HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom I

Kazanie XIV. Wzruszenie religijne

Gdy moja wiara stała się letnia Oschłości i strapienia
„Lecz on tym mocniej nalegał: Choćbym miał umrzeć z Tobą, nie zaprę się Ciebie."
W skrócie. Newman ostrzega, że gwałtowne wzruszenia religijne — jak entuzjazm tłumu wołającego „Hosanna!” czy samopewność Piotra przed zaparciami — nie są ani miarą wiary, ani gwarancją wytrwałości. Wzruszenia są niekiedy naturalną i nawet stosowną towarzyszką prawdziwej zasady, lecz nie należy ich pobudzać ani na nich polegać; stopniowo zanikają u wszystkich. Prawdziwa religijna zasada jest spokojna, rozważna, wolna od wybuchowości, a jej dowodem nie uczucia, lecz czyny zaparcia się siebie.

„Jeden tajemny czyn zaparcia się siebie, jedna ofiara z upodobania na rzecz obowiązku — wart jest więcej niż wszystkie dobre myśli, gorące uczucia i namiętne modlitwy, w których próżniacy się lubują.”

*„Lecz on tym mocniej nalegał: Choćbym miał umrzeć z Tobą, nie zaprę się Ciebie."* — Mk 14,31

Nie zamierzam dziś czynić z upadku świętego Piotra bezpośredniego przedmiotu naszych rozważań, choć z tego właśnie tekstu wziąłem motto; chcę natomiast wskazać wam pewną ważną prawdę, którą ów upadek — a wraz z nim inne zdarzenia tej samej pory — szczególnie mocno uwydatnia: mianowicie że gwałtowny impuls nie jest tym samym co mocne postanowienie — że człowiek może mieć rozbudzone uczucia religijne, a nie być przez to wcale bardziej skłonny do posłuszeństwa Bogu w praktyce, raczej wręcz odwrotnie: mniej skłonnym. Ta ważna prawda przywodzi nam się na myśl rozmaitymi drogami w porze poświęconej pamięci zdrady i śmierci Chrystusa. Kontrast ukazany w Ewangeliach pomiędzy Jego zachowaniem z jednej strony, gdy zbliżał się czas ukrzyżowania, a zachowaniem zarówno Jego uczniów, jak i żydowskiego tłumu z drugiej — jest pełen pouczenia, jeśli tylko zechcemy je przyjąć: On niezłomnie kierował oblicze ku tym cierpieniom, które były Odkupieniem za nasze grzechy, a jednak bez żadnego wzburzenia umysłu ani rozgorączkowania; Jego uczniowie zaś i żydowski lud — najpierw głosząc Mu swoje oddanie w zapalczywych słowach, a potem ci pierwsi opuszczając Go, drudzy wołając nawet o Jego ukrzyżowanie. Wjechał do Jerozolimy w triumfie; tłum ścinał gałęzie palmowe i słał je na drodze, jak czyniono na cześć króla i zwycięzcy. Niedawno wskrzesił Łazarza z martwych, a tak wielki cud pozyskał Mu wielką, choć przemijającą, przychylność ludu. Rzesze ciągnęły do Betanii, by oglądać Jego i Łazarza; a gdy wyruszył ku Jerozolimie, gdzie miał ponieść mękę, one — nie przeczuwając wcale, że wkrótce będą wołać: „Ukrzyżuj Go!" — wyszły Mu naprzeciw z gałęziami palmowymi i witając Go jako swego Mesjasza, wprowadziły do świętego miasta. Był to przykład zbiorowego uniesienia. Następny przykład wzburzonego uczucia widzimy w owej smutnej zarozumiałości świętego Piotra zawartej w tekście. Gdy Zbawiciel przepowiedział Piotrowi jego próbę i upadek, Piotr w końcu „tym mocniej nalegał: Choćbym miał umrzeć z Tobą, nie zaprę się Ciebie". Wszakże po niedługim czasie zarówno lud, jak i Apostoł porzucili swego Mesjasza; żar ich pobożności dobiegł kresu.

Może się wydawać — powiem szczerze — że okoliczność, którą wskazuję, choć w istocie znamienna, należy do takich, na których mało jest pożytku się zatrzymywać, kiedy przemawia się do mieszanego zgromadzenia, bo większość ludzi zbyt mało przejmuje się religią. Na tej podstawie można by twierdzić, że zadaniem nauczania chrześcijańskiego jest raczej wyrywanie ich z odrętwienia niż ostrzeganie przed nadmiarem uczuć religijnych. Odpowiadam, że brać chwilowe wzruszenie lub same dobre myśli za posłuszeństwo to złudzenie o wiele powszechniejsze, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Iluż jest ludzi, którzy gdy sumienie wyrzuca im zaniedbanie obowiązku, pocieszają się refleksją, że nigdy nie traktowali religii z jawną pogardą — że od czasu do czasu miewali poważne myśli — że przy pewnych uroczystych okazjach doznawali wzruszenia i zgrozy — że zdarzało im się zanurzyć się w gorącej modlitwie do Boga — że przypadkowo prowadzili z przyjacielem poważną rozmowę! To, powiadam, zdarza się często wśród ludzi zwących się chrześcijanami. Mamy jeszcze jeden powód, by nalegać na to zagadnienie. Nikt (rzecz oczywista) nie może być religijnym bez zaangażowania w religię całego serca; uczucia muszą w niej brać czynny udział; i ku temu zmierza wszelkie chrześcijańskie nauczanie. Jeśli zaś tak jest, to bez wątpienia wielkie grozi niebezpieczeństwo, by uczucia nie zostały użyte w sposób przewrotny. W miarę jak religijny obowiązek jest trudny, w tej mierze jest też podatny na nadużycie. Właśnie dlatego, że pragnę uczynić was gorliwymi w religii, muszę was też ostrzec przed gorliwością pozorną, która nieraz zwodzi ludzi z prostej drogi posłuszeństwa i w którą większość ludzi skłonna jest popaść właśnie wtedy, gdy po raz pierwszy przebudza się do poważnego rozważania swych obowiązków. Nie wystarczy wzywać was, byście służyli Chrystusowi w wierze, bojaźni, miłości i wdzięczności; trzeba dbać o to, by była to wiara, bojaźń, miłość i wdzięczność zdrowej myśli. Ów gwałtowny zamęt gorliwości, który święty Piotr odczuwał przed próbą, opuścił go w jej obliczu. Owo głośne podziwianie cudów naszego Zbawiciela przez tłum przemieniło się nagle w bluźnierstwo. Tak może dziać się teraz jak i wtedy; i często dzieje się w sposób bolesny dla nauczyciela chrześcijańskiego. Przekonuje się on, że o wiele łatwiej jest wzbudzić w ludziach zainteresowanie religią — choć i to jest trudne — niż opanować ducha, który rozbudził. Jego słuchacze, gdy ich uwaga jest pozyskana, wkrótce zaczynają myśleć, że nie idzie dość daleko; potem szukają środków, jakich on im nie dostarczy, by podtrzymywać i oddawać się samym uczuciom, zaniedbując pokornych, praktycznych wysiłków służby Bogu. Po pewnym czasie, jak ów tłum, nagle odwracają się ku światu — albo zupełnie wyrzekając się Chrystusa, albo zapierając się Go jak Piotr, albo powoli pogrążając się w samej zewnętrznej formie posłuszeństwa, wciąż jednak mniemając siebie prawdziwymi chrześcijanami i pewnymi łaski Boga Wszechmogącego.

Z tych powodów sądzę, że równie ważna jest rzeczą ostrzegać ludzi przed porywczymi uczuciami w religii, jak nawoływać ich, by oddali jej serce. Przystępuję przeto do dokładniejszego wyjaśnienia, jaki jest stosunek silnych wzruszeń do zdrowej zasady chrześcijańskiej i na ile są z nią zgodne.

Otóż ów doskonały stan ducha, do którego musimy dążyć i który udziela Duch Święty, jest świadomym przełożeniem służby Bożej nad wszystko inne, niezłomnym postanowieniem oddania Mu wszystkiego; miłością ku Niemu nie burzliwą i namiętną, lecz taką, jaką dziecko żywi ku rodzicom — spokojną, pełną, pełną czci, kontemplacyjną, posłuszną. Tu jednak można zarzucić, że nie zawsze jest to możliwe: że nie możemy unikać wzruszenia w pewnych chwilach; że nawet biorąc za przykład rodziców i dzieci — człowiek bywa wyrywany z owego spokojnego uczucia, jakim darzy ojca i matkę, i nurtowany rozmaitymi emocjami; wreszcie że gorliwość na przykład, choć jest cnotą chrześcijańską, jest niemal nieodłączna od żarliwości i namiętności. Na to odpowiadam, że nie opisuję stanu ducha, jaki ktokolwiek z nas osiągnął, mówiąc, że jest całkowicie spokojny i rozważny, lecz stan doskonały — ten, do którego powinniśmy dążyć. Wiem, że z różnych przyczyn często nie można uniknąć wzburzenia i uniesienia; pytanie jednak, które stoi przed nami, brzmi: czy powinniśmy wysoko cenić gwałtowne wzruszenia, czy powinniśmy je pobudzać. Bez wątpienia nie jest grzechem odczuwać niekiedy namiętne uniesienia w rzeczach religii; jest to naturalne u niektórych ludzi, a w pewnych okolicznościach jest chwalebne u innych. Są to jednak zdarzenia przypadkowe. Jako ogólna zasada: im bardziej ludzie stają się religijni, tym stają się spokojniejsi; a zasada religijna, rozpatrywana sama w sobie, jest zawsze spokojna, umiarkowana i rozmysłna.

Przejrzyjmy niektóre z owych okoliczności przypadkowych, o których mówię.

1. Naturalne usposobienia ludzi różnią się bardzo. Jedni mają wyobraźnię żywą i uczucia silne i z natury rzeczy wyrażają się gwałtownie. Nie ulega wątpliwości, że nie można sprawić, by wszyscy ludzie myśleli i czuli jednakowo. Tacy ludzie oczywiście mogą posiadać głęboko zakorzenioną zasadę. Twierdzę jedynie, że ich żarliwość sama przez się nie czyni ich wiary głębszą i prawdziwszą; że nie powinni uważać się za lepszych od innych z jej powodu; że powinni strzec się, by nie brać jej za dowód swej prawdziwej gorliwości, zamiast pilnie badać swoje postępowanie, szukając w nim rzetelnych owoców wiary.

2. Następnie, poza tym, są jeszcze szczególne okoliczności, w których wzburzone uczucia są naturalne, a nawet godne pochwały — nie ze względu na nie same, lecz ze względu na szczególne okoliczności, w jakich powstają. Na przykład jest rzeczą naturalną, by człowiek odczuwał szczególny żal za grzechy, gdy po raz pierwszy zaczyna myśleć o religii; powinien odczuwać gorzkie boleści i gorące nawrócenie. Lecz takie wzruszenie wyraźnie nie jest najwyższym stanem ducha chrześcijańskiego; jest ono jedynie pierwszym poruszeniem łaski w nim. Grzesznik rzeczywiście nie może uczynić nic lepszego; lecz w miarę jak poznaje moc prawdziwej religii, takie wzburzenie będzie zanikać. Cóż to innego jak powiedzieć, że przemiana ducha jest jedynie wstępnym stanem chrześcijanina? Kto wątpi, że grzesznicy obowiązani są nawrócić się i zwrócić do Boga? A przecież Aniołowie nie znają nawrócenia, a kto przeczy, że ich pokój duszy jest wyższą doskonałością niż nasza? Kobieta, która była grzesznicą, gdy przyszła za Panem naszym, rzewnie płakała i łzami obmywała Jego nogi. Dobrze uczyniła; uczyniła co mogła i zasłużyła na pochwałę naszego Zbawiciela. Jasne jednak, że nie był to trwały stan ducha. Był to jedynie pierwszy krok w religii i bez wątpienia z czasem by zanikł. Był to jedynie przypadek pewnego momentu. Gdyby jej wiara nie miała głębszego korzenia niż to wzruszenie, rychło dobiegłaby końca, jak gorliwość Piotra.

Podobnie, ilekroć wpadamy w grzech — a jakże często nam się to zdarza! — im prawdziwsza jest nasza wiara, tym bardziej będziemy przez pewien czas zasmuceni, może wzburzeni. Bez wątpienia; a jednak dziwnym postępowaniem byłoby przywiązywać wielką wagę do tego niepokoju. Choć złym znakiem jest, gdy go nie odczuwamy (stosownie do naszego usposobienia), to jednak gdy go odczuwamy, cóż z tego? Nie świadczy on o żadnej wysokiej doskonałości chrześcijańskiej; powtarzam — jest jedynie cnotą stanu bardzo niedoskonałego. Złym jest najlepsza ofiara, jaką możemy złożyć Bogu po popełnieniu grzechu. Z drugiej strony, im bardziej wytrwałe jest nasze zwykłe posłuszeństwo, tym rzadziej będziemy podlegać takim uczuciom.

3. Wreszcie przypadkowe zdarzenia życiowe będą nas niekiedy wzburzać: utrapienie i ból; złe wieści; choć i tu Psalmista opisuje wyższy stan ducha — spokojną ufność wierzącego, który „nie ulęknie się złej nowiny, bo serce jego utwierdzone jest, ufa Panu". Czasy prześladowania wzburzą umysł; okoliczności szczególnej wagi w losach Kościoła wywołają trwogę i obawę. Wpływ niektórych z tych przyczyn dostrzegamy w różnych miejscach listów świętego Pawła. Takie wzruszenie nie jest jednak istotą prawdziwej wiary, choć jej przypadkowo towarzyszy. W czasach utrapienia ludzie religijni będą mówić otwarciej o rzeczach religii i odsłaniać swe uczucia; w innych czasach będą je skrywać. Nie są przez to ani lepsi, ani gorsi.

Wszystko to można zilustrować z Pisma Świętego. Widzimy, jak te same modlitwy są wznoszone, a te same postanowienia wyrażane przez mężów pobożnych — czasem w sposób spokojny, czasem z większą żarliwością. Jakże cicho i prosto Agur zanosi modlitwę do Boga! „Dwóch rzeczy żądam od Ciebie; nie odmawiaj mi ich przed śmiercią moją. Oddal ode mnie fałsz i kłamstwo; nie dawaj mi ubóstwa ani bogactwa; żyw mnie chlebem stosownym dla mnie." Święty Paweł zaś z większą gorącością — gdyż znajdował się w utrapieniach dotkliwszych, lecz nie przez to cenniejszy był w oczach Boga — mówi: „Nauczyłem się być zadowolonym w każdym stanie, w jakim się znajduję. Umiem żyć w uniżeniu i umiem mieć dostatek" — i tak dalej. Jozue mówi po prostu, lecz stanowczo: „Ja zaś i mój dom służyć będziemy Panu." Święty Paweł mówi równie stanowczo, lecz z większym wzruszeniem, gdy przyjaciele prosili go, by nie szedł do Jerozolimy: „Dlaczego płaczecie i rozdzieracie mi serce? Gotów jestem bowiem nie tylko na więzy, ale i na śmierć w Jerozolimie dla imienia Pana Jezusa." Patrzcie, jak spokojny jest Hiob w swym poddaniu: „Pan dał, Pan wziął; niech będzie imię Pańskie błogosławione." I jak spokojnie ten sam Apostoł, który w zmaganiach bywał przypadkowo wzburzony, wyraża u schyłku życia swą pewność zbawienia: „Gotów jestem już być ofiarowany… Zachowałem wiarę. Odtąd odłożona mi jest korona sprawiedliwości."

Uwagi te mogą wystarczyć, by ukazać stosunek, w jakim wzburzone uczucia pozostają do prawdziwej zasady religijnej. Są niekiedy naturalne, niekiedy stosowne; nie są jednak samą religią. Przychodzą i odchodzą. Nie należy na nich polegać ani ich pobudzać; gdyż, jak w przypadku świętego Piotra, mogą wypierać prawdziwą wiarę i prowadzić do samooszustwa. Z biegiem czasu będą traciły swe miejsce w nas, w miarę jak nasze posłuszeństwo staje się ugruntowane — po części dlatego, że ci, których myśl utwierzona jest w Bogu, otoczeni są doskonałym pokojem i chronieni od wszelkich wzburzających uczuć; po części zaś dlatego, że uczucia te same przez się utrwalają się w przyzwyczajenia mocą wiary i zamiast przychodzić i odchodzić, i wzburzać umysł swą nagłością — zostają trwale zachowane, o ile jest w nich cokolwiek dobrego, i nadają chrześcijańskiemu charakterowi głębszą barwę i żywszą wyrazistość.

Warto zauważyć, że w tych rozważaniach przyjąłem za pewnik — jako niewymagający dowodu — że najwyższe usposobienie chrześcijańskie jest wolne od wszelkich gwałtownych i burzliwych uczuć. Jeśli zaś pragniemy jakiegoś dowodu na to, zwróćmy się do naszego Najwyższego Wzoru, Jezusa Chrystusa, i zbadajmy, jakim był charakter owej doskonałej świętości, jaką On jeden spośród wszystkich ludzi kiedykolwiek okazywał.

I czy gdziekolwiek znajdziemy taki spokój i prostotę, jakie cechowały Jego pobożność i posłuszeństwo? Kiedy przemawia On z żarliwością lub gwałtownością? A jeśli jest jedno lub dwa Jego słowa wypowiedziane w tajemniczej agonii i śmierci, naznaczone energią, której nie pojmujemy i przed którą grzesznicy powinni w milczeniu oddawać cześć — to jakże wyraźne i niezaprzeczalne jest Jego opanowanie w ogólnym charakterze Jego słów i czynów! Rozważcie modlitwę, którą nam dał — tym bardziej jest to do rzeczy, że dał ją właśnie jako wzór dla naszego kultu. Jakże prosta i nieozdobna jest ta modlitwa! Jak niewielu ma słów! Jak poważne i uroczyste są prośby! Jakże całkowita nieobecność wrzawy i gorączkowego wzruszenia! Zaiste własne nasze uczucia mówią nam, że nie może być inaczej. Przypuszczać inaczej byłoby brakiem czci wobec Niego. — Kiedy indziej, gdy mówi się, że „rozradował się w Duchu", Jego dziękczynienie naznaczone jest tą samą niezachwianą ciszą. „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie." — Pomyślcie znowu o Jego modlitwie w ogrodzie. Był wtedy w udręce ducha, której nie pojmujemy. Coś, nie wiemy co, ciążyło Mu wielce. Modlił się, by Go oszczędzono ostatniej gorzkości Jego próby. A jednak jak powściągliwe i jak zwięzłe jest to błaganie! „Abba, Ojcze, Tobie wszystko jest możliwe: oddal ten kielich ode Mnie; wszakże nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty chcesz." I jest to tylko jeden przykład, choć główny, owej głębokiej spokojności ducha, która jest widoczna przez całą uroczystą historię Odkupienia. Przeczytajcie rozdział trzynasty Ewangelii świętego Jana, w którym opisane jest, jak umywa nogi swoim uczniom, szczególnie Piotrowi. Rozważcie Jego poważne słowa skierowane w różnych chwilach do Judasza, który Go wydał; Jego zachowanie, gdy pojmali Go wrogowie, gdy stanął przed Piłatem, i wreszcie gdy cierpiał na krzyżu. Kiedy daje nam przykład namiętnej pobożności, entuzjastycznych pragnień lub niepohamowanych słów?

Taką jest lekcja, którą nam daje zachowanie naszego Zbawiciela. Przypomnijcie teraz, jak pilnie uczy nas tego samego nasz własny Kościół. Chrystus dał nam modlitwę, by kierowała naszą modlitwą do Ojca; i na tym wzorze ściśle opiera się nasza własna liturgia. Na próżno szukalibyście w Księdze Modlitw długich lub gwałtownych modlitw; gdyż jedynie przy pewnych okazjach wzburzenie ducha jest rzeczą słuszną, lecz zawsze istnieje wezwanie do powagi, dostojeństwa, prostoty, rozmyślnej ufności, głębokiej pokory. Wiele osób, bez wątpienia, uważa z tego właśnie powodu modlitwy kościelne za zimne i formalne. Nie dostrzegają ich wysokiej doskonałości i sądzą, że bez trudu napisaliby modlitwy lepsze. Gdy takie opinie są głoszone, zupełnie wystarczy skierować myśl ku nakazowi i przykładowi naszego Zbawiciela. Nie można zaprzeczyć, że ci, którzy tak mówią, powinni konsekwentnie uznać modlitwę Pańską za wadliwą; i nieraz są na tyle bezbożni, że tak myślą i to wyznają. Lecz pomijam to. Przypuśćmy dla samego argumentu, że Jego nakazy były celowo niepełne, jako dane przed zstąpieniem Ducha Świętego — cóż jednak powiedzą na Jego przykład? Czy nawet najpełniejsze światło Ewangelii objawione po Jego zmartwychwstaniu może przybliżyć nas, naśladowców, choćby w odległym zarysie do świętości naszego Błogosławionego Pana? A przecież jak spokojny był On — doskonały człowiek — w swoim własnym posłuszeństwie!

Na zakończenie: uczmy się przestrogą z upadku świętego Piotra. Nie obiecujmy wiele; nie mówmy wiele o sobie samych; nie bądźmy zarozumiali ani nie zachęcajmy się nawzajem do porywczego i śmiałego języka w sprawach religii. Uczmy się też przestrogą z owego zmiennego tłumu, który wołał najpierw „Hosanna!", a potem „Ukrzyżuj!". Cud wprawił ich nagle w uwielbienie Zbawiciela — skutek ów wkrótce przeminął. I tak szczególne miłosierdzie Boże wznieca nas niekiedy na pewien czas. Czujemy, jak Chrystus przemawia do nas przez nasze sumienia i serca; i zdaje nam się, że zapewnia nas, iż jesteśmy Jego wiernymi sługami, gdy tymczasem wzywa nas jedynie, byśmy Go przyjęli. Nie zadowalajmy się mówieniem „Panie, Panie" bez „czynienia tego, co On nakazuje". Syn rolnika, który rzekł: „Idę, panie!" — a nie poszedł do winnicy — nic nie zyskał swymi gładkimi słowami. Jeden tajemny czyn zaparcia się siebie, jedna ofiara z upodobania na rzecz obowiązku — wart jest więcej niż wszystkie dobre myśli, gorące uczucia i namiętne modlitwy, w których próżniacy się lubują. Więcej pociechy przyniesie nam na łożu śmierci wspomnienie jednego uczynku miłosierdzia, czystości lub pokory, który kosztował nas wyrzeczenia, niż przypomnienie sobie wielu wylewanych łez, powracających uniesień i licznych duchowych zachwytów. Te ostatnie uczucia przychodzą i odchodzą; mogą, a mogą i nie towarzyszyć szczeremu posłuszeństwu; nigdy nie są jego dowodem; lecz dobre uczynki są owocami wiary i zapewniają nas, że należymy do Chrystusa; są nam pociechą jako świadectwo Ducha działającego w nas. Na podstawie ich będziemy sądzeni w dzień ostateczny; i choć nie mają wartości same w sobie — z powodu zmazy grzechu, która kładzie swoje piętno na wszystkim, co czynimy — zostaną przyjęte przez wzgląd na Niego, który przeżył agonię w ogrodzie i cierpiał jako grzesznik na krzyżu.

---

← wróć do odkrywania