*„Panie, naucz nas modlić się, jak i Jan nauczył uczniów swoich."* — Łk 11,1
Słowa te wyrażają naturalne uczucia duszy przebudzonej, świadomej swej wielkiej potrzeby Bożej pomocy, lecz nie rozumiejącej dobrze ani swoich szczegółowych potrzeb, ani tego, jak mają być zaspokojone. Uczniowie Jana Chrzciciela oraz uczniowie Chrystusa oczekiwali od swych nauczycieli wskazań, jak się modlić. Nadaremnie głoszono jednym obowiązek nawrócenia, drugim — wiary; nadaremnie stawiano im przed oczy miłosierdzie Boże i sądy Jego, i ich własne powinności; zdawało się, że posiadają wszystko, co niezbędne, by modlić się samodzielnie, a przecież nie mogli; serca miały pełne, lecz usta milczały; nie byli w stanie złożyć żadnej prośby, oprócz tej jednej, by ich nauczono modlitwy; znali Prawdę, lecz nie umieli się nią posługiwać. O tyle bowiem różną rzeczą jest być pouczonym w religii, a tak ją opanować w praktyce, że staje się ona całkowicie naszą własnością.
Ich potrzeba stała się odtąd potrzebą wszystkich chrześcijan.
Wszyscy w dzieciństwie, a większość ludzi przez całe życie, potrzebuje wskazań, jak się modlić; stąd też wywodzi się użytek form modlitwy, które od zawsze były praktykowane w Kościele. Jan nauczał swych uczniów; Chrystus dał Apostołom modlitwę odróżniającą się mianem Modlitwy Pańskiej; a gdy wstąpił na wysokość, Duch Święty dał nam doskonałe służby pobożności ustami tych błogosławionych Świętych, których od czasu do czasu wzbudzał na dozorców w Kościele. Słowami świętego Pawła: „nie wiemy, o co się modlić, jak trzeba"; lecz „Duch wspomaga niemoc naszą" — i to nie tylko przez kierowanie naszymi myślami, ale i przez wskazywanie naszych słów.
To, powiadam, jest źródłem form modlitwy, o których zamierzam dziś mówić; mianowicie dwie niezaprzeczalne prawdy: po pierwsze, że wszyscy ludzie mają te same duchowe potrzeby, i po wtóre, że nie są w stanie wyrazić ich o własnych siłach.
Otóż zdarzyło się, że w tych ostatnich czasach pojawili się mędrkowie, którzy zakwestionowali użyteczność form modlitwy i uznali za lepsze modlić się z potoku własnych myśli, posługując się słowami, jakie nasuwają się w chwili modlitwy. Słuszne może być zatem, abyśmy mieli pod ręką jakiś powód do stosowania owych form, które przyjęliśmy, ponieważ przekazano nam je w dziedzictwie. Nie dlatego, jakoby nie wystarczało, iż je otrzymaliśmy i (słowami świętego Pawła) że „ani my, ani Kościoły Boże nie znają żadnego innego zwyczaju", i że posługiwali się nimi najznakomitsi chrześcijanie — albowiem to powód więcej niż dostateczny; ani też dlatego, że mielibyśmy nadzieję przekonać tymi racjami tych, którzy nam o to pytają, bo najpewniej nam się to nie uda; człowiek bowiem jest głęboko pogrążony w zuchwalstwie, który rozmyślnie odrzuca użytek form, i prawdopodobnie uzna nasze racje równie trudnymi do przyjęcia jak praktykę, której bronimy — o takich tedy można jedynie powiedzieć, na wzór świętego Pawła: „kto jest nieświadomy, niechaj będzie nieświadomy" — nie ma na to rady. Lecz może być pożyteczne ukazanie wam, jak rozumna jest ta praktyka, abyście sami mogli z niej lepiej korzystać; gdy bowiem wiemy, dlaczego coś czynimy, jesteśmy (przy tych samych okolicznościach) zdolni czynić to ze spokojem ducha, czego nie ma przy ślepym posłuszeństwie.
Sądzę, że nikt nie ma trudności z przyjęciem form modlitwy w publicznym kulcie; zwykły rozsądek podpowie nam bowiem, że gdy wielu ma modlić się jako jeden człowiek, jeśli myśli ich mają iść razem, muszą z góry uzgodnić, co ma być przedmiotem ich modlitw, co więcej — jakimi słowami mają się modlić, jeśli ma być jakakolwiek pewność, spokój, łatwość i porządek w ich wspólnej pobożności. Uczestniczyć w modlitwie bez tekstu to wysłuchiwać cudzych modlitw. Co więcej, mogłoby się zdarzyć — a raczej zdarza się to często — że nie rozumielibyśmy tego, co mówiono; wówczas ten, który się modli, nie modli się zaledwie „językiem zrozumiałym dla ludu" (jak wyraża to nasz Artykuł); wstawia się raczej za ludem, niż modli się razem z nim i prowadzi jego uwielbienie. W przypadku modlitwy publicznej potrzeba form jest oczywista; nie jest jednak od razu tak jasne, że w modlitwie prywatnej również powinniśmy korzystać z form pisanych, zamiast modlić się bez przygotowania (jak to się nazywa); przystępuję zatem do wykazania ich użyteczności.
**1.** Pamiętajmy napomnienie Mędrca: „Nie bądź lekkomyślny w słowach swoich i niechaj twoje serce nie będzie pochopne, by coś mówić przed obliczem Bożym; Bóg bowiem jest w niebie, ty zaś na ziemi — niechaj więc słów twoich będzie niewiele." Modlitwy układane z chwili na chwilę łatwo stają się lekceważące. Zastanówmy się przez chwilę przed modlitwą, do czyjej obecności wchodzimy — do obecności Boga. Jakże potrzebujemy myśli pokornych, trzeźwych i skupionych! Jakich trzeba nam myśli, jak przystoi stworzeniom, utrzymywanym co godzina przez Jego łaskawość; — jak przystoi upadłym grzesznikom, którzy nie mają żadnego prawa w ogóle się odzywać, lecz muszą w milczeniu ukorzyć się przed Tym, który jest święty; — i jeszcze bardziej, jak przystoi wdzięcznym sługom Tego, który wykupił nas z zagłady ceną własnej krwi; siedzącym spokojnie u Jego stóp niczym Maria, by poznawać i pełnić Jego wolę, a niczym pokutnica na uczcie u możnego, w ciszy oddającym Mu cześć i służącym bez zakłócenia, myjącym Jego stopy (że się tak wyrażę) naszymi łzami i namaszczającym je kosztownym olejkiem, jako żeśmy wiele zgrzeszyli i potrzebujemy wielkiego przebaczenia. Dlatego, by uniknąć lekceważenia przez zbyt wiele słów lub słów niestosownych i nieokrzesanych, półreligijnych myśli, trzeba modlić się z modlitewnika lub z pamięci, nie zaś bez żadnego planu.
Można by tu zarzucić, że ten argument za stosowaniem form dowodzi zbyt wiele; mianowicie, że nigdy nie wolno się bez nich obywać — co stanowi przesadne ograniczenie chrześcijańskiej wolności. Odpowiadam jednak, że cześć w naszych modlitwach zostanie wystarczająco zabezpieczona, jeśli w ustalonych porach modlitwy będziemy się posługiwać formami. Nada to bowiem ton i charakter całej naszej pobożności przez cały dzień; co więcej, dostarczy nam nawet westchnień i strzelanych modlitw, których potrzebujemy. Tym bardziej zaś nasze dusze ulegną ich mocy w samej chwili ich odmawiania; tak że gdy okoliczności tego wymagają, znajdziemy się zdolni do przejścia naturalnie i trzeźwo do takich dodatkowych błagań, które są zbyt szczegółowe lub zbyt osobiste, by dały się ująć w ustalone słowa.
**2.** Następnie, formy modlitwy są niezbędne, by strzec nas przed lekceważeniem rozproszonych myśli. Jeśli modlimy się bez ustalonego tekstu (czytanego lub zapamiętanego), nasz umysł będzie się odrywał od przedmiotu; inne myśli będą nas przerywać i będziemy za nimi podążać; utracimy z oczu obecność Tego, do kogo się zwracamy. To błądzenie myśli jest w znacznej mierze zapobiegane — z Bożym błogosławieństwem — przez formy modlitwy. W ten sposób jednym z głównych ich zastosowań jest skupianie uwagi.
**3.** Następnie, są użyteczne w chronieniu nas przed lekceważeniem myśli rozgorączkowanych. I jest tu wiele do powiedzenia; bowiem zdarza się, że formy modlitwy są potępiane właśnie za tę ich cechę, która stanowi ich zaletę. Oskarża się je o tamowanie strumienia pobożności, podczas gdy w rzeczywistości ów (tak zwany) strumień jest sam w sobie wadliwy i powinien być hamowany. A osoby te (czego można by się spodziewać) są najgorliwszymi w swym sprzeciwie wobec nich, właśnie dlatego, że bardziej niż inni potrzebują ich powściągliwości. Niekiedy ujmują swój zarzut w następującą formę, którą warto rozważyć. Mówią: „Jeśli ktoś jest gorliwy, wkrótce znajdzie słowa; nie ma potrzeby ustalonych form modlitwy. A jeśli nie jest gorliwy, forma nic mu nie pomoże." Otóż to, że człowiek gorliwy wkrótce znajdzie słowa, jest prawdą lub nieprawdą zależnie od tego, co rozumie się przez gorliwość. Prawdą jest, że w pewnych chwilach silnego wzruszenia — smutku lub radości, wyrzutów sumienia lub trwogi — nasze uczucia religijne prześcigają i pozostawiają daleko za sobą wszelką formę słów. W takich przypadkach nie tylko nie ma potrzeby form modlitwy, lecz być może jest wręcz niemożliwe pisanie form modlitwy dla chrześcijan wstrząśniętych takimi uczuciami. Każdy bowiem czuje na swój własny sposób — może żaden dwaj ludzie dokładnie tak samo; — i nie możemy bardziej zapisać, jak ludzie powinni się modlić w takich chwilach, niż możemy dać reguły, jak powinni płakać lub radować się. Im lepsi są ludzie, tym oczywiście lepiej będą się modlić w takim trudnym czasie; nie możemy jednak uczynić ich lepszymi — trzeba ich pozostawić samym sobie. I choć dobrzy ludzie nierzadko zapisywali formy modlitwy dla osób w takim stanie, były one niewątpliwie pomyślane raczej jako wzory i pomoce, lub jako napomnienia i (jeśli tak być może) uspokojenie wzburzonego umysłu, niż jako modlitwy, których dosłownego i pełnego odmawiania by się oczekiwało. Jako ogólna zasada, formy modlitwy nie powinny być pisane silnym i namiętnym językiem; powinny być spokojne, skupione i krótkie. Własna modlitwa naszego Zbawiciela jest naszym wzorem w tej mierze. Jakże nieliczne są jej prośby! Jakże trzeźwo wyrażone! Jakże z czcią! A przy tym jakże głębokie i jakże wszechobejmujące! — Chętnie przyznaję tedy, że są chwile, gdy serce prześciga wszelkie zapisane słowa; jak strażnik więzienia zawołał: „Cóż mam czynić, abym był zbawiony?" Co więcej, utrzymuję, że ustalone słowa nie powinny usiłować naśladować gwałtownych poruszeń, którym wszystkie umysły ulegają w pewnych chwilach na tym świecie zmienności (a tedy i umysły religijne w tej ich liczbie), by nie zdawało się, że się je pochwala.
Mimo to kwestia jest daleka od rozstrzygnięcia; zakładając, że są chwile, gdy serce wdzięczne lub zranione przebija się przez wszelkie formy modlitwy, są one rzadkie. Wzburzenie nie jest zwykłym stanem umysłu, lecz nadzwyczajnym, stanem chwilowym. Co więcej, nie powinno ono być pospolitym stanem umysłu; a jeśli pielęgnujemy w sobie ów stan pobudzenia, ów nieustanny przypływ i odpływ uczuć, i myślimy, że to — i tylko to — jest gorliwością w religii, szkodzimy swym umysłom i (w pewnym sensie) mogę nawet powiedzieć, że zasmucamy pokojowego Ducha Bożego, który chciałby cicho i spokojnie dokonywać swego Boskiego dzieła w sercach naszych. To zatem jest szczególnym zastosowaniem form modlitwy, gdy jesteśmy gorliwi — jak zawsze powinniśmy być: mianowicie strzec nas przed samowolną gorliwością, uśmierzać uniesienia, uspokajać nas, przypominać nam, czym i gdzie jesteśmy, prowadzić nas ku czystszemu i pogodniejszemu usposobieniu i ku owej głębokiej, spokojnej miłości Boga i ludzi, która jest prawdziwym wypełnieniem Prawa i doskonałością natury ludzkiej.
A następnie, co do użyteczności form, gdy nie jesteśmy gorliwi — i to jest prawdą lub nieprawdą zależnie od tego, jak to rozumiemy. Istnieją bowiem stopnie gorliwości. Pamiętajmy, że umiejętność modlitwy, będąc nawykiem, musi być nabywana jak wszystkie inne nawyki — przez praktykę. Aby w końcu dobrze się modlić, musimy zacząć od modlenia się źle, bo na to tylko nas stać. Czyż nie jest to oczywiste? Kto, w przypadku jakiejkolwiek innej czynności, czekałby, aż będzie mógł ją wykonywać doskonale, zanim ją spróbuje? Myśl ta jest absurdalna. A jednak ci, którzy sprzeciwiają się formom modlitwy z wyżej wspomnianego powodu, popadają w ten właśnie dziwny błąd. Gdybyśmy mogli modlić się i chwalić Boga jak Aniołowie, może nie potrzebowalibyśmy form modlitwy; lecz formy mają uczyć tych, którzy modlą się słabo, modlić się lepiej. Są pomocą dla naszej pobożności, ucząc nas, o co i jak się modlić, jak czynili to święty Jan i Pan nasz ze swymi uczniami; i bez wątpienia nawet najlepszy z nas modli się tylko słabo i potrzebuje ich pomocy. Jednakże osoby, o których mówię, sądzą, że modlitwa jest niczym innym jak wybuchem silnego uczucia, nie działaniem nawyku, lecz wzruszeniem, i dlatego oczywiście takim ludziom sama myśl o uczeniu się modlitwy wydaje się absurdalna. Lecz owo pobłażanie uczuciom jest w istocie oparte na błędzie, jak już powiedziałem.
**4.** Co więcej, formy są użyteczne jako pomoc dla pamięci i jako środek ustawiający przed nami zarazem, w całości i w porządku, wszystko, o co mamy prosić. Nie wynika z tego, że gdy serce jest naprawdę pełne myśli o Bogu i żywo odczuwa rzeczywistość spraw niewidzialnych, jest wtedy najłatwiej się modlić. Raczej przeciwnie: im głębszy wgląd mamy w Jego Majestat i w nasze niezliczone potrzeby, tym mniej jesteśmy zdolni przełożyć nasze myśli na słowa. Celnik mógł jedynie powiedzieć: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu" — wystarczyło to do jego przyjęcia; lecz złożyć tak skromną służbę nie oznaczało korzystać z daru modlitwy, z przywileju odkupionego i wywyższonego syna Bożego. Ten, kogo Chrystus oświecił swą łaską, jest dziedzicem wszystkich rzeczy. Ma udział w wielości spraw tego świata. Ma nieograniczoną sferę obowiązków w sobie i wokół siebie. Ma przed sobą chwalebną przyszłość. Święci będą kiedyś sądzić świat; czy nie powinni tu już wnikać w jego sprawy? Czy nie są w pewnym sensie doradcami i zaufanymi sługami swego Pana, orędownikami przed tronem łaski, tajnymi przedstawicielami, przez których i dla których On kieruje swą wzniosłą Opatrznością i wiedzie narody ku ich przeznaczeniu? A w ich własnych osobach — czy przebaczenie i przyjęcie (jakkolwiek są to dary niezmierne) jest całym zasięgiem ich pragnień? — gdyby tak było, mogliby poprzestać na modlitwie celnika. Czy nie wezwano ich raczej do dążenia ku doskonałości, do używania danego im ducha, do rozszerzania i oczyszczania własnych serc i do rozwinięcia natury ludzkiej ku pełni jej możliwości na obraz Syna Bożego? A do myślenia o wszystkich tych celach naraz — kto jest zdolny? Czyż umysł nie jest przytłoczony widokiem swego własnego ogromnego przywileju, tak że żarliwie poszukuje słów modlitwy i wstawiennictwa, starannie ułożonych stosownie do liczby i natury różnorodnych próśb, jakie ma złożyć? Tak że ten, kto modli się bez planu, traci w istocie wielką część przywileju, jakim obdarował go Chrzest.
**5.** Co więcej, użyteczność formy jako pomocy dla pamięci jest tym bardziej oczywista, gdy weźmiemy pod uwagę zajęcia tego świata, którymi otoczeni jest większość ludzi. Troski i sprawy życia narzucają się nam z siłą, której nie możemy zignorować. Czy mamy powierzać sprawy przyszłego świata przypadkowym myślom własnych umysłów, które przychodzą w jednej chwili i znikają w następnej, i mogą nas nie nawiedzić, gdy nadejdzie pora ich użycia — niczym złudne widziadła, bez treści i bez trwałości? Ten świat jest skuteczną formą szatana, jest narzędziem, przez które rozstawia on w porządku i atrakcyjności swe liczne sidła; i bez wątpienia pochłoną nas one, jeśli i my nie nadamy formy duchowym przedmiotom, ku którym zwracamy się w modlitwie i wysiłku. Jakże krótkie są chwile, którymi większość ludzi może dysponować dla modlitwy! Zanim są w stanie skupić pamięć i umysł, czas wolny już prawie minął — nawet jeśli mają siłę oddalić myśli o tym świecie, które przed chwilą je zajmowały. Formy modlitwy czynią to za nich. Trzymają grunt zajęty, by szatan nie mógł wkraczać w godziny pobożności. Są trwałą pamiątką, do której możemy się uciekać jak do świątyni Bożej, znajdując wszystko w gotowości do naszego kultu, skoro tylko do niej wejdziemy, choćby czas wyznaczony nam rano i wieczorem był nader skromny.
**6.** A ta wartość form w modlitwie staje się ogromna — poza możliwością oceny — w przypadku tych niezliczonych ludzi, którzy po pewnym czasie dobrego życia popadają w grzech. Jeśli nawet sumienni ludzie potrzebują nieustannych pomocy, by pamiętać o przyszłym świecie, o ileż bardziej skrajna jest potrzeba tych, którzy starają się go zapomnieć! Nie można temu zaprzeczyć — choć straszną jest to myśl — że zdecydowanie większa część tych, którzy dochodzą do dojrzałości, porzuca na jakiś czas (przynajmniej) Boga, który ich odkupił; a jeśli w latach wcześniejszych nie nauczyli się i nie używali żadnych modlitw ani psalmów, jakimi by Go wielbili, cóż powstrzyma ich od całkowitego wymazania myśli o religii ze swych umysłów? Lecz właśnie tu formy Kościoła zawsze służyły jego dzieciom — zarówno powstrzymując je na drodze grzechu, jak i dostarczając im gotowego wyrazu przy nawróceniu. Przypadkowe słowa i frazy z jej służb tkwią w ich pamięci, powstając w chwilach pokusy lub utrapienia, by je powściągnąć lub zawrócić. I stąd pochodzi, że w towarzystwach najbardziej bezbożnych ponoć daje się zauważyć różnica między tymi, którzy mieli możność używania naszych publicznych form w młodości, a tymi, których pobożne wrażenia nie zostały w ten sposób szczęśliwie ugruntowane; tak że pośród najbeztroskiej ich wesołości i najzuchwalszych pozorów rozpusty pewien rodzaj tajemnej czci towarzyszył błądzącym, powstrzymując ich od tej bezbożności i bluźnierstwa, w których inni usiłowali przed sobą samymi ukryć winę i niebezpieczeństwo swoich postępków.
I znowu przy ich nawróceniu (gdyby dostąpili tak wysokiej łaski), jakimi przyjaciółmi zdają się być pośród ich smutku słowa wyuczone w chłopięcych latach — łagodny głos, pomagający im powiedzieć to, czego inaczej nie wiedzieliby jak wyrazić, prowadzący i skupiający ich umysły na przedmiotach wiary, na które winni patrzeć, a których sami znaleźć nie mogą; i tak (niejako) wstawiający się za nimi mocą błogosławionego Ducha, gdy natura nic tylko wzdychać może i w bólach rodzić! Grzesznicy, jakimi są przez własne dobrowolne winy, z widokiem kary przed sobą, oświeceni jedynie słabymi i rzadkimi przebłyskami nadziei — cóż powstrzyma ich od gorączkowej niespokojności i wszystkich wybryków trwogi, cóż uśmierzy ich ku trwałemu, poddańczemu czekaniu na swego Sędziego, i ku tym pokornym wysiłkom posłuszeństwa Mu, choćby mizernym, jakie przystoją pokutnikowi — jak nie te słowa, długo pochowane w ich umysłach, a teraz wstające na nowo jak gdyby z życiem ich nieskazitelnej młodości? Nie potrzeba wielkiego doświadczenia przy łożach chorych, by sprawdzić prawdziwość tego twierdzenia. Błogosławiona zaiste jest moc owych formuł, które potrafią na chwilę wyrwać grzesznika z niego samego i przynieść przed jego oczy obrazy jego młodości, jego opiekunów dawno już odeszłych, ich zwyczaje i ich nauczanie, ich pobożną służbę i spokojny kres; i choć to wszystko jest wzruszeniem i trwa tylko przez pewien czas, jeśli on ten czas należycie użyje, może zostać przekształcone w trwałe rozważanie osób i czynów, które teraz żyją Bogu, choć odeszły stąd — a jeśli ten czas użyje przez postępowanie stosowne do tego natchnienia, stanie się trwałą pobudką do szukania przyszłego świata, trwałym przekonaniem odciągającym go od uczynków ciemności i podnoszącym do pokornej nadziei przyszłego przyjęcia przez Zbawiciela i Sędziego.
**7.** Taka jest moc skojarzeń w usuwaniu zła minionych lat i przywracaniu nas do niewinności dzieciństwa. Ale to nie wszystko, co możemy zyskać z modlitw, których używamy, i nie pokutujący grzesznicy są jedynymi, którzy mogą z tego skorzystać. Przypomnijmy sobie, przez jak długi okres nasze modlitwy były wzorcowymi formami pobożności w Kościele Chrystusowym, a zyskamy świeży powód do miłowania ich i świeże źródło pociechy w ich używaniu. Wiem, że różni ludzie odczuwają to różnie, stosownie do swego odmiennego usposobienia; a jednak z pewnością niewielu z nas, gdyby się nad tą myślą zatrzymało, nie poczułoby przywileju w używaniu — jak my to czynimy (na przykład w Modlitwie Pańskiej) — tych samych próśb, które wypowiedział Chrystus. On dał tę modlitwę i Sam jej używał. Używali jej Jego Apostołowie; używali jej wszyscy Święci od tamtej pory. Gdy jej używamy, zdajemy się przyłączać do ich grona. Kto nie czuje się bliższy jakiemuś sławionemu człowiekowi w historii przez oglądanie jego domu, jego mebli, jego pisma lub samych jego książek? Tak Modlitwa Pańska przybliża nas do Chrystusa i do Jego uczniów we wszystkich epokach. Nic dziwnego zatem, że w dawnych czasach dobrzy ludzie uważali tę formę modlitwy za tak świętą, że zdawało im się niemożliwością, by można było ją zbyt często odmawiać, jakby jakaś szczególna łaska towarzyszyła jej używaniu. I my nie możemy jej odmawiać zbyt często; zawiera w sobie jakby szczególną prośbę o to, by Chrystus nas wysłuchał; nie możemy tego uczynić, o ile zachowujemy uwagę skierowaną na jej prośby i używamy umysłu nie mniej niż ust, gdy ją powtarzamy. A co jest prawdą o Modlitwie Pańskiej, jest w swej mierze prawdą o większości owych modlitw, których nasz Kościół uczy nas używać. Jest to prawdą również o Psalmach i o Wyznaniach Wiary — o wszystkich tych, które stały się święte przez pamięć odeszłych Świętych, którzy się nimi posługiwali i których mamy nadzieję pewnego dnia spotkać w niebie.
Jedno ostrzeżenie daję na zakończenie, co do korzystania z tych myśli. Strzeżcie się, by wasza religia nie była jedynie sentymentem, lecz by przejawiała się w czynie. Ludzie mogą mówić wzniosłym, poetyckim językiem o dawnych Świętych i o Świętym Kościele Apostolskim, nie pozwalając żarliwości ani wyrafinowaniu swej pobożności wpłynąć na ich postępowanie. Niejeden lubi być pobożnym w eleganckim języku; kocha pobożne opowieści i hymny, a jednak wcale nie jest przez to lepszym chrześcijaninem. Uczynki każdego dnia — oto próba naszych wzniosłych rozważań, od której zależy, czy okażą się pożyteczne dla naszego zbawienia; a ten, kto spełnia jeden uczynek posłuszeństwa dla miłości Chrystusa, choćby nie miał wyobraźni ani szlachetnych uczuć, jest człowiekiem lepszym i wraca do swego domu usprawiedliwiony raczej niż najwymowniejszy mówca i najbardziej wrażliwy słuchacz chwały Ewangelii, jeśli tacy ludzie nie postępują zgodnie ze swą wiedzą.