wziął więc to, co jest zawsze i wszędzie — wziął samą

ludzkość i wydzielił ludzi, i *„wyświęcił"* ich, w pierwotnym znaczeniu tego słowa, do pełnienia dla Niego pewnej służby. Pozostawił ich w ludzkiej naturze; pozostawił ich na drodze pielgrzymki, na polu walki i zmagań; pozostawił ich z ich pokusami i słabościami. Lecz dał im pewne dary, wyposażenia, moce; dał im — nie swoją bezgrzeszność ani cudowną władzę nad naturą — lecz te ze swoich prerogatyw, które najlepiej nadawały się do tego, by zjednać ludzkość dla pamiętania Go i pójścia za Nim.

Dał im swą moc nauczania. Nie mogłoby być Bożej posługi bez daru pewnego i nieomylnego nauczania. Ludzie mogą dojść rozumem do faktu istnienia Boga. Lecz od tego miejsca ich ograniczone, a zawsze ruchliwe umysły będą rozbiegać się w tę i w tamtą stronę; będą spierać się o Jego dobroć, Jego sprawiedliwość i Jego sądy. Gdyby dał nadprzyrodzone objawienie, zadawaliby tysiące pytań na każdy jego zwrot, i nie mogąc uzgodnić odpowiedzi, rozerwaliby je na strzępy w ciągu jednego pokolenia. Gdyby nawet przyjął ludzkie ciało, ludzką mowę i nauczał ich osobiście, nigdy nie zgodzą się co do tego, kim jest, czym jest Jego łaska, jak grzech ma być zgładzony, czego oczekuje się od duszy ludzkiej, jakie jest jej przeznaczenie w przyszłym świecie. Dlatego, przez pokolenia, jeśli Bóg, jeśli Chrystus ma być widziany i odczuwany przez ludzi, muszą być nauczani. Słowami Proroka, wszystkie narody, cała rzesza ludzi, w czasach ostatecznych miały mówić jedne do drugich: *„Wstąpmy na górę Pańską i do domu Boga Jakubowego, gdzie On nas nauczy... gdyż z Syjonu wyjdzie prawo i słowo Pańskie z Jeruzalem."* Ta góra — ten dom, ten Syjon — to posługa nauczania, z darem nieomylności lub bezbłędności, przysługującym jej zbiorowo i w jej Głowie, oraz Boża opieka, która w sposób niezaprzeczalny strzeże nawet jej najniższych członków.

Następnie obdarzył swych szafarzy własnym darem napominania; darem mowy, która dotyka ducha i porusza serce; darem słowa Bożego. Mowa jest naturalnym i najpotężniejszym środkiem uobecniania tego, co nie jest widziane. Szafarze Chrystusa mieli posługiwać się mową podobną do samego słowa Bożego — żywą i skuteczną — ostrzejszą niż miecz obosieczny; słowem, które miało być ogniem palącym i młotem rozbijającym; słowem, które miało przenikać jak deszcz i śnieg wnikający w ziemię; słowem, które miało przekonywać i pohamowywać gubernatorów i królów, zbijać z tropu przeciwnika, nawracać grzesznika z jego złej drogi i przynosić siłę i pociechę sercom maluczkich Bożych. Ich słowo miało być podobne do słowa Tego, który mówił jak żaden człowiek nie mówił. Kapłani Kościoła bowiem, szafarze słowa, nie są potężni, ani bogaci, ani filozofami, ani uczonymi. Uważają się wprawdzie za zobowiązanych do uczenia się tak wiele, ile mogą, i do przygotowywania się z całą pilnością i pokorą. Lecz

nigdy nie będą w żadnym pokoleniu mogli współzawodniczyć w ziemskich przewagach z władcami świata, wielkimi żołnierzami, mężami stanu, mówcami czy odkrywcami. Zawsze jednak będą poruszać świat i w pewnym sensie nim kierować. Ich słowo, w przyszłości jak w przeszłości, będzie silniejsze od armii i bardziej przekonujące od wymowy tych, którzy zdają się wstrząsać narodami swoją mową. Ludzie będą przychodzić z rad i parlamentów, by słuchać Ewangelii wyjaśnianej przez ubogiego kapłana; uczeni i wykształceni będą bez sprzeciwu słuchać wykładu zasad, które są dowodzone jedynie autorytetem Chrystusa. Bystrzy biznesmeni będą przerywać swoje rachunki i plany zdobywania pieniędzy, aby być pouczani i hamowani przez ludzi, którzy wychodzą z półmroku ołtarza i mówią o rzeczach, które są poza zasięgiem wzroku. Młodzi, pełni gwałtowności i bezmyślności młodości, uznają autorytet, z którego nie mogą szydzić, i przestrogę, której boją się lekceważyć. A tłum, ubodzy, robotnicy, niewyrobione masy, ci, dla których miłość Boża musi być okazana w sposób najbardziej uderzający i dla których śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa muszą być głoszone z największym naciskiem, gdy pozostawieni są sobie i nie uwiedzeni — jak gdzieniegdzie w dziejach świata — przez błąd, pochlebstwo lub zwodnicze obietnice, będą tłoczyć się wokół szafarza słowa Chrystusowego i cisnąć się blisko do niego, jak do kogoś, kto może im wyjaśnić ten trudny świat i wskazać, gdzie jedynie znaleźć kierunek, zaspokojenie i pokój.

Wobec słowa szafarza Bożego każdy człowiek będzie równy. Prorokowi Jeremiaszowi nakazano głosić: *„Słuchaj słowa Pańskiego, o królu Judy, siedzący na tronie Dawida, ty i słudzy twoi, i lud twój, który wchodzi przez te bramy."* I na myśl o tym potężnym i dalekosiężnym słowie szafarz zagrożeń Pańskich zawołał na końcu tego samego przesłania: *„O ziemio, ziemio, ziemio, słuchaj słowa Pańskiego."* Bo słowo szafarza Bożego jest prawdziwie słowem samego Boga.

Po trzecie, Nasz Pan Jezus Chrystus przekazał tym, których posłał, posługę i dar sprowadzania swej własnej najświętszej osoby do kontaktu z tymi, których odkupił; utożsamiania się z Nim — jeśli wolno użyć tego wyrażenia — aż do końca czasów. *„Dla was"* — rzekł wielki Apostoł pewnego razu, gdy sprawował dobrze znany akt jurysdykcji — *„dla was uczyniłem to w osobie Chrystusa."* Moc sakramentalna jest trwaniem w świecie dotyku ręki Chrystusa. Niczym mniej. To ogromne roszczenie. Ciała religijne, które powstały z protestantyzmu, stopniowo zaczęły wzdragać się przed takim roszczeniem i odrzucać je. Na początku niosły ze sobą szatę sakramentalną, obrzęd sakramentalny i zachowały w swych wyznaniach pewien rodzaj wyrażeń sakramentalnych. Lecz roszczenie sakramentalne może żyć jedynie z duchem wiary. Gdy kościoły te i sekty coraz pełniej wprowadzały w życie swą zasadę krytycyzmu i buntu, stopniowo przestawały wierzyć w kapłaństwo i dbać o Sakramenty. Kościół Katolicki natomiast wierzy, że każdy prawidłowo wyświęcony kapłan posiada pewne olbrzymie nadprzyrodzone moce, które działają, gdy spełnione są pewne warunki.

Nie pretendujemy do odziedziczenia po Chrystusie mocy czynienia cudów we właściwym tego słowa znaczeniu. Zewnętrzne cuda nie są częścią ekonomii Odkupienia. Były konieczne do dowiedzenia posłannictwa Chrystusa. Były konieczne przy pierwszym głoszeniu chrześcijaństwa. Są w różnym stopniu zawsze konieczne dla misjonarza, dla wyegzekwowania ideału świętości i dla podtrzymania Opatrzności Bożej. Lecz nie wchodzą w zakres zwykłej posługi Kościoła.

To, czego domagamy się, to udzielanie niewidzialnej łaski duchowej przez zewnętrzne słowa i znaki. Twierdzimy, że Chrystus ustanowił to cudowne rozrządzenie tajemnic. Jak powiedział: *„Odpuszczają ci się grzechy"* i *„Przyjmijcie Ducha Świętego"*, i dusze ludzkie były wtedy oczyszczone z grzechu lub miały wlaną w siebie łaskę niebieską, tak powiedział też swoim Apostołom: *„Chrzcijcie"*, *„Wkładajcie ręce"*, *„Konsekrujcie"*, *„Rozwiązujcie od grzechu"*. Te rzeczy, pod pewnymi warunkami, Kościół twierdzi, że są częścią jego codziennej posługi dla dusz ludzkich. Jest tak, jakby Jezus nadal przechodził tam i z powrotem — nie tylko po Galilei czy Judei — lecz po całym świecie powszechnym. Wszędzie, gdzie światło Ewangelii tak dalece przeniknęło, znaleźć można człowieka działającego w osobie Chrystusa. Nie ma trudności w rozpoznaniu go. Widzicie go stojącego przy swoim ołtarzu — ołtarzu Nowego Testamentu. Może on wznosić się pod sklepieniami wielkiego kościoła, albo być skromnie ustawiony wśród ubóstwa. Widzicie go w stroju lewity, ewangelisty, proroka — czy to w mistycznych szatach wielkiej ofiary, czy w habicie, który wyróżnia go, nawet w zwykłym życiu ludzkim, jako kogoś wydzielonego do poważnej posługi najuroczystszego przeznaczenia człowieka. Widzicie, że ma własne obowiązki go zajmujące — obowiązki bardzo różne od praktyk i ceremoniałów świata. Widzicie, że zdaje się wchodzić do jakiegoś Miejsca Najświętszego i stać twarzą w twarz z Tym, którego szafarzem jest; że zdaje się odwracać plecami do wszystkich ludzi, nawet do zgromadzonej trzody. Widzicie tajemnicze obrzędy i słyszycie słowa, które zachowały się od początków Kościoła Katolickiego. I moc owych słów i obrzędów jest jak moc wyciągniętej Ręki, która dawała pokój i łaskę na Jeziorze Genezaret i na dziedzińcach Świątyni.

Lecz przy tym wszystkim widzicie pasterza, ojca i uzdrowiciela. Nie jest to ktoś, kto siedzi nieruchomy w ciemnej kaplicy — kto okutuje się w swą pychę — kto jest jedynie mechanicznym narzędziem większego od siebie. Czuwa nad powierzoną sobie trzodą we dnie i w nocy; idzie na pustkowia za zagubionymi lub do zatłoczonych miejsc, które są bardziej odpychające niż pustkowia. Prowadzi ich do ołtarza; oświeca ich niewiedzę i przygotowuje ich serca; ma dla nich słowa pociechy i uzdrowienia; i prowadzi ich licznymi namowami w krąg tej mocy, którą Chrystus, jego Mistrz, mu dał. Albowiem prerogatywa sakramentalna jest wielka i cudowna, a największa ze wszystkich jest moc konsekracji eucharystycznej, która prawdziwie i realnie czyni obecnym samego Jezusa Chrystusa pod postaciami sakramentalnymi. Lecz o ileż jest wzmocniony i pomnożony jej wpływ na dusze ludzkie przez ów dar, który należy do kapłana — dar czynienia siebie, w miłości i staraniu, w słowie i czynie, obrazem tego, czym był Jezus, gdy chodził drogami tej naszej ziemi! Słowo bowiem i życie kapłana nie wiedzie grzesznika do kapłana. Kapłan jest zasłoną Świątyni, która lekko skrywa chwałę Pańską. Co więcej, zasłona jest teraz rozdarta na dwoje i Nasz Pan jest widziany i odczuwany jedynie z małej odległości. Owa posługa kapłańska połączona z ową ojcowską troską — ów mistyczny obrzęd i owa najludzka czujność — słowa strasznych rozrządzeń zmieszane z głosem błagania i zachęty — te rzeczy przedstawiają żywego Jezusa. I owo najsłodsze Imię, czy to wzywane w mocy jego łaskotwórczego urzędu, czy też kierowane do uszu grzesznych, chwiejnych i obojętnych — to do owego Imienia kapłan zawsze powraca i o to Imię dba, by odkupiony świat nigdy go nie zapomniał. Oto Posługa Nowego Testamentu.

Nie można zaprzeczyć, że w obecnym nastawieniu świata trudno jest przekonać go, że istnieje wśród nas porządek mężów obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami reprezentowanymi przez Ofiarę Mszy Świętej i posługę Sakramentów. Jest to temat wart rozważenia, i jest to trudność, której trzeba stawić czoło. Jest jednak rzeczą oczywistą, że nikt, kto przyjmuje Nowy Testament, nie może odmawiać przyznania przynajmniej co do zasady, że w chrześcijaństwie nadprzyrodzone skutki są związane z zewnętrznymi obrzędami. Ustanowienie Chrztu i słowa Naszego Pana oraz Apostołów o tym Sakramencie są po prostu rozstrzygające. Chrzczenie jest, bez żadnej wątpliwości, zewnętrznym, fizycznym, zmysłowym aktem lub obrzędem. Kiedy po raz pierwszy był użyty na świecie — nie musi być tu omawiane; lecz był w użyciu przed tym, jak Nasz Pan go przyjął. Wówczas był niczym więcej jak jedną z owych symbolicznych i wtajemniczających ceremonii, jakie spotykamy we wszystkich stowarzyszeniach religijnych. Nie wydaje się, żeby oznaczał mycie czy oczyszczanie; lecz raczej, być może, zanurzenie. Był prawdopodobnie przyjęty, aby oznaczać poświęcenie istoty jakiemuś szczególnemu celowi; podobnie jak ogień był używany z podobną intencją. Stąd nabrał znaczenia wejścia w nowy stan. Nasz Pan raczył poddać się tej ceremonii z rąk Jana. Najdoskonalszej Jego ludzkiej duszy nie mogła ona przydać żadnej dodatkowej chwały, łaski ani daru. Lecz symboliczne ukazanie się Ducha Świętego w owej chwili pokazało, czym obrzęd miał się stać. Stwierdzamy, że Nasz Pan przyjął ceremonię Chrztu. Czyniąc to, wyraźnie stwierdził, że odtąd miała ona udzielać łaski wewnętrznej. *„Jeśli ktoś…"*

← wróć do odkrywania