HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom I

Kazanie VI. Umysł duchowy

Gdy moja wiara stała się letniaGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego Życie nadprzyrodzone
„Królestwo Boże nie polega na słowie, lecz na mocy."
W skrócie. Newman odróżnia trzy poziomy posłuszeństwa: czysto zewnętrzne i nawykowe; moralne na poziomie pogańskim; oraz autentycznie chrześcijańskie, które jest „nowym stworzeniem” w Chrystusie. Samo zachowywanie przyzwoitości czy nawet pewnej ogólnej religijności nie czyni jeszcze kogoś chrześcijaninem — potrzeba wiary w Chrystusa jako Odkupiciela, życia w Jego obecności, naśladowania Jego wzoru i czynnego Ducha. Wezwanie do przejścia od „słowa” do „mocy” Ewangelii jest pilne i nie zna wyjątków.

„Być chrześcijaninem — to zapewne nie dość być tym, czym nakazano nam być i czym być musimy nawet bez Chrystusa; nie dość być nie lepszym niż dobry poganin;”

*„Królestwo Boże nie polega na słowie, lecz na mocy."* — 1 Kor 4,20

W czym jesteśmy lepsi dzięki temu, że jesteśmy członkami Kościoła Chrystusowego? Jest to pytanie, które nieustannie domaga się naszej uwagi; słuszną jednak rzeczą jest od czasu do czasu badać swe serca z większą niż zwykłą starannością, przykładając do nich miarę owej oświeconej przez Boga postawy ducha, jaką Kościół i Święci zawdzięczają dziełu Ducha Świętego, a którą św. Paweł nazywa „duchem". Pytam więc: w czym jesteśmy lepsi dzięki temu, że jesteśmy uczniami Chrystusa? Jaki mamy powód sądzić, że nasze życie jest bardzo różne od tego, jakim byłoby, gdybyśmy byli poganami? Czy przyjęliśmy — zgodnie ze słowami tekstu — królestwo Boże w słowie, czy też w mocy? Uczynię kilka uwag, które mogą (za łaską Bożą) pomóc wam, bracia moi, w udzieleniu odpowiedzi na to pytanie.

1. Otóż przede wszystkim, chcąc właściwie ocenić, w jakiej mierze kształtuje nas moc Ewangelii, musimy oczywiście odłożyć na bok wszystko to, co czynimy jedynie z naśladownictwa innych, nie zaś z zasady religijnej.

Nie znaczy to, że możemy faktycznie podzielić nasze dobre słowa i czyny na dwie klasy i powiedzieć, co pochodzi z wiary, a co jest czynione jedynie przypadkowo i bez zastanowienia; lecz choć nie możemy wyznaczyć granicy, rzeczą zupełnie oczywistą jest, że tak bardzo wiele z naszego pozornego posłuszeństwa Bogu wynika z samego posłuszeństwa światu i jego obyczajom; a raczej — że jest tak trudno orzec, co czynione jest w duchu wiary, iż refleksja ta prowadzi nas do głębokiego niezadowolenia z samych siebie i do zupełnego rozczarowania własną przeszłością. Wystarczy człowiekowi zastanowić się nad liczbą i rozmaitością złych lub niedorzecznych myśli, na które sobie pozwala i przy których się zatrzymuje w samotności — myśli, których wstydziłby się wypowiedzieć na głos — a od razu zobaczy, jak bardzo ubogim sprawdzianem jego prawdziwej świętości w obliczu Bożym jest jego zewnętrzne postępowanie. Albo niech rozważy, ile razy uczęszczał na nabożeństwo publiczne przez zwykły obyczaj, bo tak robią inni, bez skupienia ducha; ile razy okazywał się niezdolny do oporu wobec pokus, gdy nadchodziły — pokus, z których wcześniej on sam i inni żartowali sobie w rozmowie, potępiając może tych, którzy im ulegli — a wtedy musi przyznać, że jego zewnętrzne postępowanie nieświadomie formuje się według obyczajów tych, wśród których żyje, pod wpływem bodźców zewnętrznych, niezależnie od jakiegokolwiek szlachetnego natchnienia płynącego z serca. Czy przez to wszystko potępiam wszystko, co czynimy, nie myśląc wyraźnie o obowiązku posłuszeństwa w chwili, gdy je spełniamy? Bynajmniej. Człowiek religijny, w miarę jak posłuszeństwo staje się dla niego coraz łatwiejsze, będzie z pewnością spełniać swój obowiązek nieświadomie. Posłuszeństwo będzie mu naturalne — i dlatego będzie je zachowywał naturalnie, to znaczy bez wysiłku i namysłu. Rzeczy trudne wymagają zastanowienia przed ich wykonaniem. Kiedy zaś opanowaliśmy swe serce w jakiejś dziedzinie (to prawda), nie myślimy już o obowiązku, gdy mu czynimy zadość, podobnie jak nie myślimy o tym, jak chodzić, kiedy chodzimy, ani o prawidłach jakiejś sztuki, którą gruntownie opanowaliśmy. Poszczególne akty wiary pomagają nam tylko wtedy, gdy jesteśmy jeszcze chwiejni. W miarę jak nabieramy sił, jeden jedyny przedłużony akt wiary (jeśli tak to nazwać) przenika cały nasz dzień, a cały dzień jest też jednym aktem posłuszeństwa. Nie ma wówczas drobiazgowego rozdzielania naszej wiary pomiędzy poszczególne czyny. Nasza wola biegnie równolegle z wolą Bożą. Oto prawdziwy przywilej chrześcijan utwierdzonych w wierze; i jest to stosunkowo niski sposób służenia Bogu, gdy spełniając jakiś uczynek, myślimy: „jeśli tego nie uczynię, narażę swoje zbawienie; a jeśli uczynię, mam szansę być zbawionym" — sposób stosunkowo przyziemny, bo jest najlepszym, jedynym sposobem, w jaki grzesznicy, takimi jak my jesteśmy, mogą zacząć służyć Bogu. Lecz w miarę jak wzrastamy w łasce, porzucamy dziecinne rzeczy; wtedy możemy stać prosto jak dorośli ludzie, bez podpór i pomocy, których wymagało nasze dzieciństwo. Oto szlachetny sposób służenia Bogu — czynić dobro bez myślenia o nim, bez żadnego rachunku ani rozumowania, z miłości do dobra i z nienawiści do zła — choć ostrożnie, z modlitwą i czuwaniem, jednak tak wielkodusznie, że gdybyśmy nagle zostali zapytani, dlaczego tak postępujemy, moglibyśmy jedynie odpowiedzieć: „bo tak nam w zwyczaju" albo „bo tak postępował Chrystus" — tak spontanicznie, że nie tyle wiemy, że czynimy dobrze, ile że nie czynimy źle; to znaczy z większym instynktownym lękiem przed grzechem niż z drobiazgowym i troskliwym mierzeniem stopni swojego posłuszeństwa. Stąd też wynika, że ludzie najlepsi są zawsze najpokorniejszymi; między innymi dlatego, że nawykli do bycia religijnymi. Zaskakują innych, lecz nie siebie samych; innych zaskakuje właśnie ich spokój i brak myślenia o sobie. To właśnie znaczy mieć wielki duch — mieć w sobie ów „szlachetny duch niewinności", o którym mówi Dawid. Zwykli ludzie widzą Boga z oddali; w swych próbach bycia religijnymi prowadzą się z trudem jakby odległym światłem i muszą liczyć i szukać drogi. Lecz chrześcijanin długo ćwiczący się w pobożności, który z Bożego miłosierdzia przybliżył sobie obecność Boga, wybrany przez Boga, w którym mieszka Duch Błogosławiony, nie szuka śladów Boga na zewnątrz; jest poruszany przez Boga mieszkającego w nim i potrzebuje jedynie działać z instynktu. Nie twierdzę, że istnieje ktokolwiek taki w pełni, bo to byłoby życie anielskie; ale właśnie do tego stanu ducha zmierza gorliwa modlitwa i czuwanie.

Jakże ta wzniosła uległość różni się od owego bezwiednego i przypadkowego sposobu czynienia dobra, który tak wielu ludziom zdaje się stanowić życie religijne! Doskonałe posłuszeństwo, które opisywałem, jest posłuszeństwem z nawyku. Natomiast posłuszeństwo, które potępiam jako fałszywe, można nazwać posłuszeństwem z obyczaju. Jedno pochodzi z serca, drugie z ust; jedno jest mocą, drugie słowem; jednego nie można nabyć bez wielkiej i ustawicznej czujności, zwykle nie bez wiele bólu i trudu; drugiego — jest ono wynikiem samego biernego naśladowania tych, z którymi przebywamy. Po cóż opisywać to, czego świadkiem jest doświadczenie każdego człowieka? Dlaczego dzieci uczą się języka ojczystego, a nie obcego? Czy myślą o tym? Czy są lepsze lub gorsze dlatego, że przyswajają sobie jeden język, a nie drugi? Ich charakter jest oczywiście taki sam, jakim byłby w przeciwnym razie. Jakże więc jesteśmy lepsi lub gorsi, jeśli jedynie w ten sam bierny sposób przyjęliśmy do swych umysłów pewne przekonania religijne i jedynie przyzwyczailiśmy się do słów i czynów otoczenia? Gdybyśmy nigdy nie słyszeli Ewangelii, czy nie czynilibyśmy dokładnie tego, co czynimy, nawet w pogańskim kraju, gdyby obyczaje panujące w tym miejscu, z tej czy innej przyczyny, były równie przyzwoite i zewnętrznie pobożne? Oto pytanie, które musimy sobie zadać. A jeśli w duchu jesteśmy świadomi, że sprawa ta nie zajmuje nas zbytnio i że nie mamy żadnych godnych wzmianki obaw, czy przypadkiem nie błądzimy, ani żadnego niepokoju, czy znaleźliśmy właściwą drogę — czyż nie jest oczywiste, że żyjemy dla świata, nie dla Boga, i że bez względu na cnotę, którą faktycznie posiadamy, Ewangelia Chrystusowa dotarła do nas nie w mocy, lecz jedynie w słowie?

Zaproponowałem dotąd jeden przedmiot do rozważenia w kwestii naszego przyjęcia królestwa Bożego, mianowicie zbadanie, czy przyjęliśmy je w sposób głębszy niż zewnętrzny; lecz

2. Chcę teraz dodać twierdzenie, że możemy je przyjąć w wyższym sensie niż tylko w słowie, a jednak wcale nie w prawdziwym sensie w mocy; innymi słowy, że nasze posłuszeństwo może być poniekąd religijne, a jednak ledwie zasługiwać na miano chrześcijańskiego. Może się to wydać na pierwszy rzut oka zdumiewającym twierdzeniem. Niektórym z nas może się zdawać, że nie ma różnicy między byciem religijnym a byciem chrześcijaninem, i że naleganie na tę różnicę wprawia ludzi w zakłopotanie. Lecz posłuchajcie mnie. Czy nie sądzicie, że ludzie mogą wypełniać swoje obowiązki, to znaczy być religijnymi, w pogańskim kraju? Bez wątpienia tak jest. Św. Piotr mówi, że w każdym narodzie ten, kto boi się Boga i czyni sprawiedliwość, jest przez Niego przyjęty. Czy jednak takie osoby są przez to chrześcijanami? Zapewne nie. Wydaje się więc, że możliwe jest bać się Boga i czynić sprawiedliwość, nie będąc chrześcijaninem; bo — jeśli chcemy poznać prawdę — być chrześcijaninem znaczy czynić to i znacznie więcej ponad to. Oto nowy przedmiot do rachunku sumienia. Czy nie jest tak, że ludzie zwykli z zadowoleniem wspominać swe dobre czyny, zwłaszcza gdy z jakiegoś powodu dręczy ich sumienie? Albo gdy naprowadzeni na myśl o śmierci zaczynają rozważać w duchu, jak wypadną przed sądem. I wtedy czują ulgę, mogąc wykryć w swej przeszłości jakiekolwiek czyny, które można by w jakimś sensie uznać za religijne. Można słyszeć, jak jedni pocieszają się tym, że nikomu nigdy nie wyrządzili krzywdy i że nie oddali się otwarcie rozwiązłemu i hałaśliwemu trybowi życia. Inni mogą powiedzieć więcej: mogą mówić o swej uczciwości, pracowitości lub ogólnej sumienności. Powiedzmy, że dbali należycie o swoje rodziny, że nigdy nikogo nie oszukali ani nie zwiedzili i że mają dobrą sławę w świecie; co więcej, że w pewnym sensie żyli w bojaźni Bożej. Przyznam im to i więcej; a jednak możliwe, że nie są w pełni chrześcijanami w swym posłuszeństwie. Przyznam, że owe cnotliwe i pobożne czyny są prawdziwie owocem wiary, nie jedynie zewnętrznymi, czynionymi bezmyślnie, lecz wypływającymi z serca. Przyznam, że są naprawdę godne pochwały i — gdy człowiek z braku sposobności niczego więcej nie poznał — rzeczywiście miłe Bogu; a jednak nic nie mówią o tym, czy przyjął on Ewangelię Chrystusową w mocy. Dlaczego? Z tego prostego powodu, że to nie wystarczy. Wiara i posłuszeństwo chrześcijanina budowane jest na tym wszystkim, lecz tylko na tym jest zbudowane. Nie jest tym samym co to. Być chrześcijaninem — to zapewne nie dość być tym, czym nakazano nam być i czym być musimy nawet bez Chrystusa; nie dość być nie lepszym niż dobry poganin; nie dość być w jakiejś mierze sprawiedliwym, uczciwym, wstrzemięźliwym i religijnym. Musimy być sprawiedliwi, uczciwi, wstrzemięźliwi i religijni, zanim będziemy mogli wznieść się do łask chrześcijańskich; i ćwiczenie się w sprawiedliwości i tym podobnych cnotach jest drogą, zwyczajną drogą, na której przyjmujemy pełnię królestwa Bożego; i bez wątpienia ktokolwiek gardzi tymi, którzy starają się je praktykować (mam na myśli ludzi sumiennych, którzy jednak nie ujrzeli jeszcze wyraźnie i nie przyjęli systemu Ewangelii), i lekceważąco nazywa ich „zwykłymi moralistami" — taki człowiek nie wie, jakiego jest ducha, i niech się strzeże, zanim przemówi przeciwko działaniu niezbadanego Ducha Bożego. Nie chcę straszyć tych niedoskonałych chrześcijan, lecz prowadzić ich dalej; chcę otworzyć ich umysły na wielkość dzieła, które ich czeka; rozproszyć owe nikłe i cielesne pojęcia, w których do nich dotarła Ewangelia; ostrzec ich, że nie wolno im nigdy być z siebie zadowolonymi ani zatrzymywać się, ani osłabiać wysiłków, lecz muszą dążyć ku doskonałości; że dopóki nie będą o wiele więcej, niż są teraz, przyjęli królestwo Boże w słowie, nie w mocy; że nie są ludźmi duchowymi i nie mogą mieć żywego poczucia obecności Chrystusa w swoich duszach; bo komu wiele dane, od tego wiele będą wymagać.

Czego im tedy brakuje? Przytoczę kilka ustępów z Pisma Świętego, które to wyjaśnią. Św. Paweł mówi: „Jeśli ktoś jest w Chrystusie, jest nowym stworzeniem; dawne minęło, a oto wszystko stało się nowe." Znowu: „Życie, które teraz żyję w ciele, żyję w wierze Syna Bożego, który mnie umiłował i samego siebie wydał za mnie." „Miłość Chrystusowa przynagla nas." „Przyobleczcie się więc jako wybrańcy Boży, święci i umiłowani, w serdeczne miłosierdzie, w dobroć, pokorę, cichość i cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby ktoś miał powód do skargi na drugiego; jak Chrystus wam przebaczył, tak i wy. Na to zaś wszystko przyobleczcie miłość, która jest spoiwem doskonałości. A niech pokój Chrystusowy rządzi w waszych sercach, do którego też jesteście wezwani w jednym Ciele; a bądźcie wdzięczni. Niechaj słowo Chrystusa zamieszka w was bogato, we wszelkiej mądrości." „Bóg wysłał Ducha Syna swojego do serc waszych." Wreszcie, własne pamiętne słowa naszego Zbawiciela: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niechaj Mnie naśladuje." Otóż jasne jest, że jest to zupełnie inny sposób posłuszeństwa niż ten, który podpowiada naturalna rozumność i sumienie — różny nie w swej naturze, lecz w swej doskonałości i wyjątkowości. Jest o wiele więcej niż uczciwość, sprawiedliwość i wstrzemięźliwość; i właśnie na tym polega bycie chrześcijaninem. Zauważmy, czym różni się od owego niższego stopnia religijności, który możemy posiadać, nie wnikając w ducha Ewangelii. Przede wszystkim — wiarą; która nie jest skierowana po prostu ku Bogu, lecz ku Bogu objawionemu w Chrystusie, zgodnie z Jego własnym słowem: „Wierzycie w Boga, wierzcie i we Mnie." Następnie musimy uwielbiać Chrystusa jako naszego Pana i Mistrza i kochać Go jako naszego najłaskawszego Odkupiciela. Musimy mieć głęboki zmysł własnej winy i trudu, jaki kosztuje zapewnienie nieba; musimy żyć w Jego obecności, każdego dnia wzywając Jego krzyża i męki, myśląc o Jego świętych przykazaniach, naśladując Jego nieskalany wzorzec i polegając na łaskawej pomocy Jego Ducha — abyśmy mogli być prawdziwie i naprawdę sługami Ojca, Syna i Ducha Świętego, w których imię zostaliśmy ochrzczeni. Ponadto musimy dla Jego miłości dążyć do szlachetnej i niezwykłej surowości życia, udoskonalając świętość w Jego bojaźni, niszcząc nasze grzechy, opanowując całą naszą duszę i prowadząc ją w posłuszeństwo Jego prawu, wyrzekając się nawet rzeczy dozwolonych, aby Mu służyć, pielęgnując głęboką pokorę i nieograniczoną, nigdy nieprzygasającą miłość, rozdając wiele z naszego mienia na dzieła religijne i charytatywne oraz unikając i stroniąc od ludzi bezbożnych. Oto być chrześcijaninem; dar łatwy do opisania, i to w niewielu słowach, lecz dostępny tylko z lękiem i wielkim drżeniem; obiecany wprawdzie i w jakiejś mierze od razu udzielany każdemu, kto o niego prosi, lecz niezapewniony inaczej niż po wielu latach i nigdy w tym życiu w pełni nie urzeczywistniony. Lecz bądźcie pewni tego: każdy z nas, kto miał możność pouczenia i wystarczający czas, a jednak w jakiejś znacznej mierze nie posiada tego daru; każdy, kto z nadejściem śmierci nie zdobył swej cząstki owego daru, który zdobywa się przez całe lata i który mógł zdobyć — ten jest w niebezpieczeństwie tak wielkim i przerażającym, że nie chcę o nim mówić. Co do przekonania, że częściowe i zwykłe wypełnianie obowiązków uczciwości, pracowitości, trzeźwości i dobroci „wystarczy" mu — nie ma na to żadnego oparcia w Piśmie Świętym. Musimy stanąć lub upaść wedle innej i wyższej reguły. Musimy stać się tym, co św. Paweł nazywa „nowym stworzeniem"; to znaczy musimy żyć i oddawać cześć Bogu jako odkupieni przez Jezusa Chrystusa, w całkowitej wierze i pokorze ducha, z czcią dla Jego słowa i ustanowień, w wdzięczności, w poddaniu się woli Bożej, w miłosierdziu, łagodności, czystości, cierpliwości i miłości.

Zważywszy teraz na ciążący na nas chrześcijanach obowiązek posłuszeństwa w tych dwóch wzajemnie uzupełniających się aspektach — po pierwsze w kontraście ze zwykłym zewnętrznym i nominalnym wyznaniem, a po drugie w kontraście z owym bardziej powszechnym posłuszeństwem wymaganym nawet od tych, którzy nie znają Ewangelii — jakże oczywiste jest, że daleko nam do królestwa Bożego! Niechaj każdy w swoim sumieniu odniesie to do siebie. Przyznam, że ma on w sercu jakiś prawdziwy pierwiastek chrześcijański; lecz chcę, by zauważył, jak mały on jest zapewne. Oto myśl, która nie ma nas wstrzymać od radowania się w Panu Chrystusie, lecz skłonić nas do „radowania się z drżeniem"; do pilnego oczekiwania na Boga, do gorliwego proszenia Go, by uczył nas więcej naszego obowiązku i wycisnął w naszych sercach miłość ku niemu; do umożliwienia nam posłuszeństwa zarówno w owym wolnym duchu, który potrafi działać słusznie bez rozumowania i rachunku, jak i z ostrożnością tych, którzy wiedzą, że ich zbawienie zależy od posłuszeństwa w małych rzeczach — z miłości do prawdy objawionej w Tym, który jest Żywą Prawdą zesłaną na ziemię: „Drogą, Prawdą i Życiem."

Z innymi nie mamy nic do czynienia; nie znamy ich możliwości. Mogą być tysiące w tej ludnej ziemi, którym nigdy nie dane było w pełni usłyszeć głosu Chrystusowego i u których cnoty niepełne w stosunku do Ewangelii zostaną kiedyś przyjęte jako owoc wiary. Nie możemy też znać serc żadnych ludzi ani powiedzieć, w jakim stopniu rozwinęli swoje talenty. Dosyć trzymać się siebie samych. Żyjemy w pełnym świetle Ewangelii i pełnej łasce Sakramentów. Powinniśmy posiadać świętość Apostołów. Nie ma innego powodu, dla którego nie kroczymy już teraz śladami świętego Pawła i świętego Jana i nie naśladujemy ich tak, jak oni naśladowali Chrystusa — prócz naszej własnej dobrowolnej zepsutości. Cóż to za myśl! Nie odrzucajcie jej od siebie, bracia moi, lecz zanieście ją do domów waszych; i niech Bóg da wam łaskę, by przyniosła wam pożytek!

← wróć do odkrywania