*„Mąż, z którego wyszły diabły, prosił Go, aby mógł być z Nim; lecz Jezus odprawił go, mówiąc: Wróć do domu swego i opowiadaj, jak wielkie rzeczy uczynił ci Bóg."* > — Łk 8,38–39
Było rzeczą jak najbardziej naturalną, że człowiek, którego Pan nasz wyzwolił od tej straszliwej napaści, pragnął pozostać przy Nim. Bez wątpienia umysł jego był uniesiony radością i wdzięcznością; cokolwiek mógł sobie uświadamiać ze swej prawdziwej nędzy, gdy diabły go dręczyły, teraz przynajmniej — odzyskawszy rozum — pojmował, że znajdował się w stanie wielce nieszczęsnym, i czuł całą tę lekkość ducha i żywość umysłu, które towarzyszą każdemu uwolnieniu od cierpienia lub przymusu. W tych okolicznościach zdawało mu się, że znalazł się w nowym świecie; zaznał wybawienia, a co więcej — miał przed sobą Wybawiciela. I czy to z pragnienia, by trwać zawsze w Jego Boskiej obecności i służyć Mu, czy też z obawy, by szatan nie powrócił — co gorsza, z siedmiokrotną siłą — skoro tylko straciłby Chrystusa z oczu, czy też z nieokreślonego przeświadczenia, że wszystkie jego obowiązki i nadzieje odmieniły się teraz zupełnie, że dotychczasowe jego zajęcia są go niegodne i że winien teraz pójść za jakimiś wielkimi dziełami, podniesiony tym nowym zapałem, który w nim gorejał — z jednego lub drugiego, lub wszystkich tych razem wziętych uczuć — prosił Pana naszego, aby mógł być z Nim. Chrystus nakazywał takie towarzyszenie Sobie innym; polecił na przykład młodemu władcy pójść za Nim; lecz daje różne przykazania, stosownie do naszych usposobień i skłonności; krzyżuje nasze plany, aby doświadczyć naszą wiarę. W tym zaś przypadku nie pozwolił na to, do czego w innych razach zachęcał. „Wróć do domu swego" — rzekł, albo jak podaje Ewangelia według Marka: „Idź do domu do swoich i powiedz im, jak wielkie rzeczy Pan ci uczynił i jak się nad tobą zmiłował". Skierował nurt jego przebudzonych uczuć w inne koryto; jakby chciał rzec: „Miłujesz Mnie? Oto co czyń: wróć do dawnych swych zajęć i prac. Dawniej czyniłeś je niedbale, żyłeś dla świata; teraz czyń je dobrze, żyj dla Mnie. Wypełniaj swe obowiązki, małe i wielkie, z całego serca dla Mnie; chodź między swoich bliskich; pokazuj im, co Bóg ci uczynił; bądź dla nich przykładem i naucz ich". A dalej, jak powiedział przy innej sposobności: „Okaż się kapłanowi i złóż dar, który nakazał Mojżesz, na świadectwo im" — okazuj owo większe światło i prawdziwszą miłość, które teraz posiadasz, w sumiennym, zgodnym z sobą posłuszeństwie wobec wszystkich ustanowień i obrzędów swej religii.
Otóż z tego opowiadania o uzdrowionym opętanym — z jego prośby i z odmowy naszego Pana — można wyprowadzić naukę dla tych, którzy zaniedbawszy religii w młodości, zaczynają wreszcie powziąć poważne myśli, usiłują się nawrócić i pragną lepiej niż dotychczas służyć Bogu, choć nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Wiemy, że przykazania Boże są miłe i „rozweselają serce", jeśli przyjmujemy je w porządku i w sposób, w jaki On je na nas nakłada; że jarzmo Chrystusa, jak przyobiecał, jest (ogółem biorąc) bardzo lekkie, jeśli przyjmujemy je w odpowiednim czasie; że praktykowanie religii jest pełne pociechy dla tych, którzy będąc najpierw ochrzczeni Duchem łaski, przyjmują z wdzięcznością Jego natchnienia w miarę, jak dojrzewają ich umysły; albowiem w sposób stopniowy i niemal bez odczuwalnego z ich strony wysiłku przesiąkają całym swym sercem, duszą i siłą owym prawdziwym, niebieskim życiem, które trwać będzie wiecznie.
Lecz tu napotykamy pytanie: „Cóż mają czynić ci, którzy zaniedbali pamiętać o swoim Stwórcy za dni swej młodości i przez to utracili wszelkie prawo do obietnicy Chrystusowej, że jarzmo Jego będzie lekkie, a przykazania Jego nie są uciążliwe?" Odpowiadam, że oczywiście nie powinni się dziwić, jeśli posłuszeństwo jest dla nich mozolną i żmudną pracą przez całe życie; co więcej — jako że byli „niegdyś oświeceni i mieli udział w Duchu Świętym" przez chrzest, nie mieliby nawet prawa skarżyć się, gdyby „było im niemożliwe odnowić się znowu ku pokucie". Lecz Bóg jest miłosierniejszy niż ta sprawiedliwa surowość; miłosierny nie tylko ponad nasze zasługi, ale nawet ponad własne swoje obietnice. Nawet dla tych, którzy zaniedbali Go w młodości, znalazł (jeśli z tego skorzystają) pewien rodzaj lekarstwa na trudności w drodze do posłuszeństwa, które ściągnęli na siebie przez grzech; co zaś to lekarstwo, i w jaki sposób należy go używać — przystępuję do opisania w związku z opowiadaniem, z którego pochodzi tekst.
Pomoc, o której mówię, to podniecone uczucia, którym towarzyszy nawrócenie w pierwszym swym poruszeniu. Prawda, że wszelka namiętna wzruszliwość czy delikatność uczuć, jakąkolwiek człowiek by okazywał, sama z siebie nigdy nie sprawi, byśmy zmienili swoje drogi i wypełniali swój obowiązek. Rozognione myśli, wzniosłe pragnienia, szlachetne uniesienia — nie mają w sobie żadnej siły. Nie bardziej zdołają skłonić człowieka do wytrwałego posłuszeństwa, niż zdołałyby przenosić góry. Jeśli ktokolwiek prawdziwie nawraca się, musi to być następstwem nie tych rzeczy, lecz głębokiego przeświadczenia o własnej winie i powziętego z namysłu postanowienia porzucenia grzechów i służby Bogu. Sumienie, a Rozum poddany Sumieniu — oto te potężne narzędzia (pod działaniem łaski), które odmieniają człowieka. Zauważcie jednak, że choć Sumienie i Rozum wiodą nas do powzięcia postanowienia rozpoczęcia nowego życia i do podjęcia tego trudu, nie mogą one z miejsca sprawić, byśmy je pokochali. Długa praktyka i przyzwyczajenie czynią nas miłośnikami religii; a na początku posłuszeństwo jest bez wątpienia bardzo uciążliwe dla nałogowych grzeszników. I właśnie tu jest użytek owych gorliwych, żarliwych uczuć, o których przed chwilą mówiłem, a które towarzyszą pierwszemu działaniu Sumienia i Rozumu — ażeby odebrać pierwszym krokom posłuszeństwa ich przykrość, dać nam impuls, który przeprowadzi nas przez pierwsze przeszkody i pośle nas w drogę z radością. Nie jakoby całe to wzburzenie umysłu miało trwać (bo trwać nie może), lecz spełni ono swą służbę, stając nas w drodze; a potem pozostawi nas dla spokojniejszej i wyższej pociechy płynącej z owego prawdziwego umiłowania religii, które samo posłuszeństwo zdążyło już w nas z czasem zacząć kształtować i będzie stopniowo doskonalić.
Dobrze jest to sobie dokładnie uświadomić, bo często bywa tu pomyłka. Kiedy grzesznicy dochodzą wreszcie do poważnego namysłu, silne uczucia zazwyczaj poprzedzają ich rozmyślania o samych sobie lub im towarzyszą. Jakąś przeczytaną książkę, rozmowę z przyjacielem, uwagi zasłyszane w kościele albo jakieś zdarzenie lub nieszczęście — coś ich porusza. Albo też, jeśli w sposób spokojniejszy i bardziej rozmyślny przystąpili do badania swego sumienia, w niedługim czasie sam widok ich licznych grzechów, ich winy i haniebnej niewdzięczności wobec Boga i Zbawiciela, odsłaniając się przed nimi z nagła i po raz pierwszy, uderza ich, zdumiewa, a potem wzburza. Niechaj więc wiedzą, jaki jest cel całego tego wzburzenia umysłu w porządku Bożej Opatrzności. Nie będzie ono trwać; wynika z nowości obrazu, który się przed nimi odsłania. W miarę jak będą się oswajać z religijnym rozważaniem, będzie ono przemijać. Nie jest ono samą religią, choć przypadkowo jest z nią powiązane i może stać się środkiem wprowadzenia ich w zdrowy religijny bieg życia. Jest łaskawie zrządzone jako pewna równoważnia dla nich przeciw pierwszej przykrości i bólowi wypełniania obowiązku; jako takie musi być używane, inaczej nie przyniesie żadnego pożytku albo będzie gorzej niż bezużyteczne. Pamiętajcie, bracia moi (a mówię to ogólnie — nie ograniczając się do wzburzenia towarzyszącego nawróceniu — o każdym naturalnym poruszeniu wzywającym nas do dobra, które nieświadomie odczuwamy przy różnych okazjach): jest ono wam dane po to, abyście z łatwością mogli się posłuchać zaraz na początku. Zatem słuchajcie bez zwłoki; używajcie go, póki trwa; nie czeka ono na nikogo. Czy czujecie naturalne współczucie wobec kogoś, kto zasadnie domaga się waszego miłosierdzia? Czy czujecie poryw szczodrości, gdy przychodzi wam spełnić czyn mężnego zaparcia się siebie? Jakiekolwiek to uczucie — czy to, czy inne — nie łudźcie się, że zawsze je będziecie odczuwać. Czy skorzystacie z niego, czy nie, w każdym razie będziecie je odczuwać coraz mniej, a z biegiem życia ostatecznie nie będziecie odczuwać takich nagłych i gwałtownych wzburzeń wcale. Lecz oto różnica między skorzystaniem a przepuszczeniem tych sposobności: jeśli korzystacie z nich do działania i ulegacie impulsowi na tyle, ile nakazuje wam sumienie, dokonaliście jakby skoku przez przepaść, której wasz zwykły hart nie jest w stanie pokonać; zabezpieczyliście sobie początek posłuszeństwa, a dalsze kroki na tej drodze są (ogólnie rzecz biorąc) o wiele łatwiejsze niż te, które wyznaczają jej kierunek. I tak więc — wracając do przypadku tych, którzy odczuwają mimowolne wyrzuty sumienia za swe grzechy, gwałtownie się w ich sercach budzące — mówię im: Nie zwlekajcie; idźcie do swoich bliskich i czyńcie pokutę uczynkami sprawiedliwości i miłości; spieszcie się oddać siebie określonym, konkretnym uczynkom posłuszeństwa. Między zamierzaniem czynu a jego spełnieniem jest o wiele większy dystans, niż wam się na pierwszy rzut oka zdaje. Połączcie jedno z drugim, póki możecie; złożycie w ten sposób dobre uczucia w samo serce, czyniąc je pobudką do postępowania — i „wschodzić będą ku owocowi". Tak właśnie postąpili wyrzutami sumienia nękani Koryntianie, o których pisze święty Paweł; cieszył się on „nie z tego, że zostali zasmuceni (nie że jedynie ruszyły się ich uczucia), lecz z tego, że zasmucenie ich doprowadziło do zmiany usposobienia. … Albowiem smutek według Boga (powiada dalej) sprawia pokutę ku zbawieniu, której nikt żałować nie będzie; lecz smutek tego świata sprawia śmierć".
Zapytajmy teraz, jak ludzie zazwyczaj zachowują się w rzeczywistości, gdy nawiedza ich sumienie z powodu ich dotychczasowego grzesznego życia? Daleko im od takiego postępowania. Patrzą na mętny zapał i gorączkową pobożność towarzyszącą ich nawróceniu nie jako na to, co po części jest skażonym owocem ich własnego uprzednio skażonego stanu ducha, a po części łaskawym, naturalnym zrządzeniem — jedynie tymczasowym — mającym ich zachęcić do przystąpienia do swej reformy, lecz jako na istotę i prawdziwą doskonałość religii. Myślą, że doznawać takiego wzburzenia to być religijnym; rozpieszczają się tymi gorącymi uczuciami dla nich samych, spoczywają w nich, jakby w owej chwili oddawali się ćwiczeniu religijnemu, i chlubią się nimi, jakby były dowodem ich wzniosłego stanu duchowego; nie używają ich (jedyna rzecz, którą winni czynić) jako pobudki do czynów miłości, miłosierdzia, prawdy, łagodności i świętości. Poigrywawszy przez jakiś czas tą uciechą uczucia, wzburzenie oczywiście ustępuje; nie odczuwają już tego, co przedtem. To (jak mówiłem) można się było spodziewać, ale oni tego nie pojmują. Widzicie tedy ich stan, który nie może dawać zadowolenia. Utracili sposobność pokonania pierwszych trudności czynnego posłuszeństwa, a przez to utrwalenia swego postępowania i charakteru — okazja ta może się już nigdy nie powtórzyć. To już jedno wielkie nieszczęście; lecz czymże więcej jest zagmatwanie, w które się wplątali! Ich ciepłota uczucia stopniowo gaśnie. A ponieważ sądzą, że na niej polega prawdziwa religia, dlatego wierzą, że tracą wiarę i popadają znów w grzech.
I niestety! zbyt często tak jest w istocie; odpadają bowiem, gdyż nie mają w sobie korzenia. Zaniedbawszy przemiany swych uczuć w zasady przez postępowanie według nich, nie mają wewnętrznej siły, by przezwyciężać pokusę życia jak świat, która nieustannie na nich napiera. Ich umysły działały jak woda pod wiatrem, który przez chwilę wznosi fale, a gdy ustaje, zostawia wodę, która opada z powrotem do swego dawnego stanu zastoju. Drogocenna sposobność poprawy przepadła; „i stał się ich koniec gorszy niż początek".
Lecz przypuśćmy, że gdy po raz pierwszy spostrzeżą to cofanie się (jak je pojmują), przeraźają się i szukają wokoło środka, by przyjść sobie z pomocą. Co czynią? Czy od razu przystępują do tych praktyk pokornego posłuszeństwa, które jedynie mogą zaświadczyć, że są Chrystusowi w dniu ostatecznym? Takich jak: panowanie nad swoimi namiętnościami, porządkowanie czasu, miłosierdzie w zaparciu się siebie, trzeźwość i prawdomówność? Bynajmniej; gardzą tym zwykłym posłuszeństwem Bogu jako czymś, co sami nazywają jedynie nierozumną moralnością, i szukają mocnych podniet, by podtrzymywać swój umysł w tym stanie wzburzenia, który przywykli uważać za istotę religijnego życia, a do którego nie mogą dojść środkami, jakie poprzednio ich wzbudzały. Uciekają się do nowych nauk albo idą za dziwnymi nauczycielami, byle tylko śnić dalej w tej swej sztucznej pobożności i unikać przekonania, które prędzej czy później musi na nich spaść, że wzruszenia i namiętności są wprawdzie w naszej mocy do tłumienia, lecz nie do wzbudzania; że jest granica zamętom i wzburzeniom serca, jakkolwiek byśmy je pielęgnowali; a gdy ten czas nadejdzie, biedna, znękana dusza zostaje wyczerpana i bezsilna. Nie brakuje w świecie przykładów owego straszliwego, ostatecznego stanu zatwardziałości serca, który potem nastaje; gdy nędznemu grzesznikowi pozostaje wprawdzie wiara taka, jaka może być udziałem diabłów, lecz nawet bez owego diabelskiego drżenia — i grzeszy dalej bez obawy.
Są znowu i tacy, którzy gdy ich uczucia słabną i stygną, popadają w przygnębienie; i tak sprowadzają się do lęku i niewoli, gdy tymczasem mogliby się weselić w radosnym posłuszeństwie. Ci należą do lepszego gatunku: mając coś z prawdziwej zasady religijnej w swoich sercach, są jednak po części wprowadzeni w błąd — o tyle mianowicie, że opierają się na swych uczuciach jako probierzu świętości; dlatego niepokoją się i lękają własnego spokoju, który uważają za zły znak, i zniechęceni tracą czas, gdy inni ich wyprzedzają w biegu.
Można by też wspomnieć o innych, których ten sam pierwszy zapał i gorliwość prowadzą w odmienny błąd. Uzdrowiony nieszczęśnik z tekstu pragnął być z Chrystusem. Otóż jasne jest, że wszyscy, którzy oddają się fałszywej pobożności, o której mówiłem, mogą uchodzić za pragnących trwać w ten sposób w bezpośredniej obecności Chrystusa, zamiast wracać do własnego domu, jak On by chciał, to jest do zwykłych obowiązków życia; jedni czynią to ze słabości wiary — jakby On nie mógł ich błogosławić i utrzymywać na drodze łaski, gdy oddają się swym ziemskim powołaniom; inni z uczucia źle ukierunkowanego ku Niemu. Lecz są i tacy, mówię, którzy gdy przebudzą się do poczucia religii, od razu gardzą swym dawnym stanem jako czymś poniżej siebie; myślą, że są teraz powołani do jakiegoś wzniosłego i wyjątkowego posłannictwa w Kościele. Ci mylą się co do swego obowiązku, podczas gdy tamci go zaniedbują; nie tracą czasu na same dobre myśli i dobre słowa jak tamci, lecz porywczo biegną ku złym uczynkom — pod wpływem tych samych silnych wzruszeń, których nie nauczyli się właściwie używać ani kierować ku właściwemu celowi. Lecz mówić o tym teraz dłużej wychodziłoby poza mój temat.
Na zakończenie — pozwólcie, że powtórzę i z naciskiem przypomnę wam, bracia moi, naukę, którą wywiodłem z opowiadania, z którego pochodzi tekst. Wasz Zbawiciel wzywa was już od dzieciństwa do służenia Mu i wszystko tak urządził, by Jego służba była doskonałą wolnością. Ponad wszystkich błogosławieni ci, którzy usłyszeli Jego wezwanie wówczas i służyli Mu dzień po dniu, w miarę jak wzrastała w nich moc posłuszeństwa. Lecz dalej: czy jesteście świadomi, że mniej lub bardziej zaniedbaliście tę łaskawą sposobność i pozwoliliście, by szatan was dręczył? Oto On woła was po raz wtóry; wzywa was przez obudzone uczucia wasze raz i jeszcze raz, zanim was ostatecznie opuści. Sprowadza was na czas (niejako) do drugiej młodości przez pilne wezwania wzbudzonej bojaźni, wdzięczności, miłości i nadziei. Na powrót stawia was na chwilę w tym wczesnym, nieuformowanym stanie natury, gdy nie było jeszcze przyzwyczajenia ani charakteru. Wyrywa was z siebie samych, odbierając na pewien czas grzechowi jego zakorzenioną nad wami władzę. Niechaj te nawiedzenia nie przeminą „jak obłok poranny i jak rosa wczesna". Na pewno wciąż naszłe was niekiedy wyrzuty sumienia za waszą obojętność wobec Niego. Grzech wasz stoi wam przed oczami; niewdzięczność wasza wobec Boga wzrusza was. Idźcie pilnie poznać Pana i zaskarbić sobie Jego łaskę przez działanie według tych poruszeń; przez nie On z wami się rozmawia, jak rozmawia i przez wasze sumienie; są one narzędziami Jego Ducha, wzywającymi was, byście szukali swego prawdziwego pokoju. Nie dziwcie się też, że choć im ulęgacie, one przemijają; wypełniły już swą służbę, a jeśli obumierają, to tylko tak jak kwiat przemienia się w owoc, który jest o wiele lepszy. Muszą obumrzeć. Może potem przyjdzie wam pracować w ciemności, z dala od obecności Zbawiciela, w domu własnych myśli, wśród obrazów tego świata, głosząc Jego chwałę pośród ludzi o zimnych sercach. A jednak bądźcie w pełni przekonani, że wytrwałe, zgodne z sobą posłuszeństwo, choć pozbawione wzlotów i gorącego wzruszenia, jest o wiele milsze Jemu niż wszystkie owe namiętne tęsknoty za życiem w Jego obliczu, które wydają się bardziej podobne do religii nieuczonym. W najlepszym razie te ostatnie są jedynie wdzięcznym początkiem posłuszeństwa — wdzięcznym i stosownym w dzieciach, lecz w duchowo dojrzałych mężach niestosownym, jak niestosowne byłoby oddawanie się zabawom chłopięcym w późnych latach. Uczcie się żyć wiarą, która jest spokojną, rozważną, rozumną zasadą, pełną pokoju i pociechy, a widzi Chrystusa i raduje się w Nim, choć oddalona od Jego obecności, by pracować w świecie. Otrzymacie waszą nagrodę. On „ujrzy was znowu, a serce wasze się rozraduje, i radości waszej nikt wam nie odbierze".