HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom I

Kazanie V. Zaparcie się siebie probierzem religijnej gorliwości

Gdy moja wiara stała się letniaGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego Zaparcie się siebie
„Już czas powstać ze snu."
W skrócie. Newman proponuje codzienne zaparcie się siebie jako główny probierz i zarazem narzędzie autentycznej wiary: skoro samo wyznawanie chrześcijaństwa nie naraża nas już na prześladowanie, musi istnieć inny sposób udowodnienia sobie gorliwości. Zaparcie się siebie w drobnych, codziennych rzeczach — w małych przyjemnościach, wygodach, kaprysach — jest prawdziwym krzyżem, który nakazuje nam nieść Chrystus. Bez tego praktycznego sprawdzianu wiara łatwo staje się złudzeniem.

„Próbuj siebie codziennie w drobnych uczynkach, by dowieść, że wiara twoja nie jest złudzeniem.”

*„Już czas powstać ze snu."* — Rz 13,11

Przez słowo „sen" w tym miejscu Apostoł Paweł rozumie stan nieczułości na rzeczy takie, jakimi są naprawdę w oczach Bożych. Gdy śpimy, jesteśmy nieobecni dla spraw tego świata, jakbyśmy przestali mieć w nim udział. Toczy się ono bez nas; a jeśli nawet nasz spoczynek zostaje przerwany i mamy niejakie pojęcie o ludziach i zdarzeniach wokół, gdy dosłyszy się jakiś głos czy zdanie, gdy dostrzeże się czyjąś twarz — nie jesteśmy w stanie pojąć tych zewnętrznych rzeczy tak, jak są naprawdę; wplatamy je w nasze sny i przekształcamy tak, że ledwie przypominają to, czym są w istocie. I taki właśnie jest stan ludzi wobec prawd religijnych. Bóg jest wiecznie Wszechmocny i Wszechwiedząc. Zasiada na tronie swoim w niebie, badając nerki i serca; a Jezus Chrystus, Pan nasz i Zbawiciel, jest po Jego prawicy; i dziesięć tysięcy Aniołów i Świętych służy Mu, zachwyconych Jego kontemplowaniem, albo swymi poselstwy miłosierdzia łącząc ten świat niższy z Jego dworem na wysokości; przechodzą w tę i ową stronę, jakby po drabinie, którą widział Jakub. A objawienie tego chwalebnego niewidzialnego świata dochodzi do nas głównie za pośrednictwem Biblii, po części przez bieg przyrody, po części przez powszechne przekonania ludzkości, po części przez natchnienia serca i sumienia — i wszystkie te środki poznania Go są zbierane i łączone przez Kościół Święty, który ogłasza tę nowinę całej ziemi i z mocą przykłada ją do poszczególnych dusz, po części przez bezpośrednie nauczanie, po części przez sam swój kształt i postać, które są dla nich świadectwem; tak że prawdy religijne krążą po świecie niemal jak światło dzienne — każdy zakątek i każde zakamarnie ma swój dział jego błogosławionych promieni. Oto jest stan kraju chrześcijańskiego. Tymczasem, co słychać u tych, którzy w nim mieszkają? Słowa tekstu przypominają nam o ich stanie. Śpią. Podczas gdy słudzy Chrystusowi dzierżą oręż światłości i wszystko mówi o Nim, oni nie „postępują przystojnie jako we dnie". Wielu żyje zupełnie tak, jakby dzień nad nimi nie zajaśniał, lecz cień jeszcze trwał; a zdecydowanie większa ich część bardzo słabo odczuwa wielkie prawdy głoszone wokół nich. Widzą i słyszą jak ludzie we śnie; mieszają Słowo Boże Święte ze swymi własnymi czczymi urojeniami; jeśli na chwilę zostaną zbudzeni, i tak wkrótce znów zapadają w drzemkę; wzbraniają się przed przebudzeniem i sądzą, że ich szczęście polega na trwaniu w dotychczasowym stanie.

Nie podejrzewam ani przez chwilę, bracia moi, że pogrążeni jesteście w twardym śnie grzechu. Jest to stan nędzy, co do którego żywiłbym nadzieję, że dotyczy — w przynajmniej ogólnym ujęciu — niewielu ludzi, przynajmniej w takim miejscu jak to. Ale przyjmując to, jest jednak poważny powód, by obawiać się, że wielu spośród was nie jest jeszcze do końca przebudzonych; że choć sny ich bywają zmącone, to wciąż są to sny; i że obraz religii, który uważacie za prawdziwy, nie jest ową wizją Prawdy, którą zobaczylibyście z otwartymi oczami, lecz takim mglistym, ułomnym, przesadzonym jej obrazem, jaki człowiek widzi we śnie. W każdym razie, jakkolwiek by się ta sprawa miała, będzie pożyteczne — jeśli Bóg pozwoli — jeśli każdy z was zapyta się we własnym sumieniu: „Skąd wiem, że jestem na właściwej drodze? Skąd wiem, że mam prawdziwą wiarę, a nie żyję w złudzeniu?"

Okoliczności tych czasów sprawiają, że bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Gdy świat był przeciwko chrześcijaństwu, było to stosunkowo łatwe. Lecz (w pewnym sensie) świat jest teraz za nim. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma ludzi gwałtownych i bezprawnych, którzy gdyby mogli, wtrąciliby wszystko w zamieszanie; którzy nienawidzą religii i chcieliby obalić każdą ustaloną instytucję, która z niej pochodzi lub jest z nią związana. Bez wątpienia jest takich bardzo wielu, lecz religia nie ma od nich czego się obawiać. Prawda zawsze kwitła i umacniała się pod prześladowaniem. Lecz czego mamy się obawiać, to fakt przeciwny: że cały stan, pozycja społeczna, inteligencja i zamożność kraju jest nominalnie po stronie religii. Mamy powody do obawy właśnie z tej racji, że instytucje kraju są oparte na uznaniu religii za prawdziwą. Godna wszelkiej czci jest ta myśl tych, którzy tak je zbudowali! Nędzna jest wina, jaka ciąży na tych, którzy usiłowali, i częściowo im się udało, zachwiać tym świętym fundamentem! Lecz często bywa tak, że wrogowie najzacieklejsi nie są naszymi najgroźniejszymi; natomiast największe błogosławieństwa są najpoważniejszą pokusą dla nieostrożnych. A niebezpieczeństwo nasze w obecnej chwili polega na tym, że posiadanie przez człowieka ogólnej sławy pobożnego, okazywanie czci Ewangelii i jej wyznawanie, oraz posłuszeństwo jej do pewnego stopnia, tak dalece sprzyja jego doczesnym interesom, że trudno mu samemu rozeznać, czy naprawdę postępuje według wiary, czy też powiedziony pragnieniem korzyści tego świata. Trudno znaleźć probierze, które mogłyby mu prawdę wpoić i zbadać serce jego na wzór Tego, który z tronu swego w niebiosach próbuje je Mądrością Wszechmocną. Ledwie można zaprzeczyć, że przestrzeganie praktyk religijnych staje się modą wśród licznych warstw społeczeństwa — tak licznych, że dla wielu poszczególnych osób warstwy te stanowią w istocie cały ich świat. Co pewien czas zdarza się nam ze zdziwieniem spostrzegać, że pewne osoby praktykują modlitwę rodzinną, czytanie Pisma Świętego albo Komunię Świętą, od których nie oczekiwalibyśmy przedtem takiego wyznania wiary; albo słyszymy, jak publicznie głoszą wzniosłe prawdy ewangeliczne Nowego Testamentu i okazują życzliwość tym, którzy je utrzymują. Wszystko to sprawia, że leży w naszym doczesnym interesie wyznawać się uczniami Chrystusa.

A ponadto, trzeba zauważyć, że pomimo tego powszechnego wyznania gorliwości o Ewangelię wśród wszystkich zacnych ludzi dzisiejszego dnia, jest jednak powód do obawy, że nie jest to w całości prawdziwa Ewangelia, o którą się troszczą. Bez wątpienia mamy powód być wdzięczni, ilekroć widzimy ludzi gorliwych w rozmaity sposób, jaki wymieniłem. Jednak jakoś, mimo wszystko, jest powód do niezadowolenia z charakteru dzisiejszej religijności; niezadowolenia, po pierwsze, dlatego, że ci sami ludzie bywają bardzo niekonsekwentni — mówiąc często nierozważnie i bezbożnie, szydząc lub lekceważąc rzeczy święte, mówiąc źle o Kościele Świętym, o błogosławionych Świętych dawnych czasów, a nawet o sługach Bożych ukazanych nam w Piśmie Świętym; postępując razem ze światem i ludźmi gorszego rodzaju, nawet gdy nie mówią jak oni; zwracając na nich uwagę bardziej niż na sługi Boże, albo będąc bardzo letnimi, rozluźnionymi i bezwzględnymi w sprawach postępowania — tak bardzo, że zdają się nie kierować zasadą, lecz jedynie tym, co jest wygodne i stosowne. A potem znowu, pomijając nasz osąd tych ludzi jako jednostek i myśląc o nich tak jak najlepiej możemy (co oczywiście jest naszym obowiązkiem), to jednak, biorąc samą ich wielość tylko jako symptom stanu rzeczy, przyznam, że jestem nieufny wobec wszelkiej religii, która jest religią ludu lub religią epoki. Zbawiciel nasz mówi: „Ciasna jest droga". Rzecz jasna, nie należy tych słów rozumieć bez wielkiej ostrożności; a jednak z pewnością cały duch Natchnionej Księgi każe nam wierzyć, że Prawda Jego nie będzie z serca przyjęta przez wielu, że jest przeciwna nurtowi ludzkich uczuć i opinii, oraz biegowi świata — i o tyle, o ile zostaje przyjęta przez człowieka, będzie przez niego samego zwalczana, to jest przez jego starą naturę, która w nim pozostała, a następnie przez wszystkich innych, o tyle o ile oni jej nie przyjęli. „Światłość świecąca w ciemności" jest znakiem

prawdziwej religii; i choć bez wątpienia zdarzają się chwile, gdy nagły zapał budzi się na korzyść Prawdy (jak w historii świętego Jana Chrzciciela, w którego „świetle" Żydzi „chcieli się na chwilę weselić", tak że nawet „chrzcili się u niego, wyznając grzechy swoje"), to jednak takie powodzenie Prawdy jest tylko nagłe — zjawia się i znika naraz, nie ma regularnego wzrostu ani trwałości. Jedynie błąd rośnie i bywa serdecznie przyjmowany na wielką skalę. Święty Paweł przestrzegł nas przed domniemaniem, że Prawda kiedykolwiek zostanie serdecznie przyjęta — jakikolwiek by był pozór jej powszechnego wyznawania — w swoim ostatnim Liście, gdzie mówi Tymoteuszowi, między innymi smutnymi proroctwami, że „ludzie źli i zwodziciele postępować będą ku gorszemu". Prawda ma wprawdzie w sobie taką moc, że zmusza ludzi do wyznawania jej słowami; lecz gdy przychodzi do działania, zamiast być jej posłusznymi, podstawiają na jej miejsce jakiegoś bożka. Z tych powodów, gdy w kraju wiele mówi się o religii i wiele się gratuluje z powodu ogólnego zainteresowania nią, rozważny umysł odczuwać będzie niepokój, czy jakiś fałszerz nie jest w istocie czczony zamiast niej: czy to nie sen ludzki raczej, niż prawdy słowa Bożego, stał się popularny, i czy przyjęta forma nie zawiera więcej prawdy, niż jest akurat konieczne, by zalecić ją rozumowi i sumieniu — czy, krótko mówiąc, nie jest to Szatan przemieniony w anioła światłości raczej niż sama Światłość, która przyciąga naśladowców.

Jeżeli więc jest to czas (jak sądzę, że jest) gdy powszechne wyznawanie religii uchodzi za stosowne i właściwe w warstwach cnotliwych i porządnych, okoliczność ta nie powinna umniejszać waszego niepokoju o własny stan przed Bogiem, lecz raczej — mogę to powiedzieć — go zwiększać; z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że jesteście w niebezpieczeństwie, by czynić dobrze z pobudek tego świata; po wtóre, bo może się zdarzyć, że będziecie oszukani co do Prawdy przez jakiś sprytny wynalazek, który świat podsuwa, niczym fałszywą monetę, w miejsce Prawdy.

Niektórzy zaiste spośród tych, którzy mnie teraz słuchają, są w sytuacjach, gdzie są niemal osłonięci od wpływu świata, jakikolwiek by on był. Są osoby tak szczęśliwie umieszczone, że mają nad sobą przełożonych pobożnych, którzy kierują je ku temu co dobre, i którzy są dla nich łaskawi, a zarazem pobożni przed Bogiem. Jest to ich szczęście i winny za ten dar Bogu dziękować; lecz jest też ich pokusą. W każdym razie podlegają jednej z dwóch wspomnianych pokus; dobre postępowanie jest w ich przypadku nie tylko kwestią obowiązku, lecz i interesu. Jeżeli słuchają Boga, zyskują pochwałę zarówno od ludzi, jak i od Niego; toteż bardzo trudno im rozeznać, czy czynią dobrze ze względu na sumienie, czy ze względu na świat. Tak więc, czy to w rodzinach prywatnych, czy w świecie, we wszystkich stanach stanu średniego, ludzie narażeni są w dzisiejszych czasach na poważne niebezpieczeństwo — niebezpieczeństwo większe niż zwykłe — samołudzenia się, drzemania we śnie, kiedy mniemają, że są przebudzeni.

Jak więc mamy się próbować? Czy można wymienić jakieś probierze, które dałyby pewność naszym umysłom w tej sprawie? Żadnych bezspornych probierzy nie można wskazać. Nie możemy wiedzieć na pewno. Musimy strzec się niecierpliwości w poznaniu tego, jaki jest nasz prawdziwy stan. Święty Paweł sam nie wiedział — o ile nam wiadomo — aż do ostatnich dni swego życia, że jest jednym z wybranych Bożych, którzy nie zginą nigdy. Rzekł: „Nie wiem nic o sobie, ale nie jestem przez to usprawiedliwiony" — to znaczy: choć nie mam sobie nic do zarzucenia w zaniedbaniu obowiązku, nie mam jednak przez to pewności, że jestem przyjęty. Nie sądźcie nic przed czasem. Dlatego też mówi w innym miejscu: „Karzę ciało moje i w niewolę je podbijam, bym przypadkowo, głosząc innym, sam nie był odrzucony." A jednak, choć ta absolutna pewność naszego wybrania do chwały jest nieosiągalna, i choć pragnienie jej osiągnięcia jest niecierpliwością, która grzesznikom nie przystoi, to jednak pocieszająca nadzieja, trzeźwa i pokorna wiara, że Bóg przebaczył i usprawiedliwił nas przez wzgląd na Chrystusa (niech będzie błogosławione Jego imię!), jest osiągalna, według słów świętego Jana: „Jeśli serce nasze nas nie oskarża, mamy ufność ku Bogu." I pytanie brzmi: jak osiągnąć to w okolicznościach, w których się znaleźliśmy? Na czym to polega?

Gdybyśmy żyli w kraju pogańskim (jak przed chwilą mówiłem), łatwo byłoby odpowiedzieć. Samo wyznawanie Ewangelii niemal by dawało dowód prawdziwej wiary — na tyle, na ile możemy mieć dowody; albowiem takie wyznanie wśród pogan prawie niezawodnie pociąga za sobą prześladowanie. Stąd to Listy Apostolskie pełne są wyrazów radości w Panu Jezusie i tryumfującej nadziei zbawienia. Jakże mogli nie mieć ufności ci, którzy cierpieli za Chrystusa! „Ucisk sprawia cierpliwość, cierpliwość zaś doświadczenie, a doświadczenie nadzieję." „Odtąd niech mi nikt nie sprawiać przykrości, albowiem ja noszę na ciele moim znamiona Pana Jezusa." „Zawsze nosząc w ciele zamieranie Jezusa Pana, aby i żywot Jezusowy był objawiony w ciele naszym." „Nadzieja nasza o was jest stateczna, wiedząc, że jako jesteście uczestnikami cierpień, tak będziecie też uczestnikami pociechy." Te i podobne miejsca należą jedynie do tych, którzy świadczyli o prawdzie jak pierwsi chrześcijanie. Są poza naszym zasięgiem.

To jest pewne; jednak ponieważ natura posłuszeństwa chrześcijańskiego jest ta sama w każdym wieku, przynosi ono nadal, jak przynosiło wtedy, dowód łaski Bożej. Nie możemy wprawdzie uczynić się tak pewnymi tego, że należymy do grona prawdziwych sług Bożych, jak pewni byli pierwsi chrześcijanie, a jednak możemy posiadać nasz stopień pewności — i to przez ten sam rodzaj dowodu: dowód zaparcia się siebie. Był to wielki dowód, który dali pierwsi uczniowie, i który my jeszcze możemy dać. Zastanówcie się nad prostymi słowami Zbawiciela: „Ktokolwiek chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, weźmie krzyż swój i naśladuje Mnie." „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego i matki, i żony, i dzieci, i braci, i sióstr, a nadto i duszy swojej, nie może być uczniem moim. A ktokolwiek nie niesie krzyża swego i nie idzie za Mną, nie może być uczniem moim." „Jeśli ręka twoja gorszy cię, odetnij ją... jeśli noga twoja gorszy cię, odetnij ją... jeśli oko twoje gorszy cię, wyłup je:... lepiej jest dla ciebie wejść do żywota kaleką... chromym... z jednym okiem, niż być wrzuconym do piekła."

Otóż nie usiłując w pełni objaśniać tych i podobnych miejsc — których bez wątpienia nie można zrozumieć bez pełności łaski, w jaką wyposażeni są nieliczni ludzie — uczymy się z nich przynajmniej tyle: że surowe zaparcie się siebie jest głównym obowiązkiem, co więcej, może być uważane za probierz tego, czy jesteśmy uczniami Chrystusa, czy żyjemy w samym śnie, który bierzemy za wiarę i posłuszeństwo chrześcijańskie, czy też jesteśmy naprawdę i rzeczywiście przebudzeni, żywi, żyjący w świetle dnia, na drodze ku niebu. Pierwsi chrześcijanie przechodzili zaparcia się siebie już w samym wyznawaniu Ewangelii — jakie są nasze zaparcia się siebie, skoro wyznawanie Ewangelii nie jest już zapartem się siebie? W jakim sensie spełniamy słowa Chrystusa? Czy mamy jasne wyobrażenie o tym, co znaczą słowa „dźwiganie krzyża"? W jaki sposób postępujemy, w jaki sposób nie postępowalibyśmy, gdyby Biblia i Kościół były nieznane temu krajowi, a religia istniejąca wśród nas była jedynie modą tego świata? Co czynimy, co mamy powód uważać za uczynione ze względu na Chrystusa, który nas odkupił?

Wiecie dobrze, że czyny są zwane owocem i dowodem wiary. Że wiara, która ich nie ma, jest martwa. Cóż więc za czyny mamy do pokazania — takie, które dałyby nam „ufność", abyśmy „nie zawstydzili się przed Nim przy Jego przyjściu"?

Odpowiadając na to pytanie, zauważam przede wszystkim, że według Pisma Świętego zaparcie się siebie, które jest probierzem wiary, musi być codzienne. „Jeśli kto chce iść za Mną, niechaj zaprze samego siebie i bierze krzyż swój na każdy dzień i naśladuje Mnie." Tak oto świętego Łukasz zapisał słowa naszego Zbawiciela. Z tego wynika, że posłuszeństwo chrześcijańskie nie polega jedynie na kilku okazjonalnych wysiłkach, kilku przypadkowych dobrych uczynkach albo pewnych porach pokuty, modlitwy i działania — co jest błędem, w który umysły pewnego rodzaju bardzo łatwo wpadają. Taki rodzaj posłuszeństwa tworzy to, co świat nazywa wielkim człowiekiem, to jest człowiekiem, który ma pewne szlachetne cechy i od czasu do czasu postępuje bohatersko, zadziwiając i ujarzmiając umysły obserwatorów, lecz który w życiu prywatnym nie ma trwałej osobistej religijności, który nie reguluje swoich myśli, słów i czynów według prawa Bożego. Ponadto słowo „codziennie" wskazuje, że zaparcie się siebie miłe Chrystusowi polega na rzeczach małych. Jest to oczywiste, albowiem okazja do wielkich zaparć się siebie nie zdarza się każdego dnia. Tak więc branie krzyża Chrystusowego nie jest jednym wielkim czynem dokonanym raz na zawsze — polega na nieustannym praktykowaniu małych obowiązków, które są nam nieprzyjemne.

Jeśli więc ktoś pyta, skąd ma wiedzieć, czy drzemie we śnie świata, czy jest rzeczywiście przebudzony i żyje dla Boga, niech najpierw skupi myśl na jakiejś jednej ze swoich nawykłych ułomności. Każdy, kto ma choćby trochę zwyczaju badania siebie, musi być ich świadom w sobie. Wielu ma więcej niż jedną, wszyscy mamy jakąś; i w przezwyciężaniu ich zaparcie się siebie ma swoje pierwsze zastosowanie. Jeden człowiek jest leniwy i skłonny do zabawy, drugi jest porywczy lub drażliwy, inny próżny, inny nie panuje nad językiem; inni są słabi i nie potrafią oprzeć się naśmiewaniu lekkomyślnych towarzyszy; inni dręczeni są złymi namiętnościami, których się wstydzą, a jednak ulegają im. Niechże każdy rozważy, co stanowi jego słabą stronę; w niej tkwi jego próba. Jego próba nie leży w tym, co jest mu łatwe, lecz w tej jednej rzeczy, w owych kilku rzeczach — czymkolwiek są — w których pełnienie obowiązku jest sprzeczne z jego naturą. Nigdy nie mniemaj, że jesteś bezpieczny dlatego, że spełniasz obowiązek w dziewięćdziesięciu dziewięciu kwestiach; ta setna ma być podstawą twojego zaparcia się siebie, która powinna zaświadczyć, a raczej urzeczywistnić i ucieleśnić wiarę twoją. To do tej sprawy musisz czuwać i się modlić; modlić się ustawicznie o łaskę Bożą ku wsparciu, i czuwać z bojaźnią i drżeniem, byś nie upadł. Inni ludzie mogą nie znać tych słabych stron twego charakteru — mogą je błędnie oceniać. Lecz ty możesz je znać; możesz je poznać przez ich domysły i wskazówki, przez własną obserwację i przez światło Ducha Bożego. I o, oby ci było dane siły zmagać się z nimi i pokonać je! O, oby ci było dane mądrości, by mało dbać o religię światową i o chwałę, jaką świat ci daje, i o twą zgodność z tym, co ludzie znakomici, albo możni, albo liczni, uważają za normę religii — w porównaniu z tajemną świadomością, że słuchasz Boga w rzeczach małych tak samo jak i wielkich, w setnym obowiązku tak samo jak w dziewięćdziesięciu dziewięciu! O, oby ci było dane (niejako) pilnie zamieść dom, by odkryć, czego brakuje ci do pełnej miary posłuszeństwa! Albowiem bądź w pełni pewny, że ten pozornie mały brak wywrze wpływ na całego twego ducha i na całość twoich sądów we wszystkich sprawach. Bądź w pełni pewny, że twoje oceny osób i zdarzeń, i czynów, i doktryn, oraz twój duch ku Bogu i ku ludziom, twoja wiara w wzniosłe prawdy Ewangelii i znajomość twego obowiązku — wszystko to zależy w dziwny sposób od tego usilnego dążenia do zachowania całego prawa, od tego zaparcia się siebie w owych drobiazgach, w których posłuszeństwo jest zapartem się siebie. Nie zadowalaj się gorącością wiary, która cię unosi ponad wiele przeszkód nawet w posłuszeństwie, która zmusza cię do przełamania się ponad lęk przed ludźmi, i obyczajami społeczeństwa, i namowami interesu; nie chlub się doświadczeniem minionych miłosierdzi Bożych i pewnością tego, co już uczynił dla twojej duszy — jeśli masz świadomość, że zaniedbałeś rzecz jedną konieczną, tę „jedną rzecz", której ci „brakuje" — codziennego zaparcia się siebie.

Lecz oprócz tego są jeszcze inne sposoby zaparcia się siebie, które służą do próbowania wiary i szczerości, o których słuszne jest tu wspomnieć. Może się zdarzyć, że grzech, któremu jesteś najbardziej narażony, nie daje o sobie znać każdego dnia. Na przykład: gniew i porywczość są być może nieodparte, gdy na cię napadną, lecz jesteś kuszony tylko od czasu do czasu, i wtedy jesteś bez straży; tak że okazja mija i ulegasz, zanim zdążysz sobie dobrze uświadomić, że przyszła. Rzecz zatem słuszna, aby niemal na własną rękę znajdować sobie codzienne zaparcia się siebie — i to dlatego, że Pan nasz nakazuje brać krzyż codziennie, i dlatego, że dowodzi to twojej gorliwości, i dlatego, że przez to wzmacniasz ogólną moc panowania nad sobą i nabywasz takiego nawykłego władania sobą, które będzie gotową tarczą ochronną, gdy nadejdzie czas pokusy. Wstań więc rano z postanowieniem, że — jeśli Bóg pozwoli — dzień nie przeminie bez jego zaparcia się siebie, przez zaparcie się w niewinnych przyjemnościach i upodobaniach, jeśli żadna okazja do umartwiania grzechu się nie nadarzy. Niech już samo wstanie z łoża będzie zapartem się siebie; niech posiłki będą zapartem się siebie. Postanów ustępować innym w sprawach obojętnych, schodzić innym z drogi w małostkach, sprawiać sobie niedogodność (o ile żaden bezpośredni obowiązek na tym nie ucierpi) — byleby nie obejść się bez codziennej dyscypliny. Taką metodę stosował Psalmista, który był niejako „karany przez cały dzień i chłostany co rano". Taką metodę stosował święty Paweł, który „karzył" i ugniatał „ciało swoje i w niewolę je podbijał". Na tym polega jeden wielki cel postu. Człowiek mówi sobie: „Skąd mam wiedzieć, że jestem gorliwy?" Powiem mu: Złóż jakąś ofiarę, uczyń coś nieprzyjemnego, do czego nie jesteś właściwie zobowiązany (o ile jest to godziwe), aby sobie uświadomić w istocie, że kochasz naprawdę swego Zbawiciela, że naprawdę nienawidzisz grzechu, że nienawidzisz swojej grzesznej natury, że odłożyłeś na bok świat doczesny. W ten sposób będziesz miał dowód (do pewnego stopnia), że nie używasz samych słów. Łatwo składać wyznania, łatwo wygłaszać piękne rzeczy w mowie lub w piśmie, łatwo zdumiewać ludzi prawdami, których nie znają, i uczuciami, które przerastają ludzką naturę. „Ale ty, sługo Boży, unikaj tego, a dąż do sprawiedliwości, pobożności, wiary, miłości, cierpliwości, cichości." Niech słowa twe nie wyprzedzają czynów; zamień każde z nich natychmiast w czyn, i tak oczyściwszy siebie z wszelkiej zmazy ciała i ducha, doskonałą osiągaj świętość w bojaźni Bożej. We śnie poruszamy niekiedy ramionami, by sprawdzić, czy nie śpimy, i w ten sposób się budzimy. Tak też trzeba postępować, by utrzymać serce w czuwaniu. Próbuj siebie codziennie w drobnych uczynkach, by dowieść, że wiara twoja nie jest złudzeniem.

Zdaję sobie sprawę, że to trudna nauka — trudna nawet dla tych, którzy się z nią zgadzają i potrafią ją najtrafniej opisać. Są takie niedoskonałości, takie niekonsekwencje w sercu i w życiu nawet tych lepszych ludzi, że ustawiczne nawrócenie musi iść zawsze ręka w rękę z naszymi wysiłkami posłuszeństwa. Wielce potrzebujemy łaski Krwi Chrystusowej, by zmywała nas z winy, którą codziennie zaciągamy; wielce potrzebujemy pomocy Jego przyobiecanego Ducha! I zapewne, On wszystkie skarby swego miłosierdzia udzieli prawdziwym swoim sługom; lecz równie pewnie nie raczy udzielić żadnemu z nas mocy wiary w Niego i błogosławieństwa jedności z Nim tym, którzy nie są gorliwi w słuchaniu Go tak, jakby zbawienie zależało od nich samych.

---

← wróć do odkrywania