*„Jego to Bóg wskrzesił trzeciego dnia i pozwolił Mu ukazać się jawnie, nie całemu ludowi, lecz świadkom wybranym przez Boga z góry — nam, którzy z Nim jedliśmy i piliśmy po Jego zmartwychwstaniu."* — Dz 10,40–41
Można by się było spodziewać, że gdy nasz Zbawiciel powstał z martwych, ukaże się wielkiej rzeszy ludzi, a zwłaszcza tym, którzy Go ukrzyżowali. Tymczasem z dziejów wiemy, że stało się wręcz przeciwnie: objawił się jedynie wybranym świadkom, przede wszystkim swoim najbliższym uczniom, co sam święty Piotr wyznaje w słowach naszego tekstu. Na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne. Skłonni jesteśmy wyobrażać sobie zmartwychwstanie Chrystusa jako jakiś uderzający widoczny pokaz Jego chwały, podobny do tych, których Bóg raczył udzielać Izraelitom za dni Mojżesza; i rozważając je w świetle publicznego triumfu, gotowi jesteśmy snuć myśli o zamęcie i przerażeniu, jakie ogarnęłoby Jego morderców, gdyby stanął przed nimi żywy. Lecz tak rozumować, to pojmować królestwo Chrystusowe jako z tego świata — czym ono nie jest; i sądzić, że wtedy Chrystus przyszedł sądzić świat, podczas gdy ów sąd nastąpi dopiero w dniu ostatecznym, kiedy to naprawdę owi niegodziwi mężowie „ujrzą Tego, którego przebodli".
Ale nawet nie nalegając na duchową naturę królestwa Chrystusowego, która zdaje się być bezpośrednią przyczyną, dla której Chrystus nie ukazał się wszystkim Żydom po swoim zmartwychwstaniu, można podać inne wyraźne racje — i pouczające zarazem. Jedną z nich chcę wam teraz przedstawić.
Pytanie brzmi: „Dlaczego nasz Zbawiciel nie ukazał się po zmartwychwstaniu całemu ludowi? Dlaczego jedynie świadkom z góry wybranym przez Boga?" A oto moja odpowiedź: „Ponieważ był to najskuteczniejszy środek szerzenia Jego religii przez świat."
Po swoim zmartwychwstaniu powiedział On do uczniów: „Idźcie i nawróćcie wszystkie narody" — oto było Jego szczególne polecenie. Jeśli tedy są podstawy do mniemania, że ukazując się niewielu raczej niż wielu, pewniej zmierzał ku owej wielkiej sprawie — ku szerzeniu Ewangelii — to jest to wystarczająca racja, dla której Pan tak ustanowił; przyjmijmy więc z wdzięcznością Jego rozrządzenie, tak jak nam je dał.
**1.** Rozważmy teraz, jaki byłby prawdopodobny skutek publicznego ujawnienia Jego zmartwychwstania. Przypuśćmy, że nasz Zbawiciel ukazywał się równie jawnie jak przed swoją męką: nauczając w Świątyni i na ulicach miasta, przemierzając kraj ze swymi Apostołami, a tłumy podążałyby za Nim, aby widzieć cuda, których dokonywał. Jaki byłby tego skutek? Oczywiście taki, jaki już był poprzednio. Jego wcześniejsze cuda nie poruszyły skutecznie ogółu ludu; i bez wątpienia ten cud również pozostawiłby ich takimi, jakimi ich zastał, albo jeszcze gorszymi niż przedtem. Mogliby być bardziej wstrząśnięci na chwilę — ale dlaczego owo zdumienie miałoby trwać? Gdy człowiek opanowany przez paraliż nagle wyzdrowiał na Jego słowo, tłum ogarnęło zadziwienie, wielbili Boga i ogarnęła ich bojaźń, mówiąc: „Widzieliśmy dziś rzeczy niezwykłe". Cóż więcej mogli powiedzieć i poczuć, gdy „jeden powstał z martwych"? Zaprawdę, taką jest natura ogółu ludzkości we wszystkich wiekach — poddawać się nagłym lękom, nagłemu wzruszeniu, nagłej gorliwości, nagłym postanowieniom, które równie nagle gasną. Przez niewyrobioną naturę ludzką nic nie dokonuje się skutecznie — a taki jest zawsze stan pospólstwa. Niestałe jak woda, nie może ono się wznieść. Jednego dnia wołało „Hosanna!", a następnego „Ukrzyżuj Go!" I gdyby Pan ukazał się im po tym, jak Go ukrzyżowali, oczywiście raz jeszcze krzyknęliby „Hosanna!"; gdy zaś wstąpiłby z ich oczu, znowu prześladowaliby Jego wyznawców. Poza tym cud Zmartwychwstania był o wiele bardziej narażony na zarzuty niedowiarstwa niż inne, których Pan dokonał — na przykład rozmnożenie chlebów na pustyni. Gdyby Pan ukazał się publicznie, mało kto mógłby Go dotknąć i upewnić się, że to On sam. Niewielu stosunkowo w wielkim tłumie mogłoby widzieć Go zarówno przed śmiercią, jak i po śmierci, tak aby być rzeczywistymi świadkami prawdziwości cudu. Większości z nich nadal byłoby wolno zaprzeczać, że zmartwychwstał. Właśnie takie uczucia odnotowuje święty Mateusz. Gdy ukazał się na górze w Galilei swym Apostołom i innym — jak się zdaje (być może owym pięciuset braciom, o których wspomina święty Paweł) — „niektórzy powątpiewali", czy to On. Jakże mogło być inaczej? Ci nie mieli sposobu, aby się upewnić, że widzą naprawdę Tego, który był ukrzyżowany, umarł i został pogrzebany. Inni, przyznając, że to Jezus, zaprzeczaliby, że w ogóle umarł. Nie widząc Go martwego na krzyżu, mogliby twierdzić, że zdjęto Go stamtąd, zanim zgasło w Nim życie, i tak odratowano. Takie przypuszczenie byłoby dla tych, którzy nie chcieli wierzyć, wystarczającym pretekstem. A prostaczkowie wyobraziliby sobie, że widzieli ducha, bez ciała i kości, jakie ma człowiek. Rozwiązaliby cud poprzez ucieczkę w magiczne złudzenie, jak to czynili wcześniej faryzeusze, gdy przypisywali Jego dzieła Belzebubowi; i nie staliby się przez widok Jego ani lepsi, ani bardziej pobożni niż pospolity lud w naszych czasach przez opowieści o zjawach i czarownicach.
Zaiste tak by się stało: arcykapłanów nie poruszyłoby to wcale; a pospólstwo, choćby poruszone na chwilę, nie byłoby poruszone trwale, nie byłoby poruszone praktycznie, nie byłoby tak poruszone, aby głosić światu to, co słyszało i widziało, aby przepowiadać Ewangelię. To jest punkt, który należy mieć w pamięci — i zważmy, że jedynym powodem, dla którego Chrystus w ogóle się objawił, było wzbudzenie świadków swego zmartwychwstania, sług swego słowa, założycieli swego Kościoła; i jakże w naturze rzeczy mogłoby pospólstwo stać się kiedykolwiek czymś podobnym?
**2.** Rozważmy teraz, z drugiej strony, środki, jakie Jego Boska Mądrość rzeczywiście obrała, by zmartwychwstanie Jego stało się służyć szerzeniu Jego Ewangelii. — Ukazał się jawnie nie całemu ludowi, lecz świadkom z góry przez Boga wybranym. Jest to wprawdzie ogólna właściwość dróg Jego Opatrzności, że czyni z niewielu kanały swych łask ku wielu; lecz w rozpatrywanym przez nas przypadku niewielu zostało wybrani, bo tylko niewielu mogło być (po ludzku mówiąc) uczynionych narzędziami. Jak już powiedziałem, by być świadkami Jego zmartwychwstania, trzeba było znać Pana osobiście przed Jego śmiercią. Tak było z Apostołami — lecz to nie wystarczało. Niezbędnym było, by byli pewni, że to On sam, ten właśnie, którego znali przedtem. Pamiętacie, jak napominał ich, by Go dotykali i upewniali się, że mogą zaświadczyć o Jego zmartwychwstaniu. Wzmiankuje o tym również nasz tekst: „świadkowie z góry przez Boga wybrani — my, którzy z Nim jedliśmy i piliśmy po Jego zmartwychwstaniu". Nie wystarczało też jedynie Go znać — myśl o Nim miała być wypalona w ich umysłach jako jedyna główna sprężyna całego dalszego biegu ich życia. Lecz ludzi niełatwo skłonić do wiernego orędowania za jakąkolwiek sprawą. Nie tylko pospólstwo jest zmienne: nawet najszlachetniejsze jednostki — jeśli nie są naglone, kształcone, przysposabiane do swego dzieła — ustępują; niewyrobiona natura nie ma zasad.
Zdaje się tedy, że Pan poświęcił swą uwagę niewielu, bo jeśli niewielu zostanie pozyskanych, wielu za nimi podąży. Tym niewielu ukazywał się raz po raz. Ich przywrócił, pocieszył, napomniał, natchnął. Ukształtował ich dla siebie, aby głosili Jego chwałę. To Jego łaskawe postępowanie odsłonięte jest nam w pierwszych słowach Dziejów Apostolskich. „Apostołom, których sobie wybrał, dał przez czterdzieści dni wiele dowodów, że żyje: ukazując się im i mówiąc o królestwie Bożym." Zważmy tedy — jeśli wolno nam to sformułować z należną czcią — który z dwóch sposobów wydaje się bardziej prawdopodobnym, nawet wedle mądrości ludzkiej, dla ukształtowania głosicieli Ewangelii wszystkim narodom: czy publiczne ukazanie Zmartwychwstania ogółowi ludu żydowskiego, czy owo ścisłe, prywatne zaświadczenie go niewielu? I pamiętajmy, że — o ile możemy to pojąć — oba sposoby były wzajemnie się wykluczające: ów bowiem okres przygotowawczej modlitwy, rozmyślania i pouczania, który Apostołowie spędzili pod widzialną obecnością Pana przez czterdzieści dni, był dla nich czymś, czym nie mógłby być, gdyby podążali za Nim z miejsca na miejsce publicznie — gdyby był ku temu jakiś cel — i mieszali się z tłumnymi rzeszami świata.
**3.** Wspomniałem już, i jest to aż nazbyt oczywiste, aby tego dowodzić, że czyniąc wybranych niewielu sługami swojego miłosierdzia dla całej ludzkości, Pan postępował zgodnie z ogólnym biegiem swej Opatrzności. Jasną jest bowiem rzeczą, że każda wielka przemiana dokonuje się przez niewielu, nie przez wielu — przez nielicznych, nieustraszone, gorliwych. Prawda, że społeczności chylą się niekiedy ku upadkowi wskutek własnego skażenia, co jest w pewnym sensie zmianą bez szczególnych narzędzi wybranych lub dopuszczonych przez Boga; lecz jest to rozpad, nie dzieło. Bez wątpienia wiele może zostać zniszczone przez wielu — lecz nic nie jest zbudowane inaczej jak przez tych, których szczególnie przysposobiono do działania. Wśród głodu synowie Jakuba stali i patrzyli jeden na drugiego, ale nic nie czynili. Jeden lub dwaj ludzie o nikłych zewnętrznych pozorach, lecz z sercem oddanym sprawie — ci dokonują wielkich rzeczy. Przygotowują się nie przez nagłe uniesienie ani przez mgliste, ogólne przekonanie o słuszności sprawy, lecz przez głęboko wciszone, wielokrotnie powtarzane pouczenie. A ponieważ ze wszelką słusznością łatwiej jest nauczyć niewielu niż wielką liczbę, jasnym jest, że tacy ludzie zawsze będą nieliczni. To właśnie oni szerzyli wiadomość o zmartwychwstaniu Chrystusa pośród bałwochwalczego świata. Znakomicie odpowiedzieli nauce swego Pana i Mistrza. Ich powodzenie dostatecznie poświadcza nam Jego mądrość w ukazaniu się im, a nie całemu ludowi.
**4.** Pamiętajmy też o tej dalszej racji, dla której świadkowie Zmartwychwstania byli nieliczni: mianowicie dlatego, że stali po stronie Prawdy. Jeśli świadkowie mieli być tacy, którzy naprawdę miłują Prawdę i jej są posłuszni, nie mogło ich być wielu wybranych. Sprawa Chrystusowa była sprawą światła i religii — przeto Jego rzecznicy i słudzy z konieczności musieli być nieliczni. Stare przysłowie (które uznawali nawet poganie) głosi, że „wielu jest złych". Chrystus nie powierzył swej Ewangelii wielu; gdyby tak uczynił, można by nawet powiedzieć, że na pierwszy rzut oka byłoby to domniemanie przeciwko jej Bożemu pochodzeniu. Czymże była główna praca całego Jego posługiwania, jeśli nie wybieraniem i wyodrębnianiem z tłumu tych, którzy mieli być godnymi przyjmowaniami Jego Prawdy? Gdy chodził po całym kraju raz po raz, przez Galileę i Judeę, doświadczał przy tym duchów ludzkich; i odrzucając tych pośledniejszych, którzy „czcili Go wargami, a serce ich dalekie było od Niego", szczególnie wybrał dwunastu. Wielu odsuniął na bok na jakiś czas jako pokolenie cudzołożne i grzeszne, zamierzając w ostatniej chwili dokonać jednego doświadczenia na ogóle, gdy przyjdzie Duch. Lecz swoich dwunastu przyciągnął do siebie natychmiast i nauczał ich. Potem ich przesiał — i jeden odpadł; jedenastu uszło jak przez ogień. Dla tych jedenastu przede wszystkim zmartwychwstał; nawiedzał ich i nauczał przez czterdzieści dni; bo w nich widział owoc „trudu swojej duszy i był nasycony"; w nich „widział swoje potomstwo, przedłużał swoje dni, a upodobanie Pańskie spełniało się w Jego ręku". Oni byli Jego świadkami, bo mieli w sercach miłość Prawdy. „Ja was wybrałem — mówi do nich — i przeznaczyłem was, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał".
Tyle więc w odpowiedzi na pytanie, dlaczego Chrystus nie ukazał się całemu ludowi żydowskiemu po swoim zmartwychwstaniu. Pytam: jaki byłby z tego pożytek? Zaledwie przelotny triumf nad grzesznikami, których sąd odroczony jest na świat przyszły. Z drugiej zaś strony, takie postępowanie byłoby przeszkodą — owszem, udaremniałoby — rzeczywisty cel Jego zmartwychwstania: szerzenie Jego Ewangelii przez świat za pośrednictwem Jego własnych bliskich przyjaciół i wyznawców. Co więcej, owo pierwszeństwo niewielu przed wieloma zdaje się być konieczne ze względu na naturę człowieka, bo wszystkie wielkie dzieła dokonują się nie przez tłum, lecz przez głęboko zakorzenioną wolę nielicznych — konieczne też z powodu skażenia człowieka, gdyż, niestety, popularnej przychylności dla sprawy Prawdy trudno się spodziewać. A narzędzia Pana były nieliczne, jeśli nie z innej przyczyny, to przynajmniej dlatego, że więcej nie można było znaleźć — bo było tylko niewielu szczerych Izraelitów bez podstępu w Izraelu wedle ciała.
Zobaczmy teraz, ile pobudek do przestrogi i pociechy zarazem dostarcza ten widok. Z obrazu rodzącego się Kościoła uczymy się, czym ten Kościół był odtąd — przynajmniej o tyle, o ile człowiek może to pojąć. Wielu jest powołanych, niewielu wybranych. Uczymy się rozmyślać nad wielkim niebezpieczeństwem, że możemy nie być w liczbie wybranych, i pouczeni jesteśmy, by „czuwać i modlić się, abyśmy nie weszli w pokuszenie", by „z bojaźnią i drżeniem zabiegać o własne zbawienie", by szukać miłosierdzia Bożego w Jego świętym Kościele i modlić się do Niego zawsze, by „wypełniał w nas dobre upodobanie swojej woli" i doprowadził do końca to, co niegdyś rozpoczął.
Lecz prócz tego i pocieszeni jesteśmy — pocieszeni my wszyscy, którzy żyjemy w pokorze, w bojaźni Bożej. Kim są owi tajemni, którzy w łonie widzialnego Kościoła żyją jak święci wypełniający swoje powołanie — wie tylko Bóg. My sami jesteśmy w tym względzie w ciemności. Wiele możemy wiedzieć o sobie samych, i możemy w jakiejś mierze wydawać sąd o tych, których dobrze znamy. Lecz o ogólnym gronie chrześcijan wiemy mało lub nic. Naszym obowiązkiem jest uważać ich za chrześcijan, przyjmować ich takimi, jakimi są, i miłować ich; i nie należy do nas debatowanie o ich stanie w oczach Bożych. Nie wdając się jednak w pytanie o tajemne wyroki Boże, przyjmijmy tę przed nami leżącą prawdę dla praktycznego użytku — mówię zaś do wszystkich, którzy są sobie świadomi tego, że pragną i usiłują służyć Bogu, cokolwiek byłby ich postęp w religii, i czy śmieją stosować do siebie, czy też nie, lub w jakimkolwiek stopniu, tytuł chrześcijanina w jego najświętszym znaczeniu. Wszyscy, którzy są posłuszni Prawdzie, są po stronie Prawdy, a Prawda zatriumfuje. Nieliczni co do liczby, lecz mocni w Duchu, wzgardzeni przez świat, a jednak torujący sobie drogę w cierpieniu — dwunastu Apostołów obaliło władzę ciemności i ustanowiło Kościół chrześcijański. I niech wszyscy, którzy „miłują Pana Jezusa Chrystusa w szczerości", będą zupełnie pewni, że choć zdają się słabi i osamotnieni, to jednak „głupstwo Boże jest mądrzejsze od ludzi, a słabość Boża mocniejsza od ludzi". Wielu jest „zdradliwych", a mądrzy tego świata są „próżni"; lecz ten, „kto się boi Pana, ten będzie sławiony". Najznakomitsze dary rozumu trwają jeno przez chwilę. Wymowa i dowcip, bystrość i zręczność — dobrze popierają sprawę i szybko ją szerzą, lecz wraz z nimi ginie. Nie ma korzenia w sercach ludzkich i nie przeżywa jednego pokolenia. Pociechą pogardzanej Prawdy jest to, że jej dzieła trwają. Słów jej jest niewiele, lecz żyją. Wiara Abla do dnia dzisiejszego „jeszcze przemawia". „Krew Męczenników jest zasiewem Kościoła." „Nie unoś się gniewem z powodu złoczyńców ani nie zazdrość tym, którzy czynią nieprawość. Albowiem wkrótce uschną jak trawa i zwiędną jak zielona roślinność. Ufaj Panu i czyń dobro... raduj się w Nim, a On da ci prośby serca twego; powierz Panu drogę swoją, zaufaj Mu, a On to sprawi... wyda twoją sprawiedliwość jak światłość, a prawo twoje jak południe... Lepsze jest trocha, co ma sprawiedliwy, niż obfitość wielu grzeszników. Albowiem ramiona grzeszników będą skruszone, a sprawiedliwych Pan podtrzymuje... Widziałem grzesznika uniesionego i wywyższonego jak cedry Libanu: i przeszedł, a oto nie ma go; szukałem go, a nie znalazłem". Świat pogański wszczął wielki zgiełk, gdy Apostołowie głosili Zmartwychwstanie. Oni i ich towarzysze byli wysłani jak owce między wilki — lecz zwyciężyli.
My też, choć nie jesteśmy świadkami rzeczywistego zmartwychwstania Chrystusa, jesteśmy nim duchowo. Przez serce przebudzone z martwych i uczucia zwrócone ku niebu możemy równie prawdziwie i bez przenośni świadczyć, że Chrystus żyje, jak oni czynili. „Kto wierzy w Syna Bożego, ma świadectwo w sobie samym." Prawda sama przez się świadczy o swoim Boskim Twórcy. Kto sumiennie słucha Boga i żyje świątobliwie, zmusza wszystkich wokół siebie do wiary i drżenia przed niewidzialną mocą Chrystusa. Światu wprawdzie w ogóle nie zaświadcza; bo niewielu może widzieć go z bliska dość, by być poruszonym jego sposobem życia. Lecz swoim bliźnim objawia Prawdę w miarę ich znajomości z nim; i niektórzy z nich, za Bożym błogosławieństwem, pochwytują święty płomień, pielęgnują go i z kolei przekazują go dalej. I tak w ciemnym świecie Prawda toruje sobie drogę wśród ciemności, przechodząc z rąk do rąk. I tak utrzymuje swą pozycję na wysokich miejscach, uznana za wyznanie wiary narodów, których tłumy na ogół nie wiedzą, na czym się ona opiera, jak tam dotarła, jak trzyma swój grunt; i gardząc nią, sądzą, że łatwo ją stamtąd wyprzeć. Lecz „Pan króluje". Zmartwychwstał. „Tron Jego utwierdzony jest od wieków; On jest od wiczności. Rzeki podniosły głos swój, rzeki podniosły szum swoich wód. Pan na wysokości mocniejszy jest od szumu wielu wód, mocniejszy niż wielkie morskie bałwany. Świadectwa Twoje stały się mocą pewne; świętość zdobi dom Twój, Panie, na wszystkie dni".
Niechaj te myśli będą naszymi zawsze, ilekroć szerzenie się błędu prowadzi nas do zwątpienia. Gdy uczeń świętego Piotra, Ignacy, stanął przed cesarzem rzymskim, nazwał siebie Teoforiosem; a gdy cesarz zapytał słabego starca, czemu tak siebie nazywa, Ignacy powiedział, że dlatego iż nosi Chrystusa w swej piersi. Zaświadczył, że jest jeden Bóg, który stworzył niebo, ziemię i morze, i wszystko, co jest w nich, i jeden Pan Jezus Chrystus, Jego Jednorodzony Syn, „którego królestwo (dodał) niechaj będzie moim udziałem!" Cesarz zapytał: „Jego królestwo, mówisz — tego, co był ukrzyżowany za Poncjusza Piłata?" „Jego (odpowiedział Święty) — tego, który w mnie ukrzyżował mój grzech, i który poddał pod nogi tych, co Go noszą w sercach, wszelką zdradę i złość szatańską: jako napisano: »Będę w nich mieszkał i między nimi chodził«."
Ignacy był jeden przeciwko wielu, jak wcześniej był święty Piotr; i poniósł śmierć, jak poniósł ją Apostoł — lecz przekazał Prawdę za swych dni. W końcu i my ją otrzymaliśmy. Choć słabi i osamotnieni, nie daj Boże, abyśmy z kolei jej nie przekazali; chwaląc Go naszym życiem i wszystkimi słowami i czynami naszymi zaświadczając o męce, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa!