*Uroczystość św. Jana Ewangelisty*
*„Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, albowiem miłość jest z Boga."* — 1 J 4,7
Św. Jan Apostoł i Ewangelista znany jest nam przede wszystkim i najlepiej jako „uczeń, którego Jezus miłował". Był jednym z trzech lub czterech, którzy zawsze towarzyszyli naszemu Błogosławionemu Panu i cieszyli się przywilejem najściślejszego z Nim obcowania; a będąc w tym bardziej uprzywilejowany od Piotra, Jakuba i Andrzeja, był — jak to zwykliśmy mówić — przyjacielem Jego serca. Na uroczystej wieczerzy przed Męką Chrystusa zajął miejsce tuż przy Nim i spoczął na Jego piersi. Jak tamci trzej pośredniczyli między tłumem a Chrystusem, tak św. Jan pośredniczył między Chrystusem a nimi. Na owej Ostatniej Wieczerzy Piotr nie śmiał sam zapytać Jezusa, lecz poprosił Jana, by to On zadał Mu pytanie — kto to jest, który miał Go zdradzić. Tak więc św. Jan był prywatnym i bliskim przyjacielem Chrystusa. I znowu: to właśnie św. Janowi nasz Pan powierzył swoją Matkę, konając na krzyżu; to właśnie jemu objawił w widzeniu, po swoim odejściu, losy swego Kościoła.
Wiele można by powiedzieć o tej niezwykłej okoliczności. Mówię „niezwykłej", bo można by sądzić, że Syn Boga Najwyższego nie mógł kochać jednego człowieka bardziej niż innego; albo też — jeśli nawet tak — że nie miałby jednego tylko przyjaciela, lecz jako Wszechświęty miłowałby wszystkich ludzi mniej lub bardziej, stosownie do ich świętości. A jednak widzimy, że nasz Zbawiciel miał przyjaciela w ścisłym tego słowa znaczeniu; i to nam ukazuje po pierwsze, jak całkowicie był człowiekiem — człowiekiem takim jak każdy z nas, z jego potrzebami i uczuciami — a po wtóre, że nie ma niczego sprzecznego z duchem Ewangelii, niczego niezgodnego z pełnią chrześcijańskiej miłości w tym, aby nasze uczucia kierowały się w sposób szczególny ku pewnym osobom, ku tym, których związały z nami okoliczności dawniejszego życia lub jakieś swoiste rysy charakteru.
Byli tacy, którzy utrzymywali, że miłość chrześcijańska jest tak rozlana i powszechna, iż nie dopuszcza skupienia się na jednostkach; że należy kochać wszystkich ludzi jednakowo. I wielu jest takich, którzy nie głosząc żadnej teorii, uważają w praktyce, że miłość wielu jest czymś wyższym od miłości jednej lub dwóch osób; zaniedbują więc miłość miłosierną w prywatnym życiu, pochłonięci projektami rozległej dobroczynności lub dziełami jedności i pojednania wśród chrześcijan. Otóż chcę tutaj utrzymywać, w opozycji do takich pojmowań miłości chrześcijańskiej i mając przed oczyma wzór naszego Zbawiciela, że najlepszym przygotowaniem do miłowania świata w ogóle, i to miłowania go należycie i mądrze, jest kultywowanie serdecznej przyjaźni i uczucia wobec tych, którzy są nam najbliżej.
Opatrzność Boża przyjęła za swój zamysł, by to, co dobre i prawdziwe w religii i moralności, ugruntować na fundamencie naszych dobrych naturalnych uczuć. To, czym jesteśmy wobec naszych ziemskich przyjaciół w instynktach i pragnieniach naszego dzieciństwa, tym mamy się stać z czasem wobec Boga i ludzi na rozległym polu naszych powinności jako istoty odpowiedzialne. Czcić rodziców jest pierwszym krokiem ku czci Boga; kochać braci według ciała — pierwszym krokiem ku uważaniu wszystkich ludzi za braci. Stąd Pan nasz mówi, że musimy się stać jako małe dzieci, jeśli chcemy być zbawieni; musimy stać się w Jego Kościele, będąc dorosłymi, tym, czym byliśmy niegdyś w ciasnym kręgu naszych młodocianych domów. Rozważcie, ile innych cnót zostaje zaszczepione na naturalnych uczuciach. Czymże jest chrześcijańska wzniosłość ducha, hojne zaparcie się siebie, pogarda bogactw, wytrwałość w cierpieniu i gorliwe dążenie do doskonałości, jeśli nie udoskonaleniem i przemianą — pod wpływem Ducha Świętego — owego naturalnego charakteru umysłu, który nazywamy romantycznym? Z drugiej zaś strony, czymże jest instynktowna nienawiść i odraza do grzechu (którą posiadają utwierdzeni w wierze chrześcijanie), niezadowolenie z samych siebie, ich ogólna subtelność, rozeznanie i ostrożność — jeśli nie udoskonaleniem, pod tym samym Duchem, ich naturalnej wrażliwości i delikatności, lęku przed bólem i poczucia wstydu? Zostali wychowani ku samopanowaniu przez stosowną dyscyplinę i odtąd łączą z myślą o grzeszeniu dotkliwe poczucie dyskomfortu i przykrości. Tak samo miłość naszych współchrześcijan i świata w ogóle jest miłością krewnych i przyjaciół w nowym kształcie; a to jest jej pożytek, choćby nie miała innego, że stanowi ową naturalną gałąź, na której zaszczepiono duchowy owoc.
A nadto miłość prywatnych przyjaciół jest jedynym ćwiczeniem przygotowawczym do miłości wszystkich ludzi. Miłość Boga nie jest tym samym co miłość rodziców, choć jest do niej równoległa; ale miłość ludzkości w ogóle powinna być co do istoty tym samym przyzwyczajeniem co miłość przyjaciół, skierowanym jedynie ku innym przedmiotom. Wielką trudnością naszych obowiązków religijnych jest ich rozległość. To przeraża i miesza ludzi — co naturalne; zwłaszcza tych, którzy przez czas jakiś zaniedbywali religię i na których jej zobowiązania objawiają się naraz w całej pełni. Stąd pochodzi na przykład wielka bieda odkładania nawrócenia do czasu słabości lub choroby: człowiek nie wie, od czego zacząć. Otóż miłosierna Opatrzność Boża zawęziła nam z natury rzeczy ów rozległy obszar obowiązku; dała nam wskazówkę. Mamy zacząć od miłowania przyjaciół wokół nas i stopniowo rozszerzać krąg naszych uczuć, aż obejmie wszystkich chrześcijan, a potem wszystkich ludzi. Zresztą, rzeczą oczywiście niemożliwą jest kochać wszystkich ludzi w ścisłym i prawdziwym tego słowa znaczeniu. Kochać wszystkich ludzi znaczy żywić ku nim życzliwość, być gotowym im pomagać i zachowywać się wobec tych, którzy wchodzą na naszą drogę, tak jakbyśmy ich kochali. Nie możemy kochać tych, o których nic nie wiemy; chyba że patrzymy na nich przez Chrystusa, jako na przedmioty Jego Odkupienia — to znaczy raczej w wierze niż w miłości. A miłość jest nadto przyzwyczajeniem i nie można jej nabyć bez rzeczywistego ćwiczenia, co na tak szeroką skalę jest niemożliwe. Widzimy zatem, jak niedorzecznie postępują pisarze (w manierze tych, którzy lekceważą Ewangelię), gdy piszą ze wspaniałomyślnością o miłowaniu całego rodzaju ludzkiego rozległym uczuciem, o byciu przyjaciółmi całej ludzkości i tym podobnych rzeczach. Do czego sprowadzają się te próżne deklaracje? Do tego, że owi ludzie mają pewne życzliwe uczucia wobec świata — uczucia i nic więcej; nic więcej niż niestałe uczucia, sam owoc rozpasanej wyobraźni, które istnieją tylko wtedy, gdy ich umysły są pobudzone, i które z pewnością zawiodą w godzinie potrzeby. To nie jest kochać ludzi; to tylko mówić o miłości. Prawdziwa miłość człowieka musi opierać się na ćwiczeniu, a zatem musi zaczynać się od pracy nad miłością przyjaciół wokół nas — inaczej nie będzie miała wcale istnienia. Starając się kochać naszych krewnych i przyjaciół, ulegając ich życzeniom, choćby sprzecznym z naszymi własnymi, znosząc ich słabości, przezwyciężając ich chwilowe zdrożności dobrocią, zatrzymując się myślą przy ich zaletach i starając się je naśladować — w ten sposób właśnie kształtujemy w sercach naszych ów korzeń miłości, który, choć mały na początku, może niczym ziarnko gorczycy okryć w końcu swym cieniem nawet całą ziemię. Próżni mówcy o filantropii, o których właśnie mówiłem, zwykli ujawniać pustkę swych deklaracji, będąc twardymi i okrutnymi w prywatnych stosunkach życia, które zdają się traktować jako sprawy niegodne ich uwagi. Jakże inaczej, jakże zgoła inaczej — chyba że pewną niegodnością byłoby zestawiać takich marzycieli z wielkim Apostołem, którego pamięć dziś obchodzimy — jakże całkowicie odmienne od tej fikcyjnej dobroczynności było jego wzniosłe i oświecone współczucie dla wszystkich ludzi. Wiemy, że słynie z tego, co pisał o miłości chrześcijańskiej: „Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, albowiem miłość jest z Boga. Jeśli miłujemy się wzajemnie, Bóg mieszka w nas i miłość Jego jest w nas doskonała. Bóg jest miłością, a kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim." Czy zaczął od jakiegoś rozległego wysiłku miłowania na wielką skalę? Nie; miał on niewysłowiony przywilej bycia przyjacielem Chrystusa. W ten sposób nauczył się kochać innych; najpierw jego uczucie było skupione, potem zostało rozszerzone. Następnie powierzono mu uroczyste i pełne pociechy zadanie otaczania troską Matki naszego Pana, Najświętszej Dziewicy, po Jego odejściu. Czy nie dostrzegamy tu tajnych źródeł jego szczególnej miłości braci? Czy ten, który najpierw był zaszczycony uczuciem swego Zbawiciela, potem obdarzony synowskim obowiązkiem wobec Jego Matki — czy mógłby być czymś innym jak pamięcią i wzorem (na ile człowiek może nim być) miłości głębokiej, kontemplacyjnej, żarliwej, spokojnej, nieograniczonej?
Co więcej, owa miłość przyjaciół i krewnych, którą natura przepisuje, jest człowiekowi chrześcijańskiemu pożyteczna także o tyle, że nadaje kształt i kierunek jego miłości ludzkości w ogóle, czyniąc ją rozumną i rozróżniającą. Człowiek, który chciałby zacząć od ogólnej miłości do wszystkich, nieuchronnie stawia ich wszystkich na jednym poziomie i zamiast być ostrożnym, roztropnym i współczującym w swej dobroczynności — bywa pochopny i niezręczny; wyrządza może szkodę, gdy chce czynić dobro, zniechęca ludzi cnotliwych i dobrze usposobionych, a rani uczucia delikatnych. Ludzie ambitni i żarliwi, pragnący działać na szeroką skalę, są szczególnie narażeni na pokusę poświęcania dobra jednostek dla dobra ogółu w swych planach dobroczynnych. Źle uformowani ludzie, mający mocne oderwane przekonania o konieczności okazywania wielkoduszności i wyrozumiałości wobec przeciwników, zapominają często o jakiejkolwiek trosce o tych, z którymi sami są związani; i rozpoczynają swe (tak zwane) liberalne traktowanie nieprzyjaciół przez nieżyczliwe opuszczenie przyjaciół. Inaczej dzieje się, gdy ludzie kultywują dobroczynność prywatną jako wprowadzenie do tej rozleglejszej. Kładąc fundament pod towarzyską życzliwość, uczymy się niepostrzeżenie zachowywać należną harmonię i porządek w naszej miłości; uczymy się, że nie wszyscy ludzie są na tym samym poziomie; że dobro prawdy i świętości musi być skrupulatnie strzeżone; oraz że Kościół ma wobec nas pierwszeństwo przed światem. Łatwo przychodzi nam być hojnymi na szeroką skalę, gdy nie mamy żadnych uczuć, które by nam w tym przeszkadzały. Ci, którzy nie przyzwyczaili się miłować bliźnich, których widzą, nie będą mieli nic do stracenia ani zysku, nic do opłakiwania ani radowania się w swych rozleglejszych planach dobroczynności. Nie będą się nimi interesować dla nich samych; raczej będą się w nie angażować dlatego, że wymagają tego względy użyteczności, zdobywa się przez to uznanie albo znalazło się pretekst do bycia zajętym. Stąd też rozumiemy, dlaczego cnota prywatna jest jedynym pewnym fundamentem cnoty publicznej; i że nie należy spodziewać się żadnego dobra narodowego — choć może się ono niekiedy trafić — od ludzi, którzy nie mają bojaźni Bożej przed oczyma.
Dotychczas rozważałem kultywowanie uczuć domowych jako źródło rozleglejszej miłości chrześcijańskiej. Gdyby czas pozwolił, mógłbym teraz wykazać nadto, że uczucia te wymagają prawdziwego i trudnego jej ćwiczenia. Nic nie sprzyja bardziej nawykom samolubstwa (będącego bezpośrednim przeciwieństwem i zaprzeczeniem miłości) niż niezależność w doczesnych warunkach życia. Ludzie, na których nie ciąży żadne zobowiązanie, którzy nie mają nic, co nakładałoby na nich codzienne wezwanie do współczucia i czułości, którzy nie muszą zważać na niczyj komfort, którzy mogą poruszać się wedle własnej woli i dogadzać umiłowaniu nowości i niespokojnym humorom tak bliskim naturze większości ludzi — są w bardzo niekorzystnym położeniu do osiągnięcia owego niebiańskiego daru, który w naszej Liturgii opisany jest jako „prawdziwe spoiwo pokoju i wszelkich cnót". Z drugiej strony, nie wyobrażam sobie stanu życia bardziej sprzyjającego pełnieniu wzniosłych zasad chrześcijańskich i dojrzałego, wysubtelniałego ducha chrześcijańskiego (to znaczy tam, gdzie zainteresowane osoby rzeczywiście starają się spełniać swój obowiązek) niż ten, w którym osoby różniące się smakami i ogólnym charakterem są zmuszone przez okoliczności do życia razem i wzajemnego dostosowywania swoich upodobań i zajęć. I jest to jedna z wielu opatrznościowych dobrodziejstw (dla tych, którzy chcą je przyjąć) wypływających ze świętego stanu Małżeństwa; który nie tylko wyzwala najczulsze i najdelikatniejsze uczucia naszej natury, lecz tam, gdzie osoby spełniają swój obowiązek, musi być na rozmaite sposoby mniej lub bardziej stanem zaparcia się siebie.
Albo znowu mógłbym przejść do rozważania owych miłości prywatnych, które były moim tematem, nie tylko jako źródeł i szkoły miłości chrześcijańskiej, ale nadto jako jej doskonałości — a są nią w pewnych przypadkach. Starożytni tak wiele cenili przyjaźń, że uczynili z niej cnotę. W ujęciu chrześcijańskim nie jest ona dokładnie tym; jest jednak nierzadko przypadkowo szczególną próbą naszej cnoty. Rozważmy bowiem: powiedzmy, że taki i taki człowiek, nie związani żadną konieczną więzią, odnajdują swą największą radość we wspólnym życiu; powiedzmy, że trwa to przez lata i że im dłużej korzystają z wzajemnego towarzystwa, tym bardziej je cenią. Zastanówmy się teraz, co to oznacza. Młodzi ludzie łatwo się bowiem miłują, gdyż są radośni i niewinni; łatwiej sobie ustępują i pełni są nadziei — są typami, jak mówi Chrystus, Jego prawdziwych nawróconych. Lecz ta szczęśliwość nie trwa; smaki się zmieniają. Znowu, ludzie dorośli utrzymują przez lata przyjaźń; lecz nie żyją razem; a jeśli jakiś przypadek zetknie ich na chwilę w bliskiej zażyłości, trudno im opanować temperamenty i nie poróżnić się, i odkrywają, że są najlepszymi przyjaciółmi z oddalenia. Cóż więc może związać dwóch przyjaciół w bliskiej rozmowie przez lata — jeśli nie uczestnictwo w czymś Niezmiennym i zasadniczo Dobrym? A czymże jest to jeśli nie religią? Jedynie smaki religijne są niezmienne. Święci Boży trwają w jednej drodze, podczas gdy mody świata się zmieniają; i nierozerwalnie wierna przyjaźń może być więc dowodem na to, że kochające się w ten sposób strony mają w sercach głęboko zakorzenioną miłość Bożą. Dowodem nie nieomylnym z pewnością; gdyż mogą mieć usposobienia niezwykle zbliżone, lub jakiś pochłaniający świecki cel — literacki lub inny; mogą być odsunięci od pokusy zmiany, albo mogą mieć naturalną stateczność temperamentu, która jest zadowolona gdziekolwiek się znajdzie. Jednakże w pewnych okolicznościach jest to żywy znak obecności w nich łaski Bożej; i jest zawsze niejako jej symbolem, gdyż na pierwszy rzut oka jest coś z natury cnoty w samej idei stałości — niechęć do zmian będąca nie tylko cechą charakterystyczną duszy cnotliwej, lecz w pewnym sensie samą cnotą.
I tak oto poddałem wam przedmiot rozmyślań na dzisiejszą uroczystość — i z pewnością jest to przedmiot bardzo praktyczny, gdy zważymy, jak wielka część naszych obowiązków leży w domu. Gdyby Bóg wezwał nas do głoszenia światu, musielibyśmy z pewnością usłuchać Jego głosu; lecz na razie czyńmy to, co jest przed nami. Dzieci, miłujmy się wzajemnie. Bądźmy łagodni i delikatni; myślmy, zanim przemówimy; starajmy się rozwijać nasze talenty w życiu prywatnym; czyńmy dobro, nie oczekując nagrody i unikając wszelkiego objawiania się przed ludźmi. Z pełnym prawem tak was napominam w tej chwili, gdy tak niedawno spożywaliśmy razem Błogosławiony Sakrament, który zobowiązuje nas do wzajemnej miłości i daje nam siłę do jej praktykowania. Nie zapominajmy obietnicy, którą wtedy złożyliśmy, ani łaski, którą wtedy otrzymaliśmy. Nie jesteśmy swoją własnością; zostaliśmy odkupieni krwią Chrystusa; jesteśmy poświęceni, by być świątyniami Ducha Świętego — przywilej niewysłowiony, który jest dość wielki, aby nas przygnieść wstydem za naszą niegodność, gdyby nie wzmacniał nas zarazem pomocą, jaką sam udziela, do zniesienia jego skrajnej kosztowności. Oby nam było dane żyć godnie naszego powołania i urzeczywistniać w naszych własnych osobach modlitwy i wyznania Kościoła za nas zaniesione!