HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom II

Kazanie VI. Duch małych dzieci

Święto Młodzianków

Gdy moja wiara stała się letniaGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego Powszechne powołanie do świętościPokora
„Jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego."
W skrócie. Kazanie o Świętych Młodziankach głosi ducha dziecięcości jako warunek wejścia do Królestwa Bożego. Newman wzywa do porzucenia samozadowolenia i pozornej dojrzałości duchowej na rzecz prostoty i pokory dziecka. Bez nawrócenia się i upodobnienia do dzieci nie osiągniemy zbawienia.

„jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.”

*Święto Młodzianków*

*„Jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego."* > — Mt 18,3

Im dłużej żyjemy na świecie i im bardziej oddalamy się od uczuć i wspomnień dzieciństwa (zwłaszcza gdy przestajemy stykać się z dziećmi), tym więcej powodów mamy, by przywoływać sobie w pamięci to doniosłe działanie i słowo naszego Pana, gdy przywołał do siebie małe dziecię, postawił je pośród uczniów i rzekł: „Zaprawdę powiadam wam: jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto więc się uniży jak to dziecię, ten jest największy w królestwie niebieskim." A by przypominać nam ów sąd naszego Zbawiciela, Kościół, niczym troskliwy nauczyciel, przywołuje nas co roku w dniu dzisiejszym z wrzawy i gorączki świata. Korzysta ze Rzezi Niewinnych zapisanej w Ewangelii według św. Mateusza, by ukazać nam prawdę, o której inaczej moglibyśmy myśleć zbyt mało; by otrzeźwić nasze życzenia i nadzieje dotyczące tego świata, nasze wyniosłe i ambitne myśli albo pełne lęku troski, zazdrości i niepokoje — obrazem czystości, pokoju i pogody ducha, które są cechami właściwymi małym dzieciom.

Niezależnie zaś od korzyści, jaką w ten sposób odnosimy, słuszne jest i przystojne uczcić w ten sposób śmierć Świętych Młodzianków — była to bowiem śmierć błogosławiona. Znaleźć się blisko Chrystusa i cierpieć dla Chrystusa jest z pewnością przywilejem niewypowiedzianym; cierpieć w jakikolwiek sposób, choćby nieświadomie. Małe dzieci, które brał w ramiona, nie były świadome Jego miłościwego zniżenia się ku nim; czy jednak nie było to przywilejem, gdy im błogosławił? Zaiste ta rzeź miała w sobie naturę Sakramentu; była zadatkiem miłości Syna Bożego ku tym, którzy zostali w niej objęci. Wszyscy, którzy zbliżali się do Niego, mniej lub bardziej cierpieli przez owo zbliżenie, jak gdyby ziemski ból i utrapienie wychodziły z Niego niczym jakaś cenna cnota dla dobra ich dusz — i te niemowlęta pośród nich. Zaprawdę sama Jego obecność była Sakramentem; każdy Jego ruch, spojrzenie i słowo przekazywały łaskę tym, którzy gotowi byli ją przyjąć; a tym bardziej wspólnota z Nim. Toteż w dawnych czasach takie barbarzyńskie mordy czy Męczeństwa uważane były za rodzaj chrztu — chrztu krwi — z sakramentalną mocą, która zastępowała wyznaczoną Kąpiel odrodzenia. Przyjmijmy więc te małe dzieci niejako za Męczenników i zobaczmy, jakiego pouczenia możemy doznać ze wzoru ich niewinności.

Istnieje wielkie niebezpieczeństwo, że z biegiem życia nasze serce stanie się zimne: dotykające nas utrapienia, troski, rozczarowania — wszystko to zmierza do stępienia naszych uczuć i stwardnienia wrażliwości. Podobnie działa owa konieczna dyscyplina, którą św. Paweł zaleca Tymoteuszowi praktykować. I znowu — w szczególności pogoń za bogactwem; a tym bardziej, gdy ludzie tak dalece jawnie przekraczają słowo Boga Wszechmogącego, że ulegają pokusom zmysłowości. Żarłok i pijak brutalnieją na umyśle — to oczywiste. I jeszcze dalej: często ogarnia nas przekonanie, że staliśmy się postaciami ważniejszymi i bardziej znaczącymi, niż byliśmy. Jeśli na przykład powodzi nam się w sprawach doczesnych, jeśli wznosimy się na drabinie tak zwanego towarzystwa, jeśli zdobywamy imię, jeśli przez małżeństwo lub inną okoliczność zmieniamy swój stan w sposób budzący skrytą zazdrość w sercach naszych bliźnich — we wszystkich tych przypadkach narażeni będziemy na pokusę pychy. Szacunek, jakim otacza się bogactwo lub talent, posiadacza zazwyczaj czyni sztucznym i nieprzystępnym; powleka jego umysł pozornym wyrafinowaniem, które zabija uczucie i szczerość serca. Tymczasem w sercu większości ludzi tkwi głęboko skryte instynktowne uszanowanie i przywiązanie do dni dzieciństwa. Nie mogą się powstrzymać od wzdychania z żalem i czułością, gdy o nim myślą; i to łaskawe postępowanie naszego Pana i Zbawiciela, który korzysta (rzec można) z tej zasady naszej natury i — jak wszystkim, co do niej należy — tak i tym posługuje się dla prawdziwego zdrowia duszy. Zbożnym zaś postępowaniem ze strony Kościoła jest pójście za wskazaniem danym mu przez Odkupiciela i poświęcenie jednego dnia w roku jakby na rozważanie Jego słowa i czynu.

Gdy chcemy kogoś poruszyć, a jeśli jest to dane — upokorzyć, cóż możemy uczynić lepszego, niż odwołać się do pamięci minionych czasów, a nade wszystko do jego dzieciństwa? Wtedy właśnie wyszedł z rąk Bożych, ze wszystkimi naukami i myślami o Niebie świeżo w nim wyrytymi. Któż potrafi powiedzieć, jak Bóg tworzy duszę albo jak ją na nowo stwarza? Nie wiemy. Wiemy, że poza udziałem Jego w tym dziele, przychodzi ona na świat ze skazą grzechu; i że nawet odrodzenie, które usuwa przekleństwo, nie wyrywa korzenia zła. Czy dusza rodzi się w niebie, czy w otchłani; jak grzech Adama wdmuchiwany jest w nią razem z tchnieniem życia; jak w niej mieszka Duch — któż nam to wyjawi? Ale to jedno wiemy doskonale — wiemy to z własnego wspomnienia siebie samych i z doświadczenia dzieci — że w duszy niemowlęcia, w pierwszych latach jej odrodzonego stanu, istnieje pewne rozeznanie świata niewidzialnego w rzeczach widzialnych, pewne urzeczywistnienie tego, co Najwyższe i Godne Uwielbienia, oraz pewna niedowierzliwość i nieznajomość tego, co przemijające i zmienne; co wyznacza ją jako właściwy obraz dojrzałego chrześcijanina, oderwionego od rzeczy doczesnych i żyjącego w głębokim przekonaniu o Bożej Obecności. Nie chcę oczywiście powiedzieć, że dziecko ma w sercu jakąś ukształtowaną zasadę, jakieś nawyki posłuszeństwa, jakieś prawdziwe rozeznanie między tym, co widzialne, a tym, co niewidzialne — takie, jakie Bóg dla Chrystusa obiecuje nagrodzić tym, którzy doszli do lat rozeznania. Nigdy nie wolno nam zapominać, że pomimo nowego narodzenia zło jest w nim, choć tylko w zarodku; lecz posiada on ten jeden wielki dar: zdaje się, że przyszedł niedawno z Bożej obecności i nie rozumie języka tej widzialnej sceny ani tego, jak jest ona pokusą, jak zasłoną wstawioną między duszę a Boga. Prostota dziecięcych dróg i pojęć, jego gotowe dawanie wiary wszystkiemu, co mu mówią, jego bezinteresowna miłość, jego otwarta ufność, jego wyznanie własnej bezradności, jego nieświadomość zła, jego niemożność ukrycia myśli, jego pogoda ducha, jego szybkie zapominanie o zmartwieniu, jego podziwianie bez pożądania; a nade wszystko jego duch czci, patrzący na wszystko wokół siebie jak na rzeczy cudowne, jak na znaki i typy Jedynego Niewidzialnego — to wszystko jest dowodem, że jest ono niedawno (jakby) przybyłym gościem z wyższego porządku rzeczy. Chciałbym tylko, żeby ktoś zastanowił się nad powagą i trwogą, z jaką dziecko słucha jakiegoś opisu lub opowieści; albo znowu — nad brakiem w nim owego ducha pysznej niezależności, który ujawnia się w duszy z biegiem czasu. I choć dzieci są z reguły natury słabej i drażliwej, i nie wszystkie są równie sympatyczne, to jednak ich namiętności przychodzą i mijają jak przelotna burza, nie przesłaniając nauki, jaką możemy, ku własnemu pożytkowi, wyciągnąć z ich gotowej wiary i prostoduszności.

Należy tu wspomnieć również o ostrości, z jaką sumienie dziecka wskazuje mu różnicę między dobrem a złem. W miarę jak ludzie posuwają się w życiu i ulegają nawiedzającym ich pokusom, tracą ten pierwotny dar i zmuszeni są szukać drogi po omacku, samym jedynie rozumem. Gdy zastanawiają się, czy postąpić tak czy owak, a decyzja w ich mniemaniu angażuje wiele względów obowiązku i interesu — czują się zupełnie bezradni. Naprawdę i prawdziwie, nie z samozwodniczości, ale naprawdę — nie wiedzą, jak powinni postąpić; i zmuszeni są dobierać argumenty i zadawać sobie wiele trudu, by dojść do wniosku. A to wszystko, w wielu przynajmniej przypadkach, dlatego, że przez grzeszenie utracili przewodnika, którego pierwotnie otrzymali od Boga. Stąd to św. Jan w Lekcji na dzień dzisiejszy mówi o nieskalanych sługach Chrystusa jako o tych, którzy „idą za Barankiem, dokądkolwiek idzie". Mają umysły dzieci i zdolni są mocą wewnętrznego światła rozstrzygać kwestie powinności od razu, bez zakłócenia przez zamieszanie rozbieżnych argumentów.

W tym, co zostało powiedziane, zawiera się już wzmianka o tym, jak uderzającego wzoru ducha kościelnego — można by go tak nazwać — dostarcza nam umysł dziecka. Chrystus tak zechciał, abyśmy dochodzili do Prawdy nie przez własne pomysłowe spekulacje, rozumowania ani badania, lecz przez nauczanie. Święty Kościół od samego początku ustanowiony został jako uroczysta religijna rzeczywistość — rzec tak można — jako obraz, jako objawienie świata przyszłego, jako sama Dyspensacja Chrześcijańska, a tym samym w pewnym sensie jako świadek własnej Boskości, podobnie jak świat przyrody. Ci zatem, którzy w pierwszej kolejności przyjmują jej słowa, mają umysły dzieci, które nie rozumują, lecz słuchają swej matki; ci zaś, którzy od początku odmawiają posłuszeństwa, równie wyraźnie ustępują dzieciom — pokładają bowiem ufność we własnych siłach w dochodzeniu do prawdy, zamiast w nakazach zewnętrznych.

Na koniec przypomnę wam jedynie różnicę, jaka z drugiej strony zachodzi między stanem dziecka a stanem dojrzałego chrześcijanina — choć różnica ta jest niemal zbyt oczywista, by ją zaznaczać. Św. Jan mówi: „Kto czyni sprawiedliwość, jest sprawiedliwy, tak jak On jest sprawiedliwy"; i znowu: „Każdy, kto czyni sprawiedliwość, z Niego się narodził." Jest zaś oczywiste, że niewinność dziecka nie ma udziału w tej wyższej szczęśliwości. Jest ono jedynie typem tego, co ma się w nim ostatecznie wypełnić. Główne piękno jego umysłu tkwi na samej powierzchni; a gdy z biegiem czasu usiłuje ono działać (jak jest jego powinnością), piękno to natychmiast znika. Tylko w bezruchu jest ono niczym spokojna woda odbijająca niebo. Nie wolno nam więc użalać się nad tym, że minęły nasze lata młodości, ani wzdychać nad wspomnieniami czystych radości i kontemplacji, których przywołać nie możemy; raczej to, czym byliśmy jako dzieci, jest błogosławioną zapowiedzią — daną nam ku pociesze — tego, czym Bóg nas uczyni, jeśli oddamy nasze serca pod przewodnictwo Jego Ducha Świętego; proroctwem dobra, które nadejdzie; przedsmakiem tego, co wypełni się w niebie.

I w ten sposób dziecko jest zadatkiem nieśmiertelności; nosi bowiem w postaci obrazu owe wzniosłe i wieczne doskonałości, w których radość nieba się zasadza, i które nie byłyby w taki sposób odmalowane przez Stwórcę pełnego łaski, gdyby nie miały się kiedyś urzeczywistnić. Toteż nasz Kościół na Lekcję na to Święto wybiera opis św. Jana o Świętych w chwale.

Pragnąc więc kiedyś panować razem z nimi, uczmy się w tym świecie ducha małych dzieci, jak opisuje go ten sam Apostoł: „Dzieci moje, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą." „Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością."

← wróć do odkrywania