Kościół Katolicki, wiernie przechowując prawdę objawioną, ogłaszał w każdej epoce swe wielkie posłannictwo z coraz większą jasnością, ilekroć błędy tego wymagały, rozpraszając wszystkie wielkie herezje blaskiem swoich przywilejów.
Jest zatem istotną cechą duchowości kapłana, by spoglądał na Matkę Bożą jako na swoją Arkę Przymierza — to znaczy jako na wyraz, symbol i narzędzie Jezusa w Jego działaniu wobec duszy.
Rozważmy najpierw, jak wielką potrzebę ma kapłan, by dogłębnie poznał tajemnicę Wcielenia.
W urzędzie kapłańskim, do którego zostali powołani obecni tu kandydaci, są dwie nauki, ponad wszystkie inne, których trzeba się nauczyć — i nauczyć się ich właśnie z Wcielenia. Kapłan nie jest najpierw ewangelizatorem, a potem przyjacielem Boga, lecz najpierw przyjacielem Boga, a potem głosicielem Dobrej Nowiny. Choćby bowiem głosił Ewangelię Bożą najdonioślejszym głosem, nie zgromadzi dusz do żniwa, jeśli nie jest już mężem Bożym, przeniknętym łaską Chrystusową, utwierdzonym w zasadach nadprzyrodzonych i habitualnie żyjącym w bliskiej łączności z Ojcem Niebieskim. Kapłan jest zatem zobowiązany swoim urzędem do zgłębiania Boga Wszechmogącego. Niech to wyrażenie zostanie darowane. Znaczy ono oczywiście, że ponieważ Bóg jest jedynym uświęcicielem i jedynym pasterzem dusz, żaden kapłan nie może być święty i żaden nie może pomóc swej trzodzie ani bliźnim, jeśli nie rozumie zamiarów i dróg Bożych. Wiedzy tej można nabyć jedynie w studium Wcielenia; albowiem tylko jako człowiek może Boski Stwórca objawić jakiś przymiot, który ludzie mogliby naśladować, lub wybrać środki mieszczące się w zasięgu ludzkiego działania.
Cóż zaś odkrywamy we Wcieleniu? Że Bóg gotów jest schylić się ku temu, co najniższe, i uciec się do ostatecznych środków, byle zbawić dusze; i że Bóg uważa za mądrzejsze działanie bez zasobów doczesnych, a raczej przez posłuszeństwo, ubóstwo, ukrycie i cierpienie. Ta Boża troska — Jego przyjacielska i ojcowska gorliwość — jest pierwszą nauką. Ten zdumiewający wybór oderwania, zamiast obfitości środków, jest drugą. Tych nauk kapłani ponad wszystkich muszą się uczyć. Nie wystarcza powiedzieć, że kapłan musi sam być gorliwy o dusze i sam oderwany od rzeczy ziemskich. Powiedzieć to znaczy odczytać kapłanowi rozdział z duchowej lektury, którego on być może pobożnie wysłucha i z szacunkiem przyjmie dla pouczenia i zbudowania. Lecz prawdziwe źródło owego rozdziału duchowości prawdopodobnie umknie jego uwadze. Przypisze go rekolekcjoniście lub pisarzowi duchownemu — temu czy owemu Ojcu Kościoła — temu czy owemu świętemu lub pustelnikowi. Szkoły, w której ów Święty lub Ojciec po raz pierwszy usłyszał tę naukę, może nie dostrzeże. I rzeczywiście, zdarza się to niekiedy z winy lub zaniedbania samego pisarza czy kaznodziei. Nie każda książka duchowna tłumaczy Jezusa i przepisuje Jezusa. Niektóre, niczym dzieci niosące wodę ze studni, rozlewają ją po drodze, a ofiarując to, co zostało, nazbyt wiele czynią ze swoich małych naczyń.
To, że kapłan wyciągnie naukę spośród wielu nauk zawartych w traktatach duchowych, jest rzeczą godną szacunku, lecz niewystarczającą. Musi on zgłębiać Boga we Wcieleniu. Dopóki bowiem Go nie studiuje, i nie studiuje Go w ten sposób, naprawdę nie wierzy, że Boża troskliwa miłość jest tym, czym jest, ani że Boży przemyślany wybór jest tym, czym jest. Dopóki nie studiuje Wcielenia, zawsze kryje się w nim odczucie, że gorliwość o dusze jest tylko obowiązkiem, a oderwanie tylko nakazem przyzwoitości, który okoliczności często mogą uchylić. Kiedy zaś studiuje Boga, wkrótce dostrzega, że Boska Troska jest jednym z tych praw Boskiego Bytu, w który jeśli kapłan nie wejdzie i do którego się nie upodobni, pozostaje poza zasięgiem promieni słońca, poza nurtem rwącej rzeki, poza szlakiem potężnych wiatrów Nieba; i że Boskie oderwanie, dalekie od przynoszenia owoców wbrew sobie, jest właśnie tym środkiem, bez którego żaden owoc nie jest możliwy. Jest on jak dzikus, który znalazł kompas magnetyczny i z początku podziwia jego podziałki, litery i wdzięk drżącej igły, lecz potem z lękiem uczy się dostrzegać, jak ów drobny czubek zawsze i niezmiennie zwraca się ku biegunowi. *„Na wieki, Panie, słowo Twoje trwa w niebie… Sprawiedliwość Twoja jest sprawiedliwością na wieki, a słowo Twoje jest prawdą."*
Uczenie się Boskich nauk od Jezusa jest czymś innym niż uczenie się z ust nauczycieli lub ze stronic książek. Nauka płynąca z Betlejem lub z Nazaretu wymaga przygotowania władz duszy, duchowych pielgrzymek, rozproszenia ciemności, milczenia i skupienia słuchającego serca. Często człowiek, stojąc przed żłóbkiem, nie wie o tym. Często, gdy Dziecię Jezus jest przed jego oczyma, nie rozpoznaje Go. Często wymawia Jego imię, nie pojmując, co owo Imię ma objawiać. Zostaliśmy ochrzczeni w Jego owczarni, a jednak przez wiele lat ledwo znamy Go jako naszego Pasterza. Spożywamy Jego Ciało i pijemy Jego Krew, a jednak nie odrywamy uwagi od marności światowej. Zasiadamy w Jego szkole niekiedy przez długie lata i nie ma głębokiego nawrócenia, nie ma prawdziwego wglądu, nie ma przekonanego pójścia za Tym, który jedyny może nas zbawić. Co więcej, stoimy na stopniach Jego ołtarza i służymy Mu samemu w szafowaniu Jego najwznioślejszą miłością, a jednak zaledwie mgliście dostrzegamy Jego serce, Jego drogi, Jego wybór, Jego wewnętrzny zamysł.
Skoro takie są trudności kapłana i takie jego potrzeby, łatwo zrozumieć, jak bardzo musi mu pomagać Matka Boża. Może nie zawsze i nie dla każdego — ale zdarza się zazwyczaj — że serce budzi się do takich wizji Jezusa przez myśl o Jego Matce. Mamy skłonność do wzrastania w bardzo abstrakcyjnym i, jeśli mogę tak powiedzieć, akademickim pojęciu naszego Pana Błogosławionego. Uczy się nas, że jest On Bogiem — tak jak jest — i otwierający się umysł przyzwyczaja się patrzeć na Niego jak na jakiś odległy szczyt, który zawsze możemy dostrzec z domu, w którym mieszkamy. Jest Boski, jest godny uwielbienia, jest Panem i Zbawicielem. Jest pokorny, posłuszny, przytłoczony cierpieniem. Wiemy to wszystko i rozważamy to wszystko — z odległości.
Wielbimy Go, dziękujemy Mu, miłujemy Go. Lecz potrzeba czegoś więcej. Musimy dojść do widzenia i odczuwania, że Jego osobowość (mówiąc po ludzku) jest naszym uzdrowieniem; że wszystkie Jego cnoty są niejako pełnią przeznaczoną do wylania się na nas samych; że Jego Serce, Serce Bogoczłowieka, przeznaczone jest na to, by wejść ze swą całą pokorą i hojnością do naszych serc, przemieniając je na swoje podobieństwo. Lecz to myśl o Maryi przywodzi nas do takiego spojrzenia. Maryja jest dobra, łagodna, czysta, doskonała; od najwcześniejszych lat staramy się z daleka Jej naśladować, wyrażać Ją, kształtować się na Jej wzór. Pewnego dnia otwieramy oczy i uświadamiamy sobie, że powinniśmy również naśladować Jezusa, z Którego pochodzi doskonałość Maryi; naśladować Go — to znaczy nie tylko dlatego, że jest On naszym wzorem — gdyż tę myśl możemy już mieć, chociaż jest ona często bardzo abstrakcyjna dla większości z nas — lecz naśladować Go jako Tego, który przyodziany jest wszelką doskonałością właśnie w tym celu, by przeniknąć nasze dusze na wskroś swoimi doskonałościami. On, który tak działał na swą Błogosławioną Matkę, że jej dusza jest tak piękna i wzniosła, jest Tym, który musi działać również na moją i waszą duszę. Odkryć to znaczy uczynić wielki krok. Maryja prowadzi do niego większość z nas.
Jeśli chodzi o wstawiennictwo Maryi, nie muszę dziś szczegółowo przy nim się zatrzymywać. Jeśli błogosławiona i niepokalana Matka Boża miłowała owego Syna, którego pielęgnowaniu została stworzona, czyż można sobie wyobrazić, że nie miłowałaby i nie otaczała opieką tych sług Jezusa, którzy ponad wszystkich muszą napełniać świat Jego obecnością, odkąd siedzi On po prawicy Boga? Lecz jeśli miłuje i otacza troską kapłaństwo, czyni to przez to, że przybliża kapłanów Bożych coraz bardziej do Betlejem i Nazaretu. W tym celu nieustannie wstawia się, błagając słodyczą i mocą swego urzędu. Lecz czyni coś więcej niż wstawianie się. Raczej — jej wstawiennictwo nie jest wstawiennictwem kogoś, kto prosi o cząstkowe łaski i o dobrodziejstwa wręczane proszącemu przez inną rękę. Cała jej moc pochodzi od Jej Syna. Lecz ugruntowana katolicka Tradycja głosi, że jeśli chodzi o bezpośrednie udzielanie łaski, to ona jest jego szafarką. Jak słodkie wody krainy wzgórz i strumieni zbierają się najpierw w jakimś olbrzymim, spokojnym zbiorniku, utrzymywanym przez wały i zapory ludzkiej sztuki, a następnie płyną niezawodnymi strumieniami orzeźwienia ku miastom nizin i domom bogatych i ubogich, tak Pan i Stwórca wszystkich rzeczy ukształtował Maryję, by swym przywilejem dzierżyła wszystkie miłosierdzia Jego Przenajdroższej Krwi i wylewała je na nieśmiertelne dusze. A gdy je wylewa, każda łaska i każdy strumień łask niesie z sobą coś właściwego Maryi. Podobnie jak Wcielenie jest Wcieleniem takim, jakim je znamy, głównie dlatego, że Ona je współtworzy, tak łaska, jaką posiadamy, ma swój kolor i swoje szczególne lub swoiste działanie, którego inaczej by nie miała — z racji przejścia przez ręce Maryi. Łaska zaś jest różnorodna. Lecz o ile jest czynna, jest zawsze ożywieniem władz duszy ludzkiej — najpierw jej władz duchowych, a następnie wyobraźni i innych władz, które mieszkają w ciele, a jednak mają udział w duchu. Dlatego oświecenie, natchnienie, serce, dobry zamiar, miłość, wierność i przywarcie do Boga, które w słabej naturze ludzkiej są skutkami Boskiej łaski — wszystkie one, choć najrzeczywiściej są darem Boga i jedynie Boga, mają w sobie pewien pierwiastek, który czerpią z przejścia przez usługujące dłonie Tej, która porodziła Jezusa w Betlejem. Jeśli serce w porannym milczeniu unosi się, by adorować i wielbić swego Stwórcę, owa łaska przychodzi teraz z dodatkową łagodnością i ludzkim uczuciem, które w swym ogarnięciu słodko obejmują nie tylko intelekt, lecz wszystkie władze ludzkie. Niesie ona delikatny dotyk rąk Maryi. Jeśli dusza pobożna jest poruszona do ofiarowania wszystkich swych władz i samej siebie Bogu, owa łaska, przychodząc przez Maryję, niesie ze sobą dla stworzenia, zawsze pełnego bojaźni wobec swego Sędziego, pewne poczucie owego nieskończonego pochylenia się Najwyższego, które jest wieczystym urzędem Maryi głosić i które sprawiło, że oblacja stworzenia jest pełna ufnej radości. Gdy mamy łaskę dziękczynienia, nie możemy wątpić, że przychodzi ona do nas pachnąca ową niewysłowioną łącznością szczerego uznania Bożych dobrodziejstw z najgłębszą pokorą, którą wyraża Magnificat. Gdy prosimy i zanosimy nasze błagania, Maryja wkłada w tę łaskę swojego Syna to uznanie bliskości miłosiernych oczu i uszu Bożych, którego nigdy dość żywego być nie może. Wielka łaska uniżenia i pokory niesie z sobą, od Maryi, poczucie wspólnoty z uniżeniem największej ze wszystkich stworzeń. A gdy bolujemy nad grzechem i rozważamy mękę Krzyża, owa najwyższa łaska skruchy ma w sobie, od Maryi, smak Jej własnego współcierpienia, które otwiera nowe źródła naszego własnego żalu i pomaga topić ową twardość natury, która stoi na przeszkodzie nadprzyrodzonemu bólowi. Lecz zwłaszcza tę naukę, którą nazwałem nauką samego Wcielenia, Najświętsza Maryja uczy duszę czytać. Zgłębiać Boską Troskę z Nią jako mistrzynią to patrzeć własnymi oczyma na Najświętsze Serce białe ogniem przeobfitej i nieodpartej łaski — łaski, która uczyniła Ją tym, czym jest, aby okazać, co Bóg chciałby uczynić dla dusz ludzkich. Zgłębiać Zbawiciela świata, wybierającego jako środek swego zwycięstwa uniżenie Betlejem, posłuszeństwo Nazaretu, ubóstwo, ukrycie i nieustanne cierpienie swej ludzkiej drogi — i zgłębiać to z Maryją stojącą obok, to słyszeć Jej ciche, słodkie macierzyńskie słowa, cierpliwie starające się, by dziecko zrozumiało, i błagające je, by patrzyło, i patrzyło, i znów patrzyło.
Tych rzeczy nie zawsze dostrzegamy ani nie znamy. Lecz nawet gdy nie myślimy wprost o Maryi, Jej łaskawy wpływ spada na nas jak deszcz, towarzysząc łaskom Jezusa. Albo, wyrażając to dokładniej — skoro wszystko pochodzi od Jezusa — łaski, których On udziela, udziela On z pewnym piętnem na nich, odzwierciedlającym skutek stanowiska i urzędu Maryi. Tak iż z jednej strony nie dotyka nas nigdy inaczej, jak dotykiem, na którym spoczywa dotyk Maryi, a z drugiej — w każdym czynie lub natchnieniu, przez które zwracamy się ku Niemu lub unosimy się ku Niemu przez łaskę, zawsze obecne jest przynajmniej subtelne drgnienie owej wszechogarniającej służby, która jest powierzona Maryi w królestwie Jej Syna.
Wynika stąd, że serce chrześcijańskie nigdy nie powinno oddzielać Maryi od Jezusa, podobnie jak nigdy nie oddziela Wcielenia od Bóstwa. Nie zaleca się tu żadnego wymuszonego ani mechanicznego starania, by modlić się do Maryi ilekroć modlimy się do Jezusa. Pobożność powinna być wolna; a serce ludzkie nie może, jak anioł, ogarnąć jednym aktem intelektualnym całego systemu duchowego. Lecz dobrze jest uznać, czym Maryja jest dla nas, i dostosować swoje życie duchowe do tak prawdziwego i owocnego uznania.
Prawda zaś, że to uznanie miejsca i urzędu Maryi jest jedną z najbardziej uderzających znamion świętej wiary katolickiej. Bez względu na to, czy spoglądamy na życie Świętych, czy na żywą praktykę codziennego katolicyzmu — oboje uczą nas tej samej lekcji. Katolicka matka poświęca swoje niemowlę Maryi, jak czytamy, że świętego Feliksa z Valois, gdy był dzieckiem, dedykował Jej sam święty Bernard. Katolicka młodzież, w domach i kolegiach, uczy się, jak uczył swych młodych słuchaczy święty Franciszek da Girolamo, że „trudno zbawić duszę, jeśli nie mamy nabożeństwa do Maryi"; i jak istotnie święty Bernard i święty Bonawentura wielokrotnie powtarzali to na długo przed nim w każdej formie gorliwego wyrazu. Wszelkiego rodzaju pamiątki, formy commemoratywnej pobożności, hołdy pobożne, zdolne utrzymywać Jej umiłowaną pamięć zawsze przed sercem, są znane w zwykłym toku życia katolickiego. Czcimy Jej wizerunek w naszych kościołach i domach — i być może ze wzruszeniem przypominamy sobie, jak czynili to Jej święci słudzy: jak święty Anzelm spędzał długie godziny dnia i nocy przed owym wizerunkiem w kościele w Bec; jak święty Jacek unosił Jej wizerunek w ramionach; jak święty Rajmund zawsze modlił się przed nim leżąc twarzą do ziemi; jak święty Piotr Klawer kojącym remedium w swym trudnym apostolstwie był mu modlitewnik z jej obrazkami, który nosił za pazuchą; jak święty Franciszek Borgiasz rozdzielał wszędzie kopie Jej dobrze znanych wizerunków z Santa Maria Maggiore; jak święty Franciszek Caracciolo mówił *Ave Maria* za każdym razem, gdy przechodził obok Jej wizerunku; i jak nasz własny święty Edmund, z małą statuetką swej Królowej stojącą przed nim na pulpicie w jego studenckiej celi w Oksfordzie. Nosimy Jej szkaplerz z Góry Karmel, przywołujący słowa, które rzekła do angielskiego świętego Szymona: *Ecce signum salutis, salus in periculis*. Miłujemy noszenie Jej medalika — nabożeństwo drogie owemu Apostołowi Katechizmu, niedawno kanonizowanemu, świętemu Piotrowi Fourierowi. Litania Loretańska jest znana w aktach publicznych i w naszych prywatnych modlitwach — tak jak święty Hieronim Emiliani przyciągał lud z daleka i bliska, by słyszał, jak jego sieroty i on sam ją odmawiają — tak jak święty Wincenty Ferrer powtarzał ją nieustannie w swych podróżach z jednej misji na drugą. Salve Regina zostało wskazane przez obecnego Papieża jako wspólna i powszechna inwokacja chrześcijaństwa w pilnych potrzebach Kościoła. Lecz nasi ojcowie nigdy się jej nie nudzili: i wzruszające jest przypominać sobie, jak święty Wincenty a Paulo, w swej tunezyjskiej niewoli, nawrócił nią swych arabskich porywaczy; jak męczennicy z Gorkum śpiewali ją, gdy prowadzono ich na pikach prześladowców na chwalebną śmierć; jak często słudzy Boży zawdzięczali jej swoje nawrócenie, jak Czcigodny Wincenty Carafa. O Różańcu możemy tylko powiedzieć, ze świętym Alfonsem, że nikt nie wie, ilu przez jego pośrednictwo zostało wyrwanych z grzechu, doprowadzonych do świętego życia, do dobrej śmierci i do zbawienia.
Nie ma tu zatem nikogo, czyje serce nie byłoby przeniknięte tym duchem katolickim — tym duchem Świętych — tym przekonaniem, że jak Maryja jest Matką Jezusa, tak Maryja jest Matką Łaski. Lecz dziś zebraliśmy się, by dokonać aktu poświęcenia i konsekracji, który winien zarówno odnowić naszą pobożność, jak i być może wznieść ją ku wyższej sferze. Zebraliśmy się, by odnowić konsekrację tego domu i seminarium Niepokalanej Matce Bożej. Takie konsekracje są uroczystymi aktami życia i mogą wywrzeć dalekosiężny wpływ na duszę. Jest konsekracja, która jest największym i pierwszym przykazaniem Bożym — konsekracja naszej miłości, serca, umysłu, sił i wszystkiego, czym jesteśmy, Bogu, który nas stworzył. Każda inna konsekracja jest tylko środkiem do zachowania tej pierwszej w świeżości i prawdziwości. Tak poświęcamy się Dzieciątku Jezus, Najświętszemu Sercu, Jezusowi Ukrzyżowanemu. Konsekracja Maryi, tak powszechna w Kościele, opiera się na solidnej i głębokiej doktrynie teologicznej — Jej jedynym wstawienniczym stanowisku i urzędzie. Ponieważ Maryja jest tym, czym jest, możemy najlepiej miłować i służyć Bogu przez Maryję i w Maryi, tak jak możemy najlepiej oddychać w najczystszym powietrzu. Dlatego nie tylko nigdy nie możemy się mylić, oddając w Jej ręce nasze zdolności, nasze dzieła, nasze aspiracje, nasze zasługi i nasze zbawienie; ale im bardziej to czynimy, tym skuteczniej oddajemy się Bogu, który stworzył Ją właśnie w tym celu. Stąd wielcy Święci, którzy zmienili oblicze ziemi, nie tylko poświęcali się wielokrotnie Błogosławionej Matce, lecz składali u Jej stóp całą swą pracę — założone przez siebie zakony, zbudowane klasztory i kościoły, instytuty miłosierdzia i współczucia, którym poświęcili swe siły. Tak wielki promotor uświęcenia duchowieństwa, święty Karol Boromeusz, umieścił każde ze swych kolegiów pod Jej szczególną opieką.
Przez długie lata wznoszono nad tym domem Oscott czcigodne imię Maryi. Nasi ojcowie, gdy przyjmowali to imię, wiedzieli, co znaczy — i my to wiemy. Przez długie lata obchodzono tu Jej święta z miłością i przepychem, a Jej dzieci czuły, że należą do Niej w szczególnym i pocieszającym patronacie. Teraz, gdy nowy rozdział otwiera się w historii wielkiego Kolegium, cóż możemy uczynić bardziej słusznego, przyjemniejszego i pociesznopego, jak na nowo poświęcić dom i wszystko, co zawiera, Tej, która przez tak długi czas czuwała nad nim z miłością matczyną? My sami, każdy z nas, wiemy i czujemy, że nasze powołanie do kapłaństwa i nasza wierność temu powołaniu są bez wątpienia częścią owej ekonomii zbawienia, którą Wcielenie składa w Jej ręce. Powstań, Boże, niech się rozproszą Twoi wrogowie! Z Jej pomocą jesteśmy bezpieczni. Dlatego nieustannie, od chwili gdy zdaje się, że owe wezwanie nadeszło, zwracaliśmy się i zwracamy do Maryi. Być może ta nowa i uroczysta konsekracja okaże nam nowe światło w rzeczach duchowych i przybliży nas do Jezusa w sprawach, których jeszcze nie wyobrażaliśmy sobie. I patrząc poza siebie, na całe kapłaństwo tego kraju, na Kościół w całym tym kraju, na grono profesorów i studentów w tym centralnym seminarium Południowej Anglii, na przyszłe interesy Jezusa Chrystusa przez wiele pokoleń, możemy słusznie zjednoczyć wierne serca i gorące aspiracje w akcie miłosnego hołdu, przez który mamy na nowo wyznać ufność w Matkę łaski i miłosierdzia — Matkę Boga, który stał się człowiekiem.
*Wygłoszone w Kolegium Świętego Edmunda, Old Hall, 16 listopada 1893 r.*
*Sic rerum summa novatur,* *Inque brevi spatio mutantur saecla animantum,* *Et, quasi cursores, vitai lampada tradunt.*
*„Pan jest dobry, Jego miłosierdzie trwa na wieki; bo przywrócę jeńców tej ziemi jak na początku, mówi Pan"* (Jr 33, 11).
Obchody setnej rocznicy założenia tego domu, przypadające właśnie w dniu dzisiejszym, 16 listopada, są okazją do dziękczynienia i radości. Gdy Biskup i jego mała trzódka zebrali się wokół naszego Błogosławionego Pana tutaj, w tym dniu, przed stu laty, z pozoru było więcej powodów do żałoby i obawy niż do pomyślnych wróżb czy ufnej nadziei. A jednak, ogólnie rzecz biorąc, ten zamknięty właśnie wiek był przywróceniem Judy i Jeruzalem, powrotem z niewoli. To możemy teraz dostrzec. Ten dom Świętego Edmunda jest reprezentatywną częścią naszego angielskiego katolicyzmu. Trwał stabilnie przez stulecie i rozwijał się i krzepł. Oznacza to, że głębokie korzenie zapuściły się w glebie tego kraju i że można liczyć na bujne i owocne drzewo. Nie pytam, ile z owej żywotności i owocności widoczne jest już w tej chwili. Jeśli spojrzymy na to minione stulecie jedynie jako na stulecie początków, możemy z pełnym sercem chwalić i błogosławić Boga Wszechmogącego za stabilność i stały wzrost kolegium jak to. Nie ma we współczesnym stanie naszym zjawiska bardziej wróżącego zasadniczy sukces niż stabilność naszych katolickich instytucji. Podczas burz wielkiej Rewolucji wrak naszych seminariów, klasztorów i domów zakonnych kobiet wyrzucony został na brzegi tego kraju — kraju obcego, nieprzyjaznego i nieznanego. Słudzy Boży lądowali w Anglii ogołoceni i zniechęceni. Znaleźli tolerancję, a nawet miłosierdzie, i stopniowo osiedlili się na Południu i na Północy, w dawnych dworach szlacheckich, na nagich zboczach wzgórz lub na przedmieściach wielkich miast. Stawiali swój dach i budowali swój ołtarz na nowo Bogu Najwyższemu i zaczynali walkę o byt. Groziły im liczne niebezpieczeństwa: ubóstwo, spadek liczby członków, brak spraw akademickich i religijnych, a nawet prześladowania. Lecz godne uwagi jest to, że niewiele lub prawie żadna z owych wspólnot, które przybyły około roku 1793, nie zniknęła. Mamy je wśród nas po dziś dzień. Żyją; utrzymały swe liczby; przyczyniły się do życia katolickiego w tym kraju i przyjęły swój udział, każda na swój sposób, w pracy i ofierze, które Bóg natchnął i które Bóg niezawodnie też pobłogosławi. Nasze kolegia i domy zakonne mają prawie wszystkie wiek stulecia. Taka trwałość wskazuje na szczególną Opatrzność Bożą. O nich można powiedzieć, jak Psalmista mówi o narodzie żydowskim: *„Zasadziłeś ich korzenie i napełniły całą ziemię."* Jeśli Pan Bóg nasz strzegł ich i czuwał nad nimi przez tyle lat niebezpieczeństwa, cóż może być Jego celem, jeśli nie to, by się jeszcze bardziej rozwijały i z nimi całe królestwo Boże w tym kraju?
Aby to miłosierne zamierzenie nie doznało żadnej przeszkody z naszej strony — abyśmy weszli w Jego plany wszelkimi siłami naszej duszy — oto powód, dla którego obchodzimy taki dzień modlitwą dziękczynną i czcimy imię niebieskiego Patrona, który przez całe stulecie był dla nas zadatkiem Bożej opieki. Nawet gdyby święty Edmund z Canterbury nie był waszym patronem tytularnym, znalazłbym w jego życiu niezwykle wymowną lekcję religijną, którą z największym pożytkiem można przedstawić wspólnocie poświęconej budowaniu królestwa Bożego. W życiu Świętego Edmunda z pewnością mało jest spokoju lub stabilności i pozornie mało sukcesu. Lecz fundamenty, które kładzie Bóg, mogą być kładzione w burzy równie dobrze jak w słońcu; lepiej nawet, w męczeństwie niż w pokoju. Jedynym warunkiem jest, by owe fundamenty były Chrystusowe, a nie cudze. Święty Edmund umarł w roku 1240. Narodową apostazję można datować od roku 1536. Przez owe długie trzy wieki w Anglii panował religijny spokój. Jej kościoły się mnożyły, jej liturgiczna służba Boża stawała się coraz bogatsza i jej prosty lud służył Bogu pod opieką Kościoła. Niezakłócona stabilność najlepiej przejawia się w świadectwach materialnych. Pod koniec owego okresu trzech wieków nie było w całym chrześcijaństwie Kościoła, którego świątynie, sanktuaria, fundacje i instytucje byłyby tak bogate w zgromadzone skarby i dzieła sztuki jak nasz własny. Wskazuje to na okres pokoju; nieprzerwanej Mszy świętej, Sakramentów i przepowiadania; wiary i prostoty; katolickiego życia i katolickiej śmierci. To angielscy Święci wyjednali ten bezcenny pokój. Spośród nich wszystkich nie ma nikogo, po Tomaszu ani Anzelmie, kto by się wylał obficiej niż święty Edmund. Jego życie osiągnęło szczyt w siedmioletnim biskupstwie, do którego był przygotowywany od najwcześniejszej młodości przez Ducha Świętego. Owe siedem lat były latami męczeństwa, sprzeciwu, kłopotów i trudności — wszyscy przeciw niemu: król, biskupi i jego własny dom; desolacja Kościoła bez lekarstwa; nawet Ojciec Święty źle poinformowany i wrogi. I pod tym wszystkim jego duch ugniatany był goryczą, jakiej chyba żaden inny angielski Święty zdaje się nie doznał. Jego życie było wypełnieniem niezwykłego widzenia jego matki, która widziała jego głowę ukoronowaną cierniami całą w ogniu.
Mogę chyba przyjąć za rzecz oczywistą, że zarysy, a nawet szczegóły owego heroicznego i ukrzyżowanego życia są wam znane. Proszę was zatem, byście poszli za mną w odczytywaniu nauki, której ono udziela.
Dostrzegam w Świętym Edmundzie trzy charyzmaty czy dary: naukę, niewinność i surowość.
„Nauka" jest wyrazem bardzo nieadekwatnym, by opisać owo oddanie się studiom świętym, które — gdyby nie wyniesienie go do biskupstwa — można by było nazwać prawdziwą cechą charakterystyczną jego ducha i celem jego życia. We wczesnym dzieciństwie widzimy go w Oksfordzie, który zaczyna drogę swych studiów — tam gdzie w owej epoce wielu je zaczynało — w samym przedsionku kościoła. Widzimy go postępującego w wiedzy dzięki szybkości naturalnego talentu i czystości serca. Dziecię Jezus zasiada niewidzialnie u jego boku w szkole i ukazuje mu się widzialnie na boisku. Rzuca się w intelektualne życie Paryża, gdzie nauczał Aleksander z Hales i gdzie wkrótce mieli się pojawić Albert i Tomasz z Akwinu. Wykłada pośród nieuporządkowanych początków Oksfordu. Porzuca urok studiów świeckich dla teologii Bożej, a w Oksfordzie jego dysputy i dyskusje przyciągają słuchaczy ową połączoną głębią, płynnością i uczuciem pobożności, które znamionują człowieka intelektu, będącego zarazem Świętym. W pismach, które po sobie zostawił, mamy scholastyczną formę Sentencji i Sumy. Można go rzeczywiście słusznie nazwać pierwszym pionierem scholastyki w tym kraju; i choć nie ma na to żadnego zapisu, musiał być głównym narzędziem przysparcia Oksfordowi owego Zakonu Dominikańskiego, do którego przez całe życie był tak gorąco przywiązany; albowiem pierwsi dwaj nauczyciele dominikańscy byli jego własnymi uczniami. Święty Edmund jest intelektualnym założycielem średniowiecznego Oksfordu. Jest zatem jednym z filarów owej wielkiej budowli scholastycznej teologii, którą z trudnością można odróżnić od samej świątyni doktryny katolickiej.
Dar niewinności jest szczególną cechą Świętego Edmunda. Jest to rys osobliwie interesujący, gdy wziąć go w związku z jego pracowitym, nieklauzurowym życiem i szeroką sympatią dla wszelkiego rodzaju doskonałości intelektualnej. Po łasce Bożej zdaje się, że czerpał ją od swej matki. Istotnie, samo owo połączenie — studiów i niewinności — było częścią jej pielęgnacyjnego systemu w jego niemowlęctwie; i jest niezwykłe widzenie, które przedstawia ją w późniejszych latach jako przyczynę jego porzucenia „sztuk wyzwolonych" dla teologii. W całości żywotów Świętych nie ma historii, która niosłaby z sobą taki aromat — takie przekonanie — takie świadectwo — niewinności jak ta o zjawieniu się Dzieciątka Jezus, gdy Edmund miał lat czternaście. Wrażenie to potwierdza zdarzenie poświęcenia się Matce Bożej przez włożenie pierścienia na jej palec w kościele Najświętszej Maryi Panny w Oksfordzie, na znak oddania się Jej jako Królowej Dziewic i patronce świętej czystości. Podobne świadectwo mamy w jego wielkim nabożeństwie do Świętego Jana Ewangelisty; w jego nawykłych wizytach przy wizerunku Świętej Frydyswidy, dziewiczej patronki Oksfordu, w małym kościele w Binsey, i przy kaplicy Matki Bożej Saint-Merri w Paryżu. Ci, którzy znali go od niemowlęctwa, mogli potwierdzić, że nie był nigdy splugawiony grzechem śmiertelnym. Pewne jest, że żywo zdawał sobie sprawę ze związku między niewinnością a prawdziwą teologiczną nauką, jak głosi Pismo Święte. Jego studia nigdy nie sprawiały, że opuszczał codzienną Mszę lub oficjum. Pilnie korzystał z Sakramentu Pokuty. Zasiadał przy nauce z wizerunkiem Matki Bożej stojącym przed nim na stole. Od modlitwy szedł na wykład, a z wykładu na modlitwę. Jego odprawianie Mszy Świętej napełniało każdego widza pobożnością. Czuwał noc w noc w kościołach. Wielokrotnie przerywał swoje cykle nauczania, ponieważ obawiał się próżności i pragnął uciec w samotność domów zakonnych oraz ćwiczyć się w uczynkach miłości i religii. Całe jego życie, poświęcone w znacznej mierze nauce, głoszeniu i wreszcie pasterskiej troskliwości, jest prawdziwie i wzruszająco opisane w owym wybuchu pobożności, którym powitał święte Wiatykum: *„Ty, o Panie, jesteś Tym, w którego uwierzyłem, Którego obrałem za swą cząstkę, Którego umiłowałem, Którego głosiłem i nauczałem; Tyś moim świadkiem, że niczego na ziemi nie szukałem jak tylko Ciebie samego!"* Owocem niewinności jest oderwanie. Niewinność dziecka, młodzieńca, mężczyzny dojrzewa wreszcie w ową doskonałą czystość serca, której dany jest widok Boga — na tym i na tamtym świecie.
Surowość, która znamionuje całą drogę Świętego Edmunda, mogłaby się wydawać zaskakująca w zestawieniu z jego niewinnością. Dla katolików zaznajomionych z zasadami życia duchowego i czytających żywoty Świętych nie jest to zaskoczenie, lecz rzecz zupełnie naturalna. Jak niewinność zawdzięczał swej matce, tak Jej był też wdzięczny za wczesne wtajemniczenie w tajemnice Krzyża. To jej duchowe rozeznanie i instynkt katolicki sprawiły, że od najwcześniejszych lat pojął ową wielką prawdę duchową, że nie ma postępu ani w świętości, ani w chrześcijańskim rozumieniu, z wyjątkiem drogi Krzyża. Pod jej kierownictwem pości i nosi włosienicę w swym pierwszym dzieciństwie; ona obiecuje mu, że owe praktyki zapewnią mu czułą troskę Bożą; i zapewnia nas biograf, który prawdopodobnie posługuje się własnymi słowami Świętego, że gdy on i jego młodszy brat po raz pierwszy pojechali do Paryża, to właśnie w odpowiedzi na ową młodzieńczą surowość ich Ojciec Niebieski zarówno zachował ich od cielesnego braku, jak i otworzył ich umysły na rozumienie. Przez całe jego życie umartwianie w zakresie pożywienia było tak wielkie, że stale był wychudzony i blady; nigdy zdaje się nie kładł w łóżku ani nie miał prawdziwego nocnego odpoczynku przez trzydzieści sześć lat; i przez większość życia nosił włosienicę, która — jak opisują biograrafia — przywołuje świętą Różę z Limy lub świętego Piotra z Alkantary. Rzeczy tych byłoby nieroztropnie dla większości jego czcicieli naśladować lub próbować bez porady; lecz lekcja duchowa jest dla każdego z nas — że żaden człowiek nie może poznać prawdy katolickiej, nauczać nauki katolickiej, głosić słowa Bożego owocnie ani pracować dla dusz z plonem, kto nie żyje życiem umartwionej i surowej ascezy. Tajemnica Krzyża polega na tym, że bez bólu i udręki cierpienia, dobrowolnie przyjętego, najlepsze czyny miłości i zjednoczenia muszą być pozbawione pewnej intensywności i skuteczności. Surowość jest zadośćuczynieniem grzesznika, lekarstwem na źle przeżyte życie, uzdrowieniem natury zdeprawowanej winą; lecz jest również czystym zimnym powietrzem, które owiewa aspiracje niewinnego serca ku Bogu i które skłania Boga do mówienia do umysłu i ducha, do udzielania Jego mądrości i poruszania Jego potężnej mocy.
To Kolegium jest domem kształcenia tych, którzy mają pracować nad szerzeniem królestwa Bożego. Ilu to kapłanów opuściło w przeszłości ten dach, by pracować w Anglii! Nawet teraz, gdy usunięto stąd szkoły filozofii i teologii, są i zawsze będą tacy, którzy pewnego dnia staną przy ołtarzu. A nawet jeśli wielu spośród jego studentów nigdy nie wstąpi do stanu duchownego, mają oni duży udział w tej odpowiedzialności za dobrobyt katolicyzmu i za nawrócenie kraju, której żaden z nas nie może się pozbyć. Co więcej, są kształceni i będą kształceni tak, jakby mieli być kapłanami; albowiem jedną charakterystyczną cechą naszych kolegiów od początku było to, że w wychowaniu studentów świeckich i kościelnych razem nie obniżaliśmy norm pobożności i dyscypliny do poziomu odpowiedniego dla świata, lecz podnosiliśmy je do tego, czego wymaga dziecko przybytku.
Stojąc u schyłku jednego stulecia i u progu następnego — z pamięcią wszystkiego, co dokonało się w tych murach, obecną w duchu, i troskliwie spoglądając w przyszłość — wydaje mi się, że możemy czerpać natchnienie i otuchy z myśli o Świętym Edmundzie i z tego właśnie dnia.
Święty Edmund przypomina nam przede wszystkim, że do budowania świątyni Bożej potrzebna jest nauka. Nie ma potrzeby ukrywać przed sobą faktu, że Kościół angielski przez ostatnie sto lat nie był Kościołem uczonym. Jakże mógł nim być? Musiał znaleźć chleb do jedzenia i dach na schronienie. Musiał walczyć przeciw zagładzie. Musiał stawiać ołtarze i szkoły elementarne. Musiał nakładać ręce na kapłanów z jak najmniejszym opóźnieniem, by ocalić resztę wiernych lub sprostać rzeszom, które prosiły o Sakramenty. Jego misje opróżniały i wyczerpywały jego szkoły, jak misje zawsze to czynią. Nie brakowało mu wielkich nazwisk, gdy jego obozy były za morzem. Środki, czas wolny, uniwersytety i zaraza intelektualnego życia rodziły mężów znakomitych osiągnięć — Stapletona, Hardinga, Bridgwatera, Bristowe'a, Cressyego, Hooka i Albana Butlera. Nie zabrakło też ludzi uczonych nawet u zarania jego początków w tym kraju. Lecz nauka, jak mi się zdaje, powinna być wśród naszych głównych próśb i aspiracji w tym stulecia Świętego Edmunda. Albowiem w Kościele Katolickim nauka nie jest ozdobą, rozrywką ani luksusem, lecz koniecznością. Mówiąc o Kościele w całości i o dobrobycie każdej jego części, musimy bez wahania powiedzieć, że jest to konieczność. Nauka bowiem jest paliwem wiary. Prawda, że nauka niekiedy prowadzi do wątpliwości lub do zuchwałości; lecz to przypadłościowe. To, co nauka naprawdę czyni, to poszerzanie pola, na które pada światło wiary, i zbieranie, i nagromadzanie — jak kapłani w Świątyni nagromadzali ofiary — materiału wszelkiego rodzaju dla działania na nim wiary. Wiara może — i często płonie przy bardzo skromnej wiedzy; lecz do palącego całopalenia wiary potrzebne są skarby studenckiej pracy lub wlana wiedza Świętego. Co więcej, bez nauki Kościół sam nie wzrasta. Są ludzie, którzy siedzą w domu, a ich myśli krążą wokół płotu dzielącego ich od świata zewnętrznego; i są ludzie, którzy przemierzają oceany i kontynenty i przynoszą do domu opowieści o rozległym i pięknym wszechświecie. Królestwo Przenajdroższej Krwi jest dziedzictwem bezkresnym; lecz jest to dziedzictwo do zdobycia pracą władz ludzkich. Wzrost i rozwój oznacza koordynację prawdy, porównywanie prawdy z prawdą, wykładanie konsekwencji, rozwijanie znaczeń i obalanie szkodliwego błędu. I wreszcie nauka jest wymagana, by spotkać naukę — nauka katolicka, by przeciwstawić się nauce heterodoksyjnej; bo inaczej Kościół Boży zostanie zlekceważony, a postęp królestwa Bożego zahamowany. We wszystkich tych różnych dziedzinach nauki to Kolegium i inne kolegia katolickie, i ogół katolicki, dokonały wcale nie pogardzania godnych rzeczy przy posiadanych środkach. Pomyślmy, co działo się w tych murach przez zamknięte właśnie stulecie. Mężczyźni studiowali i mężczyźni nauczali. Dla dobra królestwa Chrystusowego wyczerpywali siebie i dawali się wyczerpywać. Żadne bogate uposażenia, żadne hojne stypendia ich nie stymulowały. Żadne tłumy nie przychodziły z opłatami w rękach po stopnie i sławę. A jednak nieśli wysoko i przekazywali dalej pochodnię świętej nauki. Wysyłali mężów w klasykach i teologii, w zawiłościach prawa kościelnego i w szerokich poglądach Ojców. Wstawali wcześnie i kładli się późno, siedzieli w samotnych celach, pracowali w bibliotece, gromadzili wokół siebie klasy, a mężowie, których wysyłali, nauczali wiernych tego kraju znać swoją religię i ją doceniać. Z ambony wielu kościołów w Londynie i gdzie indziej, i niekiedy w książkach i pismach, wykładali Kościół Powszechny z jego historią i przywilejami, i królestwo miłości odkupieńczej Chrystusa w jej rozległości, boskości i wspaniałości. Głosili Najświętsze Serce i Niepokalaną Matkę i „przywilej" Piotra. Czcimy tych mężów, którzy trwali wiernie przy nauce i podtrzymywali tradycje chrześcijańskich szkół. Niech nasi młodsi naśladują ich. Niech nadchodzące stulecie pochwyci świętą pochodnię i niesie ją jeszcze śmielej, jeszcze szybciej. Rozumiejmy wszyscy, że nauka jest bezwzględnie konieczna. Niech Święty Edmund pielęgnuje tę myśl i wznieca ofiary konieczne do jej urzeczywistnienia! Nie ma potrzeby zniechęcać się ogromnym rozwojem nauki niekatolickiej, który cechuje ostatnie pięćdziesiąt lat. Co widzimy w pracach niekatolików? Magazyny faktów, poglądy bez liczby, badania historyczne i zaczyn religijnego błędu. Nie mówię, że jesteśmy zwolnieni z mierzenia się z nimi na ich własnym terenie. Musimy się z nimi mierzyć. Musimy znać wszystkie ich fakty, ważyć wszystkie ich opinie, podążać za nimi do każdej jaskini i archiwum przeszłości i obnażać wszystkie ich błędy. Lecz nasza własna nauka jest naprawdę innego rodzaju. Wychodzimy od pewnych przesłanek. Mamy raz oddaną Wiarę. Rozwijać tę Wiarę — to nasza nauka. Iść za Ojcami, Soborami i Świętymi; mieć na końcach palców wszystko, co zostało powiedziane, i dodać własny wkład, mały lub wielki, do ogromnego i chwalebnego systemu — to nasza nauka. To musimy mieć przede wszystkim. Wymaga to niemałego trudu. Wymaga filozofii, nauki i sztuki; historii, etyki i nauki o człowieku. Gdy to posiadamy, a nasze szkoły wydają nowego Albertusa Magnusa lub Summę na miarę XIX wieku, sam ciężar i blask tego osiągnięcia uczyni więcej dla królestwa Bożego niż sto tomów polemik i zbijania zarzutów. A mimo to tych ostatnich również musimy mieć, i Boża pomoc, która daje nam jedno, da nam też drugie. Niech Święty Edmund wstawia się za nami wszystkimi, by zstąpił na szkoły tego kraju, w nadchodzącym stuleciu, duch mądrości, rozumu i umiejętności!
Lecz potrzebujemy jego świętych modlitw nie tylko po to, by nauka rosła i kwitła, lecz by była nauką prawdziwie katolickiego rodzaju. Takiej nauki nie może być bez niewinności. Mogą być badania, odkrycia, filozoficzne ujęcia, krytyka biblijna i wiele innych rzeczy; lecz nie budowanie wiary. To bowiem musi pochodzić od Ducha Świętego; a Duch ów nie wejdzie w naturę „podlegającą grzechowi". Tradycja katolickich szkół jest taka, że młodzi muszą być chronieni w niewinności i że dojrzali muszą żyć w bojaźni przed grzechem, inaczej będzie mały postęp w nauce. Szkoły katolickie były zawsze pod cieniem Kościoła. Gdy spoglądamy wstecz na poważne i bogobojne katolickie obyczaje wczesnych lat miniowanego stulecia, czyż nie możemy obawiać się, że w nadchodzącym stuleciu dobre stare tradycje katolickiej nieświatowości będą musiały zmagać się z duchem czasu? Co widzimy? Czy nie zaczynają nasi młodzi wsiąkać w owe twarde i samolubne zasady, które są dziś tak powszechne? Serce niewinne rozkwita jak kwiat ku swemu Bogu, ku Jezusowi Chrystusowi i ku wszystkiemu, co należy do świata łaski. Nie jest to możliwe w sercu zamkniętym w sobie, interesującym się jedynie szansami obecnego życia. A jednak coraz swobodniej wystawiamy katolickich chłopców na to niebezpieczeństwo. Może być niemożliwością temu zaradzić; lecz odosobnienie, starannie strzeżona „nieświadomość" naszych studentów katolickich zanika. Ich rok szkolny jest o wiele krótszy niż był; żyją tyle samo w świecie co w szkole; w świecie — gdyż ściśle i budująco prowadzone domy stają się też coraz trudniejsze do znalezienia. Mieszają się z chłopcami niekatolickimi, którzy są przedwcześnie rozgarnięci i cyniczni, mówią z łatwą tolerancją o religii i nie są nawet zdolni wyobrazić sobie, czym jest katolicka pobożność. Ich podatne umysły wrzucone są w środek świata, w którym zasady nadprzyrodzone, Sakramenty i dziecięca modlitwa są praktycznie nieznane. Narażają się nie tylko na to, że wcześniej wpadną w grzech, niżby mogli, lecz na zniszczenie owej prostoty, szacunku i surowości ideału, która winna cechować każdego studenckiego kata. Być może te niebezpieczeństwa istnieją, bez żadnej realnej obrony, nawet wśród naszych dojrzalszych studentów, którzy faktycznie studiują teologię. Zasady kolegium mogą być nienagannie; lecz długie wakacje, powszechność druku i łatwość podróżowania obaliły bramy seminarium, a nawet młody lewita jest człowiekiem świata, w którego intelekcie święta nauka musi zmagać się z trudnościami umysłowymi, których żaden niedojrzały umysł nie powinien nawet znać; w którego duchu działa kwaśny zaczyn niezależności i krytycyzmu i w którego sercu zbyt często są wizerunki rzeczy, które je plugawią ponad zwykłą moc nawet łaski do oczyszczenia. Nasi przodkowie starali się zachować chłopców w niewinności; „nieświadomych", jeśli chcecie, w takim stopniu, w jakim niewinność pociąga nieświadomość; i taka nieświadomość mogła w pewnym stopniu hamować dojrzałość charakteru lub ingerować w życiowe perspektywy. Lecz niewinność ma swoją nagrodę. Jedynie czystego serca widzą Boga i rzeczy Boże.