HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom I

Kazanie XV. Wiara religijna jest rozumna

Gdy wiara wydaje się nierozumna Wiara a rozum
„Nie zachwiał się w wierze, nie zwątpił w obietnicę Bożą, lecz umocnił się w wierze, oddając chwałę Bogu, i będąc w pełni przekonany, że cokolwiek obiecał, mocen jest też spełnić."
W skrócie. Newman obala zarzut, że wiara chrześcijańska jest irracjonalna: w życiu codziennym nieustannie działamy na zasadzie zaufania — wspomnieniom, rozumowi, relacjom innych ludzi — i nikt nie uważa tego za nierozsądne. Wiara w Boga i Jego słowo jest tym samym rodzajem zaufania, tyle że skierowanym ku najwyższemu i najgodniejszemu zaufania Świadkowi. Kto odmawia wiary Bogu, a ufa ludziom, postępuje niekonsekwentnie i kieruje się nie rozumem, lecz pychą i miłością grzechu.

„Pismo Święte wzywa nas przeto jedynie, byśmy w odniesieniu do przyszłego życia postępowali tak, jak postępujemy każdego dnia w teraźniejszości.”

*„Nie zachwiał się w wierze, nie zwątpił w obietnicę Bożą, lecz umocnił się w wierze, oddając chwałę Bogu, i będąc w pełni przekonany, że cokolwiek obiecał, mocen jest też spełnić."* — Rz 4,20–21

Są ludzie poważni, którzy mają w zwyczaju opisywać wiarę chrześcijańską jako uczucie lub zasadę, do której zwykli ludzie nie są w stanie się wznieść; jako coś niezwykłego i osobliwego już ze swej samej natury, różniącego się rodzajowo od wszystkiego, co na nas wpływa i co nami kieruje w sprawach tego świata, i nie dopuszczającego żadnego przyrównania do naszego postępowania w tych sprawach. Uważają, że ponieważ wiara jest darem duchowym i z nieba pochodzi, jest przeto całkowicie nadludzka; i że porównywanie jej z jakąkolwiek z naszych naturalnych zasad lub uczuć jest jej uwłaczaniem. I w ten sposób prowadzą innych, szukających usprawiedliwienia dla własnego bezbożnego życia, do mówienia o wierze chrześcijańskiej jako czymś przesadnym i irracjonalnym, jako o zwykłym urojeniu lub uczuciu, które jedni mają, a drudzy nie; i które, co za tym idzie, odczuć mogą jedynie — i to z konieczności — ci, którzy są ku temu w szczególny sposób usposobieni. Otóż jest jak najbardziej prawdą, że przedmiot, na którym wiara skupia nasze myśli, że nauki Pisma Świętego są przedziwne i przepełnione chwałą w stopniu gdzieindziej niesłychanym i nieobjętym myślą; i prawdą jest również, że żaden umysł ludzki nie wytworzy w sobie nawyku wiary bez uprzedzającego i wspomagającego działania łaski Bożej. Ale bynajmniej nieprawdą jest, że sama wiara, to znaczy ufność, jest zasadą działania dziwną czy obcą; i twierdzenie, że jest irracjonalna, jest wręcz niedorzecznością. Mam na myśli taką wiarę, jak wiara Abrahama wspomniana w tekście, która skłoniła go do przyjęcia słowa Bożego wbrew własnemu doświadczeniu. I moim zamiarem jest teraz to wykazać.

Słuchając niektórych ludzi (mam na myśli tych, którzy szydzą z religii), można by sądzić, że wiara czy ufność nigdy nie towarzyszy nam poza sprawami religijnymi; podczas gdy tymczasem działamy na zasadzie zaufania co godzinę naszego życia. Gdy mówi się, że wiara jest zasadą religijną, to — powtarzam — rzeczy będące jej przedmiotem, nie zaś sam akt ich wierzenia, są właściwe religii. Weźmy kilka przykładów.

Rzecz oczywista: ufamy własnej pamięci. Nie jesteśmy teraz świadkami tego, co widzieliśmy wczoraj; a jednak nie wątpimy, że zdarzyło się tak, jak je wspominamy. Pamiętamy wyraźnie okoliczności poranka i południa. Zaufanie do pamięci jest w nas tak wielkie, że mógłby ktoś całe dnie przekonywać nas rozumowaniem, nie zdoławszy jednak skłonić nas do wiary, że przespaliśmy cały dzień, albo że wróciliśmy z długiej podróży, skoro nasza pamięć świadczy inaczej. Mamy więc wiarę w naszą pamięć; a cóż jest tu irracjonalnego?

Dalej: nawet gdy posługujemy się rozumem i jesteśmy o czymś przez rozumowanie przekonani, czymże jest to, jak nie zaufaniem do ogólnej rzetelności naszych władz rozumowych? Z poznania jednej rzeczy myślimy, że możemy być pewni co do innej, choć jej nie widzimy. Któż z nas wątpiłby, widząc wyraźne cienie na ziemi, że słońce świeci, choćby nasz wzrok akurat był zwrócony w przeciwną stronę? Tu mamy wiarę bez widzenia; ale nie ma tu nic sprzecznego z rozumem, chyba że rozum mógłby być sprzeczny sam ze sobą.

A chcę zwrócić waszą szczególną uwagę na to, że nieustannie ufamy naszej pamięci i naszym władzom rozumowym w ten właśnie sposób, chociaż nieraz nas zwodzą. Warto to podkreślić, gdyż mówi się niekiedy, że nie możemy być pewni, czy nasza wiara religijna nie jest omyłką. Twierdzę: pamięć i rozum często nas zwodzą; a jednak nikt nie powiada, że irracjonalne i niedorzeczne jest dalsze im zawierzanie — i to z tej prostej przyczyny, że w ogólności są one wiernymi i prawdziwymi świadkami, że tylko niekiedy nas w błąd wprowadzają; tak że prawdopodobieństwo przemawia za ich słusznością w tym lub owym konkretnym przypadku, który akurat rozważamy; i (znowu) dlatego, że we wszystkich sprawach praktycznych jesteśmy zmuszeni kierować się nie tym, co możliwe, lecz tym, co prawdopodobne. W sprawach codziennych nie mamy czasu na wybredne i przewrotne rozważania o nikłych szansach, że nas zwodzą. Musimy działać natychmiast, inaczej przestalibyśmy żyć. Istnieje szansa (nie można temu zaprzeczyć), że nasze dzisiejsze jedzenie może być zatrute — nie możemy być zupełnie pewni — lecz wygląda tak samo i smakuje tak samo, i otaczają nas dobrzy przyjaciele; nie powstrzymujemy się więc od niego mimo tej szansy, choć jest ona realna. Ta konieczność natychmiastowego działania jest naszym szczęściem w sprawach tego świata; w sprawach przyszłego życia, niestety, mamy czas na cielesne i niespokojne dociekania o możliwościach. I to jest nasza próba; i stanie się naszym potępieniem, jeśli poznawszy w sprawach tego życia czczość podobnych bezmyślnych dociekań o tym, co być może, będziemy im nadal folgować, gdy chodzi o przyszłość. Jeśli powiedziane zostanie, że niekiedy nie ufamy naszym władzom rozumowym — na przykład gdy wiodą nas do jakiegoś niespodziewanego wniosku — albo znowu naszej pamięci, gdy pamięć innego jej zaprzecza, pokazuje to jedynie, że są rzeczy, w których bylibyśmy słabi lub pochopni, gdybyśmy wierzyli; a to jest jak najbardziej słuszne. Bez wątpienia istnieje taka wada jak łatwowierność, czyli wiara zbyt łatwa i zbyt rozległa (którą w religii zowiemy przesądem); lecz ani nie dowodzi to, że wszelkie zaufanie jest irracjonalne, ani też, że zaufanie jest z konieczności irracjonalne, gdy oparte jest na tym, co jedynie prawdopodobne, i gdy można mu zaprzeczyć bez wyraźnej niedorzeczności. Gdy przyjrzymy się temu zagadnieniu bliżej, okaże się, że ściśle biorąc, wiemy niewiele ponad to, że istniejemy, i że jest niewidzialna Moc, której posłuszeństwo jesteśmy winni. Poza tym musimy ufać — najpierw naszym zmysłom, pamięci i władzom rozumowym, potem innym autorytetom — tak że w istocie prawie wszystko, co robimy każdego dnia naszego życia, opiera się na zaufaniu, to jest na wierze.

Lecz można by rzec, że wiara w tych informatorów — nasze zmysły i tym podobne — nie jest tym, co zwykle się przez wiarę rozumie; że ufanie naszym zmysłom i rozumowi jest w istocie jedynie ufaniem samym sobie; i że chociaż one niekiedy nas zwodzą, to są z nami tak nieustannie i tak nam posłuszne, że możemy posługiwać się nimi wzajemnie jako sprawdzianami; tak że w sumie poznajemy przez nie prawdę o rzeczach zupełnie dostatecznie, by na nich działać; że natomiast rzecz zgoła odmienna to ufanie drugiej osobie; że zaś wiara w biblijnym sensie tego słowa jest właśnie ufaniem drugiemu, nie jest więc przez powyższe przykłady dowiedziona jako rozumna.

Pojmijmy więc wiarę w tym znaczeniu: zaufanie słowu drugiego człowieka, w przeciwieństwie do zaufania sobie samemu. Takie jest pospolite znaczenie tego słowa, przyznaję — tak jak wtedy, gdy zestawiamy je z widzeniem i rozumem; a jednak to, com już powiedział, ma swój pożytek jako przypomnienie ludziom, pragnącym demonstracji w sprawach religii, że trudności istnieją również w sprawach zmysłów i rozumu. Ale postępując, jak sobie zamierzyłem — łatwo wykazać, że nawet rozumiejąc wiarę jako zaufanie drugiemu, nie jest ona bynajmniej irracjonalną ani dziwną zasadą postępowania w sprawach tego życia.

Gdy bowiem rozważymy dokładnie to zagadnienie, jakże mało jest rzeczy, które możemy sami ustalić za pomocą własnych zmysłów i rozumu! Cóż w końcu wiemy bez ufania innym? Wiemy, że jesteśmy w pewnym stanie zdrowia, w pewnym miejscu, że żyjemy od pewnej liczby lat, mamy pewne zasady i upodobania, otaczają nas pewni ludzie i być może w naszym życiu podróżowaliśmy do pewnych odleglejszych miejsc. Lecz cóż wiemy ponadto? Czyż nie ma miast (powiedzmy sobie) w odległości pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu mil od nas, których nigdy nie widzieliśmy, a które jednak w pełni wierzymy, że są takie, jak je nam opisano? Poszerzając nasz widnokrąg: wiemy, że ziemia rozciąga się na pewną liczbę mil w każdą stronę, a potem ze wszech stron jest morze; że jesteśmy na wyspie. Lecz kto widział tę ziemię dookoła i sam to sobie dowiódł? Co nas więc o tym przekonuje? Relacja innych — oto ta ufność, ta wiara w świadectwo, którą pyszni i grzeszni, gdy idzie o religię — i tylko wtedy — chcieliby nazwać irracjonalną.

A co przytoczyłem jako przykład jednego zbioru faktów, którym wierzymy, w równej mierze odnosi się do niezliczonych innych, niemal do wszystkich tych, o których sądzimy, że je znamy.

Rozważcie, jak ludzie w sprawach życiowych, ba, wszyscy my, zawierzamy — i musimy zawierzać — osobom, których nigdy nie widzieliśmy lub znamy jedynie pobieżnie; ba, ich pismu ręcznemu, które — kto wie — mogłoby być sfałszowane, jeślibyśmy mieli spekulować i snuć domysły o tym, co być może. Działamy na podstawie naszego zaufania do nich bezwarunkowo, gdyż zdrowy rozsądek mówi nam, że przy należytej ostrożności i roztropności zaufanie innym jest zupełnie bezpieczne i rozumne. Pismo Święte wzywa nas przeto jedynie, byśmy w odniesieniu do przyszłego życia postępowali tak, jak postępujemy każdego dnia w teraźniejszości. Albo znowu: jakże pewni jesteśmy wszyscy (gdy pomyślimy o tym), że wcześniej czy później musimy umrzeć. Nikt poważnie nie myśli, że może śmierci ujść; i ludzie rozporządzają swoim majątkiem i układają swoje sprawy, rozważając z pełnym przekonaniem — nie wprawdzie dokładny czas swej śmierci, lecz śmierć jako coś, co ich wcześniej czy później czeka. Rzecz oczywista; byłoby wysoce irracjonalne z ich strony nie oczekiwać jej. A jednak zauważcie: jaki dowód ma ktokolwiek z nas, że umrze? Bo inni umierają? Skąd to wie? Czy widział ich śmierć? Nie może wiedzieć nic o tym, co się działo przed jego narodzeniem, ani o tym, co się zdarza w innych krajach. Jakże mało wie o tym wszystkim — jedynie że jest to ogólnie przyjęty fakt, i że niepodobna zaprzeczyć temu, o czym ludzkość jako całość zaświadcza, chociaż każda jednostka ma jedynie proporcjonalny swój udział w tym powszechnym świadectwie! A ponadto nieustannie wierzymy rzeczom nawet wbrew własnemu osądowi, to znaczy wtedy, gdy uważamy, że nasz informator wie więcej o rozważanej sprawie niż my sami — co jest właśnie przypadkiem dotyczącym wiary religijnej. I tak z oparcia na innych czerpiemy wiedzę wszelkiego rodzaju, i przystępujemy do rozumowania, osądzania, decydowania, działania, do układania planów na przyszłość. I w tym wszystkim — powiadam — zaufanie leży u podstaw; i świat zowie to roztropnością (i słusznie); a brak zaufania i działania w oparciu o zaufanie — nieroztropnością, lub też — może — upartą głupotą, albo szaleństwem.

Lecz dalej prowadzić tego nie potrzeba; świat nie mógłby istnieć bez zaufania. Najbardziej przygnębiającym zdarzeniem, jakie może spotkać państwo — wiemy to — jest szerzenie się braku zaufania między ludźmi. Nieufność, brak wiary, przerywa same węzły społeczności ludzkiej. Czyż więc za jedynie rozumne będziemy uważali, gdy człowiek niewiedzący zawierza swemu bliźniemu, ba, ustępuje przed cudzym sądem jako lepszym od własnego, a za sprzeczne z rozumem poczytamy to, gdy ktoś, jak Abraham, daje posłuch Słowu Bożemu i przedkłada obietnicę Bożą nad własne krótkowzroczne oczekiwanie? Abraham trwał wprawdzie w nadziei wbrew nadziei — w nadziei, którą dawała Boska obietnica, wbrew nadziei wskazywanej przez naturę. Wyobrażał sobie, że nigdy nie będzie miał syna, a Bóg mu syna obiecał. Czy jednak nie miał prawa przemówić do tych zadufanych w sobie, którzy wzbraniają się kroczyć śladami jego wiary, słowami słusznej nagany? „Jeśli przyjmujemy świadectwo ludzkie" (mógłby słusznie przytoczyć za Apostołem), „świadectwo Boże jest większe". Dlatego „nie zachwiał się w wierze, nie zwątpił w obietnicę Bożą, lecz umocnił się w wierze, oddając chwałę Bogu, i będąc w pełni przekonany, że cokolwiek obiecał, mocen jest też spełnić".

Lecz można by wysunąć zarzut: „Prawda, gdybyśmy wiedzieli na pewno, że Bóg przemówił do nas tak, jak przemówił do Abrahama, byłoby zaiste szaleństwem nie wierzyć Mu; lecz nie Jego głos słyszymy, lecz głos człowieka, mówiącego w Jego imieniu. Kościół powiadamia nas, że Bóg objawił człowiekowi swoją wolę; a Słudzy Kościoła wskazują na księgę, którą nazywają świętą i zawierającą słowa Boże. Jak mamy wiedzieć, czy mówią prawdę, czy nie? Czy wierzyć w to jest zgodne z rozumem, czy sprzeczne?"

Zarzut ten prowadzi nas do zagadnienia bardzo rozległego i ważkiego, choć nie sądzę, by ogólnie biorąc było ono zbyt praktyczne; mianowicie: jakie są nasze racje, by wierzyć, że Biblia pochodzi od Boga? Jeśli ktoś pyta o to w szyderczy sposób, nie należy mu odpowiadać; gdyż jest bezbożnikiem i naraża się na klątwę wypowiedzianą przez świętego Pawła na nieprzyjaciół Pana Jezusa. Lecz jeżeli człowiek pyta szczerze, pragnąc znaleźć prawdę, trwając w pokornym wyczekiwaniu na Boga, a jednak zatrwożony tym, że zna lub jest świadkiem czynów szyderców i śmiałych bluźnierców, i słyszący ich czcze rozumowania, nie wiedząc, co o nich myśleć ani mówić — niech rozważy następujące uwagi, którymi kończę.

A zatem, po pierwsze: cokolwiek podobni bezbożnicy mogą mówić o swojej gotowości do wierzenia, gdyby tylko mogli znaleźć ku temu racje — choćby gotowi byli przyznać, że każdego dnia bierzemy rzeczy na wiarę i że postępowanie w oparciu o wiarę jest samo w sobie jak najbardziej rozumnym sposobem działania — chociaż mogą udawać, że nie sprzeciwiają się wymaganiu wiary, lecz twierdzą jedynie, że uważają za niesprawiedliwe, iż nie dano im lepszych dowodów dla uwierzenia w to, w co nakazuje im wierzyć bez wątpliwości, mianowicie w Boskie pochodzenie Biblii — mimo tego wszystkiego, bądźcie pewni (w bardzo wielu przypadkach), że szemrzą, iż się od nich wymaga wiary, że nie lubią być zmuszani do działania bez widzenia, że wolą ufać sobie niż Bogu, nawet gdyby można im było dowieść jasno, że Bóg naprawdę do nich mówi. Gdyby Boga ujrzeli, gdyby pokazał się tak, jak ukaże się w dniu ostatecznym, i tak pozostaliby wierni swoim nędznym i żałosnym duszom i byliby praktycznie nieposłuszni władzy Bożej. Świadczy o tym ich postępowanie. Czemuż bowiem tak często szydzą z ludzi religijnych, jakby byli bojaźliwi i małoduszni, jedynie dlatego że boją się grzeszyć? Czemuż wyszydzają sumiennych, którzy nie chcą przysięgać, ani wymawiać się w sposób nieprzyzwoity, ani żyć rozwiąźle? Jasne, że samą wiarę wyszydzają; nie wierzenie z fałszywych powodów, lecz samo wierzenie. Tu właśnie okazują, co nimi naprawdę rządzi. Nie lubią więzów religii; nie lubią zależności. Ufać drugiemu, a tym bardziej ufać mu bezwarunkowo, to przyznawać się do niższości wobec niego; a dumna natura człowieka tego znieść nie może. Skłonny jest uważać to za niegodne mężczyzny i wstydzić się tego; obiecuje sobie wolność przez zerwanie łańcucha (jak to nazywa), który wiąże go z jego Stwórcą i Odkupicielem. Zapytacie: czemuż więc tacy ludzie ufają sobie nawzajem, skoro są tak dumni? Odpowiadam: bo nie mogą inaczej; i znowu, że gdy ufają, sami doznają zaufania wzajemnie, co stawia ich niejako na równi z innymi. Jeśli nie zawiązuje się ta wzajemna zależność, to prawda: nie mogą znieść bycia zobowiązanym do ufania drugiemu, do zależenia od niego. I to jest powodem, dla którego tacy ludzie są tak skłonni do wzniecania buntów i rebelii w sprawach narodowych. Tworzą sobie w umyśle jakiś obraz wolności — wolności od jarzma zależności, którą uważają za swoje naturalne prawo i do której dążą; wolności podobnej do tej, do której aspirował szatan, gdy zbuntował się przeciw Bogu. Niechaj więc ci ludzie wyznają, co chcą, o tym, że nie sprzeciwiają się wierze samej w sobie — nie lubią jej. I dlatego niezmiernie nam potrzebne jest oswajanie naszego umysłu z faktem, na którym nalegałem: że prawie wszystko, co czynimy, opiera się na czystym zaufaniu do innych. Od urodzenia jesteśmy stworzeniami zależnymi, całkowicie zależnymi — bezpośrednio od człowieka; a ta widzialna zależność żywo przypomina nam o naszej prawdziwszej i pełniejszej zależności od Boga.

Następnie stwierdzam, że ci niewierni, którzy wypowiadają twarde słowa przeciw Pismu Świętemu, sami siebie skazują swoimi własnymi ustami — oto w jaki sposób. Błędem jest sądzić, że nasze posłuszeństwo woli Bożej opiera się jedynie na wierze w słowa tych, którzy powiadają nam, że Pismo Święte pochodzi od Boga. Słuchamy Boga przede wszystkim dlatego, że rzeczywiście czujemy Jego obecność w naszym sumieniu, nakazującą nam być Mu posłusznym. I to właśnie, powiadam, zbija argumenty tych oponentów na ich własnym gruncie; gdyż sam powód, który przytaczają dla swej niewiary, to że ufają własnym zmysłom i rozumowi, bo swoim, bardziej niż słowom Sług Bożych. A teraz pytam: jeśli ufają swym zmysłom i swemu rozumowi, czemuż nie ufają też swemu sumieniu? Czy sumienie nie jest ich własne? Sumienie jest im tak samo właściwe, jak ich rozum; i zostało w nich złożone przez Boga Wszechmogącego, aby równoważyło wpływ zmysłów i rozumu; a jednak nie chcą go słuchać — i to z prostego powodu: kochają grzech — kochają bycie swoimi własnymi panami, i dlatego nie chcą słuchać owego cichego szeptu swego serca, który mówi im, że nie są swoimi panami, i że grzech jest odrażający i zgubny.

Nic nie ukazuje tego wyraźniej niż ich zachowanie, gdy odwołasz się do ich sumienia w obronie swego stanowiska. Powiedzmy, że posługują się bluźnierczym językiem, szemrzą lub szydzą z religii; i powiedzmy, że ktoś mówi im: „Wiecie w sercu, że nie powinniście tego czynić" — jak odpowiedzą? Natychmiast się gniewają; albo usiłują obrócić to, co powiedziano, w żart; czegokolwiek się imają, byle tylko nie odpowiadać przez rozumowanie. Nie; ich przechwalana zdolność argumentowania wtedy ich opuszcza. Ucieka jak tchórz przed lada poruszeniem sumienia; a jedynymi obrońcami, którzy im pozostają, są ich namiętności. W istocie mówią: „Czynimy tak, bo nam się podoba" — może nawet wyznają to wprost. „Pasie się popiołem; zwiodło go serce uwiedzione i nie może ocalić swej duszy, ani powiedzieć: Czyż nie ma kłamstwa w mej prawicy?".

I czyż takim to ludziom może jakikolwiek chrześcijanin w jakimkolwiek stopniu wierzyć? Zaiste, wiara w nich byłaby ze wszystkich możliwych zaufań najbardziej irracjonalna, najbardziej źle ulokowana. Czyż możemy pozwolić, by zbijały nas z tropu i przerażały słowa tych, którzy noszą na sobie znamiona własnej niekonsekwencji, znamię Kaina? Bynajmniej; i jak to pierwsze piętno zbuntowanego zostało mu wyciśnięte „aby go nikt, kto go spotka, nie zabił" — tak i ich obecność jedynie przypomina nam, byśmy patrzyli na nich z miłością, choć z wielką boleścią, i modlili się gorliwie, i czynili co w naszej mocy (jeśli jest coś, co uczynić możemy), aby zostali zachowani od śmierci wtórej; byśmy patrzyli na nich z lękiem jak na ziemię przeklętą przez Boga — równinę Siddim lub ruiny Babel — którą On jednak dla Odkupiciela naszego może odnowić i uczynić urodzajną.

Co do nas samych: słuchajmy tylko głosu Bożego w naszych sercach, a odważę się twierdzić, że nie będziemy mieli żadnych wątpliwości praktycznie groźnych co do prawdziwości Pisma Świętego. Znajdźcie człowieka, który ściśle wypełnia prawo wpisane w jego sercu, a jest przy tym niewierzącym co do Biblii — wtedy będzie dość czasu, by rozważyć całą tę różnorodność dowodów, przez które prawdziwość Biblii jest nam poświadczona. Nie jest to dla nas zagadnienie praktyczne. Nasze wątpliwości, jeśli je mamy, okażą się płynąć z nieposłuszeństwa; to złe towarzystwo lub zepsute książki prowadzą do niedowiarstwa. To grzech gasi Ducha Świętego.

I jeśli tylko ściśle słuchamy Boga, z czasem (przez Jego błogosławieństwo) wiara stanie się jak widzenie; nie będziemy mieli większej trudności w poznaniu tego, co podoba się Bogu, niż w poruszaniu naszych członków, czy w rozumieniu rozmowy naszych bliskich przyjaciół. To jest szczęśliwość ugruntowanego posłuszeństwa. Zmierzajmy do jej osiągnięcia; i w jakiejkolwiek mierze cieszymy się nią teraz, chwalmy i błogosławmy Boga za Jego nieopisany dar.

← wróć do odkrywania