HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom II

Kazanie II. Wiara bez widzenia

Na uroczystość świętego Tomasza Apostoła

Gdy wiara wydaje się nierozumnaGdy nie mam oparcia WiaraWiara a rozum
„Tomaszu, uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli."
W skrócie. Kazanie na święto Tomasza Apostoła rozważa wiarę bez bezpośredniego zmysłowego potwierdzenia. Newman ukazuje Tomasza jako przykład człowieka, który domagał się dowodu, lecz ostatecznie uwierzył. Prawdziwa wiara jest błogosławieństwem właśnie wtedy, gdy nie opiera się na widzeniu.

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli.”

*Na uroczystość świętego Tomasza Apostoła*

*„Tomaszu, uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli."* > — J 20,29

Święty Tomasz jest Apostołem, który powątpiewał w zmartwychwstanie naszego Pana. Ten brak wiary nadał mu pewien rys charakteru w umysłach większości ludzi, do którego nawiązuje Kolekta na ten dzień. Nie należy jednak sądzić, że różnił się on znacznie od pozostałych Apostołów. Wszyscy oni, mniej lub bardziej, zwątpili w obietnice Chrystusa, kiedy ujrzeli Go prowadzonego na ukrzyżowanie. Gdy Go pogrzebano, ich nadzieje pochowano razem z Nim; a gdy dotarła do nich wieść, że zmartwychwstał, wszyscy jej nie wierzyli. Kiedy się im ukazał, „wyrzucał im ich niedowiarstwo i zatwardziałość serca". Ponieważ jednak święty Tomasz nie był obecny wówczas przy pozostałych i słyszał jedynie od swoich współapostołów, że widzieli Pana, jego czas niepewności i mroku trwał dłużej niż ich.

Na wieść o tym wielkim cudzie oświadczył, że nie uwierzy, jeśli sam nie zobaczy Chrystusa i nie dozwoli mu Go dotknąć. I tak oto przez jakby przypadkową okoliczność Tomasz zostaje wyodrębniony spośród braci, którzy zrazu nie wierzyli tak samo jak on, jakby był szczególnym przykładem niedowiarstwa. Żaden z nich nie uwierzył, dopóki nie ujrzał Chrystusa — z wyjątkiem świętego Jana, który i on początkowo wahał się. Tomasz utwierdził się w wierze najpóźniej, bo i najpóźniej ujrzał Chrystusa. Z drugiej strony jest pewne, że choć nie uwierzył w dobrą nowinę o zmartwychwstaniu Chrystusa, nie był bynajmniej oziębłym naśladowcą swego Pana — świadczy o tym jego zachowanie przy innej okazji, gdy wyraził pragnienie, by dzielić z Nim niebezpieczeństwo i cierpienie. Kiedy Chrystus wyruszał do Judei, aby wskrzesić Łazarza z martwych, uczniowie mówili: „Rabbi, dopiero co Żydzi usiłowali Cię ukamienować i znowu tam idziesz?" Gdy zaś Chrystus trwał przy swoim zamiarze, Tomasz odezwał się do pozostałych: „Chodźmy i my, aby razem z Nim umrzeć." Ta podróż zakończyła się, jak przepowiadali Jego Apostołowie, śmiercią ich Pana; oni co prawda ocaleli, lecz to za sprawą Tomasza wystawili swoje życie na niebezpieczeństwo razem z Nim.

Święty Tomasz kochał więc swego Mistrza, jak przystało Apostołowi, i był Mu oddany całym sercem; kiedy jednak ujrzał Go ukrzyżowanego, jego wiara — podobnie jak u pozostałych — zachwiała się na pewien czas. Zarazem nie musimy zaprzeczać, że jego szczególne zwątpienie w zmartwychwstanie Chrystusa nie wynikało całkowicie z okoliczności, lecz w jakiejś mierze brało się z pewnej wadliwości usposobienia. Sama narracja świętego Jana oraz słowa naszego Zbawiciela skierowane do Tomasza sprawiają wrażenie, że był on bardziej winny niż pozostali. Świadczy o tym fakt, że trwał w oporze nie wobec jednego tylko świadka, lecz wobec dziesięciu współuczniów, a ponadto Marii Magdaleny i innych niewiast; oraz jego bardzo mocne słowa: „Jeżeli nie zobaczę w Jego rękach śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do Jego boku, nie uwierzę". Warto zauważyć, że choć wiemy o świętym Tomaszu bardzo niewiele, to jedyna zachowana jego wypowiedź (przed ukrzyżowaniem Chrystusa) zdradza coś z tego samego stanu wątpiącego zamętu myśli. Gdy Chrystus powiedział, że odchodzi do swego Ojca, i że drogę tę wszyscy znają, Tomasz wtrącił z pewnym sprzeciwem: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?" — to znaczy: nie widzimy nieba ani Boga niebios, jakże możemy znać tamtą drogę? Zdaje się, że domagał się on jakiegoś zmysłowego wglądu w świat niewidzialny, jakiegoś nieomylnego znaku z nieba, drabiny Aniołów jak ta Jakubowa, która usunęłaby niepewność, ukazując mu cel podróży w chwili wyruszenia. Takie ukryte tęsknienie za pewnością nie dawało mu spokoju. I podobna żądza odezwała się w nim na wieść o zmartwychwstaniu Chrystusa. Słaby w wierze, zawiesił swój sąd i zdawał się postanowiony nie wierzyć w nic, dopóki nie dowie się wszystkiego. Toteż gdy nasz Zbawiciel ukazał się mu w osiem dni po ukazaniu się pozostałym, spełnił wprawdzie życzenie Tomasza i przekonał jego zmysły, że żyje naprawdę, lecz towarzyszył temu spełnieniu wyrzut — Zbawiciel dał do zrozumienia, że ustępując jego słabości, odbiera mu zarazem prawdziwe błogosławieństwo. „Podnieś tutaj swój palec i patrz na moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, że Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli."

Jednak ostatecznie nie tyle obchodzą nas rozważania o naturalnym usposobieniu i temperamencie Błogosławionego Apostoła, którego dziś wspominamy, ile raczej szczególna okoliczność, w jakiej pojawia się jego imię, oraz komentarz naszego Zbawiciela do niej. Wszyscy Jego uczniowie Mu służą; i tak jak na różne sposoby, tak również w tym — że dają sposobność do słów łaski płynących z Jego ust. Służą Mu nawet swoimi słabościami, które często są w Piśmie Świętym ujawniane, a nie ukrywane, jak ukrywaliby je po ludzku pobożni przyjaciele — aby On mógł przemieniać je w naukę i pociechę dla swojego Kościoła. Tak oto nadmierna gorliwość Marty w domowych zajęciach wyjednała od Niego przyzwolenie na życie kontemplacji i modlitwy; i tak samo w dziejach, które mamy przed sobą, nadmierna ostrożność świętego Tomasza wyjednała nam Jego obietnicę szczególnego błogosławieństwa dla tych, którzy wierzą, choć nie widzieli. Przystępuję teraz do kilku uwag o naturze owej usposobionej ku wierze duszy i o tym, dlaczego jest błogosławiona.

Nie trzeba chyba zaznaczać, że to, co nasz Zbawiciel mówi Tomaszowi tak wyraźnie i dobitnie, wyrażał niejako przez całą swoją służbę: że błogosławiony jest umysł, który chętnie wierzy. Jego żądanie wiary i próba wiary w przypadku tych, którzy przychodzili po Jego cudowną pomoc, Jego pochwała tam, gdzie wiarę znalazł, Jego smutek tam, gdzie jej brakowało, Jego przestrogi przed zatwardziałością serca — wszystko to jest tego świadectwem. „Zaprawdę powiadam wam: u nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary." „Ufaj, córko! Twoja wiara cię ocaliła." „Twoja wiara cię zbawiła, idź w pokoju." „Plemię przewrotne i wiarołomne domaga się znaku." „O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy!" Słowa te przypomną nam mnóstwo podobnych miejsc szczególnie sławiących wiarę. Święty Paweł idzie dalej tropem tej nauki, którą jego Pan zainicjował. W trzech Listach przedstawia nam szczególne miejsce, jakie wiara zajmuje wśród oznak umysłu religijnego, i za każdym razem powołuje się na fragment Proroków, by wykazać, że nie głosi żadnej nowej nauki, lecz jedynie tę, która była ogłaszana od początku. Stąd też w potocznym języku mówimy, że religia opiera się na wierze, a nie na rozumie; z drugiej strony, tak samo powszechne jest wśród szydzących z religii zarzucanie nam właśnie tej doktryny, jak gdyby wyznając ją, przyznawaliśmy niemal, że chrześcijaństwo nie jest prawdziwe. Rozważmy zatem, jak sprawa ta się przedstawia.

Każdy człowiek religijny, we wszelkich porządkach Opatrzności, będzie w zwyczaju wychodzić poza siebie i poza wszystko, co wiąże się z jego najwyższym dobrem. Człowiek o duchu religijnym to bowiem ten, kto stosuje się do reguły sumienia, z którym się urodził, którego sobie nie wymyślił i któremu czuje się w obowiązku być posłusznym. Sumienie zaś kieruje natychmiast jego myśli ku jakiejś Istocie zewnętrznej wobec niego, która mu je dała i która jest widocznie od niego wyższa; prawo bowiem zakłada prawodawcę, a nakaz — przełożonego. Tak więc człowiek zostaje jakby wyprowadzony z siebie samego przez ten właśnie Głos, który przemawia w jego wnętrzu; i choć rządzi swoim sercem i postępowaniem przez wewnętrzne poczucie dobra i zła — nie przez maksymy zewnętrznego świata — owo wewnętrzne poczucie nie pozwala mu spoczywać w sobie, lecz wysyła go z powrotem w świat, by szukał Tego, który włożył w niego swoje Słowo. Wychyla się w świat, by szukać Tego, który nie jest ze świata; by znaleźć za cieniami i pozorami tej zmiennej sceny czasu i zmysłów Tego, którego Słowo jest wieczne, a którego Obecność jest duchowa. Wychyla się z siebie, szukając owego Żywego Słowa, któremu mógłby przypisać to, co odbiło się echem w jego sercu; a będąc pewny, że gdzieś można je znaleźć, jest uprzedzony do jego znalezienia i często sądzi, że je znalazł, kiedy tak nie jest. Stąd, gdy prawdy nie ma w pobliżu, skłonny jest brać błąd za prawdę, poczytywać za obecność i szczególne działanie Boże to, czym ono nie jest; i myśląc, że wszystko jest lepsze od sceptycyzmu, staje się (co mu niekiedy zarzucają jako wadę) przesądny. Taki, jak można sądzić, jest stan ludzi lepszych w kraju pogańskim. Nie dostępują oni prawdziwszych znaków Bożej mocy i woli, które my posiadamy; zmyślają więc tam, gdzie nie potrafią znaleźć, i mając sumienia bystrzejsze niż zdolności rozumowania, wypaczają i nadużywają nawet tych wskazań Boga, które są im dane w naturze. To jest jedna z przyczyn fałszywych bóstw pogańskiego kultu — bóstw będących znakiem winy czciciela, lecz nie (jak ufamy) wtedy, gdy nie mógł wiedzieć nic lepszego, ale gdy odwrócił się od światła, nie chcąc „zatrzymać Boga w swojej wiedzy". A jeśli taki jest bieg religijnego umysłu nawet wtedy, gdy nie dostępuje radosnej nowiny o prawdzie Bożej, o ileż bardziej powita ją z radością i powierzy się chętnie ręce Bożej, gdy dane mu będzie dostrzec ją w Ewangelii. Taka jest wiara, jaka istnieje w rzeszy wierzących — zrodzona z ich poczucia obecności Boga, poświadczonego im pierwotnie przez wewnętrzny głos sumienia.

Z drugiej strony ci, którzy przedkładają świat nad prowadzenie Ducha Bożego w sobie, wkrótce tracą zdolność wyczuwania tego prowadzenia i opierają się na świecie jak na bogu. Nie przeczuwając żadnego Niewidzialnego Przewodnika, który miałby prawo być posłusznym w sprawach postępowania, uważają, że substancję ma tylko to, co dociera do ich zmysłów, zadowalają się tym i czerpią z tego reguły życia. Oni naprawdę nie są w żadnym niebezpieczeństwie, by być przesądnymi lub łatwowiernymi; nie żywią bowiem żadnego uprzedniego pragnienia ani przekonania, że Bóg mógł objawić się w świecie; a gdy słyszą o zdarzeniach nadprzyrodzonych, podchodzą do ich badania tak spokojnie i beznamiętnie, jak gdyby byli sędziami w sądzie albo badali zagadnienia naukowe. Nie uznają żadnego szczególnego interesu w postawionej im kwestii i bez trudu potrafią posługiwać się swym intelektem tak rygorystycznie, jakby był jakimś zewnętrznym narzędziem, niepodatnym na żaden wpływ. Widzimy tu dwa przeciwne typy umysłu: jeden łatwowierny (jak by go powszechnie nazywano), drugi bezstronny, trzeźwo sądzący i przenikliwy; i jest oczywiste, że pierwszy z nich jest usposobieniem religijnym raczej niż drugi. W ten sposób więc, jeśli nie inaczej, wiara i rozum stoją naprzeciw siebie; i wierzyć wiele jest bardziej błogosławione niż wierzyć mało.

Ale to nie wszystko. Każdy, kto stara się pełnić wolę Bożą, przekona się z pewnością, że nie może jej pełnić doskonale. Poczuje, że jest pełen niedoskonałości i grzechu; a im bardziej uda mu się opanować serce, tym wyraźniej dostrzeże jego pierwotną gorycz i winę. Oto dodatkowa przyczyna, dla której człowiek religijny wychodzi z siebie. Zna zło swojej natury i lęka się gniewu Bożego jako jego następstwa; a gdy rozgląda się wokół, widzi to zło odbitym z wnętrza na obliczu świata. Lęka się; i w konsekwencji szuka jakiegoś sposobu, by przebłagać Stwórcę, szuka jakiegoś znaku — o ile taki istnieje — Bożego miłosierdzia. Nie może trwać w sobie; nie może spocząć w sobie; błąka się z samego niepokoju; potrzebuje kogoś, kto by przemówił pokój do jego duszy. Gdyby przyszedł do niego człowiek, wyznający, że jest posłańcem z nieba, zostaje natychmiast zatrzymany i słucha; i choćby takie wyznanie było prawdziwe czy fałszywe, to jego pierwszym pragnieniem jest, aby było prawdziwe. Ci natomiast, którzy są bez tego poczucia grzechu, mogą spokojnie wysłuchać pierwszej wieści, że Bóg przemówił do człowieka, i nie być nią wstrząśnięci. Mogą cierpliwie czekać, aż całość dowodów zostanie przed nimi rozłożona, po czym przyjąć albo odrzucić — stosownie do tego, co zdecyduje rozum.

Co więcej, wyobraźmy sobie dwie osoby o mocnym umyśle, niełatwo wzruszalne, trzeźwo sądzące i ostrożne; i przyjmijmy, że są obdarzone tymi przymiotami w równej mierze. Otóż istnieje dodatkowy powód, dla którego z tych dwóch ten, kto jest religijny, będzie wierzył więcej, a rozumował mniej niż niereligijny — to jest, jeśli działanie człowieka zgodnie z jakimś przesłaniem jest miarą jego wiary weń, jak rozstrzygnie zdrowy rozsądek. Albowiem w sprawie tak ważkiej i praktycznej jak dobro duszy mędrzec nie będzie czekał na najpełniejszy dowód, nim zacznie działać; i objawi swą roztropność nie w tym, że pozostanie bez wpływu pod działaniem dostępnego doniesienia o Bożym posłaniu, lecz w tym, że będzie mu posłuszny, choćby mogło być ono lepiej poświadczone. Jeśli tylko jest dość prawdopodobne, że odrzucenie Ewangelii pociągnie za sobą jego wieczną zgubę, to najrozważniej i najmądrzej postępować tak, jakby to było pewne. Z drugiej strony, gdy człowiek nie traktuje prawdziwości chrześcijaństwa jako sprawy praktycznej, lecz jako przedmiot czysto filozoficznych lub historycznych dociekań, poczuje się uprawniony (i słusznie na swoich własnych przesłankach) do wyszukiwania usterek w dowodach. Gdy badamy jakiś punkt historyczny albo zgłębiamy jakieś twierdzenie naukowe, żądamy rozstrzygającego dowodu; uważamy za dozwolone czekać, aż go uzyskamy, pozostać w zawieszeniu — jednym słowem, być sceptykami. Jeśli religia nie jest sprawą praktyczną, słusznie jest i filozoficznie być sceptykami. Zapewne można by nam udzielić wyższych i pełniejszych dowodów jej prawdziwości; a i tak pozostaje szereg głębokich pytań dotyczących praw przyrody, ustroju umysłu ludzkiego i tym podobnych, które musiałyby być rozwiązane, zanim poczulibyśmy się w pełni usatysfakcjonowani. A ci, których serca nie są „wrażliwe", jak wyraża się Pismo Święte — to znaczy którzy nie mają żywego poczucia Bożego Głosu w sobie i konieczności istnienia Tego, od kogo ten Głos pochodzi — nie traktują chrześcijaństwa jako sprawy praktycznej i tak też je zbywają. Przyzwyczajeni są mówić, że śmierć wkrótce ich dopadnie i rozwiąże im tę wielką tajemnicę bez ich trudu — to znaczy czekają na widzenie; nie rozumiejąc ani nie będąc w stanie pojąć, że rozwiązanie tego wielkiego zagadnienia bez widzenia jest właśnie celem i zadaniem ich doczesnego życia: zgodnie z orzeczeniem świętego Pawła, że wiara jest „gwarancją", czyli urzeczywistnieniem, „tego, czego się spodziewamy", „dowodem", czyli próbą, działaniem, postępowaniem wedle przekonania o „tym, czego nie widzimy". To, co Apostoł mówi o Abrahamie, jest opisem wszelkiej prawdziwej wiary: wyrusza ona, nie wiedząc, dokąd idzie. Nie żąda ani nie targuje się o to, by widzieć koniec drogi; nie argumentuje jak święty Tomasz w dniach swej nieświadomości: „nie wiemy, dokąd, i jakże możemy znać drogę?"; jest przekonana, że ma dość światła, by iść naprzód — o wiele więcej, niż grzeszny człowiek ma prawo oczekiwać — jeśli widzi jeden krok przed sobą; a wszelką znajomość kraju, przez który pielgrzymuje, pozostawia Temu, który ją wzywa.

I to błogie usposobienie ducha, które kształtuje ludzi religijnych w owej ważniejszej sprawie przyjęcia lub odrzucenia Ewangelii, rozciąga się również na ich przyjęcie jej we wszystkich jej szczegółach. Jak wiara zadowala się zaledwie małym światłem na początku drogi i powiększa je przez działanie wedle niego, tak też czyta niejako przy zmierzchu przesłanie prawdy we wszelkich jego szczegółach. Nie domaga się, by tekst Pisma Świętego dawał się sprowadzić do rygorystycznych i mozolnie wypracowanych dowodów swoich nauk; ma dość praktycznej mądrości, by uznać, że Słowo Boże musi mieć przede wszystkim jeden — i tylko jeden — sens, i by starać się, jak najlepiej potrafi, odnaleźć, jaki to sens, bez względu na to, czy dowody nań są wielkie czy małe, i nie spierać się z nim, jeśli nie jest przemożnie oczywisty. Nieustannie ma w pamięci, że w Piśmie Świętym przemawia Chrystus, i przyjmuje Jego słowa tak, jakby je słyszała, jakby mówił je ktoś przełożony i bliski, komu chciałaby sprawić radość — nie tak, jakby zajmowała się martwą literą dokumentu, z którym można się obchodzić ostro, poddawać go krytyce i stawiać wyjątki. Odwraca oczy od siebie ku Chrystusowi; i zamiast niecierpliwie szukać jakiegoś osobistego zapewnienia, trwa w posłuszeństwie, mówiąc: „Oto jestem, poślij mnie." I podobnie wobec każdego ustanowienia Chrystusa — Jego Kościoła, Jego Sakramentów i Jego Sług — postępuje nie jak spierający się o to z tym światem, lecz jak uczeń Tego, który je ustanowił. Wreszcie spoczynek jej w tym objawieniu, które jej dano; „znalazła Mesjasza" — i to jej wystarcza. Sama zasada jej dawnej niepewności powstrzymuje ją teraz od błąkania się. Gdy „Syn Boży przyszedł i dał nam rozum, abyśmy poznali Prawdziwego Boga", chwiejność, lękliwość, przesądne ufanie stworzeniu, pogoń za nowościami — są znakami, nie wiary, lecz niewiary.

Wiele można by jeszcze dodać na zakończenie, stosując to, co powiedziano, do usposobienia naszych czasów, w których ludzie wokół nas skłonni są niemal chlubić się tym, że „ich religia jest religią rozumową". Zapewne tak jest; lecz bynajmniej nie jest konieczną cechą prawdziwej religii, że jest rozumowa w potocznym sensie tego słowa; ani też nie jest żadną chlubą dla człowieka, że postanowił przyjmować jedynie to, co uważa za rozumowe. Prawdziwa religia jest po części całkowicie ponad rozumem — jak w swoich Tajemnicach; i tak samo mogła być wprowadzona na świat bez owego szeregu Dowodów, jak się je nazywa, który rozum nasz potrafi i z upodobaniem wytacza; a mimo to nie byłaby przez to mniej prawdziwa. W tej mierze, w jakiej jest ponad rozumem, w jakiej rozszerzyła się na jakiekolwiek kraje bez dostatecznego dowodu swej Bożości, nie może być nazwana rozumową. Owszem, to, że jest w ogóle dostępna rozumowi, jest raczej przywilejem udzielonym przez Boga Wszechmogącego niż czymś, czego człowiek może żądać; i o ile nie jest przyjmowana jako dar niezasłużony, może stać się dla nas szkodliwa. Jeśli ta uwaga jest w jakiejś mierze słuszna, wiemy, co myśleć o odrzucaniu nauk Ewangelii pod pretekstem ich irracjonalności, lub o próbach obalania wyznania innych przez wyśmiewanie się z jego artykułów jako nierozumnych i absurdalnych, albo o myśleniu, że przesądni zrobili krok ku prawdzie, gdy popadli w niewiarę, albo o poczytywaniu za złe wychowywania dzieci w wierze katolickiej, by nie pozbawiać ich sposobności wyboru w latach dojrzałych. Odrzuciwszy takie myśli, wolelibyśmy raczej poprzestać na słowach Apostoła. „Albowiem mowa krzyżowa — mówi — głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia. Napisano bowiem: Wytracę mądrość mędrców, a roztropność roztropnych zniweczę. Gdzie jest mędrzec? Gdzie uczony w Piśmie? Gdzie badacz tego, co doczesne? Czyż nie obrócił Bóg w głupstwo mądrości świata? Skoro bowiem świat przez mądrość nie poznał Boga w mądrości Bożej, spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia słowa zbawić wierzących."

← wróć do odkrywania