Dwa szczególne objawienia Bożej łaski znajdujemy w sercu człowieka, czy zwrócimy się po jej przykłady ku Pismu, czy ku dziejom Kościoła; czy będziemy jej śledzić w świętych, czy też w osobach życia świętego i pobożnego; a oba odnajdują się nawet wśród Apostołów Pana naszego, reprezentowane przez dwóch najpierwszych z owego uprzywilejowanego grona, świętego Piotra i świętego Jana. Święty Jan jest świętym czystości, a święty Piotr — świętym miłości. Nie jakoby miłość i czystość mogły kiedykolwiek być od siebie oddzielone; nie jakoby święty nie miał w sobie wszystkich cnót naraz; nie jakoby święty Piotr nie był równie czysty, jak kochający, a święty Jan kochający, mimo że tak czysty. Łaski Ducha nie dają się od siebie oddzielić; jedna pociąga za sobą resztę. Czymże bowiem jest miłość, jeśli nie upodobaniem w Bogu, oddaniem się Jemu, wydaniem Mu całego siebie? Czymże zaś jest nieczystość, jeśli nie zwróceniem się ku czemuś z tego świata, ku czemuś grzesznemu, jako przedmiotowi naszych uczuć w miejsce Boga? Czymże jest, jeśli nie rozmyślnym porzuceniem Stwórcy dla stworzenia, szukaniem rozkoszy w cieniu śmierci, a nie w przeszczęśliwej Obecności światła i świętości? Nieczysty zatem nie może miłować Boga; a ci, którzy są bez miłości Bożej, nie mogą być naprawdę czyści. Czystość przysposabia duszę do miłości, a miłość utwierdza duszę w czystości. Płomień miłości nie będzie jasny, jeśli substancja, którą się żywi, nie jest czysta i niesfałszowana; a najbardziej olśniewająca czystość jest tylko jak lodowatość i pustkowie, jeśli nie czerpie życia z żarliwej miłości.
A jednak, choć to pewne, pewne jest również, że duchowe dzieła Boże ukazują się oczom naszym rozmaicie, i że niektóre z nich w swym charakterze i swych dziejach okazują tę cnotę bardziej niż inne cnoty, a inne — inną. Innymi słowy, podoba się Dawcy łaski wyposażać swych świętych szczególnie w pewne dary, dla swej chwały, które rozświetlają i upiększają jedną poszczególną cząstkę czy też dziedzinę ich dusz, tak iż rzucają w cień pozostałe ich doskonałości. I wówczas ten szczególny dar łaski staje się ich znakiem rozpoznawczym, i jego stawiamy na pierwszym miejscu w naszych o nich myślach, a to, co mają poza nim, uważamy za w nim zawarte lub od niego zależne, i mówimy o nich tak, jakby nie mieli reszty, choć wiemy, że ją naprawdę posiadają; i nadajemy im jakiś tytuł czy określenie zaczerpnięte z owej szczególnej łaski, która tak dobitnie jest ich własną. I w ten sposób możemy mówić — jak zamierzam to czynić w tym, co powiem — o dwóch głównych klasach świętych, których godłami są lilia i róża, którzy jaśnieją anielską czystością albo płoną Bożą miłością.
Dwaj święci Janowie są wielkimi przykładami życia anielskiego. O kimże, bracia moi, możemy pomyśleć, że posiada tak majestatyczną i surową świętość, jak święty Chrzciciel? Miał przywilej, który niemal sięgał prerogatywy Najświętszej Matki Bożej; albowiem jeśli ona została poczęta bez grzechu, to on przynajmniej bez grzechu się narodził. Ona była cała czysta, cała święta, i grzech nie miał w niej żadnego udziału; lecz święty Jan był na początku swego istnienia uczestnikiem przekleństwa Adamowego; leżał pod gniewem Bożym, pozbawiony owej łaski, którą Adam otrzymał, a która jest życiem i siłą natury ludzkiej. A jednak, skoro tylko Chrystus, jego Pan i Zbawiciel, przyszedł do niego, i Maryja pozdrowiła jego własną matkę, Elżbietę, natychmiast łaska Boża została mu dana, a wina pierworodna została zmazana z jego duszy. I dlatego to obchodzimy narodzenie świętego Jana; niczego nieświętego Kościół nie obchodzi; ani narodzin świętego Piotra, ani świętego Pawła, ani świętego Augustyna, ani świętego Grzegorza, ani świętego Bernarda, ani świętego Alojzego, ani narodzenia żadnego innego świętego, choćby najchwalebniejszego, ponieważ wszyscy oni narodzili się w grzechu. Obchodzi ich nawrócenia, ich prerogatywy, ich męczeństwa, ich śmierci, ich przeniesienia, lecz nie ich narodziny, ponieważ w żadnym wypadku nie były one święte. Trzy tylko narodzenia upamiętnia: Pana naszego, Jego Matki, i wreszcie świętego Jana. Cóż to był za szczególny dar, bracia moi, oddzielający Chrzciciela i odróżniający go od wszystkich proroków i kaznodziejów, jacy kiedykolwiek żyli, choćby najświętszych, z wyjątkiem może proroka Jeremiasza! A jaki był jego początek, taki też był bieg jego życia. Uniesiony został przez Ducha na pustynię, i tam żył o najprostszym pokarmie, w najsurowszym odzieniu, w jaskiniach dzikich zwierząt, z dala od ludzi, przez lat trzydzieści, wiodąc życie umartwienia i modlitwy, aż został wezwany, by głosić pokutę, by obwieszczać Chrystusa i Go chrzcić; a potem, dokonawszy swego dzieła i nie zostawiwszy zapisanego żadnego aktu grzechu, odłożony został jako narzędzie, które utraciło swój pożytek, i marniał w więzieniu, aż nagle ścięty został mieczem kata. Świętość jest jedyną myślą o nim, jaka wraża się w nas od początku do końca: święty najprzedziwniejszy, pustelnik od dzieciństwa, potem kaznodzieja upadłego ludu, a potem męczennik. Zaiste, takie życie spełnia ową zapowiedź o nim, która następuje po pozdrowieniu jego matki przez Maryję przed jego narodzeniem.
A jeszcze piękniejszy, i niemal tak samo majestatyczny, jest obraz jego imiennika, owego wielkiego Apostoła, Ewangelisty i Proroka Kościoła, który tak wcześnie wszedł do wybranego grona Pana naszego, a żył tak długo po wszystkich swych towarzyszach. Możemy go rozważać w jego młodości i w jego sędziwej starości; i na całym jego życiu, od początku do końca, jako jego szczególny dar, wyciśnięta jest czystość. Jest to dziewiczy Apostoł, który z tego właśnie powodu był tak drogi swemu Panu, „uczeń, którego Jezus miłował", który spoczywał na Jego piersi, który otrzymał od Niego Jego Matkę, gdy był na Krzyżu, który miał widzenie wszystkich cudów, jakie miały się zdarzyć na świecie aż do końca czasów. „Wielce uczczony niech będzie — mówi Kościół — błogosławiony Jan, który na piersi Pańskiej spoczął przy wieczerzy, któremu, dziewicy, powierzył Chrystus z Krzyża swą Dziewiczą Matkę. Wybrany został dziewicą przez Pana, i był miłowany bardziej niż inni. Szczególny przywilej czystości uczynił go godnym większej miłości jego Pana, ponieważ, wybrany przez Niego jako dziewica, dziewicą pozostał aż do końca". To on w swej młodości wyznał gotowość, by pić z Chrystusem Jego kielich; to on przeżył długie życie jako samotny przybysz na obcej ziemi; to on w końcu przewieziony został do Rzymu i wrzucony w gorący olej, a potem wygnany na daleką wyspę, aż dni jego zbliżyły się ku schyłkowi.
O, jak niepodobna godnie pojąć świętość tych dwóch wielkich sług Bożych, tak różne są ich dzieje, w ich życiu i w ich śmierci, a przecież zgodne ze sobą w odosobnieniu od świata, w spokoju i w niemal całkowitej bezgrzeszności! Grzech śmiertelny nigdy ich nie dotknął, i możemy słusznie wierzyć, że nawet od rozmyślnego grzechu powszedniego byli zawsze wolni; co więcej, że w pewnych porach czy przy pewnych okazjach nie grzeszyli wcale. Bunt rozumu, samowolę uczuć, nieład myśli, gorączkę namiętności, zdradliwość zmysłów — te niedole wszechmocna łaska Boża w nich poskromiła. Żyli we własnym świecie, jednostajnym, pogodnym, trwałym; w widzeniach pokoju, w obcowaniu z niebem, w przedsmaku chwały; a jeśli przemawiali do świata zewnętrznego, jako kaznodzieje czy wyznawcy, przemawiali jakby z jakiegoś świętego sanktuarium, nie mieszając się z ludźmi, gdy do nich mówili, jako „głos wołającego na pustyni" albo „w zachwyceniu w dzień Pański". I dlatego mówimy o nich raczej jako o wzorach świętości niż miłości, ponieważ miłość zwraca się ku przedmiotowi zewnętrznemu, biegnie ku niemu i trudzi się dla niego, gdy tymczasem tacy święci tak blisko podeszli do Przedmiotu swej miłości, dano im tak przyjąć Go w swe serca i tak uczynić się jedno z Nim, że ich serca nie tyle miłowały niebo, ile same były niebem, nie tyle widziały światło, ile były światłem; i żyli wśród ludzi jak owi aniołowie w dawnych czasach, którzy przychodzili do patriarchów i mówili tak, jakby byli Bogiem, ponieważ Bóg był w nich i mówił przez nich. Tak więc ci dwaj byli niemal pochłonięci w Bóstwie, wiodąc życie anielskie, na ile człowiek może je wieść, tak spokojni, tak cisi, tak wzniesieni ponad smutek i lęk, zawód i żal, pragnienie i odrazę, że stali się najdoskonalszymi obrazami, jakie widziała ziemia, pokoju i niezmienności Bożej. Tacy też są liczni dziewiczy święci, których dzieje przekazują naszej czci: święty Józef, wielki święty Antoni, święta Cecylia, której usługiwali aniołowie, święty Mikołaj z Bari, święty Piotr Celestyn, święta Róża z Viterbo, święta Katarzyna ze Sieny, i całe ich mnóstwo, a nade wszystko Dziewica nad dziewicami i Królowa dziewic, błogosławiona Maryja, która, choć przepełniona i przelewająca się łaską miłości, to przecież z tej właśnie racji, że była „stolicą mądrości" i „arką przymierza", przedstawiana bywa częściej pod godłem lilii niż róży.
Lecz teraz, bracia moi, zwróćmy się ku drugiej klasie świętych. Mówiłem o tych, którzy w cudowny, niekiedy w zaiste cudowny sposób, byli broni przed grzechem i prowadzeni z mocy w moc, od młodości aż do śmierci; lecz przypuśćmy teraz, że wolą Bożą było rzucić światło i moc swego Ducha na tych, którzy zmarnowali talenty i zgasili łaskę już im daną, i którzy przeto mają w sobie zastęp niedoli, z których trzeba ich wyzwolić; którzy są pod panowaniem zatwardziałych nawyków, hołubionych namiętności, fałszywych mniemań; którzy służyli szatanowi nie jako niemowlęta przed swym chrztem, lecz swą wolą, swym rozumem, swymi władzami odpowiedzialnymi, i sercem żywym i świadomym. Czy ma On przyciągnąć te wybrane dusze ku sobie bez nich samych, czy też za pośrednictwem ich samych? Czy ma je odmienić jednym słowem, jak je stworzył, jak sprawi, że umrą, jak wskrzesi je z grobu, czy też ma wejść w ich dusze, zwrócić się do nich, przekonać je i tak je pozyskać? Bez wątpienia mógłby był nastawać na nie i panować nad nimi; mógłby przez błogosławiony gwałt wedrzeć się do nich i tak uczynić z nich świętych; mógłby zastąpić wszelki proces nawrócenia i z samych kamieni wzbudzić dzieci Abrahamowi. Lecz zechciał inaczej; inaczej — czemuż objawił się na ziemi? Czemu otoczył się przy swym przyjściu tylu rzeczami wzruszającymi, pociągającymi i ujmującymi? Czemu kazał swym aniołom obwieszczać, że będzie widziany jako małe niemowlę, w żłobie i na łonie Dziewicy, w Betlejem? Czemu chodził, czyniąc dobrze? Czemu umarł publicznie, wobec świata, z Matką swoją i umiłowanym uczniem przy sobie? Czemu mówi nam teraz, jak jest wywyższony w Niebie z zastępem uwielbionych świętych, którzy są naszymi orędownikami wokół Jego tronu? Czemu daje nam własną Matkę swą, Maryję, za matkę naszą, najdoskonalszy po Nim samym obraz tego, co piękne i czułe, łagodne i koące w naturze ludzkiej? Czemu objawia się przez niewysłowione zniżenie się na naszych ołtarzach, wciąż się uniżając, choć króluje na wysokościach? Cóż to wszystko ukazuje, jeśli nie to, że gdy dusze odbiegają od Niego, On odzyskuje je za pośrednictwem ich samych, „powrozami Adamowymi" czyli natury ludzkiej, jak mówi prorok — zwyciężając nas zaiste wedle swej woli, zbawiając nas wbrew nam samym — a przecież przez nas samych, tak iż sam rozum i uczucia starego Adama, które uczyniono „narzędziami nieprawości ku grzechowi", pod mocą Jego łaski stają się „narzędziami sprawiedliwości ku Bogu"?
Tak, bez wątpienia przyciąga nas „powrozami Adamowymi", a czymże są te powrozy, jak nie — wedle słów proroka w tymże wierszu — „powrozami" czyli „więzami miłości"? Jest to objawienie chwały Bożej na Obliczu Jezusa Chrystusa; jest to ów widok przymiotów i doskonałości Boga Wszechmogącego; jest to piękno Jego świętości, słodycz Jego miłosierdzia, jasność Jego nieba, majestat Jego prawa, harmonia Jego rządów opatrznościowych, przejmująca muzyka Jego głosu, która jest przeciwnikiem ciała i obrońcą duszy przeciw światu i diabłu. „Uwiodłeś mnie, Panie — mówi prorok — a ja dałem się uwieść; mocniejszy jesteś ode mnie i przemogłeś"; rzuciłeś swą sieć zręcznie, a jej subtelne nici oplotły się wokół każdego uczucia mego serca, a jej oka stały się mocą Bożą, „biorąc w niewolę cały rozum ku służbie Chrystusa". Jeśli świat ma swoje powaby, to z pewnością ma je i ołtarz Boga żywego; jeśli jego przepychy i marności olśniewają, to o ileż bardziej powinien olśniewać widok aniołów wstępujących i zstępujących po niebiańskiej drabinie; jeśli widoki ziemskie upajają, a jej muzyka jest urokiem rzuconym na duszę, oto Maryja oręduje za nami, naprzeciw nim, swymi czystymi oczyma, i ofiaruje Wiekuiste Dziecię ku naszej pieszczocie, gdy dokoła słychać głosy cherubinów śpiewających z pełni Bożej Chwały. Czyż Boża nadzieja nie ma żadnego wzruszenia? Czyż Boża miłość nie ma żadnego uniesienia? „Jak miłe są przybytki Twoje, Panie zastępów! — mówi prorok — dusza moja pragnie i tęskni do przedsieni Pańskich; serce moje i ciało moje radują się ku Bogu żywemu. Lepszy jest jeden dzień w przedsieniach Twoich nad tysiące; wybrałem raczej być wzgardzonym w domu Boga mego, niżeli mieszkać w przybytkach grzeszników".
Tak właśnie jest, jak rzekł wielki Doktor i pokutnik, święty Augustyn: „Nie dosyć być pociąganym wolą; jesteś też pociągany rozkoszą. Cóż to znaczy być pociąganym rozkoszą? »Rozkoszuj się w Panu, a da ci, czego serce twe pragnie«. Jest pewna rozkosz serca, gdy ów niebiański Chleb jest słodki dla człowieka. Co więcej, jeśli poeta mówi: »Każdego pociąga jego własna rozkosz« — nie konieczność, lecz rozkosz; nie obowiązek, lecz upodobanie — o ileż śmielej winniśmy powiedzieć, że człowiek pociągany jest ku Chrystusowi, gdy rozkoszuje się prawdą, rozkoszuje się szczęściem, rozkoszuje się sprawiedliwością, rozkoszuje się życiem wiecznym, a tym wszystkim jest Chrystus? Czyż zmysły cielesne mają swoje rozkosze, a umysł miałby być bez własnej? Jeśli tak, to skąd powiedziano: »Synowie ludzcy w cieniu skrzydeł Twoich nadzieję mieć będą; upoją się obfitością domu Twego, i strumieniem rozkoszy Twojej napoisz ich: albowiem u Ciebie jest zdrój żywota, a w światłości Twojej oglądać będziemy światłość«? »Ten, którego Ojciec pociąga, przychodzi do Mnie«?" — ciągnie dalej — „Kogo pociągnął Ojciec? Tego, który rzekł: »Ty jesteś Chrystus, Syn Boga żywego«. Pokazujesz zieloną gałązkę owcy i pociągasz ją naprzód; owoce ofiarowane są dziecku, i ono jest pociągane; w tym, że biegnie, jest pociągane, jest pociągane przez miłowanie, pociągane bez cielesnej krzywdy, pociągane więzią serca. Jeśli więc prawdą jest, że widok ziemskiej rozkoszy pociąga miłującego, czyż i Chrystus nie pociąga nas, gdy objawiony jest przez Ojca? Czegoż bowiem dusza pragnie silniej niż prawdy?"
Takie są środki, które Bóg przewidział dla uczynienia świętego z grzesznika; bierze go takim, jakim jest, i używa go przeciw niemu samemu: zwraca jego uczucia w inne łożysko i gasi miłość cielesną, wlewając miłość niebiańską. Nie jakoby używał go jak istoty nierozumnej, którą popychają instynkty, a rządzą bodźce zewnętrzne, bez żadnej jej własnej woli, i dla której jedna rozkosz jest tym samym, co inna, taka sama co do rodzaju, choć różna co do stopnia. Powiedziałem już, że jest to właśnie triumf Jego łaski, iż wchodzi w serce człowieka, i przekonuje je, i przemaga je, gdy je odmienia. W niczym nie narusza owej pierwotnej budowy umysłu, którą dał człowiekowi: traktuje go jak człowieka; zostawia mu wolność działania tak czy inaczej; odwołuje się do wszystkich jego mocy i władz, do jego rozumu, do jego roztropności, do jego zmysłu moralnego, do jego sumienia: budzi jego lęki tak samo, jak jego miłość; poucza go o zepsuciu grzechu tak samo, jak o miłosierdziu Bożym; lecz mimo to, w sumie, ożywczą zasadą nowego życia, którą jest ono i rozniecane, i podtrzymywane, jest płomień miłości. To jedno tylko jest dość silne, by zniszczyć starego Adama, by rozwiązać tyranię nawyku, by zgasić ognie pożądliwości i spalić warownie pychy.
I stąd to miłość przedstawiana jest nam jako wyróżniająca łaska tych, którzy byli grzesznikami, zanim stali się świętymi; nie jakoby miłość nie była życiem wszystkich świętych, tych, którzy nigdy nie potrzebowali nawrócenia, Najświętszej Dziewicy, dwóch świętych Janów, i owych innych, licznych, którzy są „pierwocinami dla Boga i Baranka"; lecz że gdy w tych, którzy nigdy ciężko nie zgrzeszyli, miłość jest tak kontemplacyjna, iż niemal rozpływa się w świętości samego Boga, to w tych przeciwnie, w których mieszka jako zasada odzyskania, jest tak pełna oddania, gorliwości, czynu i dobrych uczynków, że nadaje widoczny charakter ich dziejom i nieustannie wiąże się z naszymi o nich myślami.
Taki był wielki Apostoł, na którym zbudowany jest Kościół, i którego, gdym zaczynał, zestawiłem z jego współapostołem, świętym Janem: czy rozważamy go po jego pierwszym powołaniu, czy po jego skrusze, on, który wyparł się swego Pana, jest ze wszystkich Apostołów najbardziej widoczny w swej ku Niemu miłości. Za tę to miłość Chrystusa, przelewającą się — jak to czyniła — z swej porywczości i obfitości w miłość ku braciom, został wybrany na głównego Pasterza owczarni. „Szymonie, synu Jana, miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?" — taka była próba, jaką nałożył nań jego Pan; a nagrodą było: „Paś baranki moje, paś owce moje". Dziwne to powiedzieć, że Apostoł, którego Jezus miłował, został jednak przewyższony w miłości ku Jezusowi przez brata Apostoła, nie tak jak on dziewiczego; nie Jana bowiem zapytał o to Pan nasz i nie jemu powierzył to posłannictwo, lecz Piotrowi.
Spójrzcie wstecz na wcześniejszy ustęp tego samego opowiadania; tam także obaj Apostołowie podobnie są zestawieni w swych odpowiednich charakterach; albowiem gdy byli w łodzi, a Pan ich przemówił do nich z brzegu, i „nie wiedzieli, że to był Jezus", najpierw „ów uczeń, którego Jezus miłował, rzekł do Piotra: To jest Pan", gdyż „czystego serca Boga oglądać będą"; a potem natychmiast „Szymon Piotr", w porywczości swej miłości, „przepasał się szatą i rzucił się w morze", by prędzej do Niego dotrzeć. Święty Jan ogląda, a święty Piotr działa.
Tak więc sama obecność Jezusa rozpaliła serce Piotra i natychmiast pociągnęła go ku Niemu; tak też i przy wcześniejszej sposobności, gdy ujrzał swego Pana chodzącego po morzu, jego pierwszym odruchem było, jak w owym ustępie, do którego się odwoływałem, opuścić statek i pośpieszyć ku Jego boku: „Panie, jeśliś to Ty, każ mi przyjść do siebie po wodach". A gdy zdradziecko wciągnięto go w jego wielki grzech, samo Oko Jezusa przywiodło go do siebie: „I obrócił się Pan, i spojrzał na Piotra; i wspomniał Piotr na słowo Pańskie, i wyszedłszy precz, gorzko zapłakał". Stąd, przy innej sposobności, gdy wielu z uczniów odeszło, a „Jezus rzekł do dwunastu: Czy i wy chcecie odejść?", święty Piotr odpowiedział: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa żywota wiecznego; a myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Chrystus, Syn Boży".
Taki też był ów drugi wielki Apostoł, który na tyle sposobów łączony jest ze świętym Piotrem — Doktor pogan. On to zaiste nawrócony został w sposób cudowny, przez ukazanie się mu Pana naszego, gdy był w drodze, by nieść śmierć chrześcijanom z Damaszku; lecz jakże on mówi? „Czy odchodzimy od zmysłów — powiada — to dla Boga; czy też jesteśmy przytomni, to dla was: albowiem miłość Chrystusa przynagla nas. Jeśli tedy ktoś jest w Chrystusie nowym stworzeniem, stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe". I znów: „Z Chrystusem jestem przybity do krzyża; a żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a to, że teraz żyję w ciele, żyję w wierze Syna Bożego, który mię umiłował i wydał samego siebie za mnie". I jeszcze: „Jam jest najmniejszy z Apostołów, którym nie jest godzien zwać się Apostołem, ponieważ prześladowałem Kościół Boży. Lecz łaską Bożą jestem tym, czym jestem; a łaska Jego we mnie nie była próżna, lecz obficiej niż oni wszyscy pracowałem, wszakże nie ja, ale łaska Boża ze mną". I raz jeszcze: „Czy żyjemy, Panu żyjemy; czy umieramy, Panu umieramy; czy więc żyjemy, czy umieramy, Pańscy jesteśmy". Widzicie, bracia moi, charakter miłości świętego Pawła; była to miłość żarliwa, gorliwa, energiczna, czynna, pełna wielkich dzieł, „mocna jak śmierć", jak mówi natchnione Słowo, płomień, którego „wody mnogie ugasić nie zdołały ani strumienie zatopić", a który trwał aż do końca, gdy mógł powiedzieć: „Dobry bój stoczyłem, biegu dokonałem, wiary dochowałem; na ostatek odłożony mi jest wieniec sprawiedliwości, który mi odda Pan w on dzień, sędzia sprawiedliwy".
A jest jeszcze trzecie, bracia moi, jest w Piśmie znamienite trzecie, które winniśmy łączyć z tymi dwoma wielkimi Apostołami, gdy mówimy o świętych pokuty i miłości. Któż to, jeśli nie kochająca Magdalena? Któż tak pełno ilustruje to, co ukazuję, jak „niewiasta, która była grzesznicą", która łzami swymi obmyła stopy Pana, a włosami swymi je otarła i drogim olejkiem namaściła? Cóż to za chwila na taki czyn! Ona, która weszła do owej sali, jakby w celu świątecznym, by przystąpić do aktu pokuty! Była to uroczysta uczta, wydana przez bogatego faryzeusza, by uczcić, lecz i wystawić na próbę Pana naszego. Magdalena przyszła, młoda i piękna, i „weseląca się w młodości swojej", „chodząca drogami serca swego i za spojrzeniem oczu swoich"; przyszła, jakby by uczcić ową ucztę, jak niewiasty zwykły czcić takie uroczystości, ze swymi słodkimi wonnościami i chłodnymi maściami na czoło i włosy gości. A on, dumny faryzeusz, ścierpiał jej przyjście, byle tylko jego nie dotknęła; pozwolił jej przyjść, jak moglibyśmy pozwolić podlejszym zwierzętom wejść do naszych komnat, nie dbając o nie; może ścierpiał ją jako konieczną ozdobę przyjęcia, a jednak jako kogoś bez duszy, czy też przeznaczonego na zatracenie, ale tak czy owak jako nic dla niego. On, dumna istota, i bracia jego jemu podobni, mogliby „obiegać morze i ziemię, by zyskać jednego prozelitę"; lecz co do zajrzenia w serce owego prozelity, ulitowania się nad jego grzechem i próby uleczenia go — to nie wchodziło w krąg jego myśli. Nie, myślał tylko o potrzebach swej uczty, i pozwolił jej przyjść, by spełniła swą rolę, taką, jaką była, nie dbając, jakie było jej życie, byle dobrze tę rolę spełniła i do niej się ograniczyła. Lecz oto przedziwny widok! Czy było to nagłe natchnienie, czy dojrzałe postanowienie? Czy był to czyn chwili, czy owoc długiego zmagania? Lecz oto owo biedne, pstrokate dziecię winy zbliża się, by uwieńczyć swym słodkim olejkiem głowę Tego, któremu wydano ucztę; i patrzcie — wstrzymała rękę. Spojrzała, i dostrzega Niepokalanego, Syna Dziewicy, „blask Światłości wiecznej i zwierciadło bez skazy majestatu Bożego". Patrzy, i rozpoznaje Przedwiecznego, Pana życia i śmierci, swego Sędziego; i znów patrzy, i widzi na Jego obliczu i w Jego postawie piękno i słodycz, budzącą lęk, pogodną, majestatyczną, większą niż piękno synów ludzkich, które przygasiło cały blask owej świątecznej sali. Znów patrzy, lękliwie a przecież skwapliwie, i dostrzega w Jego oku i w Jego uśmiechu dobrotliwość, czułość, współczucie, miłosierdzie Zbawiciela człowieka. Patrzy na siebie, i — o, jakże nikczemna, jak ohydna jest ona, która dopiero co tak była próżna swych powabów! Jak zwiędła ta uroda, której pochwały biegły przez usta jej wielbicieli! Jak wstrętny stał się ów oddech, który dotąd sądziła tak wonnym, a który trąci jedynie owymi siedmioma złymi duchami, które w niej mieszkają! I tam by została, tam by osunęła się na ziemię, owinięta w swe zmieszanie i w swą rozpacz, gdyby raz jeszcze nie rzuciła spojrzenia na owo wszechmiłujące, wszechprzebaczające Oblicze. On patrzy na nią: to Pasterz patrzący na zgubioną owcę, a zgubiona owca wydaje się Jemu. Nie mówi, lecz wpatruje się w nią; a ona zbliża się ku Niemu. Radujcie się, aniołowie — zbliża się, nie widząc nic prócz Niego, i nie dbając ani o szyderstwo dumnych, ani o żarty rozpustnych. Zbliża się, nie wiedząc, czy będzie zbawiona, czy nie, nie wiedząc, czy będzie przyjęta, ani co się z nią stanie; to jedno tylko wiedząc, że On jest Zdrojem świętości i prawdy, jak i miłosierdzia, i do kogóż miałaby pójść, jeśli nie do Tego, który ma słowa żywota wiecznego? „Zatracenie twoje z ciebie, o Izraelu; we Mnie tylko jest twój ratunek. Wróć do Mnie, a nie odwrócę oblicza mego od ciebie: bom Ja jest święty, i nie będę się gniewał na wieki". „Oto przychodzimy do Ciebie; boś Ty jest Pan Bóg nasz. Zaiste, kłamliwe są pagórki i mnóstwo gór; zaiste, w Panu Bogu naszym jest zbawienie Izraela". Przedziwne spotkanie między tym, co najpodlejsze, a tym, co najczystsze! Owe lubieżne dłonie, owe splugawione wargi dotknęły, ucałowały stopy Przedwiecznego, a On nie cofnął się przed tym hołdem. A gdy zwisała nad nimi, i gdy zwilżała je z pełnych oczu, jakże miłość jej ku Komuś tak wielkiemu, a przecież tak łagodnemu, wzbierała w niej gwałtownie, rozniecając płomień, który od owej chwili nigdy już nie miał zgasnąć, nawet na wieki! A do jakiego doszła nadmiaru, gdy On wobec wszystkich ludzi zapisał jej przebaczenie i jego przyczynę! „Odpuszczone są jej liczne grzechy, bo wielce umiłowała; ale komu mniej odpuszczają, mniej miłuje. I rzekł do niej: Odpuszczone są tobie grzechy; wiara twoja ciebie zbawiła, idź w pokoju".
Odtąd, bracia moi, miłość była dla niej, jak później dla świętego Augustyna i dla świętego Ignacego Loyoli (wielkich pokutników w swoim czasie), jak rana w duszy, tak pełna pragnienia, iż stawała się udręką. Nie mogła żyć z dala od obecności Tego, w którym była jej radość; duch jej omdlewał za Nim, gdy Go nie widziała; i czekała na Niego w milczeniu, z czcią, z tęsknotą, gdy była w Jego błogosławionej Obecności. Czytamy o niej (jeśli to była ona), że pewnego razu siedziała u stóp Jego, by słuchać słów Jego, i że On zaświadczył, iż obrała ową najlepszą cząstkę, która nie będzie jej odjęta. A po Jego zmartwychwstaniu ona, przez swą wytrwałość, zasłużyła, by ujrzeć Go nawet przed Apostołami. Nie chciała opuścić grobu, gdy Piotr i Jan odeszli, lecz stała na zewnątrz, płacząc; a gdy ukazał się jej Pan i powstrzymał jej oczy, by Go nie poznała, rzekła żałośnie do mniemanego stróża ogrodu: „Powiedz mi, gdzieś Go położył, a ja Go wezmę". A gdy w końcu dał się jej poznać, obróciła się i rzuciła porywczo, by objąć Jego stopy, jak na początku, lecz On, jakby chcąc wystawić na próbę uległość jej miłości, zabronił jej: „Nie dotykaj się Mnie — rzekł — bom jeszcze nie wstąpił do Ojca mego; ale idź do braci moich i powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego, do Boga mego i Boga waszego". I tak pozostawiona została, by tęsknić do czasu, gdy ujrzy Go, i usłyszy głos Jego, i nacieszy się Jego uśmiechem, i dane jej będzie usługiwać Mu, na wieki w niebie.
Taka więc jest druga wielka klasa świętych, oglądana w przeciwstawieniu do pierwszej. Miłość jest życiem obu; lecz gdy miłość niewinnych jest spokojna i pogodna, miłość pokutników jest żarliwa i porywcza, zazwyczaj zaprzątnięta walką ze światem i czynna w dobrych uczynkach. I taką to miłość wy, bracia moi, musicie mieć w swojej mierze, jeśli chcecie mieć dobrą nadzieję zbawienia. Byliście bowiem niegdyś grzesznikami; czy to przez jawną i otwartą wzgardę dla religii, czy przez tajemne przestępstwo, czy przez niedbałość i oziębłość, czy przez jakiś hołubiony zły nawyk, czy przez utkwienie serca w jakimś przedmiocie tego świata i czynienie własnej woli zamiast Bożej — sądzę, że mogę powiedzieć, iż potrzebowaliście, lub teraz potrzebujecie, pojednania z Nim. Potrzebowaliście, lub potrzebujecie, by przybliżono was do Niego, i by grzechy wasze obmyto w Jego krwi, a wasze przebaczenie zapisano w Niebie. A cóż to dla was uczyni, jeśli nie skrucha? a czymże jest skrucha bez miłości? Nie mówię, że musicie mieć ku waszemu przebaczeniu tę miłość, którą mają święci, miłość świętego Piotra czy świętej Marii Magdaleny; ale przecież bez waszej cząstki tejże niebiańskiej łaski, jak możecie być w ogóle odpuszczeni? Jeśli chcecie czynić uczynki godne pokuty, muszą one pochodzić z żywego płomienia miłości. Jeśli chcecie zapewnić sobie wytrwałość aż do końca, musicie ją zyskać przez nieustanną, kochającą modlitwę do Sprawcy i Dokonawcy wiary i posłuszeństwa. Jeśli chcecie mieć dobry widok na to, że On przyjmie was w waszych ostatnich chwilach, to przecież sama miłość zapewnia Jego miłość i zmazuje grzech. Bracia moi, w owej straszliwej godzinie możecie nie być w stanie uzyskać ostatnich sakramentów; śmierć może spaść na was nagle, albo możecie być z dala od kapłana. Możecie zostać zdani na samych siebie, jedynie na własną skruchę serca, na własny żal, na własne postanowienia poprawy. Możecie być od tygodni i tygodni z dala od duchowej pomocy; możecie mieć stanąć przed waszym Bogiem bez osłony, bez wynagrodzenia, bez pośrednictwa jakiegokolwiek świętego obrzędu; i — och! cóż was zbawi w takim niedostatku, jeśli nie ćwiczenie Bożej miłości, „rozlanej w sercach waszych przez Ducha Świętego, który wam jest dany"? W owej godzinie nic prócz mocnego nawyku miłości, który zachował was od grzechów śmiertelnych, lub potężnego aktu miłości, który je zmazuje, nie będzie wam na nic. Nic prócz miłości nie zdoła sprawić, byście dobrze żyli lub dobrze umarli. Jak możecie znieść kłaść się w nocy, jak możecie znieść wyruszać w drogę, jak możecie znieść obecność zarazy lub napaść choćby najlżejszej niedyspozycji, jeśli sami jesteście źle zaopatrzeni w Bożą miłość przeciw owej zmianie, która spadnie na was pewnego dnia, kiedy zaś i jak — nie wiecie? Niestety! Jak staniecie przed trybunałem Chrystusa z niedoskonałymi, pomieszanymi uczuciami, które teraz was zadowalają, z pewną dozą wiary, ufności i bojaźni sądów Bożych, lecz bez owego prawdziwego upodobania w Nim, w Jego przymiotach, w Jego woli, w Jego przykazaniach, w Jego służbie, które święci posiadają w takiej pełni, a które jedynie może dać duszy pociechę tytułu do zasług Jego śmierci i męki?
Jakże odmienne jest uczucie, z jakim kochająca dusza, przy swym odłączeniu od ciała, zbliża się do trybunału swego Odkupiciela! Wie, jak wielki dług kary na niej ciąży, choć od wielu lat pojednana jest z Nim; wie, że czyściec leży przed nią i że najlepsze, czego może rozsądnie spodziewać się, to że tam zostanie posłana. Lecz ujrzeć Jego oblicze, choćby na chwilę! usłyszeć Jego głos, usłyszeć, jak mówi, choćby po to, by karać! O Zbawicielu ludzi — mówi — przychodzę do Ciebie, choćby po to, by natychmiast zostać od Ciebie odesłaną; przychodzę do Ciebie, który jesteś moim Życiem i moim Wszystkim; przychodzę do Ciebie, na myśl o którym żyłam całe me życie. Tobie oddałam się, gdym po raz pierwszy musiała wziąć udział w świecie; szukałam Ciebie jako mego najwyższego dobra wcześnie, bo wcześnie nauczyłeś mnie, że dobra gdzie indziej nie ma. Kogóż mam w niebie prócz Ciebie? kogóż pragnęłam na ziemi, kogóż miałam na ziemi prócz Ciebie? kogóż mieć będę pośród ostrego płomienia prócz Ciebie? Tak, choć teraz zstępuję tam, do „ziemi pustej, bezdrożnej i bezwodnej", nie będę się lękać złego, bo Ty jesteś ze mną. Widziałam Cię dziś twarzą w twarz, i to wystarcza; widziałam Cię, a owo Twoje spojrzenie wystarcza za wiek smutku w więzieniu dolnym. Będę żyła owym Twoim wejrzeniem, choć Cię nie widzę, aż ujrzę Cię znów, by się już nigdy z Tobą nie rozstać. Owo Oko Twoje będzie słońcem i pociechą dla mej znużonej, tęskniącej duszy; ów głos Twój będzie wieczystą muzyką w mych uszach. Nic nie może mi zaszkodzić, nic mnie nie strwoży: zniosę wyznaczone lata, aż przyjdzie koniec, dzielnie i słodko. Podniosę głos i zaśpiewam nieustanne Confiteor Tobie i Twoim świętym w owej posępnej dolinie — „Bogu wszechmogącemu i błogosławionej Maryi zawsze Dziewicy" (Twojej Matce i mojej, niepokalanej w swym poczęciu), „i błogosławionemu Michałowi Archaniołowi" (stworzonemu w swej czystości samą ręką Bożą), „i błogosławionemu Janowi Chrzcicielowi" (uświęconemu już w łonie matki swej); a po tych trzech, „świętym Apostołom Piotrowi i Pawłowi" (pokutnikom, którzy współczują grzesznikowi z doświadczenia grzechu); „wszystkim świętym" (czy żyli w kontemplacji, czy w trudzie, podczas dni swego pielgrzymowania) — do wszystkich świętych zaniosę swą prośbę, by „pamiętali o mnie, skoro im się dobrze powodzi, i miłosierdzie nade mną uczynili, i wspomnieli o mnie przed Królem, by mię wywiódł z więzienia". A wtedy w końcu „Bóg otrze wszelką łzę z oczu moich, i śmierci już nie będzie, ani smutku, ani krzyku, ani bólu więcej, bo pierwsze rzeczy przeminęły".
Wiecie dobrze, bracia moi, a mało gdzie znajdą się ludzie, którzy by temu przeczyli, że w piersi każdego mieszka uczucie czy też spostrzeżenie, które mówi mu o różnicy między dobrem a złem i jest miarą, wedle której odmierzać należy myśli i czyny. Zwie się ono sumieniem; i choć nie zawsze jest dość potężne, by nami rządzić, to przecież jest dość wyraźne i stanowcze, by wpływać na nasze poglądy i kształtować nasze sądy w rozmaitych sprawach, które przed nami stają. A jednak nawet tego urzędu nie może spełnić dostatecznie bez pomocy z zewnątrz; potrzebuje, by je regulowano i podtrzymywano. Zostawione samemu sobie, choć z początku mówi prawdę, wnet staje się chwiejne, dwuznaczne i fałszywe; potrzebuje dobrych nauczycieli i dobrych przykładów, by trzymać je na poziomie i w linii obowiązku; a nieszczęściem jest, że tych zewnętrznych pomocy, nauczycieli i przykładów w wielu wypadkach brakuje.
Co więcej, wielkiemu mnóstwu ludzi brakuje ich tak dalece, że sumienie gubi drogę i prowadzi duszę w jej wędrówce ku niebu tylko pośrednio i okrężnie. Nawet w krajach zwanych chrześcijańskimi naturalne wewnętrzne światło przygasa, ponieważ owa Światłość, która oświeca każdego, kto na świat przychodzi, usunięta jest z oczu. Powiadam, że jest to myśl najnieszczęśliwsza i najstraszliwsza, iż w tym kraju, wśród tego ludu, który chełpi się, że jest tak chrześcijański i tak oświecony, słońce na niebiosach tak jest zaćmione, że zwierciadło sumienia może pochwycić i odbić niewiele promieni i służy jedynie ubogo i skąpo, by uchronić stopę od błędu. Owo wewnętrzne światło, dane jak jest przez Boga, jest bezsilne, by oświetlić widnokrąg, by wytknąć nam nasz kierunek i pocieszyć nas pewnością, że zmierzamy ku naszemu Wiecznemu Domowi. Owo światło przeznaczone było, by ustanowić w nas miarę prawego i prawdziwego; by powiedzieć nam o naszym obowiązku w każdej naglącej chwili, by pouczyć nas w szczegółach, czym jest grzech, by rozsądzać między wszystkim, co przed nami staje, by odróżniać kosztowne od podłego, by powstrzymać nas od uwiedzenia przez to, co przyjemne i miłe, i by rozproszyć sofizmaty naszego rozumu. Lecz niestety! jakież pojęcia prawdy, jakież pojęcia świętości, jakież pojęcia bohaterstwa, jakież pojęcia dobra i wielkości ma mnóstwo ludzi? Nie pytam, czy postępują wedle jakichś pojęć, lub czy powodują się jakimiś pojęciami tych wzniosłych przedmiotów; to jest punkt dalszy; pytam tylko, czy mają o nich w ogóle jakieś pojęcia? lub, jeśli nie mogą całkowicie zatrzeć w swych duszach swych pojęć wielkości i dobroci, pytam jeszcze, czy ich sposób pojmowania ich, oraz rzeczy i osób, w których je ucieleśniają, nie jest taki, iż możemy zaprawdę powiedzieć o ogóle ludzkości, że „światło, które w nich jest, jest ciemnością".
Uważajcie na mnie, drodzy bracia moi, nie mówię nic bardzo zawiłego, nic bardzo trudnego do zrozumienia, nic błahego; lecz coś zrozumiałego, niezaprzeczalnego i bardzo powszechnie obchodzącego. Wiecie, że są ludzie, którzy nigdy nie widzą światła dnia; żyją w dołach i kopalniach, i tam pracują, tam zażywają rozrywki, a tam może i umierają. Czy myślicie, że mają jakiekolwiek właściwe pojęcie, choć mają oczy, o blasku słońca, o cieple słońca? jakiekolwiek pojęcie o pięknie sklepionych niebios, o błękicie nieba, o miękkich obłokach, i o księżycu i gwiazdach nocą? jakiekolwiek pojęcie o wysokiej górze i o zielonej, uśmiechniętej ziemi? O, cóż to za godzina dla tego, który nagle wyprowadzony zostaje z takiego dołu czy jaskini, z owej martwej, czerwonej łuny i migotliwego blasku pochodni, i z owej monotonii sztucznego zmierzchu, w którym gubi się dzień i noc — wyprowadzony, powiadam, nagle stamtąd, i po raz pierwszy widzi jasne słońce sunące majestatycznie od wschodu ku zachodowi, i jest świadkiem stopniowych, wdzięcznych zmian powietrza i nieba od poranka aż po wonny wieczór! A och! cóż to za widok dla niewidomego od urodzenia, gdy zaczyna widzieć — zmysł zupełnie obcy wszystkim jego poprzednim wyobrażeniom! Cóż to za przedziwny nowy stan istnienia, którego, choć zawsze miał zmysł słuchu i dotyku, nigdy nie potrafił, ani słowami innych, ani żadnym sposobem informacji, jakim rozporządzał, przybliżyć sobie w najmniejszej choćby mierze! Czyż nie znalazłby się, jak to mówią, w „nowym świecie"? Cóż za przewrót dokonałby się w jego sposobach myślenia, w jego nawykach, w jego obyczajach, i w jego poczynaniach z godziny na godzinę! Nie kierowałby się już rękami i słuchem, nie szukałby już po omacku; widziałby — jednym spojrzeniem ogarnąłby dziesięć tysięcy przedmiotów, a co więcej, ich wzajemne stosunki i położenia jednych względem drugich. Wiedziałby, co jest wielkie, a co małe, co bliskie, co dalekie, co rzeczy zbiegają się ku sobie, a co rzeczy są zawsze rozdzielone — słowem, widziałby wszystkie rzeczy jako całość, i w podległości sobie jako środkowi.
Lecz dalej — zyskałby poznanie czegoś bliższego sobie i bardziej osobistego niż wszystkie te rozmaite przedmioty; czegoś bardzo różnego od kształtów i skupień, w których światło mieszkało jak w przybytku, a które budziły jego podziw i miłość. Odkryłby leżące na nim, rozpostarte nad nim, przenikające go, jątrzące się zarodki niezdrowia i choroby w ich pierwotnych i najdrobniejszych postaciach. Powietrze wokół nas naładowane jest subtelnym proszkiem czy pyłem, który opada miękko na wszystko, milcząco osiada na wszystkim, brudzi i plami wszystko, a jeśli pozwoli mu się pozostać nietkniętym, sprowadza chorobę i rodzi zarazę. Jest jak owe popioły z pieca, które Mojżeszowi nakazano wziąć i rozsypać ku niebu, by stały się wrzodami i bąblami na ciele Egipcjan. Tę subtelną plagę odczuwają w jej ostatecznych skutkach wszyscy, niewidomi tak samo, jak ci, którzy widzą, lecz to wzrokiem dostrzegamy ją w jej początku i w jej rozwoju; to przy świetle słońca dostrzegamy nasze własne splugawienie i potrzebę, jaką mamy, ciągłego oczyszczania, by się go pozbyć.
Otóż czymże jest ten pył i brud, bracia moi, jeśli nie obrazem grzechu? tak subtelnego w swym podejściu, tak rozlicznego w swym zastępie, tak nieustannego w swych natarczywościach, tak nieznacznego w swym wyglądzie, tak wstrętnego, tak jadowitego w swych skutkach. Pada on na duszę łagodnie i niepostrzeżenie; lecz stopniowo lęgnie rany i wrzody, a kończy się wieczystą śmiercią. A jako nie możemy widzieć drobin pyłu, które na nas osiadły, bez światła, i jako to samo światło, które pozwala nam je widzieć, uczy nas zarazem, przez sam ich kontrast z sobą, ich niestosowność i hańbę, tak światło świata niewidzialnego, nauki i przykłady objawionej prawdy, przybliżają nam i istnienie, i szpetotę grzechu, o którym bez nich bylibyśmy nieświadomi lub zapominalibyśmy. A jako są ludzie, którzy żyją w jaskiniach i kopalniach, i nigdy nie widzą oblicza dnia, i wykonują swą pracę najlepiej, jak mogą, przy świetle pochodni, tak są mnóstwa, owszem, całe rody ludzi, którzy, choć obdarzeni z natury oczyma, nie mogą ich należycie używać, ponieważ żyją w duchowym dole, w krainie ciemności, „w ziemi nędzy i mroku, gdzie cień śmierci, a gdzie ładu nie masz".
Tam się rodzą, tam żyją, tam umierają; i zamiast jasnej, szerokiej, wszystko odsłaniającej świetlistości słońca, idą po omacku z miejsca na miejsce z pochodniami, najlepiej jak mogą, albo umocowują lampy w pewnych punktach, i „chodzą w świetle ognia swego i w płomieniach, które rozniecili"; ponieważ nie mają nic jaśniejszego, nic czystszego, by zaspokoić potrzeby dnia i roku. Jakieś światło muszą sobie zapewnić, a gdy nie mogą lepiej, sami je sobie czynią. Człowiek, istota obdarzona rozumem, nie może z tej właśnie racji żyć całkowicie na chybił trafił; jest w pewnym sensie zmuszony żyć wedle zasady, żyć wedle reguły, wyznawać jakiś pogląd na życie, mieć cel, ustanowić sobie miarę i brać sobie takie przykłady, które zdają mu się ją spełniać. Jego rozum nie czyni go niezależnym (jak ludzie czasem mówią); narzuca mu zależność od określonych zasad i praw, by zaspokoić własne swe wymagania. Musi, z konieczności swej natury, spoglądać ku czemuś w górę; i tworzy sobie, jeśli nie może odkryć, przedmiot dla swej czci. Wpaja sobie, lub wpaja mu sąsiad, fałsze, jeśli nie nauczono go prawdy z wysoka; czyni sobie bożki, jeśli nie wie o Przedwiecznym Bogu i Jego świętych. Otóż, w posiadaniu którego z dwóch, sądzicie, bracia moi, są nasi własni rodacy? czy posiadają prawdziwy Przedmiot czci, czy też fałszywy? czy stworzyli to, czego nie ma, czy odkryli to, co jest? czy chodzą przy światłach niebieskich, czy też są jak ci, którzy rodzą się i żyją w jaskiniach, i krzeszą sobie światło najlepiej jak mogą, za pomocą kamieni i kruszców ziemi?
Spójrzcie wokół, bracia moi, i odpowiedzcie sobie sami. Rozważcie przedmioty pochwał tego ludu, zlustrujcie jego miary, rozważcie jego pojęcia i sądy, a potem powiedzcie mi, czy nie jest najoczywistsze, z samego ich pojęcia tego, co pożądane i wyborne, że wielkość, dobroć, świętość, wzniosłość i prawda są im nieznane; i że nie tylko nie ścigają, ale nawet nie podziwiają owych wysokich przymiotów Natury Boskiej. To jest to, na co kładę nacisk: nie to, co rzeczywiście czynią, ani czym są, lecz to, co czczą, czemu się kłaniają, jacy są ich bogowie. Ich bogiem jest mamona; nie chcę powiedzieć, że wszyscy szukają bogactwa, lecz że wszyscy korzą się przed bogactwem. Bogactwo jest tym, czemu mnóstwo ludzi oddaje instynktowny hołd. Mierzą szczęście bogactwem; i bogactwem mierzą szacowność. Liczni, powiadam, są tacy, którzy nigdy nie marzą, że sami kiedykolwiek będą bogaci, lecz którzy mimo to na widok bogactwa czują mimowolną cześć i lęk, zupełnie jakby człowiek bogaty musiał być człowiekiem dobrym. Lubią, gdy ich zauważy jakiś poszczególny bogacz; lubią przy jakiejś sposobności rozmówić się z nim; lubią znać tych, którzy go znają, być w zażyłości z jego sługami, mieć za sobą wejście do jego domu, owszem, znać go z widzenia. Nie, powtarzam, jakoby kiedykolwiek przyszło im do głowy, że podobne bogactwo będzie kiedyś ich własnym; nie jakoby widzieli to bogactwo, bo człowiek, który je ma, może ubierać się, żyć i wyglądać jak inni ludzie; nie jakoby spodziewali się zyskać zeń jakąś korzyść; nie, ich hołd jest bezinteresowny, jest to hołd wynikający z uczciwego, szczerego, serdecznego podziwu dla bogactwa dla niego samego, takiego jak owa czysta miłość, którą ludzie święci czują ku Stwórcy wszechrzeczy; jest to hołd wynikający z głębokiej wiary w bogactwo, z najgłębszego przeświadczenia ich serc, że jakkolwiek człowiek by wyglądał — ubogo, nędznie, wygłodniale, niedołężnie, pospolicie; lub znów, choćby był nieuczony, chory czy słabego umysłu, choćby miał opinię tyrana lub rozpustnika — to przecież, jeśli jest bogaty, różni się od wszystkich innych; jeśli jest bogaty, ma dar, urok, wszechmoc — że z bogactwem może wszystko.
Bogactwo jest jednym bożkiem naszych dni, a rozgłos drugim. Nie mówię, powtarzam, o tym, za czym ludzie rzeczywiście się uganiają, lecz o tym, ku czemu spoglądają w górę, co czczą. Ludzie mogą nie mieć sposobności uganiać się za tym, co przecież podziwiają. Nigdy rozgłos nie mógł istnieć tak jak istnieje teraz, w żadnym dawniejszym wieku świata; teraz, gdy wieści godziny ze wszystkich stron świata, wieści prywatne tak samo jak publiczne, dostarczane są dzień po dniu każdej, by tak rzec, jednostce społeczności, najuboższemu rzemieślnikowi i najbardziej odosobnionemu wieśniakowi, procesami tak jednostajnymi, tak niezmiennymi, tak samorzutnymi, że niemal noszą pozór prawa natury. I stąd rozgłos, czyli robienie hałasu w świecie, doszedł do tego, że uważany jest za wielkie dobro samo w sobie i za podstawę czci. Był czas, gdy ludzie mogli się popisać jedynie wydatkiem; i świat zwykł był spoglądać z podziwem na tych, którzy mieli wielkie dwory, licznych służących, wiele koni, bogato umeblowane domy, ogrody i parki: czyni tak nadal, to jest, gdy ma po temu sposobność: bo taka świetność jest losem nielicznych, a stosunkowo nieliczni są jej świadkami. Rozgłos, czyli, jak można go nazwać, gazetowa sława, jest dla wielu tym, czym styl i moda, by użyć języka świata, są dla tych, którzy są w wyższych kołach lub do nich należą; staje się dla nich rodzajem bożka, czczonego dla niego samego, i bez względu na postać, w jakiej staje przed nimi. Może to być sława zła lub dobra; może to być rozgłos wielkiego męża stanu, lub wielkiego kaznodziei, lub wielkiego spekulanta, lub wielkiego eksperymentatora, lub wielkiego zbrodniarza; tego, który trudził się nad ulepszeniem naszych szkół, lub szpitali, lub więzień, lub przytułków, lub tego, który obrabował bliźniego z jego żony. Nie ma to znaczenia; byle tylko o człowieku dużo mówiono i dużo czytano, dużo się o nim myśli; co więcej, niech nawet umrze sprawiedliwie z ręki prawa, a przecież zrobią zeń rodzaj męczennika. Jego szaty, jego pismo, okoliczności jego winy, narzędzia jego krwawego czynu będą pokazywane, oglądane, przechowywane niczym tyleż relikwii; albowiem pytaniem dla ludzi jest nie to, czy jest wielki, czy dobry, czy mądry, czy święty; nie to, czy jest podły, nikczemny i ohydny, lecz to, czy jest na ustach ludzi, czy skupił na sobie uwagę wielu, czy uczynił coś niezwykłego, czy został (że tak rzekę) kanonizowany w wydawnictwach chwili. Nie wszyscy mogą być rozgłośni: mnóstwa, które tak czczą rozgłos, nie szukają go same; ani też nie mówię o tym, co ludzie czynią, lecz jak sądzą; a przecież zdarzają się od czasu do czasu przypadki nieszczęsnych ludzi, tak rażonych namiętnością rozgłosu, że odważają się wręcz na jakiś obmierzły i wyuzdany czyn, nie z miłości doń, nie z sympatii czy antypatii do osoby, przeciw której jest wymierzony, lecz po prostu po to, by tym zaspokoić owo nieczyste pragnienie, by się o nich mówiło i by się na nich gapiono. „To są bogowie twoi, o Izraelu!" Niestety! Niestety! ów wielki i szlachetny lud, zrodzony, by dążyć wzwyż, zrodzony do czci — patrzcie, jak chodzi tam i z powrotem przy świetle pochodni z jaskini, lub ściga błędne ognie bagniska, nie rozumiejąc samego siebie, swych przeznaczeń, swych splugawień, swych potrzeb, ponieważ nie ma owych chwalebnych świateł niebieskich, by je widzieć, by się ich radzić, by je podziwiać!
Lecz och! cóż za zmiana, bracia moi, gdy dobra ręka Boża przywodzi ich jakąś przedziwną opatrznością do wylotu szybu, a potem na zewnątrz, w błogosławione światło dnia! cóż za zmiana dla nich, gdy zaczynają po raz pierwszy widzieć oczyma duszy, intuicją, którą daje łaska, Jezusa, Słońce Sprawiedliwości; i niebo aniołów i archaniołów, w którym On mieszka; i jasną Gwiazdę Zaranną, którą jest Jego Najświętsza Matka; i nieustanne potoki światła, padające i uderzające o ziemię, a przemieniane, w miarę jak padają, w nieskończoność barw, którymi są Jego święci; i bezkresne morze, które jest obrazem Jego Boskiej niezmierzoności; a potem znów spokojny, łagodny Księżyc nocą, który jest obrazem Jego Kościoła; i ciche gwiazdy, jak dobrzy i święci ludzie, podążające w samotnej pielgrzymce ku swemu wiecznemu spoczynkowi! Takie było zaskoczenie, takie uniesienie, które ogarnęło uprzywilejowanych uczniów, których pewnego razu Pan nasz wziął ze sobą na szczyt góry. Zostawił chory świat, udręczone, niespokojne mnóstwo u jej podnóża, a ich wziął wzwyż, i przemienił się przed nimi. „Oblicze Jego zajaśniało jak słońce, a szaty Jego stały się białe jak światło"; i podnieśli oczy, i ujrzeli po obu Jego stronach jasną postać — byli to dwaj święci dawnego przymierza, Mojżesz i Eliasz, którzy z Nim rozmawiali. Jakże prawdziwie był to przebłysk Nieba! święci Apostołowie wprowadzeni zostali w nowy zakres pojęć, w nową sferę kontemplacji, aż święty Piotr, zwyciężony widzeniem, zawołał: „Panie, dobrze jest nam tu być; uczyńmy trzy namioty". Rad by zatrzymał owe niebiańskie chwały zawsze przy sobie; wszystko na ziemi, najjaśniejsze, najpiękniejsze, najszlachetniejsze, przygasło i skarlało, i obróciło się w zepsucie przed nimi; jej najtrwalsze dobro było marnością, jej najbogatszy zysk — żużlem, jej najostrzejsza radość — utrudzeniem, a jej grzech — wstrętem i obrzydliwością. I taki właśnie w swej mierze jest kontrast, którego świadkiem jest przebudzona dusza, między przedmiotami swego podziwu i pogoni w swym stanie naturalnym, a tymi, które przed nią wybuchają, gdy wejdzie w obcowanie z Kościołem Niewidzialnym, gdy przyjdzie „do góry Syjon, i do miasta Boga żywego, do niebiańskiego Jeruzalem, i do gromady wielu tysięcy aniołów, i do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebie, i do Boga, sędziego wszystkich, i do duchów sprawiedliwych już udoskonalonych, i do Jezusa, pośrednika Nowego Testamentu". Od owego dnia rozpoczęła nowe życie: nie mówię o jakimkolwiek nawróceniu moralnym, które się w niej dokonuje; czy poruszona zostaje (jak z pewnością wierzymy, że zostanie), by działać wedle widoków, które widzi, czy nie — rozważcie tylko, cóż za zmiana zajdzie w jej poglądach i ocenie rzeczy, skoro tylko usłyszała i uwierzyła w słowo Boże, skoro tylko pojmie, że bogactwo, rozgłos, wpływ i wysokie stanowisko nie są pierwszym z błogosławieństw i prawdziwą miarą dobra; lecz że świętość i wszystko, co jej towarzyszy — świątobliwa czystość, świątobliwe ubóstwo, bohaterska hartowność i cierpliwość, ofiara z siebie dla dobra innych, wyrzeczenie się świata, łaska Nieba, opieka aniołów, uśmiech Najświętszej Dziewicy, dary łaski, interwencje cudu, wspólnota zasług — że to są rzeczy wysokie i kosztowne, rzeczy, ku którym należy spoglądać w górę, rzeczy, o których należy mówić z czcią. Stąd ludzie o światowym usposobieniu, choćby najbogatsi, jeśli są katolikami, nie mogą — dopóki całkowicie nie utracą wiary — być tym samym, co ci, którzy są na zewnątrz Kościoła; mają instynktowną cześć dla tych, którzy noszą na sobie ślady nieba, i chwalą to, czego nie naśladują.
Tacy ludzie mają przed sobą pojęcie, którego naród protestancki nie ma; mają pojęcie świętego; wierzą, urzeczywistniają sobie istnienie owych rzadkich sług Bożych, którzy powstają od czasu do czasu w Kościele katolickim jak aniołowie w przebraniu, i roztaczają wokół siebie światło, gdy idą swoją drogą ku niebu. Tacy katolicy mogą w praktyce nie czynić tego, co prawe i dobre, lecz wiedzą, co jest prawdą; wiedzą, co myśleć i jak sądzić. Mają miarę dla swych zasad postępowania, a kształtuje ją dla nich obraz świętych. Święty rodzi się jak inny człowiek; z natury dziecię gniewu, potrzebujące Bożej łaski, by je odrodziła. Chrzczony jest jak inny, leży bezradny i nieprzytomny jak inny, i jak inne dziecię dochodzi do lat rozumu. Lecz wnet rodzice jego i ich sąsiedzi zaczynają mówić: „To dziwne dziecię, niepodobne do żadnego innego dziecka"; jego bracia i towarzysze zabaw czują przed nim lęk, sami nie wiedzą czemu; i lubią go, i nie lubią, może kochają go bardzo mimo jego dziwności, może szanują go bardziej, niż kochają. Lecz gdyby był tam jakiś święty kapłan, lub inni, którzy długo służyli Bogu w modlitwie i posłuszeństwie, ci powiedzieliby: „To zaprawdę przedziwne dziecię; to dziecię zapowiada się na świętego". I tak rośnie, czy z początku rodzice należycie go cenią, czy nie; bo tak jest z wszelką wielkością, że ponieważ jest wielka, nie może być pojęta przez umysły pospolite od razu; lecz czas, oddalenie i kontemplacja są potrzebne, by patrzący ją rozpoznali, a przeto ów szczególny dziedzic chwały, o którym mówię, przynajmniej przez czas jakiś nie wzbudza bardzo określonej uwagi, chyba że (jak się czasem zdarza) coś z cudu pojawia się od czasu do czasu, by go wyróżnić. Doszedł do wieku rozumu, i — dziw powiedzieć — nigdy nie popadł w grzech. Inne dzieci zaczynają używać daru rozumu nadużywając go; pojmują, co jest prawe, tylko po to, by postąpić przeciwnie; z nim jest inaczej — nie jakoby nie mógł grzeszyć w wielu rzeczach, gdy postawimy go w straszliwym promieniu Bożej Świętości, lecz że nie grzeszy dobrowolnie i ciężko — zachowany jest od grzechu śmiertelnego, nigdy nie jest grzechem odłączony od Boga, owszem, może zwiedziony bywa tylko z rzadka, albo nigdy wcale, do jakiegokolwiek rozmyślnego grzechu, choćby najlżejszego, i zawsze unika okazji do grzechu i opiera się pokusie. Zawsze żyje w obecności Bożej, i przez to zachowany jest od zła, bo „zły go się nie tyka". Ani znów, jakby w innych i zwykłych sprawach koniecznie różnił się od innych chłopców; może być nieświadomy, niebaczny, nieprzezorny co do przyszłości, porywczy, gwałtowny; jest dzieckiem, i ma słabości, ułomności, lęki i nadzieje dziecka. Może uniesie się gniewem, może powie ostre słowo, może obrazi rodziców, może być zmienny i kapryśny, może nie mieć ustalonego poglądu na rzeczy, jaki ma człowiek dorosły. To niewiele dopuścić; takie rzeczy są przypadłościami i dają się pogodzić z obecnością określonego wpływu łaski, jednoczącego jego serce z Bogiem. O, gdybyż mnóstwo ludzi było tak pobożne w swych najlepszych porach, jak święci są w swych najgorszych! choć byli święci, którzy zdają się być zachowani nawet od ułomności, o których wspomniałem. Byli święci, których rozum wszechmocna łaska Boża zdaje się przedziwnie otworzyć od samego czasu ich chrztu, tak iż ofiarowali swemu Panu i Zbawicielowi „żywą, świętą, przyjemną ofiarę", „rozumną służbę", jeszcze gdy byli niemowlętami. A tak czy owak, jakiekolwiek byłyby akty słabości i grzechu w dziecku, które sobie wyobrażam, to przecież są one wyjątkiem w biegu jego dnia; bieg każdego dnia jest religijny: gdy inne dzieci są lekkomyślne i nie mogą utwierdzić swych myśli w modlitwie, dla niego modlitwa, chwała i rozmyślanie są pokarmem i napojem. Uczęszcza do kościołów i staje przed Najświętszym Sakramentem; albo znajdują go przed jakimś świętym obrazem; albo widzi widzenia Najświętszej Dziewicy, lub świętych, którym jest oddany. Żyje w zażyłym obcowaniu ze swym Aniołem Stróżem, i wzdraga się przed samym cieniem bezbożności czy nieczystości. I tak jest szczególnym świadkiem świata niewidzialnego, i spełnia owe mgliste pojęcia i marzenia o nadprzyrodzonym, o których czyta się w poematach lub romansach, którymi młodzi tak są zajęci, i za którymi nie mogą nie wzdychać, zanim świat ich nie zepsuje.
Rośnie, i ma zupełnie takie same pokusy, jak inni, może gwałtowniejsze. Ludzie tego świata, ludzie cieleśni, ludzie niewierzący nie wierzą, że pokusy, których sami doznają i którym ulegają, dają się przezwyciężyć. Wmawiają sobie pojęcie, że grzeszyć to ich sama natura, a przeto nie jest to ich winą; to znaczy, przeczą istnieniu grzechu. I stosownie do tego, gdy czytają o świętych lub o ludziach świętych w ogóle, dochodzą do wniosku, że albo ci nie mieli pokus, których sami doznawali, albo że ich nie przezwyciężyli. Albo uważają takiego za obłudnika, który praktykuje w skrytości grzechy, które potępia publicznie; albo, jeśli mają dość przyzwoitości, by powstrzymać się od tych oszczerstw, wtedy uważają, że nigdy nie czuł pokusy, i mają go za człowieka zimnego i prostodusznego, który nigdy nie wyrósł z dzieciństwa, który ma umysł ciasny, który nie zna świata i życia, który jest godny pogardy, póki jest bez wpływu, a niebezpieczny i obrzydliwy z samej swej nieświadomości, gdy jest u władzy. Lecz nie, bracia moi; czytajcie żywoty świętych, a ujrzycie, jak fałszywy i ciasny to pogląd; ci ludzie, którzy mniemają, jakże by inaczej, że tak dobrze znają świat i tak głęboko naturę człowieka — nic nie wiedzą o jednym wielkim, daleko sięgającym zjawisku w człowieku, a jest nim jego natura pod działaniem łaski; nic nie wiedzą o drugiej naturze, o darze nadprzyrodzonym, wszczepionym przez Ducha Wszechmogącego w naszą pierwszą i upadłą naturę; nigdy nie spotkali, nigdy nie czytali, i nie utworzyli sobie żadnego pojęcia o świętym.
Ma on, powiadam, te same pokusy, co inny; może większe, ponieważ ma być wypróbowany jak w piecu, ponieważ ma się stać bogaty w zasługi, ponieważ jasna korona zachowana jest dla niego w Niebie; przecież pokusę ma, i różni się od innych nie tym, że jest przed nią osłonięty, lecz tym, że jest przeciw niej uzbrojony. Łaska zwycięża naturę; zwycięża zaiste we wszystkich, którzy mają być zbawieni: nikt nie ujrzy oblicza Bożego w przyszłości, kto, póki tu jest, nie odrzuci od siebie grzechu śmiertelnego wszelkiego rodzaju; lecz święci zwyciężają z postanowieniem i mocą, z gotowością i powodzeniem ponad wszystkich innych. Czytacie, bracia moi, w żywotach świętych przedziwne sprawozdanie z ich zmagań i ich triumfów nad nieprzyjacielem. Są, jak mówiłem, niczym bohaterowie romansu, tak wdzięcznie, tak szlachetnie, tak po królewsku się niosą. Ich czyny są piękne jak fikcja, a przecież rzeczywiste jak fakt. Był święty Benedykt, który jako chłopiec opuścił Rzym i udał się w pobliskie Apeniny. Trzy lata żył w modlitwie, poście i samotności, gdy Zły napastował go pokusą. Pewnego dnia, gdy stała się tak zacięta, że zląkł się o swą wytrwałość, rzucił się nagle, w swym skąpym pustelniczym odzieniu, między ciernie i pokrzywy przy sobie, odwracając tak bieg swych myśli i karząc samowolę ciała czuciem kolców i pieczenia. Był też święty Tomasz, Doktor Anielski, jak go zwą, tak święty, jak był głęboki, a raczej tym głębszy w nauce teologicznej, że był tak święty. „Już od młodości" „szukał mądrości, wyciągał ku niej ręce w górę i kierował ku niej duszę swą, i posiadł nią serce swe od początku"; i tak, gdy sługa szatana wszedł do samego jego pokoju, a żadna inna obrona nie była pod ręką, pochwycił płonącą głownię z ogniska i wypędził owego niegodziwca, przestraszonego i pokonanego, sprzed swego oblicza. A był ów biedny młodzieniec w pierwszych prześladowaniach, którego bezbożny poganin związał powrozami, a potem sprowadził nań widziadło zła; a on w swej męce odgryzł sobie język i wypluł go w twarz kusicielce, by tak natężenie bólu zachowało go od uwiedzenia.
Takie czyny, bracia moi, są otwarciem niebios, nagłym przebłyskiem nadprzyrodzonej jasności w ciemnym niebie. Rozszerzają umysł o pojęcia, których przedtem nie miał, i ukazują mnóstwu, co Bóg może uczynić, a czym człowiek może być. Nie jakoby wszyscy święci byli tacy w młodości; bo są przeciwnie tacy, którzy dopiero po młodości grzesznej, przywiedzeni zostali przez najwyższą łaskę Bożą do skruchy — a jednak, raz nawróceni, nie różnili się niczym od tych, którzy zawsze Mu służyli — ani w darach nadprzyrodzonych, ani w przyjemności Bogu, ani w oderwaniu od świata, ani w zjednoczeniu z Chrystusem, ani w ścisłości posłuszeństwa — w niczym prócz surowości swej pokuty. Inni byli wezwani, nie od występku i bezbożności, lecz od życia zwykłej, pospolitej nienaganności, lub od stanu oziębłości, lub od beztroski, do bohaterskiej wielkości; i ci często oddawali ziemie, mienie, zaszczyty, stanowisko i dobrą sławę dla Chrystusa. Królowie zstępowali ze swych tronów, biskupi rezygnowali ze swej rangi i wpływu, uczeni wyrzekali się swej pychy umysłu, by stać się ubogimi mnichami, by żyć o szorstkim pokarmie, by odziewać się w pokorne zgrzebne szaty, by wstawać i modlić się, gdy inni spali, by umartwiać język milczeniem, a członki trudem, i by ślubować bezwarunkowe posłuszeństwo drugiemu. W pierwszych czasach byli męczennicy, wielu z nich dziewczęta, a nawet dzieci, którzy znosili najokrutniejsze, najdłuższe, najróżnorodniejsze tortury, byle tylko nie zaprzeć się wiary Chrystusa. Potem przyszli misjonarze pośród pogan, którzy z miłości dusz rzucali się w sam środek dzikich, narażając, a może i tracąc życie w usiłowaniu rozszerzenia panowania swego Pana i Zbawiciela, i którzy, czy żyjąc, czy umierając, swym życiem lub swą śmiercią zdołali przywieść całe narody do Kościoła. Inni poświęcali się w czasie wojny lub niewoli wykupowi chrześcijańskich niewolników z rąk pogańskich lub mahometańskich panów czy zdobywców; inni opiece nad chorymi podczas zaraz lub w szpitalach; inni nauczaniu ubogich; inni wychowaniu dzieci; inni nieustannemu głoszeniu i obowiązkom konfesjonału; inni nabożnemu studium i rozmyślaniu; inni życiu wstawiennictwa i modlitwy. Bardzo rozmaici są święci, sama ich rozmaitość jest znakiem Bożego dzieła; lecz jakkolwiek rozmaici, i jakakolwiek była ich szczególna linia obowiązku, byli w niej bohaterami; osiągnęli takie szlachetne panowanie nad sobą, tak ukrzyżowali ciało, tak wyrzekli się świata; są tak cisi, tak łagodni, tak czułego serca, tak miłosierni, tak słodcy, tak pogodni, tak pełni modlitwy, tak pilni, tak zapominający krzywd; znieśli takie wielkie i ciągłe cierpienia, wytrwali w tak ogromnych trudach, złożyli tak waleczne wyznania, sprawili tak obfite cuda, błogosławieni byli tak dziwnymi powodzeniami, że stali się środkiem ustawienia przed nami miary prawdy, wielkoduszności, świętości, miłości. Nie zawsze są naszymi przykładami, nie zawsze jesteśmy zobowiązani ich naśladować; nie bardziej, niż jesteśmy zobowiązani dosłownie wypełniać niektóre z przykazań Pana naszego, jak nadstawianie policzka czy oddanie sukni; nie bardziej, niż możemy podążać za biegiem słońca, księżyca czy gwiazd na niebiosach; lecz choć nie zawsze są naszymi przykładami, zawsze są naszą miarą prawego i dobrego; są wzbudzeni, by być pomnikami i naukami, przypominają nam o Bogu, wprowadzają nas w świat niewidzialny, uczą nas, co Chrystus miłuje, wytyczają nam drogę, która wiedzie ku niebu. Są dla nas, którzy ich widzimy, tym, czym bogactwo, rozgłos, ranga i imię są dla mnóstwa ludzi, którzy żyją w ciemności — przedmiotami naszej czci i naszego hołdu.
O, któż może się wahać między dwojgiem? Religia narodowa ma wiele powabów; wiedzie do przyzwoitości i ładu, stosowności postępowania, słuszności myśli, pięknych domowych upodobań; lecz nie ma mocy, by powieść mnóstwo wzwyż, ani by im odmalować Niebiańskie Miasto. Pochodzi z samej natury, i jej nauczanie jest z natury. Używa, rzecz jasna, słów religijnych, inaczej nie mogłaby zwać się religią; lecz nie wyciska na wyobraźni, nie wyrzeźbia w sercu, nie wbija w sumienie tego, co nadprzyrodzone; nie wprowadza w umysł ludu żadnych wielkich pojęć, takich, które miałyby być uznane przez jednego i wszystkich, jako wspólna własność, jako pierwsze zasady czy dogmaty, od których zaczynać, które mają być z góry przyjęte na wszystkie strony, i przekazywane jako formy i wzory wiecznej prawdy z wieku na wiek. W żadnym prawdziwym sensie nie wpaja tego, co Niewidzialne; a w następstwie tego widoki tego świata, materialne, dotykalne przedmioty stają się bożkami i zgubą jej dzieci, dusz, które uczyniono dla Boga i Nieba. Jest bezsilna, by oprzeć się światu i nauce świata: nie może wyprzeć błędu prawdą; idzie za, gdy powinna prowadzić. Jest tylko jeden prawdziwy Przeciwnik świata, a jest nim wiara katolików — Chrystus ustanowił tę wiarę, i będzie ona czynić swe dzieło na ziemi, jak czyniła zawsze, aż On przyjdzie powtórnie.
Zamierzam zadać wam pytanie, drodzy bracia moi, tak oklepane, a przeto tak na pierwszy rzut oka nieciekawe, że może zdziwicie się, czemu je stawiam, i możecie zarzucić, iż trudno będzie utkwić na nim umysł, i możecie z góry przewidywać, że nic pożytecznego nie da się z niego uczynić. Jest ono takie: „Po co zostaliście posłani na świat?" A jednak, mimo wszystko, jest to może myśl bardziej oczywista, niż jest powszechna, łatwiejsza, niż jest swojska; chcę powiedzieć, że powinna przychodzić wam do głowy, lecz nie przychodzi, i nigdy nie mieliście z nią więcej niż dalekiej zażyłości, choć tego rodzaju zażyłość z nią mieliście od wielu lat. Owszem, raz czy dwa, być może, zostaliście rzuceni na tę myśl nieco bliżej, na krótką porę, lecz był to przypadek, który nie trwał. Są tacy, którzy przypominają sobie pierwszy raz, jak się zdaje, kiedy przybliżyła się do nich. Byli jeszcze małymi dziećmi, i byli sami, i samorzutnie zapytali samych siebie, a raczej Bóg przemówił w nich: „Po co tu jestem? jak się tu znalazłem? kto mię tu przywiódł? Co mam tu czynić?" Może był to pierwszy akt rozumu, początek ich rzeczywistej odpowiedzialności, zaczęcie ich próby; może od owego dnia mogą datować swą zdolność, swą straszliwą moc wybierania między dobrem a złem, i popełniania grzechu śmiertelnego. I tak, w miarę jak życie biegnie naprzód, owa myśl przychodzi żywo, od czasu do czasu, na krótką porę, przez ich sumienie; czy to w chorobie, czy w jakimś niepokoju, czy w jakiejś porze samotności, czy słuchając jakiegoś kaznodziei, czy czytając jakieś dzieło religijne. Ogarnia ich żywe uczucie marności i bezpożyteczności świata, a wtedy powraca pytanie: „Po cóż więc zostałem nań posłany?"
I zaiste wielki kontrast przedstawia ów próżny, bezpożyteczny, a przecież zuchwały świat z takim pytaniem jak to. Zdaje się nie na miejscu zadawać takie pytanie w tak wspaniałej, tak okazałej obecności, jak obecność wielkiego Babilonu. Świat utrzymuje, że dostarcza wszystkiego, czego potrzebujemy, jakbyśmy byli nań posłani dla samego bycia tu posłanym, i dla niczego ponad to posłanie. Jest to wielka łaska — mieć wprowadzenie do tego dostojnego świata. To ma być, jakże by inaczej, nasze wyjaśnienie tajemnicy życia. Każdy człowiek czyni tu własną swą wolę, szuka własnej przyjemności, ściga własne cele, i to jest powód, dla którego został przywiedziony do istnienia. Wyjdź na ulice ludnego miasta, popatrz na nieustanne rozlewanie się tam ludzkiej energii i na niezliczone odmiany ludzkiego charakteru, i bądź zadowolony! Drogi są zatłoczone, jezdnia i chodnik; mnóstwa śpieszą tam i z powrotem, każdy w swej własnej sprawie, lub włóczą się z bezczynności, lub z braku pracy, lub wyszli na publiczny zgiełk, by widzieć i być widzianym, dla rozrywki lub dla popisu, lub pod pozorem interesów. Powozy bogaczy mieszają się z powolnymi wozami obładowanymi żywnością lub towarem, wytworami sztuki lub żądaniami zbytku. Ulice obstawione są sklepami, otwartymi i pstrymi, wabiącymi klientów, a rozszerzają się tu i ówdzie w jakiś przestronny plac, z wyniosłymi masami muru ceglanego lub kamiennego, połyskującymi w chwiejnym promieniu słońca, otoczonymi lub poprzedzonymi tym, co udaje listowie ogrodu. Pójdź za nimi w innym kierunku, a znajdziesz cały grunt pokryty wielkimi budowlami, posadzonymi gęsto w górę i w dół, siedzibami sztuk mechanicznych. Powietrze wypełnione jest, u dołu, nieustannym, natrętnym, monotonnym łoskotem, który przenika nawet do twej najgłębszej komnaty i dzwoni ci w uszach, nawet gdy nie jesteś go świadomy; a u góry, baldachimem dymu, zasłaniającym dzień Boży przed dziedzinami upartego, posępnego trudu. Oto cel człowieka!
Albo zostań w domu i weź jeden z owych dzienników, które są tak wiernym obrazem świata; przebiegnij wzrokiem szpalty ogłoszeń, a ujrzysz katalog dążeń, planów, celów, niepokojów, rozrywek, dogadzań sobie, które zaprzątają umysł człowieka. Gra on wiele ról: tu ma towary na sprzedaż, tam szuka zatrudnienia; tam znów stara się pożyczyć pieniędzy, tu ofiaruje ci domy, wielkie posiadłości lub małe mieszkania; ma pokarm dla milionów i zbytki dla bogaczy, i niezawodne lekarstwa dla łatwowiernych, i książki, nowe i tanie, dla ciekawych. Przejdź do wieści dnia, a dowiesz się, co czynią wielcy ludzie w kraju i za granicą: przeczytasz o wojnach i pogłoskach wojennych; o debatach w ciele ustawodawczym; o wschodzących ludziach i starych mężach stanu schodzących ze sceny; o walkach politycznych w tym mieście lub tym hrabstwie; o zderzeniu się rywalizujących interesów. Przeczytasz o rynku pieniężnym, i rynku żywności, i rynku kruszców; o stanie handlu, o popycie na wyroby, wieści o statkach przybyłych do portu, o wypadkach na morzu, o wywozie i przywozie, o zyskach i stratach, o oszustwach i ich wykryciu. Idź dalej, a dotrzesz do odkryć w sztuce i nauce, odkryć (tak zwanych) w religii, do dworu i rodziny królewskiej, do zabaw wielkich, miejsc rozrywki, dziwnych procesów, przestępstw, wypadków, ucieczek, wyczynów, eksperymentów, zawodów, ryzykownych przedsięwzięć. O, ta osobliwa, niespokojna, hałaśliwa, dysząca istota, którą zwiemy życiem! — i czyż nie ma być końca temu wszystkiemu? Czyż nie ma w tym żadnego celu? Nigdy nie ma końca, jakże by inaczej, jest własnym swym celem!
A teraz, raz jeszcze, bracia moi, odłóżcie na bok to, co widzicie, i to, co czytacie o świecie, i spróbujcie przeniknąć w serca, i dosięgnąć pojęć i uczuć tych, którzy go stanowią; zajrzyjcie w nich tak blisko, jak tylko możecie; wejdźcie do ich domów i prywatnych pokojów; uderzajcie na chybił trafił przez ulice i zaułki; bierzcie, jak idą, pałac i lepiankę, kantor czy fabrykę, a co znajdziecie? Słuchajcie ich słów, bądźcie świadkami, niestety! ich czynów; znajdziecie w głównej mierze te same bezprawne myśli, te same niepohamowane pragnienia, te same nieokiełznane namiętności, te same ziemskie mniemania, te same samowolne czyny, w wysokich i niskich, uczonych i nieuczonych; znajdziecie ich wszystkich żyjących dla samego życia; wszyscy oni jakby mówili wam: „Jesteśmy własnym swym środkiem, własnym swym celem". Czemu się trudzą? czemu knują? dla czego żyją? „Żyjemy, by sobie dogadzać; życie jest bezwartościowe, chyba że postawimy na swoim; nie jesteśmy tu wcale posłani, lecz znajdujemy się tu, i jesteśmy jedynie niewolnikami, jeśli nie możemy myśleć, co chcemy, wierzyć, w co chcemy, kochać, co chcemy, nienawidzić, co chcemy, czynić, co chcemy. Brzydzimy się wtrącaniem ze strony Boga czy człowieka. Nie targujemy się o to, by być bogatymi czy wielkimi; lecz targujemy się, czy bogaci, czy ubodzy, wysocy czy niscy, by żyć dla siebie, by żyć dla pożądania chwili, lub, wedle doktryny godziny, myśląc o przyszłości i o tym, co niewidzialne, dokładnie tyle lub tak mało, jak nam się podoba".
O bracia moi, czyż nie jest to wstrząsająca myśl, lecz któż może zaprzeczyć jej prawdzie? Mnóstwo ludzi żyje bez żadnego celu poza tą widzialną sceną; mogą od czasu do czasu używać słów religijnych, lub mogą wyznawać jakąś wspólnotę czy kult, jako rzecz zwyczajną, lub stosowną, lub obowiązkową, lecz gdyby była jakaś szczerość w takim wyznaniu, bieg świata nie mógłby toczyć się tak, jak się toczy. Cóż za kontrast jest to wszystko z celem życia, jak jest nam postawiony w naszej najświętszej Wierze! Jeśli był jeden pośród synów ludzkich, który mógłby godziwie był zażywać swej przyjemności i czynić własną swą wolę tu na dole, to z pewnością był to Ten, który zstąpił na ziemię z łona Ojca, a który był tak czysty i nieskalany w owej naturze ludzkiej, którą na się przywdział, że nie mógł mieć żadnego ludzkiego zamiaru czy celu niezgodnego z wolą swego Ojca. A przecież On, Syn Boży, Słowo Przedwieczne, przyszedł nie po to, by czynić własną swą wolę, lecz wolę Tego, który Go posłał, jak wiecie dobrze, że powiedziane jest nam raz po raz w Piśmie. Tak Prorok w Psałterzu, mówiąc w Jego osobie, powiada: „Oto idę pełnić wolę Twoją, o Boże". A mówi u proroka Izajasza: „Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie sprzeciwiam; nie cofnąłem się". A w Ewangelii, gdy przyszedł na ziemię: „Moim pokarmem jest pełnić wolę Tego, który Mię posłał, i dokonać Jego dzieła". Stąd też w swej agonii zawołał: „Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie"; a święty Paweł podobnie powiada, że „Chrystus nie sobie samemu się podobał"; a gdzie indziej, że „choć był Synem Bożym, nauczył się jednak posłuszeństwa przez to, co wycierpiał". Zaiste tak było; jako bowiem Przedwieczny, Współistotny Syn, wola Jego była jedna i ta sama z wolą Ojca, i nie miał żadnego poddania woli do uczynienia; lecz zechciał wziąć na się naturę człowieka, i wolę owej natury; zechciał wziąć na się uczucia, odczucia i skłonności właściwe człowiekowi, wolę zaiste niewinną i dobrą, lecz przecież ludzką wolę, odrębną od woli Bożej; wolę, która, gdyby działała wprost wedle tego, co miłe jej naturze, byłaby — gdy trzeba było znieść ból i trud — wzdragała się przed czynną współpracą z wolą Bożą. Lecz choć wziął na się naturę człowieka, nie wziął na się owej samolubności, którą upadły człowiek się owija, lecz we wszystkim oddał się jako gotowa ofiara swemu Ojcu. Przyszedł na ziemię nie po to, by zażywać przyjemności, nie by iść za swym upodobaniem, nie dla samego ćwiczenia ludzkiego uczucia, lecz po prostu, by uwielbić swego Ojca i czynić Jego wolę. Przyszedł obarczony posłannictwem, wyznaczony do dzieła; nie patrzył ani w prawo, ani w lewo, nie myślał o sobie, ofiarował się Bogu.
Stąd to noszony był w łonie ubogiej niewiasty, która przed Jego narodzeniem miała dwie podróże do odbycia, miłości i posłuszeństwa, w góry i do Betlejem. Narodził się w stajni, i złożony został w żłobie. Pośpiesznie uniesiony został do Egiptu, by tam zamieszkać; potem żył aż do trzydziestego roku życia w ubogi sposób, z surowego rzemiosła, w małym domu, w pogardzanym miasteczku. Potem, gdy wyszedł, by głosić, nie miał gdzie głowy skłonić; wędrował tam i z powrotem po kraju, jako przybysz na ziemi. Wypędzony został na pustynię, i mieszkał wśród dzikich zwierząt. Znosił żar i chłód, głód i znużenie, urąganie i oszczerstwo. Pokarmem Jego był szorstki chleb i ryby z jeziora, lub zależał od gościnności obcych. A jako już opuścił był wielkość swego Ojca na wysokościach i obrał ziemski dom, tak znów, na rozkaz owego Ojca, wyrzekł się jedynej pociechy danej Mu na tym świecie i odmówił sobie obecności swej Matki. Rozstał się z tą, która Go zrodziła; zniósł, by być obcym dla niej; zniósł, by zwać ją chłodno „niewiastą", ją, która była Jego własną nieskalaną, całą piękną, całą pełną wdzięku, najlepszym stworzeniem Jego rąk, i słodką piastunką Jego dzieciństwa. Odsunął ją na bok, jak Lewi, którego był pierwowzorem, zasłużył na święte kapłaństwo, mówiąc o swych rodzicach i krewnych: „Nie znam was". Wykazał we własnej osobie surową maksymę, którą dał swym uczniom: „Kto miłuje matkę więcej niż Mnie, nie jest Mnie godzien". Na te wszystkie liczne sposoby poświęcił każde własne swe życzenie; abyśmy zrozumieli, że jeśli On, Stwórca, przyszedł na własny swój świat, nie dla własnej przyjemności, lecz by czynić wolę swego Ojca, to i my z pewnością mamy jakieś dzieło do wykonania, i mamy poważnie się zastanowić, jakie to dzieło.
Tak, tak jest; uświadomcie to sobie, bracia moi — każdy, kto oddycha, wysoki i niski, wykształcony i nieuczony, młody i stary, mężczyzna i niewiasta, ma posłannictwo, ma dzieło. Nie jesteśmy posłani na ten świat po nic; nie jesteśmy zrodzeni na chybił trafił; nie jesteśmy tu po to, byśmy kładli się spać w nocy i wstawali rano, trudzili się o chleb, jedli i pili, śmiali się i żartowali, grzeszyli, gdy mamy ochotę, i poprawiali się, gdy znużymy się grzechem, wychowywali rodzinę i umierali. Bóg widzi każdego z nas; stwarza każdą duszę, umieszcza ją w ciele, jedną po drugiej, w pewnym celu. Potrzebuje, raczy potrzebować, każdego z nas. Ma cel dla każdego z nas; wszyscy jesteśmy równi w Jego oczach, i postawieni jesteśmy w naszych różnych szczeblach i stanach nie po to, by wydobyć z nich, co możemy, dla nas samych, lecz by w nich pracować dla Niego. Jako Chrystus ma swe dzieło, tak i my mamy nasze; jako On radował się czynieniem swego dzieła, tak i my musimy radować się naszym.
Święty Paweł przy pewnej sposobności mówi o świecie jako o scenie w teatrze. Rozważcie, co przez to rozumie. Wiecie, że aktorzy na scenie są w rzeczywistości sobie równi, lecz na potrzebę chwili przybierają różnice charakteru; jedni są wysocy, inni niscy, jedni weseli, inni smutni. Otóż, czyż nie byłoby zwykłą niedorzecznością, gdyby jakiś aktor pysznił się swym udanym diademem czy swym bezostrym mieczem zamiast pilnować swej roli? cóż, gdyby tylko wpatrywał się w siebie i w swój strój? cóż, gdyby ukrył lub obrócił na własny użytek to, co w nim cenne? Czyż nie jest jego zadaniem, i niczym innym, dobrze zagrać swą rolę? zdrowy rozsądek nam to mówi. Otóż my wszyscy jesteśmy tylko aktorami na tym świecie; jeden i wszyscy jesteśmy równi, i będziemy sądzeni jako równi, skoro tylko życie się skończy; a przecież, równi i podobni w samych sobie, każdy ma obecnie swą szczególną rolę, każdy ma swe dzieło, każdy ma swe posłannictwo — nie po to, by dogadzać swym namiętnościom, nie by zbijać majątek, nie by zyskać imię w świecie, nie by oszczędzić sobie kłopotu, nie by iść za swą skłonnością, nie by być samolubnym i samowolnym, lecz by czynić to, co Bóg nań nakłada.
Spójrzcie na owego biednego rozpustnika w Ewangelii, spójrzcie na bogacza; czy myślicie, że pojmował, iż jego bogactwo miało być wydane nie na niego samego, lecz dla chwały Bożej? — a przecież za zapomnienie tego zatracony został na wieki wieków. Powiem wam, co myślał i jak patrzył na rzeczy: był to człowiek młody, który odziedziczył dobrą majętność, i postanowił sobie używać. Nie przyszło mu na myśl, że jego bogactwo ma jakiś inny pożytek niż umożliwienie mu zażywania przyjemności. Łazarz leżał u jego bramy; mógłby był wspomóc Łazarza; taka była wola Boża; lecz zdołał odsunąć sumienie na bok, i wmówił sobie, że byłby głupcem, gdyby nie wyzyskał tego świata jak najlepiej, póki ma środki. Postanowił więc napełnić się przyjemnością; a uczty były dla niego głównym jej składnikiem. „Ucztował wystawnie na każdy dzień"; wszystko, co do niego należało, było w najlepszym stylu, jak ludzie mówią: jego dom, jego umeblowanie, jego srebrna i złota zastawa, jego służba, jego dwór. Wszystko było dla użycia, a i dla popisu; by przyciągnąć oczy świata i zyskać poklask i podziw równych sobie, którzy byli towarzyszami jego grzechów. Towarzysze ci byli bez wątpienia tacy, jacy przystali osobie tak roszczącej; byli to ludzie modni; zbiór wykwintnych, dobrze ułożonych, pyszałkowatych mężczyzn, jedzących nie żarłocznie, lecz to, co rzadkie i kosztowne; wybredni, dokładni, grymaśni w smaku z samych swych nawyków pobłażania sobie; nie jedzący dla samego jedzenia, ani pijący dla samego picia, lecz czyniący rodzaj nauki ze swej zmysłowości; zmysłowi, cieleśni, na ile ciało i krew mogą być, z oczyma, uszami, językiem nasiąkniętymi nieczystością, z każdą myślą, spojrzeniem i zmysłem świadczącym lub usługującym złemu duchowi, który nimi rządził; a przecież, z wyborną poprawnością pojęcia i sądu, ustanawiający reguły grzeszenia — bez serca i samolubni, wyniośli, drobiazgowi i wzgardliwi w swym zewnętrznym zachowaniu, a wzdragający się przed Łazarzem, który leżał u bramy, jak przed solą w oku, którą ze względu na przyzwoitość należałoby usunąć z drogi. Bogacz był jednym z takich, i tak przeżył swą krótką piędź czasu, nie myśląc o niczym, nie miłując niczego prócz siebie, aż pewnego dnia wdał się w zgubną zwadę z jednym ze swych bezbożnych towarzyszy, lub złapał jakąś złą chorobę; i wtedy leżał bezradny na swym łożu boleści, przeklinając los i swego lekarza, że nie czuje się lepiej, i niecierpliwiąc się, że tak jest powstrzymany od używania swej młodości, próbując wmówić sobie, że zdrowieje, gdy mu się pogarszało, i zdegustowany tymi, którzy nie chcieli rzucić mu jakiegoś słowa pociechy w jego niepewności, i odwracając się od swego Stwórcy tym stanowczej, im bardziej cierpiał; a potem w końcu przyszedł jego dzień, i umarł, i (o, nędzo!) „pogrzebany został w piekle". I tak skończył on i jego posłannictwo.
Taki był los waszego wzoru i bożka, o wy, jeśli ktoś z was jest tu obecny, młodzieńcy, którzy, choć nieposiadający bogactwa i rangi, naśladujecie przecież obyczaje tych, którzy je mają. Wy, bracia moi, nie urodziliście się świetnie ani szlachetnie; nie zostaliście wychowani w siedzibach swobodnej edukacji; nie macie wysokich koligacji; nie nauczyliście się manier ani nie pochwyciliście tonu dobrego towarzystwa; nie macie udziału w wielkoduszności umysłu, w szczerości, w romantycznym poczuciu honoru, w poprawności smaku, we względzie na innych i w łagodności, które świat wystawia jako swój najwyższy typ doskonałości; nie zbliżyliście się do dworów ani do siedzib wielkich; a przecież małpujecie grzech bogacza, gdy obce wam są jego ogłady. Sądzicie, że to znak człowieka dobrze urodzonego — stawiać się ponad religią, krytykować pobożnych i wyznawców religii, patrzeć na katolika i metodystę z bezstronną wzgardą, zdobyć powierzchowną wiedzę o wielu przedmiotach, zaglądać do wielu błahych wydawnictw, jeśli są popularne, przeczytać najnowszą powieść, usłyszeć śpiewaka i zobaczyć aktora dnia, być dobrze obeznanym z nowinami, znać imiona, a jeśli tak się złoży, i osoby ludzi publicznych, móc im się ukłonić, przechadzać się tam i z powrotem po ulicy z głowami zadartymi wysoko, i gapić się na wszystko, co was spotka; i mówić i czynić rzeczy gorsze, których te zewnętrzne wybryki są jedynie symbolem. I to jest to, do czego, jak sobie wyobrażacie, przyszliście na ziemię! Stwórca uczynił was, jak się zdaje, o moje dzieci, do tego dzieła i urzędu — byście byli liche naśladowanie wytwornej bezbożności, byście byli kawałkiem krzykliwej i wypłowiałej świecidełkowej ozdoby, lub wonią, która straciła świeżość i jedynie razi zmysł! O, gdybyście mogli zobaczyć, jak niedorzeczne i podłe są takie pretensje w oczach każdego prócz was samych! Żadne powołanie życiowe nie jest niezaszczytne; nikt nie jest śmieszny, kto postępuje stosownie do swego powołania i stanu; nikt, kto ma zdrowy rozsądek i pokorę, nie może w żadnym stanie życia być prawdziwie dobrze ułożony i wytworny; lecz okazałość, afektacja i ambitne wysiłki są w każdym stanie życia, wysokim czy niskim, niczym innym jak pospolitością. Odłóżcie je, gardźcie nimi sami, o najdrożsi moi synowie, których miłuję i którym rad bym służył — och! gdybyście mogli odczuć, że macie dusze! och, gdybyście mieli litość nad swymi duszami! och, gdybyście, zanim będzie za późno, udali się do Tego, który jest Źródłem wszystkiego, co prawdziwie wysokie, wspaniałe i piękne, wszystkiego, co jasne i miłe, i zabezpieczyli to, czego nieświadomie szukacie, w Tym, którym tak samowolnie, tak straszliwie gardzicie!
On sam, Syn Boży, „blask Światłości wiecznej i zwierciadło bez skazy Jego Majestatu", jest źródłem wszelkiego dobra i wszelkiego szczęścia dla bogatych i ubogich, wysokich i niskich. Choćbyś był nie wiem jak wysoko, potrzebowałbyś Go; choćbyś był nie wiem jak nisko, mógłbyś Go obrazić. Ubogi może Go obrazić; ubogi człowiek może zaniedbać swe Bosko wyznaczone posłannictwo równie dobrze jak bogaty. Nie przypuszczajcie, bracia moi, że to, co powiedziałem przeciw wyższej warstwie klasy średniej, nie obróci się — jeśli zdarzy wam się być ubogimi — również przeciw wam. Choćby człowiek był tak ubogi jak Łazarz, mógłby być tak winny jak bogacz. Jeśli jesteście zdecydowani zniżyć się do bydła polnego, które nie ma rozumu ani sumienia, nie potrzebujecie bogactwa ani rangi, by to uczynić. Bydlęta nie mają bogactwa; nie mają pychy żywota; nie mają purpury i bisioru, nie mają wystawnego stołu, nie mają orszaku służby, a przecież są bydlętami. Są bydlętami z prawa swej natury: są najuboższe wśród ubogich; nie ma włóczęgi ani wyrzutka tak ubogiego jak one; różnią się od niego nie w swym mieniu, lecz w swym braku duszy, w tym, że on ma posłannictwo, a one nie mają, że on może grzeszyć, a one nie mogą. O bracia moi, rzecz w tym, że człowiek może upić się tanim trunkiem równie dobrze jak kosztownym; może ukraść cudze pieniądze dla swych żądz, choć nie marnuje na nie własnych; może przełamać naturalne i społeczne prawa, które go otaczają, i sprofanować świętość obowiązków rodzinnych, choć jest nie dzieckiem szlachty, lecz wieśniakiem czy rzemieślnikiem — owszem, i może czyni to częściej niż oni. Nie na tym polega błogosławieństwo ubogiego, że ma mniej pokus do dogadzania sobie, bo ma ich tyle samo, lecz na tym, że z samych swych okoliczności otrzymuje pokuty i poprawy za dogadzanie sobie. Ubóstwo jest matką wielu bólów i smutków w swoim czasie, a te są Bożymi posłańcami, by powieść duszę do skruchy; lecz niestety! jeśli ubogi dogadza swym namiętnościom, mało myśli o religii, odkłada skruchę, odmawia uczynienia wysiłku i umiera bez nawrócenia, na nic mu się zda, że był ubogi na tym świecie, na nic mu się zda, że był mniej zuchwały niż bogaty, na nic, że obiecywał sobie łaskę Bożą, że posłał po kapłana, gdy nadeszła śmierć, i przyjął ostatnie sakramenty; i Łazarz w takim wypadku pogrzebany będzie z bogaczem w piekle, i nie zazna swej pociechy ani na tym świecie, ani w przyszłym.
Bracia moi, proste pytanie brzmi: jakakolwiek byłaby ranga człowieka w życiu, czy w owej randze wykonuje dzieło, które Bóg dał mu do wykonania? Otóż pozwólcie, że zwrócę się teraz do innych, bardzo odmiennego rodzaju, i posłuchajmy, co powiedzą, gdy zadane im będzie to pytanie; jakże, odeprą je tak: „Nie dajesz nam — powiedzą mi — żadnego wyboru prócz tego, byśmy byli grzesznikami albo świętymi. Stawiasz przed nami wzór Pana naszego, i roztaczasz przed nami winę i zgubę rozmyślnego przestępcy; my zaś nie mamy zamiaru zajść tak daleko ani w jedną, ani w drugą stronę; nie dążymy do tego, by być świętymi, lecz nie mamy też żadnego pragnienia, by być grzesznikami. Nie zamierzamy ani sprzeciwiać się woli Bożej, ani porzucić własnej. Z pewnością jest droga pośrednia, i bezpieczna, na której i wola Boża, i nasza wola mogą być obie zaspokojone. Mamy zamiar cieszyć się i tym światem, i przyszłym. Będziemy się strzec grzechu śmiertelnego; nie jesteśmy zobowiązani strzec się powszedniego; zaiste, próba tego byłaby bez końca. Tylko święci tak czynią; to dzieło całego życia; nie mielibyśmy nic innego do roboty. Nie jesteśmy mnichami, jesteśmy w świecie, jesteśmy w interesach, jesteśmy rodzicami, mamy rodziny; musimy żyć z dnia na dzień. Pociechą jest trzymać się z dala od grzechu śmiertelnego; to czynimy, a to wystarcza do zbawienia. Wielką rzeczą jest trwać w łasce Bożej; czegóż zaiste moglibyśmy pragnąć więcej? Przystępujemy we właściwym czasie do sakramentów; to jest nasza pociecha i nasza podpora; gdybyśmy umarli, umarlibyśmy w łasce, i uszlibyśmy losu niegodziwych. Lecz gdybyśmy raz spróbowali pójść dalej, gdzie byśmy się zatrzymali? jak wytkniesz nam granicę? granica między grzechem śmiertelnym a powszednim jest bardzo wyraźna; to rozumiemy; lecz czyż nie widzisz, że gdybyśmy zważali na nasze grzechy powszednie, byłoby tyleż powodu, by zważać na jeden, co na drugi? Gdybyśmy zaczęli powściągać gniew, czemu nie powściągać i próżnej chwały? czemu nie strzec się i skąpstwa? czemu nie powstrzymywać się i od kłamstwa? od plotkowania, od próżnowania, od nadmiaru w jedzeniu? A mimo wszystko, bez grzechu powszedniego nie możemy być nigdy, chyba że mielibyśmy prerogatywę Matki Bożej, którą to przypisać komukolwiek prócz niej byłoby niemal herezją. Nie żądasz od nas nawrócenia; to rozumiemy; jesteśmy nawróceni, byliśmy nawróceni dawno temu. Każesz nam dążyć do jakiegoś nieokreślonego, mglistego czegoś, co jest mniej niż doskonałością, a przecież więcej niż posłuszeństwem, i co, nie owocując żadną namacalną korzyścią, pozbawia nas przyjemności i krępuje nas w obowiązkach tego świata".
To jest to, co powiecie; lecz wasze przesłanki, bracia moi, są lepsze niż wasze rozumowanie, a wasze wnioski się nie ostoją. Macie słuszny pogląd, czemu Bóg posłał was na świat, mianowicie, byście dostali się do nieba; jest też zupełnie prawdą, że powiodłoby się wam zaiste dobrze, gdybyście się tam znaleźli, niczego lepszego nie moglibyście pragnąć; ani też, to prawda, nie możecie żyć przez żaden czas bez grzechu powszedniego. Prawdą jest również, że nie jesteście zobowiązani dążyć do tego, by być świętymi; nie jest grzechem nie dążyć do doskonałości. Tyle jest prawdą i do rzeczy; lecz nie wynika z tego, że wy, z takimi poglądami i uczuciami, jakie wyraziliście, używacie dostatecznych wysiłków choćby na osiągnięcie czyśćca. Czy wasza religia ma w sobie jakąkolwiek trudność, czy też jest wam pod każdym względem łatwa? Czy po prostu zażywacie własnej przyjemności w waszym sposobie życia, czy też znajdujecie waszą przyjemność w poddaniu się przyjemności Bożej? Słowem, czy wasza religia jest dziełem? bo jeśli nie jest, to wcale nie jest religią. Tu od razu, zanim wejdziemy w wasz wywód, jest dowód, że jest on niezdrowy, ponieważ przywodzi was do wniosku, że gdy tymczasem Chrystus przyszedł, by wykonać dzieło, i wszyscy święci, owszem, i grzesznicy wykonują dzieło, wy przeciwnie, nie macie żadnego dzieła do wykonania, ponieważ, jakże by inaczej, nie jesteście ani grzesznikami, ani świętymi; lub, jeśli raz mieliście dzieło, to przynajmniej żeście je już załatwili, i nie macie nic na rękach. Osiągnęliście, jak się zdaje, swe zbawienie przed czasem, i nie macie nic, co by was zajmowało, i jesteście zatrzymani na ziemi zbyt długo. Dni pracy się skończyły, a wasze nieustanne święto się zaczęło. Czyż więc Bóg posłał was, ponad wszystkich innych ludzi, na świat, byście próżnowali w sprawach duchowych? Czy waszym posłannictwem jest jedynie znajdować przyjemność na tym świecie, na którym jesteście jedynie pielgrzymami i przybyszami? Czy jesteście czymś więcej niż synami Adama, którzy w pocie czoła mają jeść chleb, aż wrócą do ziemi, z której są wzięci? Jeśli nie macie jakiegoś dzieła w ręku, jeśli się nie zmagacie, jeśli nie walczycie sami z sobą, nie jesteście naśladowcami tych, którzy „przez wiele utrapień weszli do królestwa Bożego". Walka jest samym znamieniem chrześcijanina. Jest on żołnierzem Chrystusa; wysoki czy niski, jest tym i niczym innym. Jeśli pokonaliście wszelki grzech śmiertelny, jak się wam zdaje, to musicie natrzeć na wasze grzechy powszednie; nie ma na to rady; nie ma nic innego do roboty, jeśli chcecie być żołnierzami Jezusa Chrystusa. Lecz, o naiwne dusze! sądzić, że odnieśliście jakikolwiek triumf! Nie: nie możecie bezpiecznie żyć w pokoju z żadnym, choćby najmniej złośliwym, z wrogów Bożych; jeśli jesteście w pokoju z grzechami powszednimi, bądźcie pewni, że w ich towarzystwie i pod ich cieniem czają się grzechy śmiertelne. Grzechy śmiertelne są dziećmi powszednich, które, choć same nie są śmiertelne, płodne są przecież w śmierć. Możecie sądzić, że zabiliście olbrzymów, którzy zawładnęli waszymi sercami, i że nie macie się czego lękać, lecz możecie usiąść w spokoju pod waszym winnym krzewem i pod waszym figowcem; lecz olbrzymi ożyją na nowo, powstaną z prochu, i zanim się obejrzycie, zostaniecie wzięci w niewolę i wymordowani przez zaciekłych, potężnych i wiekuistych wrogów Bożych.
Koniec rzeczy jest jej próbą. Radością Pana naszego w Jego ostatniej uroczystej godzinie było to, że wykonał dzieło, dla którego był posłany. „Jam Cię uwielbił na ziemi — mówi w swej modlitwie — dokonałem dzieła, które Mi dałeś do wykonania; objawiłem imię Twoje ludziom, których Mi dałeś ze świata". Była to też pociecha świętego Pawła: „Dobry bój stoczyłem, biegu dokonałem, wiary dochowałem; na ostatek odłożony mi jest wieniec sprawiedliwości, który mi odda Pan w on dzień, sędzia sprawiedliwy". Niestety! niestety! jakże odmienny będzie nasz pogląd na rzeczy, gdy przyjdzie nam umierać, lub gdy przejdziemy w wieczność, od marzeń i pretensji, którymi teraz się łudzimy! Co uczyni dla nas wtedy Babel? Czy wyrwie nasze dusze z czyśćca lub piekła, do którego je posyła? Jeśli zostaliśmy stworzeni, to po to, byśmy służyli Bogu; jeśli mamy Jego dary, to po to, byśmy Go uwielbiali; jeśli mamy sumienie, to po to, byśmy mu byli posłuszni; jeśli mamy widok nieba, to po to, byśmy je mieli przed sobą; jeśli mamy światło, to byśmy za nim szli; jeśli mamy łaskę, to byśmy się przez nią zbawili. Niestety! niestety! dla tych, którzy umierają, nie spełniwszy swego posłannictwa! którzy byli wezwani, by być świętymi, a żyli w grzechu; którzy byli wezwani, by czcić Chrystusa, a pogrążyli się w tym lekkomyślnym i niewierzącym świecie; którzy byli wezwani, by walczyć, a pozostali bezczynni; którzy byli wezwani, by być katolikami, a pozostali jedynie w religii swych narodzin! Niestety dla tych, którzy mieli dary i talent, a nie użyli ich, lub źle użyli, lub nadużyli; którzy mieli bogactwo, a wydali je na siebie; którzy mieli zdolności, a bronili tego, co grzeszne, lub wyśmiewali to, co prawdziwe, lub siali wątpliwości przeciw temu, co święte; którzy mieli wolny czas, a zmarnowali go na niegodziwych towarzyszy, lub złe książki, lub niemądre rozrywki! Niestety dla tych, o których najlepsze, co można powiedzieć, to że są nieszkodliwi i z natury nienaganni, gdy tymczasem nigdy nie próbowali oczyścić swych serc ani żyć w obliczu Bożym!
Świat toczy się z wieku na wiek, lecz święci aniołowie i błogosławieni święci wciąż wołają: biada, biada! i ach, ach! nad utratą powołań, i zawodem nadziei, i wzgardą dla miłości Bożej, i zgubą dusz. Jedno pokolenie następuje po drugim, a ilekroć spojrzą w dół na ziemię ze swych złotych tronów, widzą zaledwie cokolwiek prócz mnóstwa duchów opiekuńczych, zgnębionych i smutnych, z których każdy podąża za własną swą pieczą, w niepokoju, lub w przerażeniu, lub w rozpaczy, na próżno usiłując osłonić ją przed nieprzyjacielem, i nie zdoławszy, ponieważ nie chce być osłonięta. Czasy przychodzą i odchodzą, a człowiek nie chce uwierzyć, że ma być to, czego jeszcze nie ma, ani że to, co teraz jest, trwa tylko przez porę, a nie jest wiecznością. Koniec jest próbą; świat przemija; jest jedynie widowiskiem i sceną; wyniosły pałac kruszeje, ruchliwe miasto milknie, statki z Tarszisz odpłynęły. Na serce i ciało nadchodzi śmierć; zasłona się rozdziera. Odchodząca duszo, jak użyłaś swych talentów, swych sposobności, światła rozlanego wokół ciebie, danych ci przestróg, łaski w cię tchniętej? O Panie mój i Zbawicielu, wesprzyj mię w owej godzinie w silnych ramionach swych sakramentów, i świeżą wonią swych pociech. Niech będą wypowiedziane nade mną słowa rozgrzeszenia, i niech święty olej naznaczy mię i opieczętuje, i niech własne Twe Ciało będzie mi pokarmem, a Twoja Krew moim pokropieniem; i niech moja słodka Matka Maryja tchnie na mnie, a mój Anioł szepnie mi pokój, i moi chwalebni święci, i mój własny drogi Ojciec, Filip, niech się do mnie uśmiechnie; abym w nich wszystkich i przez nich wszystkich otrzymał dar wytrwałości, i umarł, jak pragnę żyć, w Twojej wierze, w Twoim Kościele, w Twojej służbie i w Twojej miłości.