*Poniedziałek Wielkanocny*
*„Po tym poznajemy, żeśmy Go poznali, jeśli przykazania Jego zachowujemy."* — 1 J 2,3
Znać Boga i Chrystusa — w języku Pisma Świętego — zdaje się oznaczać: żyć w przekonaniu o obecności Tego, który jest niewidzialny dla naszych cielesnych oczu. Jest to w istocie wiara — według opisu wiary, jaki daje św. Paweł — jako substancja i dowód tego, co niewidzialne. Jest to wiara, lecz nie taka, jaką mógłby posiadać poganin, lecz wiara ewangeliczna; albowiem tylko w Ewangelii objawił Bóg siebie samego w taki sposób, który pozwala na ów szczególny rodzaj wiary, mogący być nazwany, w ścisłym sensie, wiedzą. Wiara pogan była ślepa; była ona mniej lub bardziej ruchem naprzód w ciemności, po omacku, ręką i stopą — toteż Apostoł mówi, że „szukali Go niejako po omacku". Ewangelia zaś jest objawieniem, i dlatego skierowana jest do oczu naszego umysłu. Wiara działa na tej samej zasadzie co wprzódy, lecz z możliwością działania przez zmysł pewniejszy i bardziej zadowalający. Przedmioty rozpoznajemy wzrokiem od razu, lecz nie dotykiem. Znamy je, gdy je widzimy, i ledwie wcześniej. Stąd to Nowy Testament tak wiele mówi o wiedzy duchowej. Na przykład, św. Paweł modli się, aby Efezjanie otrzymali „ducha mądrości i objawienia w poznaniu Chrystusa, oświecone oczy serca"; i mówi, że Kolosanom dane było „przyoblec człowieka nowego, który się odnawia ku poznaniu na obraz Tego, który go stworzył." Św. Piotr zaś pozdrawia swych braci pozdrowieniem: „Łaska wam i pokój niech będą pomnożone przez poznanie Boga i Jezusa, Pana naszego" — zgodnie z zapewnieniem samego naszego Pana: „A to jest życie wieczne, aby Ciebie znali, jedynego prawdziwego Boga, i Jezusa Chrystusa, któregoś posłał." Nie jakoby wiara chrześcijańska nie miała jeszcze obfitego ćwiczenia dla pozostałych zmysłów (by tak je nazwać) duszy; ale oko jest jej własnym, swoistym zmysłem, przez który różni się od wiary pogan, a nawet — śmiem dodać — od wiary Żydów.
Jasne jest, jaki jest przedmiot duchowego widzenia, jakiego w Ewangelii nam udzielono: „Bóg objawiony w ciele". Ten, który był przedtem niewidzialny, ukazał się w Chrystusie; nie tylko okazał swą chwałę, jak czyni to (na przykład) to, co się zwie Opatrznością, lub nawiedzeniem, lub w cudach, lub w czynach i charakterze ludzi natchnionych, lecz naprawdę On sam zstąpił na ziemię i był widziany przez ludzi w ludzkiej postaci. W tym samym sensie, w jakim powiedzielibyśmy, że widzieliśmy sługę Jego, Apostoła lub Proroka, choć nie mogliśmy ujrzeć jego duszy — tak człowiek ujrzał niewidzialnego Boga; i mamy opis Jego przebywania wśród Jego stworzeń.
Znać Boga jest życiem wiecznym, a wierzyć w ewangeliczne objawienie Go jest Go znać; lecz skąd „wiemy, żeśmy Go poznali"? Skąd pewność, że nie bierzemy jakiegoś własnego marzenia za prawdziwe i wyraźne widzenie? Skąd wiadomo, że nie jesteśmy podobni do gapiów patrzących na odległy widok przez mglistą atmosferę, biorących jeden przedmiot za drugi? Tekst odpowiada nam jasno i zrozumiale; choć niektórzy chrześcijanie uciekają się do innych jego dowodów, albo nie mają cierpliwości, by zapytać siebie samych o tę kwestię. Mówią, że są zupełnie pewni, że posiadają prawdziwą wiarę; albowiem wiara nosi w sobie własny dowód i nie dopuszcza pomyłki, bo prawdziwe duchowe przekonanie jest niepodobne do żadnego innego. Tymczasem św. Jan mówi: „Po tym poznajemy, żeśmy Go poznali, jeśli przykazania Jego zachowujemy." Posłuszeństwo jest probierzem wiary.
Tak oto całość obowiązku i dzieła chrześcijanina składa się z dwóch części: z Wiary i Posłuszeństwa — „patrząc na Jezusa", Boskiego Przedmiotu, jak również Sprawcę naszej wiary, i postępując zgodnie z Jego wolą. Nie jakoby pewien stan ducha, pewne pojęcia, uczucia, doznania i usposobienia nie były koniecznym warunkiem wiary zbawczej — lecz tak jest, że Apostoł nie nalega na to, jakby pewien był, że sama z siebie nastąpi, jeśli tylko serca nasze wzrosną w tych dwóch głównych przedmiotach: w widzeniu Boga w Chrystusie i w gorliwym dążeniu do posłuszeństwa Mu w naszym postępowaniu.
Sądzę, że w naszych czasach jesteśmy w niebezpieczeństwie zaniedbania zarówno jednego, jak i drugiego — tak jak należy — traktując wszelkie prawdziwe i staranne rozważanie Przedmiotu wiary jako jałową ortodoksję, techniczną subtelność i tym podobne, a całą należną gorliwość o dobre uczynki jako zwykłą chłodną i formalną moralność; i w zamian sprowadzając religię — albo raczej (bo to jest sedno) — sprowadzając próbę naszej religijności do posiadania tego, co się nazywa duchowym stanem serca, przy względnym zaniedbaniu Przedmiotu, z którego musi ono wypływać, oraz uczynków, w których powinno się wyrażać. W tym czasie, gdy jesteśmy szczególnie zaangażowani w rozważanie pełnego triumfu i objawienia naszego Pana i Zbawiciela, gdy był On „ustanowiony Synem Bożym w mocy przez zmartwychwstanie", może być stosowne poczynienie kilku uwag na temat błędu, który w dużej mierze pozbawia nas owoców Jego uniżenia się.
Św. Jan mówi o poznaniu Chrystusa i zachowywaniu Jego przykazań jako o dwóch wielkich działach obowiązku religijnego i szczęśliwości. Znać Chrystusa to (jak rzekłem) rozpoznawać Ojca wszystkich jako objawionego przez Jego Jednorodzonego Syna Wcielonego. W świecie przyrody mamy przebłyski, częste i uderzające, Jego chwalebnych przymiotów: Jego mocy, mądrości i dobroci; Jego świętości, Jego groźnych sądów, Jego długiej pamięci o złu, Jego cierpliwości względem grzeszników i Jego dziwnej ogarniającej miłosierdzia w chwilach, gdy się jej najmniej spodziewaliśmy. Lecz dla nas, śmiertelników, żyjących jeden dzień i widzących na długość wyciągniętego ramienia, takie objawienia są jak odbicia krajobrazu w stłuczonym lustrze; nie pozwalają nam w żaden pocieszający sposób znać Boga.
Są to objawienia takie, z których wiara może wprawdzie korzystać, lecz których ledwie może się radować. To więc było jednym z dobrodziejstw przyjścia Chrystusa, że niewidzialny Bóg został wówczas objawiony w postaci i historii człowieka — objawiony w tych właśnie względach, w których grzesznicy najbardziej potrzebowali Go poznać, a natura przemawiała najmniej wyraźnie: jako Święty, a zarazem Miłosierny Władca swoich stworzeń. I tak Ewangelie, zawierające pamiątki tej przedziwnej łaski, są naszymi głównymi skarbami. Można je nazwać tekstem Objawienia; a Listy, zwłaszcza Pawłowe, są jakby komentarzami do niego, rozwijającymi i objaśniającymi go w jego rozmaitych częściach — podnosząc historię do doktryny, obrzędy do sakramentów, urywkowe słowa i czyny do zasad, i wszędzie nabożnie głosząc Jego Osobę, dzieło i wolę. Św. Jan jest zarazem Prorokiem i Ewangelistą, zapisując i komentując posługę swego Pana. A jednak we wszystkich przypadkach On pozostaje głównym Prorokiem Kościoła, a Jego Apostołowie jedynie wyjaśniają Jego słowa i czyny — zgodnie z Jego własnym opisem obietnicy przewodnictwa dla nich, że ma ono „uwielbiać" Go. Tę samą posługę świadczą Mu Credo i wywody doktrynalne wczesnego Kościoła, które zachowujemy w naszych nabożeństwach. Mówią one nie o istocie wyobrażonej, jaką sama wyobraźnia kontempluje, lecz o prawdziwym Synu Bożym, którego życie jest zapisane w Ewangeliach. Tak więc każda część Ekonomii zbawienia zmierza do objawienia Tego, który jest jej centrum.
Odwracając się od Niego ku sobie samym, znajdujemy krótką regułę nam daną: „Jeśli Mnie miłujecie, przykazań Moich przestrzegajcie." „Kto mówi, że w Nim trwa, powinien sam tak postępować, jak On postępował." „Jeśliście tedy wzbudzeni z Chrystusem, szukajcie tego, co w górze, gdzie Chrystus siedzi po prawicy Bożej." To wszystko, co jest na nas nałożone — trudne wprawdzie do wypełnienia, lecz łatwe do zrozumienia; to wszystko, co jest na nas nałożone — i to z tego prostego powodu, że Chrystus uczynił wszystko inne. On nas w wolności wybrał, umarł za nas, odrodził nas i teraz żyje za nas na wieki; cóż pozostaje? Po prostu to, byśmy czynili tak, jak On nam uczynił, objawiając Jego chwałę przez dobre uczynki. Tak więc wiara poprawna (albo, jak zwykliśmy mówić) ortodoksyjna i życie posłuszne stanowią całość obowiązku człowieka. I tak właśnie, bez wątpienia, zawsze było rozumiane. Zajrzyjcie do zapisów wczesnego Kościoła albo do pism naszych czcigodnych biskupów i nauczycieli, a zobaczycie, czy nie jest to pełnia religii według jej symboli, w których katechizuje się dzieci: Credo, Modlitwy Pańskiej i Dziesięciorga Przykazań.
Jednakże sprzeciwia się, że takie pojmowanie obowiązku religijnego zachęca do samookłamywania; że człowiek, który nie czyni nic więcej niż wierzy słusznie i zachowuje przykazania Boże, jest tym, co się nazywa formalistą; że jego serce nie jest zainteresowane w tej sprawie, jego uczucia pozostają nieodnowione; i że dopóki nie nastąpi tam odmiana, wszelka wiara i wszelkie posłuszeństwo, jakie umysł może pojąć, są jedynie zewnętrzne i nic nie znaczą; że zatem do jego serca musimy się zwrócić, że musimy nakazać mu badać samego siebie, sprawdzać swoje pobudki, uważnie pilnować, by nie opierał się na sobie samym, i upewnić się, że jego uczucia i myśli są duchowe, zanim przywłaszczy sobie jakąś pociechę. Zasługi tego poglądu na religię będą rozważone później; na razie rozpatrzmy go jedynie jako sprzeciw wobec tego, co zostało już powiedziane. Zapytuję tedy w odpowiedzi: skąd człowiek ma wiedzieć, że jego pobudki i uczucia są słuszne, jeśli nie z ich owoców? Czy mogą one same stanowić własny swój dowód? Czy są jak barwy, które człowiek poznaje od razu, bez próby i rachunku? Czy każde uczucie i przekonanie nie ma jakiegoś koloru, jasnego lub nieprzyjemnego, w osądzie każdego człowieka zależnie od centralnego światła, które jest postawione w jego duszy? Czy światło, które jest w człowieku, nie jest niekiedy ciemnością, niekiedy zmierzchem, a niekiedy tej lub innej barwy, zabarwiając każdą część jego istoty własną swoją osobliwością? Jakże więc możliwe jest, by człowiek należycie badał swoje uczucia i doznania tym wewnętrznym światłem? Jakże może trafnie orzekać o ich charakterze — czy chrześcijański, czy nie? Konieczne jest tedy, by wyszedł poza siebie samego, aby zbadać i poznać naturę zasad, które nim rządzą; to znaczy, musi odwołać się do swoich uczynków i porównać je z Pismem Świętym jako jedynym dowodem dla siebie samego, czy serce jego jest doskonałe przed Bogiem, czy nie. Wydaje się zatem, że proponowane badanie działania umysłu człowieka nie znaczy nic, do żadnego wyniku nie prowadzi, zostawia nas tam, gdzie zastało, chyba że przyjmiemy pogląd (rzadko jednak jawnie głoszony), że wiara religijna jest sama sobie dowodem.
Z drugiej strony, czyny posłuszeństwa są zrozumiałym dowodem — owszem, jedynym możliwym dowodem — i w sumie zadowalającym dowodem rzeczywistości naszej wiary. Nie twierdzę, by ten lub ów dobry uczynek cokolwiek mówił; ale ciąg posłuszeństwa mówi wiele. Różnorodne czyny, spełniane w różnych dziedzinach obowiązku, potwierdzają się i poświadczają nawzajem. Gdyby człowiek zachowywał się jedynie śmiało i stanowczo, miałby powód, by powiedzieć sobie: „Być może to wszystko to zwykła pycha i upór." Gdyby był jedynie ustępliwy i wyrozumiały — mógłby pobłażać naturalnej ospałości ducha. Gdyby był jedynie pracowity — mogłoby to iść w parze ze złym charakterem lub z samolubstwem. Gdyby tylko wypełniał obowiązki swojego powołania doczesnego — nie miałby dowodu, że w ogóle oddał swe serce Bogu. Gdyby był jedynie regularny w kościele i przy Komunii Świętej — wielu jest takich, którzy mają opieszałe sumienie, nie są skrupulatnie uczciwi w interesach, albo są zgryźliwi lub skąpi. Czy jest on tym, co się nazywa człowiekiem domowym — miłym, uczuciowym, oddanym rodzinie? Niech uważa, by nie postawić żony i dzieci w miejsce Boga, który mu ich dał. Czy jest tylko wstrzemięźliwy, trzeźwy, czysty, poprawny w mowie? Może to wynikać z samej tępoty i braku wrażliwości albo iść w parze z pychą duchową. Czy jest pogodny i uprzejmy? Może to wynikać z młodzieńczej żywości i nieznajomości świata. Czy dobiera sobie przyjaciół według ściśle ortodoksyjnej reguły? Może być surowy i nieżyczliwy; albo czy jest gorliwy i czynny w obronie Prawdy? Mimo to może być niezdolny do zniżenia się do ludzi niskiego stanu, do radowania się z radującymi i płakania z płaczącymi. Nikt nie jest bez jakiejś dobrej cechy: Balaam miał skrupuły co do fałszowania Bożego posłannictwa, Saul był dzielny, Joab wierny, prorok z Betelu szanował sługi Boże, czarownica z Endor była gościnna — i dlatego oczywiście żaden jeden dobry uczynek ani usposobienie nie jest kryterium duchowego umysłu. A jednak z drugiej strony nie ma żadnej z jego cech, która nie miałaby właściwego sobie zewnętrznego wyrazu; i w miarę jak te zewnętrzne czyny się mnożą i różnicują, dowód staje się silniejszy i bardziej pocieszający. Ogólna sumienność jest jedyną pewnością, jaką możemy mieć, że ją posiadamy; i do niej musimy dążyć, postanawiając słuchać Boga konsekwentnie, z zazdrosną starannością we wszystkich rzeczach, małych i wielkich. Jest to, w języku Pisma, „służyć Bogu doskonałym sercem" — jak zobaczycie od razu, porównując reformy Jehu i Jozjasza. O ile tedy człowiek ma powód sądzić, że jest konsekwentny, o tyle może pokornie ufać, że posiada prawdziwą wiarę. Być konsekwentnym, „chodzić we wszystkich ustanowieniach Pańskich bez nagany" — oto jego jedno zadanie; przez cały czas spoglądając z czcią na Wielki Przedmiot wiary: Ojca, Syna i Ducha Świętego, Trzy Osoby, jednego Boga, i Syna Wcielonego dla naszego zbawienia. Zapewne będzie miał wystarczająco dużo, by kierować swym biegiem, mając Boga przed oczyma i pracę w rękach, choć powstrzyma się od ciekawskich dociekań o swoich doznaniach i wzruszeniach; a jeśli podniesie się sprzeciw, że dowód z uczynków to zimna pociecha, jako że w najlepszym razie tylko nikła i cząstkowa, odpowiem, że mimo wszystko jest to więcej, niż grzesznicy mają prawo żądać — że jeśli jest mała na początku, wzrasta z naszym wzrostem w łasce — a ponadto, że taki dowód bardziej niż jakikolwiek inny rzuca nas w wierze na miłosierdzie i zasługi cierpiącego Zbawiciela. Zapewne nawet w naszych najlepszych czynach tkwi to zabarwienie grzechnością, które zawsze nam przypomni, gdy na nie spoglądamy, gdzie złożona jest nasza Prawdziwa Nadzieja. Ludzie są zadowoleni z siebie nie wtedy, gdy się starają, lecz gdy zaniedbują szczegóły obowiązku. Nieposłuszeństwo zaślepia sumienie; posłuszeństwo czyni je przenikliwym i wrażliwym. Im więcej czynimy, tym bardziej będziemy ufać Chrystusowi; a z pewnością nie jest to posępna nauka, która — po daniu nam jakiegokolwiek dowodu naszego bezpieczeństwa, jaki może być dany — prowadzi nas do uśmierzenia naszego samolubnego niepokoju i zapomnienia naszych lęków w widzeniu Wcielonego Syna Bożego.
Na koniec może być podniesiony sprzeciw, że ponieważ wiele czynów posłuszeństwa jest samo w sobie aktami umysłu, by dobrze je spełniać, musimy koniecznie badać nasze uczucia; że nie możemy się modlić, na przykład, bez refleksji nad sobą w trakcie wypowiadania słów modlitwy i utrzymywania myśli na Bogu; że nie możemy tłumić gniewu i niecierpliwości ani pielęgnować myśli miłosnych i wyrozumiałych bez badania i czuwania nad sobą. Lecz taki argument opiera się na nieporozumieniu co do tego, co mówiłem. Chcę jedynie utrzymać, że nasz obowiązek leży w czynach — czynach oczywiście wszelkiego rodzaju: aktach umysłu, jak również języka czy ręki; lecz tak czy inaczej leży on głównie w czynach; nie leży bezpośrednio w nastrojach czy uczuciach. Ten, kto dąży do modlenia się dobrze, do miłowania szczerze, do dysputowania łagodnie — stosownie do nadarzeń obowiązków — jest mądry i pobożny; lecz ten, kto dąży mgliście i ogólnie do tego, by być w duchowym stanie ducha, uwikłał się w oszustwo słów, które nabierają znaczenia tylko przez to, że są szkodliwe. Spełniajmy nasz obowiązek, jak nam się przedstawia — oto tajemnica prawdziwej wiary i pokoju. Mamy władzę nad naszymi czynami, z pomocą łaski Bożej; nie mamy bezpośredniej władzy nad naszymi nawykami. Zabezpieczmy jedynie nasze czyny, jak Bóg tego chce, a nasze nawyki pójdą za nimi. Wyobraźcie sobie człowieka pobożnego wśród nieznajomych: przyjmuje rzeczy, jak przychodzą, rozmawia naturalnie, daje swoje zdanie spokojnie i czyni dobro stosownie do każdej sposobności dobra. Jego serce jest w jego pracy, a myśli spoczywają bez wysiłku na jego Bogu i Zbawicielu. Taka jest droga chrześcijanina; pozostawia on źle pouczonym usiłowanie, wśród gwaru życia, o (tak zwany) duchowy stan ducha, który istnieje tylko w próbach i wyznaniach. Prawdziwa duchowość jest niewidzialna dla człowieka, podobnie jak dusza sama, której jest właściwością; i jak duszy poznaje się po jej działaniach, tak poznaje się jej po jej owocach.
Dodam jeszcze, że zadanie samopoznania leży raczej w wykrywaniu tego, co jest w nas złe, niż w stwierdzaniu tego, co jest dobre. Żadna szkoda nie może wynikać z rozważania naszych grzechów, jeśli tylko trzymamy przed sobą Chrystusa i staramy się je przezwyciężyć; taki rachunek sumienia doprowadzi jedynie do nawrócenia i wiary. I czyniąc to, będzie on niewątpliwie kształtować nasze serca w wyższy i bardziej niebiański stan — lecz pośrednio; podobnie jak złoty środek osiągany jest w działaniu czy sztuce nie przez bezpośrednie kontemplowanie i dążenie do niego, lecz negatywnie, przez unikanie skrajności.
Na zakończenie. Istotą wiary jest wyjście poza siebie samego; rozważcie tedy, jakim wierzącym jest ten, kto zamknął się we własnych myślach i opiera się na działaniu własnego umysłu, i myśli o swoim Zbawicielu jak o wyobrażeniu własnej wyobraźni, zamiast odłożyć siebie na bok i żyć Nim, który przemawia w Ewangeliach.
Tyle więc, w drodze sugestii, o poglądzie na Wiarę Religijną, który zawsze był przyjmowany w Kościele Katolickim i który bez wątpienia jest zbawczy. Jutro zamierzam mówić szczegółowiej o owym innym systemie, któremu dały początek czasy ostatnie.