HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom II

Kazanie XV. Kontemplacja siebie

Wtorek Wielkanocny

Gdy moja wiara stała się letniaGdy nie mam oparcia Pewność i wątpienieWiara
„Patrząc na Jezusa, Sprawcę i Dokonawcę wiary naszej."
W skrócie. Kazanie wielkanocne krytykuje praktykę religijnego introspekcjonizmu — stałego badania własnych uczuć i stanów duchowych jako miary wiary. Newman przekonuje, że utkwienie wzroku w sobie zamiast w Chrystusie prowadzi do duchowej niestabilności. Wzrok wiary powinien być skierowany na Jezusa, a nie na własne przeżycia.

„Patrząc na Jezusa, Sprawcę i Dokonawcę wiary naszej.”

*Wtorek Wielkanocny*

*„Patrząc na Jezusa, Sprawcę i Dokonawcę wiary naszej."* — Hbr 12,2

Z pewnością naszym obowiązkiem jest zawsze odwracać wzrok od siebie i zwracać go ku Jezusowi — to znaczy stronić od rozmyślania nad własnymi uczuciami, wzruszeniami, nastrojem i stanem ducha, jakby to było głównym zadaniem religijnego życia, i pozostawiać te sprawy przede wszystkim ich owocom. Wczoraj czyniono pewne uwagi na temat owego „doskonalszego" i zgodnego z Pismem Świętym sposobu kształtowania siebie, przyjmowanego zawsze przez Kościół; teraz rozważmy zalety reguły życia świętego, którą moda obecnych czasów pragnie go zastąpić.

Zamiast zwracać wzrok ku Jezusowi i mało myśleć o sobie, uważa się dziś za konieczne — w owym wymieszanym tłumie ludzi religijnych — badanie serca w celu ustalenia, czy jest ono w stanie duchowym, czy też nie. Uważa się, że duchowy stan umysłu to taki, w którym dostrzegana jest nieprawość grzechu, nasza zupełna niegodność, niemożność zbawienia się własnym wysiłkiem, konieczność istnienia jakiegoś Zbawiciela, wystarczalność naszego Pana Jezusa Chrystusa, by nim być, niezmierzone bogactwa Jego miłości, znakomitość i chwała Jego dzieła Odkupienia, wolność i pełnia Jego łaski, wysoki przywilej obcowania z Nim w modlitwie oraz pożądalność kroczenia z Nim we wszelkim świętym i miłującym posłuszeństwie — wszystko to prawdy doniosłe, zbyt doniosłe, by je lekko wymieniać, lecz szczere ich przyjęcie przez nas jest trudno uchwytne przez bezpośrednią inspekcję naszych uczuć. Co więcej, jeśli spośród tych prawd należy wybrać jedną, która zawiera istotę owej (wedle tego systemu) żywo pojmowanej przez duchowego chrześcijanina wiedzy, to jest nią konieczność wyrzeczenia się własnej sprawiedliwości na rzecz sprawiedliwości dostarczonej przez naszego Pana i Zbawiciela — uważanej nie za zasadę elementarną i prostą (jaką naprawdę jest), lecz za coś rzadko i ledwie uznawane przez kogokolwiek, szczególnie odpychające dla pewnej (tak zwanej) pychy serca, która — jak się zakłada — przenika cały ród Adama i skłania każdego człowieka, by nawet przed Bogiem nalegał na właściwą zasługę swoich dobrych uczynków. Tak więc ufać Chrystusowi to nie tylko dzieło Ducha Świętego (jak wszystko dobre w naszych duszach), lecz szczególne i rozstrzygające wydarzenie, które znamionuje człowieka jako wychodzącego z ciemności i opieczętowanego ku przywilejom i dziedzictwu synów Bożych. Innymi słowy, nauka o Usprawiedliwieniu przez Wiarę uchodzi za jeden kardynalny punkt Ewangelii; i na próżno przyjmować ją chętnie jako jasną prawdę Pisma (którą jest) i starać się postępować ku doskonałości — sama chęć przejścia naprzód bywa interpretowana jako chęć przeskoczenia ponad nią, a sprawdzianem wiary w nią jest w istocie naleganie na żadną inną naukę poza nią. Ten zaś szczególny sposób wpajania owej wielkiej nauki Ewangelii jest dowodem (gdyby dowodu było trzeba), że osoby, które go przyjmują, nie są staranne nawet o nią samą jedynie ze względu na nią, rozumianą jako (tak zwany) dogmat, lecz jako ustalenie i zabezpieczenie (jak mają nadzieję) pewnego stanu serca. Bo nie zadowolone z prostego przyznania jej przez kogoś, przystępują do podziału wiary na rodzaje: żywą i martwą, i wysuwają przeciw niemu zarzut, że Prawda może być wyznawana przez umysł cielesny i nienawrócony oraz że ludzie mogą mówić bez rzeczywistych uczuć i przekonań. Jasne tedy, że nie walczą o naukę Usprawiedliwienia jako o prawdę zewnętrzną wobec umysłu czy artykuł wiary — podobnie jak nie walczą o naukę Trójcy Świętej. Z drugiej strony, skoro posługują się tym samym językiem o wierze martwej i żywej bez względu na to, jak wzorowe jest życie i postępowanie ocenianej przez nich osoby, to równie wyraźnie pokazują, że i owoce sprawiedliwości nie są w ich systemie dowodem duchowości, lecz że czegoś należy szukać w samym stanie umysłu. Wszystko to nie jest tu powiedziane w drodze zarzutu, lecz by dokładnie ustalić, co owi ludzie zamierzają utrzymywać. Tak więc mamy teraz przed sobą oba poglądy wyraźnie: — starożytne i powszechne nauczanie Kościoła, które kładzie nacisk na Przedmioty i owoce wiary, i uznaje duchowy charakter samej tej wiary za dostatecznie zabezpieczony, o ile tamte są takimi, jakimi być powinny; oraz stosowany dziś sposób bezpośredniego i pierwotnego zabezpieczania owego „umysłu Ducha," który może zbawiennie przyjmować prawdy i wypełniać posłuszeństwo Ewangelii. Co do tego, że taki duchowy nastrój jest niezbędny, wszyscy są zgodni. Proste pytanie brzmi: czy kształtuje go Duch Święty działając bezpośrednio na nasze umysły, czy też — z drugiej strony — nasze własne poszczególne czyny (czy to wiary, czy posłuszeństwa), wzbudzane, kierowane i wspierane przez Niego; czy można go rozpoznać inaczej niż przez jego owoce; czy takie stany umysłu, które są bezpośrednio uchwytne i roszczą sobie miano duchowych, nie są raczej złudzeniem, czystą egzaltacją, kapryśnym uczuciem, fanatyczną mrzonką i tym podobnym. — Tyle na razie tytułem wyjaśnienia.

1. Otóż, na pierwszym miejscu, system ów nowoczesny z pewnością pomniejsza objawione nauki Ewangelii, choćby jego umiarkowniejsi zwolennicy wzbraniać się temu przyznać. Uważając pewien stan serca za główny cel, do którego należy dążyć, stawiają oni wyraźnie „prawdę, która jest w Jezusie," określone Credo Kościoła, na drugim miejscu w swoim nauczaniu i wyznaniu. Będą się wprawdzie bronić przed pozorem jej niedoceniania, utrzymując, że istnienie właściwych uczuć religijnych jest rękojmią słusznych poglądów doktrynalnych. I jest to abstrakcyjnie prawdziwe; — lecz nieprawdziwe w użyciu, jakie z tego robią: nieszczęśliwie bowiem wyobrażają sobie, że mogą rozpoznać u siebie nawzajem obecność tych uczuć; a gdy znajdą ludzi posiadających je (jak mniemają), choć nie w pełni ortodoksyjnych w swych przekonaniach, wtedy nieco odpuszczają i dowodzą, że przyjęcie (jak to zwą) ścisłych i technicznych subtelności doktrynalnych — czy to o Współistotności Syna, czy o Unii Hipostatycznej — ledwie należy do definicji duchowego wierzącego. By stanowisko to podtrzymać, przyjmują jako oczywisty aksjomat, że głównym celem objawionej doktryny jest oddziaływać na serce — że to, co nie wydaje się oddziaływać, nie oddziałuje — że to, co nie oddziałuje, jest zbędne — i że okoliczność, że serce tej lub owej osoby wydaje się właściwie poruszone, jest wystarczającą gwarancją, iż Artykuły, które może ona odrzucać, mogą bezpiecznie być powszechnie odrzucone, albo przynajmniej są ważne jedynie przypadkowo. Zasady takie, gdy raz zadomowią się w umyśle, wzbudzają pewną nieproporcjonalną uwagę ku naukom związanym z dziełem Chrystusa, w porównaniu z tymi, które dotyczą Jego Osoby — ze względu na ich bardziej bezpośrednio zajmujący i podniecający charakter; i skłaniają bardziej spekulatywną i filozoficzną klasę do patrzenia na nauki o Odkupieniu i Uświęceniu jako na istotę Ewangelii i do orędowania za nimi zamiast owych „Rzeczy Niebieskich" w ogóle, które jako wyraźone teologicznie już wcześniej zaatakowali i na które teraz otwarcie narzekają jako na tajemnice dla poddanych, nie consolacje ewangeliczne. Ostatnim i najnędzniejszym etapem tej fałszywej mądrości jest zaprzeczanie, że w kwestiach doktrynalnych istnieje jakiś jeden sens Pisma taki, że jest prawdziwy, a wszystkie inne fałszywe; czynienie z Ewangelii Prawdy (w tym zakresie) objawienia słów i martwej litery; uznawanie, że natchnienie mówi jedynie o Boskich działaniach, a nie o Osobach; i że prawdą dla każdego jest to, co każdy uważa za prawdziwe, tak że jeden człowiek może twierdzić, że Chrystus jest Bogiem, inny zaprzeczać Jego preegzystencji, a każdy z nich przyjął Prawdę stosownie do szczególnej konstytucji własnego umysłu, skoro Pismo nie ma żadnego rzeczywistego, niezależnego, samoistnego sensu. Tak więc rozważany system prowadzi w swojej własnej logice do zatarcia wielkich Przedmiotów objawionych w Ewangelii i do zaciemnienia tego, co wczoraj nazwałem okiem wiary — do cofnięcia nas ku mglistości pogaństwa, gdy ludzie jedynie wyczuwali Boską Obecność, i tym samym do udaremnienia zamysłu Wcielenia Chrystusa, o tyle, o ile jest ono objawieniem niewidzialnego Stwórcy.

2. Z drugiej strony, konieczność posłuszeństwa dla zbawienia nie cierpi mniej od zwolenników tego nowoczesnego systemu niż artykuły Credo. Dowodzą oni, i słusznie, że jeśli wiara jest żywa, muszą po niej następować uczynki; lecz myli im pojęciowe następstwo z następstwem w czasie, wyciągają wniosek, że wiara zawsze jest pierwsza, a uczynki potem; i dlatego że wiara musi być najpierw zapewniona — a to jakimiś środkami, w których uczynki nie mają udziału. Tak więc zamiast traktować uczynki jako towarzyszący przejaw i dowód, oraz przyczynę narzędziową, jak też i późniejszy owoc wiary, kładą cały nacisk na bezpośrednie stworzenie w swoich umysłach wiary i duchowości, które wedle nich polegają na pewnych uczuciach i pragnieniach, gdyż nie potrafią abstrakcyjnie wytworzyć sobie lepszego ani prawdziwszego pojęcia tych przymiotów. Potem, zamiast być „starannymi w spełnianiu dobrych uczynków," przechodzą do przyjęcia za pewnik, że skoro osiągnęli wiarę (jak mniemają), uczynki pójdą za nią bez ich trudu, same przez się. I tak mądrzy zostają złapani we własną przebiegłość; próbują rozumować i dają się pokonać sofizmatom. Gdyby byli trzymali się Natchnionego Zapisu, zamiast rozumowania, droga ich byłaby jasna; i zważywszy na poważne napomnienia do zachowywania przykazań Bożych, którymi obfituje całe Pismo od Księgi Rodzaju do Apokalipsy, czyż nie jest to bardzo doniosłe pytanie, które nawet najbardziej wyrozumiały spośród wiernych musi sobie postawić: czy owi przypadkowi wykładacze błogosławionej Ewangelii nie narażają się na uczestnictwo w biada wypowiedzianym tym, którzy głoszą jakąkolwiek inną naukę niż ta, którą nam przekazano, lub którzy „ujmują ze słów Księgi" objawionej Prawdy?

3. Ale jeszcze wyraźniej narażają się na to ostatnie oskarżenie, gdy rozważymy, jak zmuszeni są traktować cały święty Wolumin, by podtrzymać przyjęty przez siebie system. Czy jest to przesadą, jeśli powiemy, że zamiast usiłować harmonizować Pismo ze Pismem, a co dopiero odwoływać się do Starożytności, by im to ułatwić, albo całkowicie pomijają, albo tłumaczą opacznie całe partie Biblii — i to te najświętsze? Jak przedstawia się autorytet Psalmów wobec ich poglądów, chyba tylko w drodze naciąganej interpretacji figuratywnej? A mowy naszego Pana w Ewangeliach, zwłaszcza Kazanie na Górze — czyż nie są one w praktyce uważane za mające znaczenie przede wszystkim dla bezpośrednio słuchających, a mniej pouczające dla nas teraz, gdy (jak profanicznie mówią) przyszedł Duch? Krótko mówiąc, czy bogate i rozmaite Objawienie naszego miłosiernego Pana nie jest praktycznie sprowadzone do kilku rozdziałów Listów świętego Pawła — słusznie (jak utrzymują) czy też (jak byśmy powiedzieli) opacznie rozumianych? Jeśli więc katolicy dodali do Słowa Bożego, to czy nie jest oczywiste, że istnieje wśród nas szkoła religijnych, którzy mu ujęli?

4. Chciałbym zauważyć, że bezpośrednią skłonnością tych poglądów jest niedocenianie ustanowień tak samo, jak doktryn. Stosuje się tu ten sam argument w sposób oczywisty; bo jeśli odnowiony stan serca jest (jak się zakłada) osiągnięty, cóż za znaczenie ma to, czy Sakramenty zostały udzielone, czy nie? Pojęcie niewidzialnej łaski i niewidzialnych przywilejów jest na tej hipotezie całkowicie wyparte; pojęcie obcowania z Chrystusem zostaje ograniczone do czystego ćwiczenia uczuć w modlitwie i medytacji — do skutków zmysłowo odczuwalnych; a ktoś, kto uważa, że już osiągnął ten jeden zasadniczy dar łaski (jak go nazywa), może rozsądnie zapytać, na modłę dnia dzisiejszego, po co ma czekać na ustanowienia, które w swoich religijnych zdobyczach już uprzedził — które są jedynie środkami do celu, którego nie potrzebuje szukać, choćby nawet nie były zupełnie zewnętrznymi formami — i czy Chrystus nie przyjmie w dniu ostatecznym wszystkich wierzących, nie pytając, czy byli członkami Kościoła, czy zostali bierzmowani, czy ochrzczeni, czy też przyjęli błogosławieństwo zwykłych ludzi, którzy są „naczyniami glinianymi."

5. Powyższe uwagi zmierzają do pokazania całkowicie nieewangelicznego charakteru rozważanego systemu; nieewangelicznego w pełnym sensie tego słowa, bez względu na to, czy przez Ewangelię rozumieć natchniony jej dokument, czy nauki przez nią objawione, czy Instytucje Sakramentalne będące jej darem, czy teologię, która ją wykłada, czy też Przymierze, które jest jej podstawą. Dodać teraz należy kilka słów, by pokazać wewnętrzną zgubność tego systemu jako takiego; widzę ją w tym, że koniecznie zakłada on nieustanną kontemplację siebie i odniesienie do siebie we wszystkich dziedzinach postępowania. Kto zmierza do zdobycia zdrowej doktryny lub właściwej praktyki, ten w mniejszym lub większym stopniu wychodzi z siebie; natomiast w trudzeniu się o pewien stan umysłu zachodzi nawykowe zwrotne działanie umysłu na samego siebie. Że to jest rzeczywiście wpisane w nowoczesny system, widać z samej nauki, na której on przede wszystkim polega; bo jakby nie dość było dla człowieka zwrócić się wprost ku Chrystusowi dla zbawienia, głosi się, że konieczne jest, by potrafił rozpoznać to w sobie, by określił swój własny stan umysłu, wyznał, że jest usprawiedliwiony jedynie przez wiarę, i wyjaśnił, co owo wyznanie oznacza. Tymczasem najprawdziwsze posłuszeństwo jest bez wątpienia tym, które spełnia się z miłości do Boga, bez drobiazgowego mierzenia ogromu czy natury ofiary, jaka jest z nim związana. Kto nauczył się nadawać nazwy swoim myślom i uczynkom, wyceniać je jakby na rynek, przypisywać każdemu należną mu miarę pochwały lub pożytku, ten niebawem mimo woli skaże swoje pobudki przez pychę lub egoizm. Pewien rodzaj samozadowolenia wkradnie się w jego umysł — tak subtelny, że on sam nie rozpozna go od razu — przyzwyczajona, cicha wysoka samoocena, skłaniająca go do przedkładania własnych poglądów nad cudze oraz do skrytego, choć może niewyznanego, przekonania, że jest w odmiennym stanie niż ogół jego otoczenia. Jest to uboczne, choć oczywiście nie konieczne zło dzienniczków religijnych; ba, i takich pism, jakie rodzą obowiązki duszpasterskie. Prowadzą one piszących je, pod tym czy innym względem, do kontemplacji siebie. Co więcej, co do dzienniczków religijnych, choć często bywają pożyteczne, to zarazem sądzę, że osoby prowadzące je z wielką trudnością mogą, zapisując swoje uczucia, odgonić myśl, że kiedyś te dobre uczucia poznane zostaną przez świat — i niepostrzeżenie skłaniane są do kształtowania i gotowania swoich słów jakby na potrzeby przedstawienia. Rzadko bowiem zdarza się, by ktoś rozmyślał nad swoimi lepszymi myślami lub czynami i nie przechodził do wystawiania ich na pokaz przed innymi; stąd to tak łatwo jest odkryć zarozumiałego człowieka. Gdy rzecz ta dozwalana jest w świętej dziedzinie religii, rodzi pewną nienaturalną powagę obejścia, wynikającą z pragnienia bycia — ba, ukazywania się — duchowym, co jest zarazem bardzo bolesne dla obserwatorów i z pewnością całkowicie sprzeczne z regułą naszego Zbawiciela namaszczania naszej głowy i mycia naszej twarzy, nawet gdy jesteśmy najbardziej skruszeni w sercu. Innym złem płynącym z tej kontemplacji siebie jest szczególny rodzaj egoizmu (jeśli wolno mi użyć tak ostrego słowa), który — jak się okaże — ona wypielęgnuje. Ci, którzy czynią siebie zamiast swego Stwórcy wielkim przedmiotem swego rozmyślania, będą z natury wynosić samych siebie. Nie zaprzeczając, że chwała Boża jest wielkim celem, do którego wszystko ma być odnoszone, dadzą się prowadzić do nierozerwalnego wiązania Jego chwały z własną pewnością zbawienia; i to po części tłumaczy, dlaczego tak często można spotkać surowe poglądy predestynacyjne i wyłączną obronę usprawiedliwienia przez Wiarę w tych samych osobach. I z tego samego powodu nauki Pisma dotyczące Kościoła i jego urzędów będą takim osobom nieprzyjemne; nic bowiem tak nie sprzeciwia się czemuś innemu, jak system sprawiający, że myśli człowieka ogniskują się w nim samym, wobec tego, który kieruje je ku źródłu łaski i prawdy, od którego Bóg uczynił go zależnym.

I jak ufność w siebie i pycha duchowa są prawowitymi wynikami tych poglądów w jednej klasie osób, tak w innej wiodą one do gorączkowego niepokoju o swój stan religijny i perspektywy oraz do lęków, że są pod potępieniem swego Wszechmiłosiernego Zbawiciela. Nie trzeba chyba mówić, że kontemplacja siebie jest częstym towarzyszem, a częstym zwiastunem zaburzonego stanu władz umysłowych.

Na zakończenie. Nie należy z powyższych uwag wnioskować, że przypisuję wszelkie wyliczone konsekwencje każdemu, kto wyznaje główną naukę, z której one prawomocnie wynikają. Wielu ludzi gorliwie podtrzymuje zasady, których nigdy nie rozwijają we własnym umyśle albo z czasem po cichu porzucają, z wyjątkiem formuł słownych, lecz które na pewno znają pełny rozkwit w dziejach każdej szkoły czy stronnictwa, które je przyjmuje. Rozpatrywane jako cechy szkoły, zasady te są bez wątpienia antychrześcijańskie; niszczą bowiem wszelką pozytywną doktrynę, wszelkie ustanowienia, wszelkie dobre uczynki; pielęgnują pychę, zapraszają do obłudy, zniechęcają słabych i łudzą najbardziej fatalnie właśnie wtedy, gdy twierdzą, że są szczególnymi antidotami na samołudzenie. Widzieliśmy te ich owoce przed dwoma wiekami w dziejach Angielskiej Gałęzi Kościoła; na ile wiemy, jeszcze straszliwszy triumf jest im może jeszcze gotowany. Lecz cokolwiek się stanie, niech strażnicy Jeruzalem nie ominą dawania w porę ostrzeżenia przed zbliżającym się nieprzyjacielem i niech oczyszczą się ze wszelkiego tchórzostwa lub ugodowości wobec niego. Niech przedkładają Stare Przykazanie, takim jak było od początku, ponad wszelkie nowości ludzkie, pamiętając o słowach Chrystusa: „Błogosławiony, kto czuwa i strzeże szat swoich, aby nie chodzić nagim i aby nie widziano jego wstydu."

← wróć do odkrywania