*„To jest miłość Boga, abyśmy zachowywali przykazania Jego; a przykazania Jego nie są ciężkie."* — 1 J 5,3
Należy zawsze pamiętać, że osiągnięcie nieba jest rzeczą bardzo wielką i trudną. „Wielu jest wezwanych, ale mało wybranych." „Wąska jest brama i ciasna droga." „Wielu będzie się starać wejść, a nie zdoła." „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego i matki, i żony, i dzieci, i braci, i sióstr, owszem i duszy swojej, nie może być uczniem moim." Z drugiej zaś strony, każdy, kto czyta Nowy Testament z uwagą, dostrzeże jasno, że Chrystus i Jego Apostołowie mówią o życiu religijnym jako o czymś łatwym, przyjemnym i spokojnym. Tak właśnie w słowach, które obrałem za motto kazania: „To jest miłość Boga, abyśmy zachowywali przykazania Jego; a przykazania Jego nie są ciężkie." Podobnie też nasz Zbawiciel mówi: „Pójdźcie do Mnie… a Ja wam dam odpoczynek… Jarzmo moje słodkie jest, a brzemię moje lekkie." Salomon zaś w Starym Testamencie wyraża się o prawdziwej mądrości w ten sam sposób: „Drogi jej są drogami przyjemnymi, a wszystkie jej ścieżki pokojem. Jest ona drzewem życia dla tych, którzy jej się trzymają; błogosławiony ten, kto jej się trzyma… Kiedy się kładziesz, nie bójsz się; a gdy zaśniesz, sen twój będzie słodki." Czytamy też u proroka Micheasza: „Czegoż żąda od ciebie Pan, jeśli nie tego, abyś postępował sprawiedliwie, miłował miłosierdzie i chodził pokornie z Bogiem twoim?" — jak gdyby było to rzeczą małą i łatwą.
Spróbuję teraz wykazać, w jaki sposób te pozornie sprzeczne oświadczenia Chrystusa oraz Jego Proroków i Apostołów wypełniają się w nas. Można bowiem podnosić zarzut — ze strony osób nieroztropnych — że obchodzi się z nami niejako surowo: zapraszani jesteśmy do Chrystusa, aby przyjąć Jego lekkie jarzmo, obiecuje nam się życie łatwe i szczęśliwe, radość dobrego sumienia, pewność przebaczenia i nadzieję Nieba; a potem, gdy naprawdę przybywamy, jakby odtrącani jesteśmy grubiańsko, zastraszani, doprowadzani do rozpaczy surowymi wymaganiami i posępnymi przepowiedniami. Takim jest ów zarzut — nie taki jednak, który wysunąłby jakikolwiek chrześcijanin; bo my, bracia, nazbyt dobrze znamy miłość naszego Pana i jedynego Zbawiciela, który za nas umarł, byśmy na chwilę choćby dopuszczali podobną skargę. Mamy przynajmniej tyle wiary (a nie wymaga jej wiele), by wierzyć, że Syn Boży, Jezus Chrystus, nie jest „tak i nie, ale w Nim jest tak. Albowiem wszystkie obietnice Boże w Nim są tak i w Nim Amen, ku chwale Bożej przez nas." Właśnie dlatego, że nikt z nas nie może poważnie stawiać tego zarzutu, pozwalam sobie przedstawić go z całą ostrością; naleganie na nim wydaje się w oczach chrześcijanina absurdalne, a nawet więcej — grzeszne. Choć jednak nikt z nas rzeczywiście nie odczuwa tej różnicy sposobów ukazywania Ewangelii jako zarzutu ani nawet trudności, to może być jednak pożyteczne — dla naszego zbudowania — byśmy zobaczyli, jak owe dwa sposoby jej widzenia dają się pogodzić. Musimy pojąć, w jaki sposób jest ona zarazem surowa i łagodna w swych nakazach, a jej posłuszeństwo zarazem trudne i łatwe, jeśli w ogóle mamy ją rozumieć. „Przykazania Jego nie są ciężkie" — mówi nasz tekst. Jakże to? — Podam jedną odpowiedź spośród wielu, jakie można by dać.
Trzeba przede wszystkim przyznać jako fakt, że są one ciężkie dla ogromnej rzeszy chrześcijan. Nie zamierzam ukrywać faktu, którego nie musimy szukać w Biblii, lecz który poświadcza nam zwykłe doświadczenie. Bez wątpienia nawet te pospolite i elementarne obowiązki, o których mówi prorok: „postępowanie sprawiedliwie, miłowanie miłosierdzia i pokorne chodzenie z naszym Bogiem" — są dla większości ludzi ciężarem.
Toteż ludzie o zmysłowości światowej, znajdując prawdziwą drogę życia trudną do kroczenia, usiłowali odnaleźć inne, łatwiejsze ścieżki; i przywykli twierdzić, że musi istnieć jakaś inna droga, bardziej dla nich odpowiednia niż ta, którą kroczą ludzie pobożni — właśnie dlatego, że Pismo Święte oznajmia, iż przykazania Chrystusa nie są ciężkie. Spotkacie mianowicie takich, co mówią: „W końcu nie można przypuszczać, że surowe życie religijne jest tak konieczne, jak głosi się nam w kościele; bo w takim razie jak ktokolwiek mógłby dostąpić zbawienia? A Chrystus zapewnia, że jarzmo Jego jest słodkie. Z pewnością będzie nam dobrze, choćbyśmy nie byli tak gorliwi w pełnieniu naszych obowiązków, jak moglibyśmy być; choć nie uczęszczamy regularnie na publiczne nabożeństwa; choć nie czcimy sług Chrystusa i nie szanujemy Jego Kościoła tak, jak czynią to niektórzy; choć nie zabiegamy o poznanie woli Bożej, o zaparcie się siebie i życie na chwałę Boga, tak całkowicie jak tego wymaga ścisła litera Pisma." Niektórzy posunęli się tak daleko, iż śmiało powiedzieli: „Bóg nie potępi człowieka za wzięcie sobie odrobiny przyjemności" — mając na myśli życie niemoralne i rozpustne. Wielu zaś w istocie twierdzi, że można żyć według świata, byle czynić to z zachowaniem pozorów przyzwoitości, a zarazem żyć dla Boga; argumentując, iż dobra tego świata są nam dane przez Boga, więc mogą być godziwie używane; że używać godziwie znaczy używać z umiarem i wdzięcznością; że błędem jest smutne patrzenie na życie, a rzeczą słuszną jest niewinne wesele; i tak dalej. Wszystko to jest bardzo prawdziwe, tak postawione, gdyby nie to, że stosują to niesprawiedliwie i nazywają ów sposób korzystania ze świata umiarkowanym i niewinnym, który Apostołowie nazwaliby upodobnieniem się do świata i służeniem mamonie zamiast Bogu.
Zanim więc wyjaśniłem, co znaczy, że przykazania Chrystusa nie są ciężkie, powiedziałem, czym to nie jest. Nie znaczy to, że Chrystus zwalnia z surowego posłuszeństwa religijnego; cały język Pisma jest przeciwny takiemu pojęciu. „Ktokolwiek by naruszył jedno z tych przykazań najmniejszych i nauczałby tak ludzi, ten będzie nazwany najmniejszym w królestwie niebieskim." „Ktokolwiek zachowa całe Prawo, a przekroczy je w jednym punkcie, stał się winnym wszystkiego." Cokolwiek znaczy łagodność jarzma Chrystusa, nie zachęca On do grzechu. I znowu, cokolwiek to znaczy, powtarzam jako fakt: większość ludzi nie uważa go za łatwe. Tego przynajmniej nie można kwestionować. Przejdźmy teraz, pomimo tego uznania, do rozważenia, w jaki sposób wypełnia On swe zobowiązanie wobec nas, że drogi Jego są drogami przyjemności.
**1.** Załóżmy, że jakiś przełożony obiecuje wam pewien dar pod warunkiem postąpienia w określony sposób, a wy nie postępujecie według jego wskazań — czyż byłoby to złamanie jego obietnicy, czy też sami wykluczylibyście się dobrowolnie z tej korzyści? Oczywiście sami sprowadzilibyście na siebie tę stratę; możecie wprawdzie uznać, że jego oferta nie warta przyjęcia, obarczona (jak jest) warunkiem do spełnienia, jednak w żaden właściwy sposób nie moglibyście powiedzieć, że nie dotrzymał zobowiązania. Otóż gdy Pismo Święte obiecuje nam, że przykazania Jego będą łatwe, łączy tę obietnicę z nakazem, byśmy szukali Boga od młodości. „Miłuję tych, którzy mnie miłują, a którzy mnie szukają od rana, znajdą mnie." Dalej: „Pamiętaj na Stwórcę twego w dniach młodości twojej." Są to słowa Salomona; a jeśli wymaga się autorytetu samego Pana, zważcie Jego polecenie dotyczące dzieci: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie i nie zabraniajcie im, bo do takich należy królestwo Boże." Młodość jest czasem Jego przymierza z nami, gdy po raz pierwszy daje nam Ducha swojego; daje Go wtedy, byśmy zaraz poczęli odpłacać Mu posłuszeństwem — nie zaś daje Go nam wtedy, byśmy odkładali naszą ofiarę dziękczynną na dwadzieścia, trzydzieści czy pięćdziesiąt lat! Jest zaś oczywiste, że posłuszeństwo przykazaniom Bożym jest zawsze łatwe i niemal bezwysiłkowe dla tych, którzy zaczęli służyć Mu od początku swoich dni; natomiast ci, którzy ociągają się, znajdują je ciężkim — w miarę zwłoki.
Rozważcie bowiem, jak łagodnie Bóg prowadzi nas przez wczesne lata i jak bardzo stopniowo odsłania przed nami zawiłe obowiązki życia. Dziecko na początku nie ma prawie nic do czynienia, jak tylko słuchać rodziców; o Bogu wie tyle tylko, ile oni potrafią mu powiedzieć, i nie jest zdolne do wielu myśli ani o Nim, ani o świecie. Jest niemal bierne w rękach tych, którzy dali mu życie; i choć ma owe ukryte instynkty dotyczące dobra i zła, prawdy i fałszu, jakie mają wszyscy ludzie, nie wie dość, nie nabrało dość doświadczenia z zetknięcia z przedmiotami zewnętrznymi, aby wydobyć te wrodzone zasady sumienia w postać i działanie, ani aby uświadomić sobie ich istnienie.
I podczas gdy z jednej strony zakres jego obowiązków jest bardzo ograniczony, zauważcie, jak jest wspomożone w ich wypełnianiu. Przede wszystkim nie ma złych nawyków, które utrudniałyby podszepty sumienia: lenistwo, pycha, zły humor nie działają wówczas tak, jak działają później, gdy umysł przyzwyczaił się do nieposłuszeństwa — jako uparty i głęboko zakorzeniony opór na drodze do obowiązku. Posłuszeństwo wymaga oczywiście wysiłku; ale wysiłku podobnego do cielesnego wysiłku dziecięcia wstającego z ziemi, gdy na nią upadnie — nie zaś wysiłku strzepnięcia senności; nie wysiłku (tym mniejszego) gwałtownego wysiłku fizycznego w czasie choroby i długiej słabości. A gdy raz ten wysiłek zostanie podjęty, posłuszeństwo za drugim razem będzie łatwiejsze niż za pierwszym, aż w końcu łatwiej będzie słuchać niż nie słuchać. Dobry nawyk uformuje się tam, gdzie inaczej uformowałby się zły. Dziecko, o którym mówimy, zaczęłoby zatem nabierać charakteru; nie ulegając już każdej pokusie gniewu, niezadowolenia, lęku i uporu w taki sam sposób jak dawniej, lecz mając w sercu jakiś fundament stałej zasady, który odpiera je obronnie — jak tarcza odpiera strzały. W tym czasie krąg jego obowiązków rozszerzałby się; i choć wynik jego próby byłby przez pewien czas wątpliwy dla tych, którzy (jak Aniołowie) mogliby go zobaczyć, to jednak, gdyby jako dziecko konsekwentnie szedł tą łatwą drogą przez kilka lat, jego ostateczne zbawienie mogłoby zostać w istocie zapewnione i dałoby się przewidzieć przez tych, którzy mogliby widzieć jego serce, choć on sam by o tym nie wiedział. Bez wątpienia nachodziłyby go nowe próby; złe namiętności, o których nie miał jeszcze pojęcia, napadałyby na niego; lecz dusza tak narodzona z Boga, według słów św. Jana, „nie grzeszy; bo kto jest narodzony z Boga, strzeże siebie samego, a złośnik nie dotyka się go." „Jego nasienie trwa w nim; i nie może grzeszyć, bo jest narodzony z Boga." I tak wzrastałby do dojrzałości, jego obowiązki osiągałyby w końcu pełny swój zakres, a dusza dojrzewałaby we wszystkich swych władzach do należytego ich wypełnienia. Takim mógłby być błogosławiony stan każdego z nas, gdybyśmy tylko od dzieciństwa pełnili to, co wiemy, że jest słuszne; i w wczesnym życiu Chrystusa (jeśli wolno nam mówić o Nim w odniesieniu do siebie), zostało to wypełnione, gdy wzrastał dzień po dniu bez grzechu w mądrości jak w posturze i w łasce u Boga i u ludzi. Lecz moim obecnym celem w mówieniu o tym stopniowym wzroście świętości w duszy jest — nie pokazanie tego, czym moglibyśmy być, gdybyśmy mieli serce, by słuchać Boga — lecz pokazanie, jak łatwe byłoby nam posłuszeństwo w tym przypadku; polegałoby ono nie na uciążliwych obrzędach, nie na bolesnej dyscyplinie cielesnej, lecz na dobrowolnych darach serca — serca, które stopniowo, dzięki bardzo nieznacznym i dorywczym wysiłkom, wychowywało się do miłowania tego, co pochwala Bóg i nasze sumienie.
Tak więc przykazania Chrystusa, pojmowane tak, jak je On nam nakazuje, nie są ciężkie. Byłyby ciężkie, gdyby nałożono je na nas wszystkie naraz; nie są jednak zwalone na nas zgodnie z Jego porządkiem ich udzielania, który przebiega wedle harmonijnego i przemyślanego planu — po trochu, najpierw jeden obowiązek, potem drugi, potem oba razem i tak dalej. Co więcej, przychodzą na nas, gdy tarcza cnotliwej zasady kształtuje się naturalnie i stopniowo w naszych umysłach właśnie przez nasze czyny posłuszeństwa i idzie za nimi jako ich nagroda. Jeśli zatem ludzie nie chcą przyjmować swych obowiązków w porządku Chrystusa, lecz postanawiają odkładać posłuszeństwo z zamiarem zabrania się kiedyś do swego obowiązku i nadrobienia straconego czasu — czyż dziwne, że znajdują je ciężkimi i trudnymi do wypełnienia? Że są przytłoczeni zaległościami swego wielkiego dzieła, że gubią się i potykają wśród zawiłości Boskiego systemu, który rozrósł się przed nimi stopniowo? I czy Chrystus jest zobowiązany do zatrzymania owego systemu, do przebudowania swej Opatrzności, do wydobycia tych ludzi z należnego im miejsca w Kościele, do ocalenia ich od kół, które ich miażdżą, i cofnięcia ich do jakiegoś prostego i bardziej dziecinnego stanu próby, gdzie (choć nie mogą mieć mniej do odnabycia) mieliby przynajmniej przez jakiś czas mniej do zrobienia?
**2.** Przy wszystkim tym, co zostało powiedziane, może jeszcze zostać postawiony zarzut: skoro (jak przyznałem) przykazania Boże są ciężkie dla ogółu ludzi, co za pożytek z mówienia, czym ludzie powinni być, skoro wiemy, czym są? I w jaki sposób wypełnia się obietnicę, że przykazania Jego nie będą ciężkie, przez informowanie nas, że nie powinny takie być? Co innego powiedzieć, że Prawo jest samo w sobie święte, sprawiedliwe i dobre, a co innego stwierdzić, że nie jest ono ciężkie dla człowieka grzesznego.
Odpowiadając na to pytanie, w pełni przyznaję, że nasz Zbawiciel mówił o człowieku takim, jakim jest — grzesznikiem — gdy mówił, że jarzmo Jego ma być dla niego lekkie. Zaiste, nie przyszedł wzywać sprawiedliwych, lecz grzeszników. Bez wątpienia jesteśmy w stanie zupełnie innym niż Adam przed upadkiem; i bez wątpienia, mimo to, św. Jan powiada, że nawet upadłemu człowiekowi przykazania Jego nie są ciężkie. Z drugiej strony przyznam, że jeśli człowiek nie może słuchać Boga, posłuszeństwo musi być ciężkie; i przyznam też (oczywiście), że człowiek z natury nie może słuchać Boga. Zauważmy jednak, że tu nie było mowy, ani przez św. Jana w tekście, o człowieku jako rodzącym się w grzechu z natury; lecz o człowieku jako dziecku łaski, jako nabytej własności Chrystusa, który wychodzi nam naprzeciw ze swym miłosierdziem, daje wpierw błogosławieństwo, a potem dodaje przykazanie; odradza nas, a potem nakazuje nam słuchać. Chrystus nie każe nam nic, czego nie moglibyśmy uczynić. Naprawia winę naszej natury, zanim jeszcze okaże się ona w czynie. Oczyszcza nas z grzechu pierworodnego i wyzwala z gniewu Bożego przez sakrament chrztu. Daje nam dar Ducha swojego, a potem mówi: „Czegóż żąda od ciebie Pan, jeśli nie tego, abyś postępował sprawiedliwie, miłował miłosierdzie i chodził pokornie z Bogiem twoim?" — i czy to jest ciężkie?
Gdy tedy ludzie powołują się na swą złą naturę jako na usprawiedliwienie niechęci do przykazań Bożych — jeśli są poganami, niechaj będą wysłuchani, a odpowiedź może im być dana choćby jako takim. Lecz pogan nas tu nie dotyczy. Ci ludzie składają swe skargi jako chrześcijanie, a jako chrześcijanie są w tym wysoce nierozumni; Bóg bowiem zaradzył ich naturalnej niezdolności przez dar Ducha swojego. Słuchajcie słów św. Pawła: „Jeśli bowiem przez wykroczenie jednego wielu umarło, o ileż bardziej łaska Boża i dar przez łaskę jednego Człowieka, Jezusa Chrystusa, spłynęły obficie na wielu… Gdzie zaś wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska; aby jak grzech zaznaczył swoje królowanie śmiercią, tak łaska przejawiła swe królowanie przez sprawiedliwość wiodącą do życia wiecznego przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego."
I są ludzie — niechaj się o tym nigdy nie zapomina — którzy szli za opatrznościowym prowadzeniem Bożym od swej młodości tak wiernie, że przykazania Jego nie tylko nie są dla nich ciężkie, lecz nigdy ciężkimi nie były; a to, że tacy istnieją, jest potępieniem wszystkich, którzy takowymi nie są.
Byli wychowani „w karności i napomnieniu Pańskim"; i żyją teraz w miłości i „pokoju Bożym, który wszelki rozum przewyższa." Tacy są właśnie ci, o których mówi nasz Zbawiciel jako o „sprawiedliwych, którzy nie potrzebują pokuty." Nie znaczy to, że sami siebie tak opisują, bo są w pełni świadomi w swych sercach niezliczonych grzechów i nawykłej słabości. Mimo to, pomimo potknięć i upadków na swej drodze duchowej, wytrwali na niej w ogólności. Jako dzieci służyli Bogu — w ogólności; grzeszyli, ale odrabiają stracony grunt; szukali Boga i byli przyjęci. Może ich młoda wiara chwilami całkowicie zachwiewała się; lecz nawet wtedy zdołali, dzięki gorzkiej pokucie i silnemu wstręcowi do grzechu, i żarliwym modlitwom, nadrobić stracony czas i dotrzymać kroku biegowi Bożej Opatrzności. Tak chodzili z Bogiem — nie krok w krok z Nim; nigdy przed Nim, często ociągając się, potykając, zasypiając; lecz na przemian zrywając się i „śpiesząc zachowywać przykazania Jego", „biegnąc i nie przeciągając czasu". Tak postępują — nie jednak o własnych siłach, lecz podtrzymywani Jego prawicą i kierujący krokami swymi wedle Jego Słowa; i choć nie mają się czym chlubić i znają własną niegodność, są jednak świadkami Chrystusa wobec wszystkich ludzi, ukazując, czym człowiek stać się może i czym wszyscy chrześcijanie być powinni; i w dzień ostateczny, znalezieni zdolnymi do udziału w dziedzictwie świętych w światłości, „sądzą świat" — jak Noe — i stają się „dziedzicami sprawiedliwości, która jest z wiary", zgodnie ze słowem: „To jest zwycięstwo, które zwyciężyło świat — wiara nasza."
Do czego zmierzają teraz te uwagi, które czyniłem, jeśli nie do tego, by upokorzyć każdego z nas? Bo choćby jak wiernie słuchaliśmy Boga i choćby jak wcześnie zaczęliśmy to czynić, z pewnością mogliśmy zacząć wcześniej, niż zaczęliśmy, i mogliśmy służyć Mu gorliwiej. Nie możemy nie być tego świadomi. Jedni spośród nas mogą być bardziej, inni mniej winni — stosownie do przypadku; lecz zarówno najlepsi, jak i najgorsi z nas tu zebranych mogą się dobrze połączyć w tym przynajmniej, by wyznać, że „błądzili i zabłąkali się od dróg Bożych jak zgubione owce", że „nazbyt wiele słuchali podszeptów i pragnień własnych serc", że nie ma w nich „żadnego zdrowia" jako „nędznych grzeszników". Jedni z nas mogą być bliżej Nieba, inni dalej od niego; jedni mogą żywić dobrą nadzieję zbawienia, a inni — Boże uchowaj! lecz tak być może — inni żadnej obecnej nadziei. Mimo to połączmy się teraz jako jedno ciało w wyznaniu — dla lepszych spośród nas takie wyznanie będzie milsze, a dla najgorszych konieczniejsze — wyznaniu, że jesteśmy grzesznikami zasługującymi na gniew Boży i nie mającymi żadnej nadziei prócz „obietnic ogłoszonych rodzajowi ludzkiemu w Chrystusie Jezusie, Panu naszym." Ten, który najpierw nas odrodził, a potem dał przykazania, i który potem tak niewdzięcznie przez nas opuszczony był — On znów musi nam przebaczyć i ożywić nas po nagromadzonej winie, jeśli mamy dostąpić przebaczenia. Cofnijmy się tedy pamięcią (o ile możemy) ku wczesnym latom naszym; czym byliśmy, gdy mieliśmy pięć lat, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia! Jaki byłby nasz stan, o ile możemy to ocenić, gdyby Bóg wziął nas do rozliczenia w którymkolwiek wieku przed obecnym! Nie pytam, jak poszłoby nam, gdybyśmy teraz byli wzięci — przypuśćmy, że najlepiej. Niechaj każdy z nas (mówię) rozważy swe własne najgrubsze i najuporczywsze zaniedbanie Boga w różnych porach swego minionego życia. Jakże troskliwym był On dla nas! Jak chronił nas od pokus! Jak stopniowo odsłaniał nam swą wolę, gdy mogliśmy ją znosić! Jak dobrze czynił wszystko, aby dzieło duchowe mogło postępować spokojnie, bezpiecznie, pewnie! Jak prowadził nas obowiązek po obowiązku, jakby szczebel po szczeblu wzwyż, po łatwych szczeblach owej drabiny, której wierzchołek sięga nieba! A jednak jakże sami rzucaliśmy się w pokusę! Jakże odmawialiśmy przyjścia do Niego, byśmy mieli życie! Jakże śmiało grzeszyliśmy przeciw światłu! I co było skutkiem? Że nasze dzieło przewyższało nasze siły; a raczej że siły nasze malały w miarę jak rosły nasze obowiązki; aż w końcu porzucaliśmy posłuszeństwo w rozpaczy. A jednak nawet wówczas On wciąż czekał i miłosiernym był dla nas; zwracał się ku nam i spoglądał na nas, by wprowadzić nas w pokutę; i my przez chwilę byliśmy poruszeni. Lecz nawet wtedy nasze przekorne serca nie umiały dotrzymywać własnych postanowień: puszczały znów gorliwość, jaką dał im Chrystus, jak gdyby zrobione były z kamienia, a nie z żywego ciała. „Cóżem jeszcze winien uczynić winnicy mojej, czegom nie uczynił w niej?" „Ludu mój (zdaje się nam mówić), cóżem ci uczynił i czym cię zasmucił? Odpowiedz mi. Wyprowadziłem cię z ziemi egipskiej i wykupiłem cię z domu niewoli;… czegóż żąda od ciebie Pan, jeśli nie sprawiedliwości, miłosierdzia i pokory?" Okazał nam, co jest dobre. Nosił i dźwigał nas na łonie swym, „abyśmy snadź nie obrazili o kamień nogi naszej." Wylał na nas Ducha świętego, byśmy Go miłowali. I „to jest miłość Boga, abyśmy zachowywali przykazania Jego, a przykazania Jego nie są ciężkie." Dlaczego więc były dla nas ciężkie? Dlaczego zbłądziliśmy z Jego dróg i zatwardziliśmy serca nasze przed Jego bojaźnią? Dlaczego stoimy dziś wstydem okryci, zaiste — zawstydzeni, bo nosimy hańbę naszej młodości?
Nawróćmy się tedy do Pana, póki jeszcze czas. Trudne to będzie w miarę odległości, na jaką odeszliśmy od Niego. Skoro każdy mógł uczynić więcej, niż uczynił, każdy doznał strat, których już nigdy nie potrafi nadrobić. Uczyniliśmy przykazania Jego dla nas ciężkimi — musimy to znieść; nie próbujmy ich tłumaczyć na inny sposób dlatego, że są ciężkie. Nigdy nie zdołamy zmyć plam grzechu. Bóg może przebaczyć, lecz grzech spełnił swoje dzieło i jego pamiątka stoi w duszy. Bóg ją tam widzi. Gorliwe posłuszeństwo i modlitwa stopniowo ją usunie. Lecz jakąż to żałosną stratą czasu jest — w krótkim naszym życiu — tylko naprawianie (tak jak stało się konieczne) zła, którego dokonaliśmy, zamiast dążenia naprzód ku doskonałości! Jeśli z łaski Bożej zdołamy w pewnej mierze uświęcić siebie pomimo dawnych grzechów, o ileż więcej bylibyśmy osiągnęli, gdybyśmy zawsze trwali w Jego służbie!
Są to myśli gorzkie i upokarzające, lecz dobre, jeśli prowadzą nas do pokuty. I to skłania mnie do jednej jeszcze uwagi, którą kończę.
Jeśli ktoś ze słuchających mnie jest teraz poruszony tym, co powiedziałem, i odczuwa wyrzuty i wstyd złego sumienia, i powziął jakieś nagłe dobre postanowienie — niech strzeże się, by niezwłocznie wprowadzić je w czyn. Serdecznie go do tego wzywam. I oto dlaczego: bo jeśli tego nie uczyni, zaczyna nawyk nieuważności i nieczułości. Bóg wzrusza nas, by uczynić łatwym sam początek obowiązku. Jeśli nie zważamy, przestaje nas wzruszać. Ktokolwiek z was, bracia, nie skorzysta z tej troskliwej Opatrzności — jeśli nie nawrócicie się do Boga teraz z gorącym sercem, będziecie w przyszłości zmuszeni to uczynić (jeśli w ogóle to uczynicie) z sercem zimnym — co jest o wiele trudniejsze. Boże, zachowaj was od tego!