*„Jeśli to wiecie, błogosławieni jesteście, gdy według tego postępujecie."* — J 13,17
Nigdy nie było narodu ani epoki, do których słowa te można by było skierować stosowniej niż do tego kraju w chwili obecnej; znamy bowiem więcej dróg służenia Bogu, naszych powinności, naszych przywilejów i naszej nagrody niż jakikolwiek inny lud dotąd — o ile możemy to ocenić. Do nas więc w szczególności mówi nasz Zbawiciel: „Jeśli to wiecie, błogosławieni jesteście, gdy według tego postępujecie."
Otóż wielu z nas sądzi zapewne, że wie o tym doskonale. Wydaje się rzeczą banalną powiedzieć, że nic nie znaczy wiedzieć, co jest słuszne, jeśli się tego nie czyni — to stary temat, o którym nic nowego nie można powiedzieć. Kiedy czytamy takie miejsca w Piśmie Świętym, przechodzi się nad nimi, uznając je bez sprzeciwu; i w ten sposób udaje nam się zapomnieć o nich w praktyce. Wiedza jest niczym w porównaniu z czynem; lecz ową wiedzę, że wiedza jest niczym, czynimy czymś, nadajemy jej wagę — i tak samych siebie oszukujemy.
Tak samo czynimy i w podobnych sprawach. Niejeden człowiek, zamiast uczyć się pokory w praktyce, wyznaje, że jest biednym grzesznikiem, po czym szczyci się tym wyznaniem; przypisuje chwałę swego odkupienia Bogu, a następnie staje się niejako dumny z tego, że jest odkupiony. Jest dumny ze swej rzekomej pokory.
Chrystus z pewnością nie mówił słów nadaremno. Przedwieczna Mądrość Boża nie objawiała swojego głosu po to, byśmy natychmiast chwytali Jego słowa w sposób niepoważny, myśleli, że rozumiemy je od razu, i przechodzili nad nimi do porządku. Ale słowo Jego trwa na wieki; ma głębię znaczenia dostosowaną do wszystkich czasów i miejsc, a pojąć je można jedynie z trudem i wysiłkiem. Ci, którzy sądzą, że wchodzą w nie łatwo, mogą być zupełnie pewni, że nie wchodzą wcale.
Spróbujmy tedy, z Jego łaski, uczynić z tekstu słowo żywe ku pożytkowi naszych dusz. Pan mówi: „Jeśli wiecie, błogosławieni jesteście, jeśli to czynicie." Zastanówmy się, jak na ogół czytamy Pismo Święte.
Czytamy jakiś ustęp z Ewangelii — na przykład przypowieść albo opis cudu; albo czytamy rozdział z Proroków lub Psalm. Kogóż nie uderza piękno tego, co czyta? Nie chcę mówić o tych, którzy sięgają po Biblię jedynie od czasu do czasu i którzy przeważnie znajdą jej święte karty nudnymi i nieciekawymi; mówię o tych, którzy ją studiują. Kto spośród nich nie dostrzega jej piękna? Weźmy choćby fragment poprzedzający nasz tekst. Chrystus umywał nogi swoim uczniom. Uczynił to w chwili wielkiego cierpienia duchowego; było to tuż przed tym, gdy wrogowie mieli Go pochwycić, by skazać na śmierć. W sali znajdował się zdrajca, Jego bliski przyjaciel. Wszyscy Jego uczniowie, nawet najbardziej oddani, kochali Go znacznie mniej, niż sądzili. Za chwilę mieli wszyscy opuścić Go i uciec. To wiedział z góry; a jednak spokojnie umył im nogi, po czym powiedział im, że uczynił to dla przykładu: że powinni pełnić wobec siebie nawzajem pokorne posługi, tak jak On wobec nich; że ten spośród nich jest naprawdę największy, kto stawia siebie najniżej. Mówił to już przedtem, a uczniowie musieli to pamiętać. Być może dziwili się w skrytości serca, dlaczego powtarza tę naukę; może mówili sobie: „Słyszeliśmy to już." Mogli być zaskoczeni, że Jego wymowny czyn — umycie nóg — nie wyraził niczego ponad przykazanie już wcześniej dane, rozkaz bycia pokornym. Zarazem nie byliby w stanie zaprzeczyć, lecz raczej głęboko odczuwali piękno Jego czynu. Co więcej, miłując Go (mimo wszystko) ponad wszystko i szanując Go jako swego Pana i Nauczyciela, odczuwali wobec Niego podziw i cześć; lecz ich umysłami nie zawładnął dostatecznie praktyczny kierunek udzielonego im pouczenia. Znali prawdę i podziwiali ją; nie dostrzegali zaś, czego im brakowało. Takim można uznać stan ich ducha — stąd też siła naszego tekstu, skierowanego w pierwszym rzędzie przeciw Judaszowi Iskariotowi, który wiedział i świadomie grzeszył przeciw prawdzie; w drugim rzędzie odnoszącego się do wszystkich Apostołów, a zwłaszcza do świętego Piotra, który przyrzekł wierność, lecz zawiódł w próbie; wreszcie do nas wszystkich — do wszystkich tu zebranych, którzy słyszą słowo życia nieustannie, znają je, podziwiają, niemal tylko nie słuchają go.
Czyż nie tak? Czyż Pismo Święte nie jest we wszystkim miłe, oprócz swej surowości? Czyż nie staramy się przekonać samych siebie, że odczuwanie religijności, wyznawanie miłości do religii i umiejętność mówienia o niej zastąpią staranne posłuszeństwo, owo zaparcie się siebie, które jest samą istotą prawdziwej praktycznej religii? Niestety — religia, tak zachwycająca jako wizja, okazuje się tak odpychająca jako rzeczywistość. A jednak tak jest, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie.
**1.** Większość ludzi nawet tych, którzy wyznają religię, jest właśnie w tym stanie ducha. Weźmy pod uwagę tych, którzy żyją w lepszych warunkach niż ogół społeczeństwa. Są dobrze wykształceni i nauczeni; mają niewiele trosk w życiu albo potrafią sobie z nimi radzić dzięki rozmaitości zajęć, dzięki animuszowi towarzyszącemu dobremu zdrowiu, albo co najmniej dzięki upływowi czasu. Żyją godziwie i szczęśliwie, z tymi samymi ogólnymi upodobaniami i przyzwyczajeniami, jakie by mieli, gdyby Ewangelia nie była im dana. Mają wzgląd na to, co o nich myśli świat; są szczodrzy, gdy tego się oczekuje. Są wygładzeni w obejściu, uprzejmi z natury charakteru lub z poczucia przyzwoitości. Ich religia oparta jest tedy na sobie samym i na świecie — jest czystą ogładą cywilizacyjną; taką samą (powtarzam), jaka by była zasadniczo (biorąc pod uwagę stan społeczeństwa, w którym żyją), nawet gdyby chrześcijaństwo nie było religią tego kraju. Ale jest nią; spytajmy więc dalej, jak wobec tego odnoszą się do niej. Przyjmują ją, dodają ją do tego, czym są, wszczepiają ją w samolubne i światowe przyzwyczajenia nieodrodzionego serca. Nauczono ich czcić ją i wierzyć, że pochodzi od Boga; dlatego podziwiają ją i przyjmują jako regułę życia — o tyle, o ile zgadza się z cielesnymi zasadami, które nimi rządzą. O ile zaś się nie zgadza, są ślepi na jej doskonałość i jej wymagania. Pomijają jej przykazania lub wykrętnie je tłumaczą. W żadnym sensie nie są posłuszni dlatego, że nakazuje. Czynią dobrze, gdy i bez nakazu by tak postąpili; jednak mówią o niej dobrze i sądzą, że ją rozumieją. Niekiedy — jeśli wolno mi kontynuować opis — wchłaniają ją w pewną wyszukaną elegancję uczuć i obyczajów, a wówczas bezbożność przybiera wszelkie cechy wdzięku, wyrafinowania i zbytku. Kochają poezję religijną i wymowne kazania. Pragną, by ich uczucia były pobudzone i uśpione, i szukają urozmaicenia i oderwania od tego wiecznego tematu, który z istoty swej jest niezmienny. Nudzą się jego prostotą i może usiłują podtrzymać zainteresowanie nim przez religijne opowieści — zmyślone lub ozdobione — albo przez wiadomości z obcych krajów, lub przez historię losów i sukcesów Ewangelii, wypaczając tym samym to, co samo w sobie jest dobre i niewinne. To jest ich stan ducha w najlepszym razie; bo na ogół sądzą, że wystarczy okazać pewien powierzchowny szacunek dla spraw religii: uczęszczać na jej nabożeństwa w dzień Pański, i to tylko raz, i chłodno wyrazić jej aprobatę. Rzecz jasna, każdy opis takich ludzi może być tylko ogólny, gdyż odcienie charakteru są tak różnorodne i zmieszane w poszczególnych ludziach, że niepodobna nakreślić dokładnego obrazu; i często nawet całkiem szacowne osoby i prawdziwie dobrzy chrześcijanie są po części zakażone tym złym i ziemskim duchem.
**2.** Weźmy inny opis tych samych ludzi. Może skierowali swą uwagę ku środkom szerzenia szczęścia bliźnich i ułożyli własny system moralności i religii; a potem sięgają po Pismo Święte. Bardzo uderza ich wzniosły ton jego przykazań i piękno jego nauczania. Prawda, że znajdują w nim wiele rzeczy, których nie rozumieją lub nie pochwalają; wiele, czego sami by nie powiedzieli. Ale pomijają to; wyobrażają sobie, że nie odnosi się do czasów obecnych — co jest wygodnym sposobem usuwania wszystkiego, co nam nie odpowiada — i ogólnie przyjmują Biblię, uznając ją za bardzo pożyteczną dla niższych warstw. Polecają ją tedy i wspierają instytucje, które są narzędziami jej nauczania. Lecz co do nich samych, nigdy nie przychodzi im do głowy, by stosować jej przykazania poważnie do siebie; już je znają, jak sądzą. Znają je i to wystarczy; ale co do ich wypełniania — przez co rozumiem: pójścia naprzód ku posłuszeństwu im z bezpretensjonalną gorliwością i rzetelną wiarą, działania według nich, przyjmowania ich takimi, jakimi są, nie zaś takimi, jakimi chciałyby je uczynić ich uprzednio urobione przekonania — niczego z tego właściwego ducha nie mają. Nie wyobrażają sobie takiego sposobu postępowania. Polecanie i propagowanie moralnego i przyzwoitego zachowania (na jakichkolwiek zasadach) wydaje im się wystarczające. Zadowala ich szerzenie wiedzy, która za sobą pociąga samolubną powściągliwość, samolubny pokój, samolubną dobroć — moralność wyrachowania. Żadna z prawd Pisma Świętego nie jest dla nich cenna dlatego, że jest w Piśmie; prawie że nie zyskuje w ich oczach na wartości przez to, że tam jest napisana. Nie słuchają, bo nakazano im słuchać na wierze; i potrzeby tej Bożej zasady postępowania nie pojmują. „Czemu by nie mogło (zdają się mówić) czynić ludzi dobrymi w jeden sposób, jak w inny? »Abana i Farpar, rzeki Damaszku, czyż nie lepsze niż wszystkie wody Izraela?«" — jak gdyby cała wiedza i wszelkie wychowanie, jakie kiedykolwiek dały księgi, mogły uwolnić choć jednego grzesznika z więzów szatana albo dokonać czegoś więcej niż zewnętrznej przemiany, pozoru posłuszeństwa; jak gdyby nie była to zasada zgoła inna — zasada niezależna od wiedzy, wyższa od niej i przed nią — prowadząca do prawdziwego posłuszeństwa: owa zasada Bożej wiary, dana z wysoka, która ma w sobie życie i ma moc rzeczywiście używać wiedzy ku dobru duszy; w której rękach wiedza jest (że tak powiem) pochodnią oświecającą nam drogę, lecz nie uczącą ani nie umacniającą nas do chodzenia.
**3.** Lub też spójrzmy na sprawę jeszcze inaczej. Czyż nie jest jedną z najpospolitszych wymówek biednych za ich bezbożność to, że nie mieli wykształcenia? — jak gdyby wiedzieć dużo było koniecznym warunkiem prawego postępowania. A i oni skłonni są sądzić, że wiedzieć i mówić o religii wystarczy, by być człowiekiem religijnym. „Dlaczego przyszliście tu dziś, bracia moi? — nie jako rzecz oczywistą, mam nadzieję; nie dlatego tylko, że powiedzieli wam to krewni lub zwierzchnicy. Założę, że przyszliście do kościoła jako do aktu religijnego; lecz strzeżcie się sądzić, że wszystko jest zrobione i skończone przez sam akt przyjścia. Nie wystarczy być tu obecnym; choć wielu zachowuje się tak, jakby zapominali, że muszą skupić uwagę na tym, co się tu dzieje, a nie tylko przyjść. Nie wystarczy słuchać tego, co jest głoszone; choć wielu sądzi, że zrobiło już wiele, gdy to czyni. Musicie się modlić; a to jest samo w sobie bardzo trudne dla każdego, kto się stara (i dlatego tak wielu woli kazanie od modlitw, bo tamto jest jedynie zdobywaniem wiedzy, a te ostatnie są czynem posłuszeństwa): musicie się modlić; i mówię, że jest to bardzo trudne, bo nasze myśli tak łatwo się błąkają. Ale nawet to nie wszystko — musicie, modląc się, szczerze zamierzać starać się praktykować to, o co się modlicie. Gdy mówicie: »Nie wódź nas na pokuszenie«, musicie naprawdę mieć na myśli unikanie w waszym codziennym życiu tych pokus, którym już ulegnęliście. Gdy mówicie: »Ale nas zbaw ode złego«, musicie mieć na myśli zmaganie się z tym złem w waszych sercach, które odczuwacie i o przebaczenie którego się modlicie. To jest trudne; a jeszcze więcej jest do zrobienia. Musicie rzeczywiście wprowadzać w czyn wasze dobre postanowienia przez cały tydzień i prawdziwie walczyć ze światem, ciałem i diabłem. A ktokolwiek tu obecny, kto nie dorasta do tego — to jest kto sądzi, że wystarczy przyjść do kościoła, by poznać wolę Bożą, ale nie ma w pamięci, by wypełniać ją w codziennym życiu — czy wysoki, czy niski, czy zna tajemnice i wszelką wiedzę, czy jest nieuczony i pochłonięty czynnym życiem — jest głupcem w oczach Tego, który mądrość tego świata obraca w głupstwo. Jest zaiste lekkomyślnym, zastępując formalną zewnętrzną służbą religię serca; odwraca słowa naszego Pana z tekstu: »bo zna te rzeczy, nieszczęśliwy jest, bo ich nie czyni«."
**4.** Lecz ktoś może powiedzieć: „Służyć Bogu jest tak bardzo trudno, jest to tak bardzo sprzeczne z moją własną wolą, taki wysiłek, takie napięcie sił, by nieść jarzmo Chrystusa, że muszę z tego zrezygnować lub co najmniej odłożyć. Czy nic nie może tego zastąpić? Uznaję, że Jego prawo jest najświętsze i najprawdziwsze, a opisy dobrych ludzi, które czytam, są najzachwyceniejsze. Chciałbym być do nich podobny z całego serca; i na chwilę czuję ochotę, by wziąć się do ich naśladowania. Zaczynałem kilka razy, miałem okresy nawrócenia i narzucałem sobie reguły; lecz z tego czy innego powodu cofałem się po jakimś czasie i było nawet gorzej niż przedtem. Wiem, lecz nie mogę działać. O, nieszczęsny ja człowiek!"
Takiemu otóż mówię: jesteś w stanie o wiele bardziej obiecującym, niż gdybyś był z siebie zadowolony i sądził, że wiedza to wszystko — co jest opłakaną ślepotą, o której dotąd mówiłem; to znaczy, jesteś w lepszym stanie, jeśli nie czerpiesz zbyt wiele pociechy lub ufności ze swojego wyznania. To jest bowiem błąd wielu ludzi: czynią z takiego wyznania, jakie opisałem, zastępstwo prawdziwej pokuty; albo też pozwalają sobie, po jego złożeniu, odkładać pokutę, jak gdyby mogli złożyć słowną obietnicę, która nie staje się wymagalna (że tak powiem) przez wiele dni. Przyznaję — jesteś w lepszym stanie niż ten, kto jest z siebie zadowolony, ale nie jesteś w stanie bezpiecznym. Gdybyś teraz miał umrzeć, nie miałbyś nadziei zbawienia — żadnej nadziei, to jest jeśli twoje własne słowa są prawdziwe, bo biorę twoje własne słowa. Stań przed sądem Bożym i tam przyznaj, że znałeś Prawdę i nie czynił jej wedle niej. To właśnie otwarcie przyznajesz — jak to tam będzie przyjęte? „Z ust twoich sądzić cię będę" — mówi nasz Sędzia sam, a któż odwróci Jego sąd? Dlatego ktoś taki musi składać to wyznanie z wielką i prawdziwą bojaźnią i wstydem, jeśli ma ono być uważane za obiecujący znak w nim; inaczej jest jedynie zatwardziałością serca. Na przykład: słyszałem, jak ludzie mówią lekko (każdy musiał ich słyszeć), że sami przyznają, iż byłoby to nieszczęście naprawdę wielkie dla nich lub ich towarzyszy, gdyby zostali nagle zabrani. Szczególnie skłonni są to mówić młodzi; to jest zanim dojdą do wieku, kiedy stają się nieczuli, albo zanim ułożą sobie wymówki pozwalające pokonać naturalne prawdziwe głosy sumienia. Mówią, że mają nadzieję kiedyś się nawrócić. To jest ich własne świadectwo przeciwko nim samym, podobne do owego złego proroka z Betel, który zmuszony był własnymi ustami wypowiadać sądy Boże, siedząc przy swym grzesznym posiłku. Lecz niech taki człowiek nie sądzi, że otrzyma cokolwiek od Pana: nie mówi w wierze.
Kiedy więc człowiek skarży się na zatwardziałość serca lub słabość woli, niech sprawdzi, czy ta skarga jest czymś więcej niż tylko pozorem dla uśpienia sumienia, które lęka się o odkładanie pokuty; albo czymś więcej niż czczym słowem, powiedzianym wpół żartem, wpół z wyrzutami sumienia. Jeśli jednak jest szczery w swojej skardze, niech rozważy, że nie ma powodów do narzekania. Wszystko jest jasne i łatwe dla człowieka gorliwego; to chwiejni napotykają trudności. Jeśli szczerze i prawdziwie nienawidzisz własnego zepsucia, jeśli naprawdę boli cię do głębi serca, że nie czynisz tego, o czym wiesz, że powinieneś czynić, jeśli pragnąłbyś miłować Boga, gdybyś mógł — wówczas Ewangelia mówi do ciebie słowami pokoju i nadziei. To rzecz zupełnie inna: leniwie powiedzieć: „Chciałbym być innym człowiekiem" — a przystać na propozycję Boga, by uczynić cię innym, gdy jest ci ona przedstawiona. Tu leży próba między gorliwością a nieszczerością. Mówisz, że pragniesz być innym człowiekiem; Chrystus bierze cię za słowo, że tak powiem; ofiaruje ci przemianę. Mówi: „Odbiorę ci serce kamienne, miłość tego świata i jego rozkoszy, jeśli poddasz się Mojej dyscyplinie." Tu człowiek cofa się. Nie; nie może się zgodzić, by stracić miłość świata, by rozstać się ze swymi obecnymi pragnieniami i upodobaniami; nie może zgodzić się na przemianę. Ostatecznie jest w głębi serca dobrze zadowolony z pozostania takim, jakim jest; chce jedynie, by usunięto mu z drogi sumienie. Gdyby Chrystus ofiarował mu to — gdyby tylko mógł zmienić gorzkie w słodkie, a słodkie w gorzkie, ciemność w światło, a światło w ciemność — wówczas witałby radosną nowinę pokoju; do tej chwili nie potrzebuje Go.
Lecz jeśli człowiek jest szczery w pragnieniu dotarcia do głębin własnego serca, wypędzenia zła, oczyszczenia dobra i zdobycia władzy nad sobą — tak by czynić, jak też znać Prawdę — gdzie tu trudność? Powrót do zdrowia takiego człowieka jest kwestią czasu, lecz nie niepewności. Reguła, którą musi się kierować, jest tak prosta i tak pospolita, że z początku zdziwi się, gdy ją usłyszy. Bóg dokonuje wielkich rzeczy prostymi środkami; i ludzie odskakują od nich z pychy, bo są proste. Tak postąpił Naaman Syryjczyk. Chrystus mówi: „Czuwajcie i módlcie się" — w tym leży nasze uzdrowienie. Czuwać i modlić się jest z pewnością w naszej mocy, a przez te środki jesteśmy pewni uzyskania siły. Czujesz swoją słabość; lękasz się ulec pokusie — trzymaj się więc z dala od niej. To jest czuwanie. Unikaj towarzystwa, które może cię wprowadzić w błąd; uciekaj od samego cienia zła; nie możesz być zbyt ostrożny; lepiej być trochę za surowym niż trochę za pobłażliwym — to jest bezpieczniejsza strona. Powstrzymaj się od czytania książek, które są dla ciebie niebezpieczne. Odwracaj się od złych myśli, gdy się pojawiają, weź się za jakieś zajęcie, zacznij rozmawiać z jakimś przyjacielem albo odmów sobie z nabożeństwem modlitwę Pańską. Gdy jesteś nękany pokusą — czy to przez groźby świata, fałszywy wstyd, własny interes, prowokujące zachowanie drugiego człowieka, czy przez grzeszne rozkosze świata — nękany ku tchórzostwu, lub chciwości, lub mściwości, lub zmysłowości — zamknij oczy i myśl o drogocennym przelaniu krwi Chrystusa. Nie waż się mówić, że nie możesz powstrzymać się od grzechu; odrobina uwagi poświęcona tym kwestiom dalece przyczyni się (z łaski Bożej) do utrzymania cię na właściwej drodze. I jeszcze raz — módl się, jak też czuwaj. Musisz wiedzieć, że sam z siebie nic nie możesz; własne doświadczenie tego cię nauczyło; szukaj więc u Boga woli i mocy; proś Go żarliwie w imię Jego Syna; szukaj Jego świętych ustanowień. Czy to nie jest w twojej mocy? Czy nie masz co najmniej władzy nad członkami swego ciała, by stale uczestniczyć w środkach łaski? Czy dosłownie nie masz siły przyjść tu; przestrzegać postów i świąt Kościoła; przyjść do Jego świętego Ołtarza i przyjąć Chleb Życia? Wzmóż się przynajmniej do tego: wyciągnij rękę i przyjmij Jego łaskawe Ciało i Krew — to nie jest dzieło trudne — a mówisz, że naprawdę pragniesz otrzymać błogosławieństwa, które On ofiaruje. Czego chcesz więcej niż daru wolnego, ofiarowanego „bez srebra i bez zapłaty"? Przestań więc się wymawiać; nie szemraj na swoje złe serce, na swoje wiedzenie i postanawianie bez czynienia. Oto twoje lekarstwo.
Dobrze by było, gdyby można było przekonać ludzi do gorliwości; lecz niewielu jest takich. Większość idzie z podwójnym celem, usiłując służyć zarówno Bogu, jak i mamonie. Niewielu potrafi skłonić się do czynienia tego, co słuszne, dlatego że Bóg im nakazuje; mają inny cel; pragną przypodobać się sobie lub ludziom. Gdy mogą być posłuszni Bogu bez narażania się złemu panu, który nimi rządzi — wtedy i tylko wtedy są mu posłuszni. Tak więc religia, zamiast być rzeczą pierwszą w ich rachunku, jest tylko drugą. Różnią się od siebie tym, co stawiają na pierwszym miejscu: jeden kocha wygodę, drugi — pochłonięcie sprawami, inny — domowe szczęście; ale są zgodni w tym, że zmieniają prawdę Bożą, którą uznają za Prawdę, w zwykłe narzędzie świeckich celów; nie odrzucają Prawdy, lecz ją poniżają.
Gdy On, Pan zastępów, przyjdzie, by porządnie wstrząsnąć ziemią — ilu znajdzie z reszty prawdziwego Izraela? Żyjemy w wieku oświecenia. Fałszywy polot zwykłej światowej ogłady czyni nas przyzwoitymi i miłymi. Wszyscy wiemy i wyznajemy. Uważamy się za mądrych; schlebiamy sobie nawzajem; szukamy wymówek dla siebie, gdy jesteśmy świadomi, że grzeszymy — i tak stopniowo tracimy świadomość, że grzeszymy. Uważamy nasze własne czasy za lepsze od wszystkich innych. „Ślepe faryzeuszu!" — był to fatalny zarzut, jaki wyniósł nasz błogosławiony Pan przeciw fałszywie oświeconym nauczycielom Jego własnych czasów. Jeśli tedy pragniemy wejść do życia, przystępujmy nieustannie do Chrystusa po dwa fundamenty prawdziwej wiary chrześcijańskiej — pokorę ducha i gorliwość!