*W poniedziałek Tygodnia Zielonych Świąt*
*„Kamień, który uderzył w posąg, stał się wielką górą i wypełnił całą ziemię."* — Dn 2,35
Gdybyśmy mogli oglądać bieg Bożych rozporządzeń na tym świecie tak, jak oglądają je Aniołowie, nie bylibyśmy w stanie zaprzeczyć, iż to niewidzialna Jego ręka nimi kieruje. Nawet najzuchwalszy grzesznik uznałby za beznadziejne opieranie się znamionom Bożego działania w nich; i „uwierzyłby, i zadrżał". To właśnie skłania Świętych w Apokalipsie do wysławiania i adorowania Boga Wszechmogącego — oglądanie Jego cudownych dzieł jako całości, od początku aż do końca. „Wielkie i przedziwne są dzieła Twoje, Panie Boże Wszechmogący; sprawiedliwe i prawdziwe są drogi Twoje, Królu Świętych! Któż by się nie bał Ciebie, Panie, i nie wysławiał imienia Twego?" I być może podobne rozważanie Bożych Opatrzności — czy to w dziejach własnego życia, czy w sprawach własnego kraju, Kościoła lub całego świata — stanowi jedno z błogich zajęć Bożych wybranych w stanie pośrednim. Lecz nawet nam, grzesznikom, którzy ani nie zapewniliśmy sobie korony jak odeszli Święci, ani tym bardziej nie możemy równać się z Aniołami, „przodującymi w mocy, pełniącymi Jego rozkazy, posłusznymi głosowi Jego Słowa" — nawet nam użyczone jest pewne wejrzenie w Bożą Opatrzność dzięki jej zapisom. Historia i Proroctwo dane nam są jako przewodniki i rzucają rozmaite światła na Jego przymioty i wolę, czy to rozpatrywane oddzielnie, czy łącznie. Tekst kazania wskazuje nam szczególny przykład tego przywileju w obrazie, który jest nam dozwolony — mianowicie obraz wprowadzenia i rozprzestrzenienia się Ewangelii; i w porze, gdy szczególnie wspominamy jej pierwsze publiczne objawienie w zstąpieniu Ducha Świętego na Apostołów, stosowną będzie rzeczą poczynić kilka uwag o cudownej Opatrzności Bożej, jaką się w nim przejawia.
Słowa Daniela z tekstu są częścią objawienia, które został natchniony uczynić Nabuchodonozorowi — snu, który owego króla „zatrwożył". Opisawszy wielki posąg o głowie ze szczerego złota, ramionach ze srebra, brzuchu i biodrach z miedzi, nogach z żelaza oraz stopach z żelaza i gliny, przez które oznaczone zostały cztery Cesarstwa poprzedzające przyjście Chrystusa, prorok przechodzi do przepowiedni o wzejściu chrześcijaństwa tymi słowy: „Patrzyłeś, aż wyrżnięty został kamień, nie ludzką ręką, który uderzył posąg w stopy z żelaza i gliny, i starł je na proch. Wtedy skruszyło się razem żelazo, glina, miedź, srebro i złoto, i stało się jak plewy"; choć ciężkie i kosztowne były owe metale, stały się lekkie jak plewy „na letnich klepiskach, i wiatr je uniósł... A kamień, który uderzył w posąg, stał się wielką górą i wypełnił całą ziemię".
Następnie prorok dodaje to tłumaczenie: „Za dni owych królów Bóg Nieba ustanowi Królestwo, które nigdy nie będzie zniszczone; i Królestwo to nie przejdzie na inny naród, lecz zetrze i zniszczy wszystkie owe królestwa, a samo będzie trwać na wieki".
To proroctwo Daniela spełniło się pośród nas w dniu dzisiejszym. Wiemy, że tak jest. Owe cztery bałwochwalcze królestwa przeminęły, a Królestwo Chrystusa, uczynione nie ludzką ręką, trwa i jest naszym błogosławionym dziedzictwem. Ale mówić o tym tak zwięźle to zaledwie oddać należną cześć dziełu Bożemu, a nie czerpać pełnej korzyści ze znajomości go. Przyjrzyjmy się zatem szczegółom tej wielkiej Opatrzności — dziejom Ewangelicznego Porządku.
1. Rozważmy, co mianowicie zaszło. Wiele było przed Chrystusem i po Nim królestw zakładanych i rozszerzanych mieczem. Jest to bowiem jedyny sposób, w jaki rośnie potęga ziemska. Mądrość i przebiegłość kierują jej ruchami, lecz narzędziem jej wzrostu jest ramię siły. Tępość sumienia, zatwardziałość serca i czyny haniebne są zaś jej zwykłymi towarzyszkami; wzrost ów jest bowiem, w tej czy innej formie, niczym innym jak zagarnięciem cudzego, najazdem, podbojem i tyranią. Rośnie kosztem sąsiadów i szerzy się przez zewnętrzne starcia i widzialne rozszerzenie. Ale szerzenie się Ewangelii było wewnętrznym rozwojem jednej i tej samej zasady w różnych krajach jednocześnie, a zatem słusznie można je nazywać niewidzialnym i nie z tego świata. Naród żydowski nie „parł na zachód, północ i południe"; lecz duch wyszedł z jego Kościoła we wszystkie ziemie, i gdziekolwiek przyszedł, natychmiast powstawał nowy Porządek rzeczy na łonie obcych ludów — powstawał równocześnie, niezależnie w każdym miejscu, rozpoznając, lecz w żadnej mierze nie powodując tych swoich powtórzeń, które powstawały wszędzie wokół. Wiemy oczywiście, że Apostołowie byli narzędziami, tajnymi posłańcami (by tak rzec) tego dzieła; lecz mówię tu o pozorach rzeczy, jak mógłby je postrzegać poganin. Który spośród mędrców lub dysputantów tego świata zważy na kilku bezradnych mężów wędrujących z miejsca na miejsce i głoszących nową naukę? Niepodobna uwierzyć — niepodobna — żeby to oni mieli być prawdziwymi sprawcami rewolucji, która po nich nastąpiła. Tak utrzymujemy i filozofia tego świata musi być dość konsekwentna, by się z nami zgodzić. Patrzyła z pogardą na Apostołów za ich dni; twierdziła, że nic nie są w stanie uczynić; niechaj to samo powie teraz, dla zachowania uczciwości. Naprawdę, filozofii tego świata wydać się musi równie niedorzecznym przypisywanie wielkich przemian tak słabym naczyniom, jak przypisywanie ich jakimś wyimaginowanym niewidzialnym sprawcom, niebiańskim zastępom, których istnienia nie uznaje. Jak hipotezę anielskiej interwencji uznała za bezpodstawną, tak samo wtedy, i musi nadal, uznawać hipotezę Apostolskich wysiłków za niewystarczającą. Jej własne ówczesne świadectwo staje się teraz naszym dowodem.
Odrzuciwszy zatem myśl o słabych i wzgardzonych kaznodziejach, którzy chodzili tu i tam, zobaczmy, co naprawdę się stało. Pośrodku wielkiego Cesarstwa, jakiego świat nigdy przedtem nie widział, potężniejszego i bardziej przebiegłego niż wszystkie dawniejsze, rozleglejszego i lepiej zorganizowanego, nagle powstało nowe Królestwo. Nagle, w każdej części tego dobrze spojonego Cesarstwa, na Wschodzie i Zachodzie, Północy i Południu, jakby na mocy jakiegoś powszechnego porozumienia, a jednak bez żadnego wystarczającego systemu łączności ani ośrodka wpływu, dziesiątki tysięcy dobrze urządzonych stowarzyszeń, wyznających jedną i tę samą naukę i rządzących się tym samym ustrojem, wyrosły jakby z ziemi. Zdawało się, jakoby rozwarły się źródła wielkiej otchłani i nowe formy stworzenia wypchnięte zostały z jej głębin — liczne grzbiety jakiejś „wielkiej góry", krzyżujące się, rozrywające, przepajające istniejący porządek rzeczy, wyrównujące wzgórza, wypełniające doliny — nieodparte, bo nagłe, nieprzewidziane i nieobliczone — aż „wypełniła całą ziemię". Była to prawdziwie „nowość" i niezależnie od wszelkiego odwołania do proroctwa nie ma jej odpowiednika w dziejach świata ani przed, ani po tym czasie; musiała wzbudzić najgłębsze zainteresowanie i zdumienie w każdym umyśle prawdziwie filozoficznym. W całym Cesarstwie Rzymskim, w jego królestwach i prowincjach, gdy wszystko wyglądało jak zwykle — słońce wschodziło i zachodziło, pory roku trwały, ludzkie namiętności władały ludźmi jak od początku, myśli ich obrócone na ziemskie sprawy, na zysk lub przyjemności, na ambicje i waśnie, walecznik mierzący siły z walecznikiem, politycy knujący spiski, królowie biesiadujący — nagle zjawił się ten znak jako sidło na całą ziemię. Nagle ludzie znaleźli się otoczeni wrogami jak obóz zaskoczony nocą. A natura tej wrogiej siły była jeszcze dziwniejsza (jeśli to możliwe) niż jej przybycie. Nie był to obcy najeźdźca, nie barbarzyniec z Północy, nie powstanie niewolników, nie wyprawa piratów — lecz wróg powstawał spośród nich samych. Pierworodny w każdym domu, „od pierworodnego faraona siedzącego na tronie aż do pierworodnego jeńca w lochu", bez wytłumaczenia znajdował się zaciągniętym w szeregi tej nowej potęgi i wyobcowanym od swych przyrodnych przyjaciół. Ich brat, syn ich matki, żona ich łona, przyjaciel, który był jak ich własna dusza — oto byli zaprzysiężonymi żołnierzami owego „potężnego wojska", które „okrywało oblicze całej ziemi".
Gdy zaś zaczęto przesłuchiwać tego wroga Rzymskiej potęgi, nie stwierdzono wśród nich żadnego mglistego wyznania, żadnych rozbieżnych relacji o sobie samych, żadnego nieregularnego i nieokreślonego planu działania lub postępowania. Wszyscy byli członkami ściśle i jednakowo zorganizowanych stowarzyszeń. Każdy w swym własnym okręgu był poddanym nowego państwa, które miało jedną widzialną głowę i urzędników pod nią. Te małe królestwa były nieskończenie rozmnożone, każde bliźniacze z pozostałymi. Gdziekolwiek Cesarz Rzymski podróżował, napotykał tych pozornych rywali swej władzy — Biskupów Kościoła. Co więcej, wszyscy oni odmawiali posłuszeństwa jego rozkazom i przepisanym prawom Rzymu w tym, co dotyczyło religii. Powaga Religii Pogańskiej, utożsamianej w umysłach Rzymian z historią ich wielkości, była jawnie wzgardzona przez te nowe monarchie. Jednocześnie wyznawali i zachowywali szczególną cierpliwość i poddanie wobec władz cywilnych. Nie ruszyli ręki ani nogi, by bronić samych siebie; godzili się na śmierć, owszem — uważali śmierć za największy przywilej, jaki mógł ich spotkać. A ponadto wszyscy wyznawali jedną i tę samą naukę jasno i śmiało; twierdzili, że otrzymali ją z jednego i tego samego źródła. Wywodzili ją przez ciągłą linię swych Biskupów od pewnych dwunastu lub czternastu Żydów, którzy twierdzili, że otrzymali ją z nieba. Co więcej, łączyły ich więzy najściślejszej wspólnoty: stowarzyszenie każdego miejsca ze swym władcą, a ich władcy jedni z drugimi przez bliski sojusz po całej ziemi. I wreszcie, wbrew prześladowaniom z zewnątrz i sporadycznym rozłamom wewnętrznym, tak się rozrośli, że w ciągu trzech wieków od pierwszego swego pojawienia się w Cesarstwie zmusili jego władców do przyjęcia ich konfederacji; a na tym się nie zatrzymali, lecz gdy potęga cywilna zaczęła słabnąć, stali się jej patronami zamiast jej ofiarami, pośredniczyli między nią a jej barbarzyńskimi wrogami, a po złożeniu jej w pokoju w godzinie jej śmierci, zajęli jej miejsce, pozyskali najeźdźców, ujarzmiając ich królów, i ostatecznie rządzili jako zwierzchni; rządzili, zjednoczeni pod jedną głową, w tych samych miejscach swego dawnego cierpienia — na terytorium Cesarstwa, z Rzymem, siedzibą cesarskiego rządu, jako centrum. Nie wchodzę tu w kwestię doktryny, tak samo jak kwestię proroctwa. Nie badam, na ile owo zwycięskie Królestwo zdążyło do tego czasu wypaczyć się ze swego pierwotnego charakteru; wskazuję tylko na zjawisko historyczne. Jakże zatem osobliwy jest bieg tego Porządku! Pięć wieków obejmuje powstanie i upadek innych królestw; lecz dziesięć nie wystarczyło na pełny rozkwit tego. Jego panowanie dopiero się zaczynało, gdy inne potęgi dobiegły swego kresu i wyczerpały się. I oto po dziś dzień ta pierwotna Dynastia, zaczęta przez Apostołów, trwa. Przez wszystkie zmiany spraw cywilnych, ras, języków i poglądów sukcesja Rządców wtedy zapoczątkowana trwa nadal i we wszystkich krajach jeszcze reprezentuje swych pierwotnych założycieli. „Zamiast ojców swych miała synów, którzy stali się książętami po wszystkich ziemiach". Zaprawdę, oto wizja „kamienia wyrżniętego nie ludzką ręką", „uderzającego" w bałwany świata, „krusząc je na proch", rozpraszając je „jak plewy" i na ich miejsce „wypełniającego całą ziemię". Jeśli istnieje Rządca Moralny nad światem, czy nie ma w tym wszystkim czegoś nadprzyrodzonego, czegoś, do czego odniesienia do Niego zmusza nas jego cudowność, czegoś, co przez swą godność i wielkość oznacza Jego rękę?
2. Mając zatem przed sobą to cudowne zjawisko, rozważmy starannie język Chrystusa i Jego Apostołów. W samym niemowlęctwie swego Królestwa, wędrując przez miasta Izraela lub miotani jako wyrzutkowie wśród pogan, mówią z ufnością, powagą i spokojem o przeznaczonym wzroście i triumfie swego Królestwa. Zważmy język Pana naszego: „Jezus przyszedł do Galilei, głosząc Ewangelię Królestwa Bożego i mówiąc: Wypełnił się czas i przybliżyło się Królestwo Boże; pokutujcie i wierzcie Ewangelii". Znowu: „Ty jesteś Piotr, i na tej opoce zbuduję Kościół mój; a bramy piekielne nie przemogą go". „Wyznaczam wam Królestwo, jak wyznaczył Mi je Ojciec mój; abyście jedli i pili przy stole moim w Królestwie moim, i siedzieli na tronach, sądząc Dwanaście Pokoleń Izraela". „Królestwo Niebieskie podobne jest do ziarna gorczycy, które wziął człowiek i posiał na roli swojej; które mniejsze wprawdzie jest od wszystkich nasion, lecz gdy urośnie, jest największe pośród jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki powietrzne przylatują i gniazdują w jego gałęziach". Czyż można wątpić, że Chrystus miał na myśli owe słowa jako wyraz zacieniającego całą ziemię panowania swego Królestwa? Warto zauważyć, że obraz tu użyty jest tym samym, jaki Daniel zastosował do Cesarstwa Asyryjskiego. „Drzewo, które widziałeś" — mówi do Nabuchodonozora — „które rosło i było mocne... na którego gałęziach mieszkały ptaki powietrzne — to ty, o Królu". Jak cudownie spełniło się równoległe proroctwo, gdy możni ziemi szukali schronienia w Świętym Kościele! Znowu: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony będzie, będzie zbawiony; lecz kto nie uwierzy, będzie potępiony".
Z jaką „władzą" mówi! Jaka majestatyczna prostota, jakie nieskrępowane zdecydowanie, jaka władcza wyższość tchnie z Jego słów! Rozmyślajcie o nich w powiązaniu ze zdarzeniem, które nastąpiło.
Z drugiej strony, rozważcie, jakim językiem mówi o tym rozkładzie społeczeństwa, który miał towarzyszyć ustanowieniu Jego Królestwa. „Ogień przyszedłem rzucić na ziemię; i cóż chcę, jeśli już płonie? Lecz mam być ochrzczony chrztem; i jakże jestem ściśniony, aż się to dokona!" „Nie mniemajcie, żem przyszedł nieść pokój na ziemię; nie przyszedłem nieść pokój, ale miecz. Przyszedłem bowiem poróżnić syna z ojcem i córkę z matką, a synową z teściową; i nieprzyjaciółmi człowieka będą domownicy jego". „Brat wyda brata na śmierć, i ojciec syna; i dzieci powstaną przeciw rodzicom, i spowodują ich śmierć; i będziecie znienawidzeni przez wszystkich dla imienia mego... W owe dni, po owej udręce, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku, i gwiazdy będą spadać z nieba, i moce niebios będą wstrząśnięte". W tych ostatnich słowach — cokolwiek trudności może być w układzie chronologicznym — zawarte jest jasne zwiastowanie, pod ogólnie przyjętymi symbolami prorockimi, zniszczenia, prędzej czy później, istniejących instytucji politycznych. Podobnie zważcie, jak święty Paweł bierze za oczywiste wstrząsy nadchodzące na ziemię oraz wzrost Kościoła Chrześcijańskiego wśród nich, i o tym wszystkim rozumuje jak o czymś już dokonanym. „Teraz obiecał mówiąc: Jeszcze raz wstrząsnę nie tylko ziemią, ale i niebem. A to słowo: jeszcze raz, oznacza usunięcie rzeczy wstrząsanych, jako stworzonych, aby pozostały te, których zachwiać nie można. Dlatego otrzymując Królestwo niezachwiane, mamy łaskę, przez którą służymy Bogu mile z czcią i bojaźnią Bożą".
Język ten, którego powyższe jest zaledwie próbką, jest tym godniejszy uwagi, że ani Chrystus, ani Jego Apostołowie nie spoglądali naprzód na owe cudowne przemiany z radosnym uniesieniem, lecz z głębokim uczuciem przemieszanej radości i smutku, jako przeczuwający owe opłakane skażenia w Kościele, do których — jak wszyscy chrześcijanie przyznają — doszło od tamtego czasu, choć mogą różnić się w ich ocenie. „Iż rozmnożą się nieprawości, oziębi się miłość wielu... Powstaną bowiem fałszywi Chrystusowie i fałszywi prorocy, i będą czynić wielkie znaki i cuda; tak że, gdyby to było możliwe, wprowadziliby w błąd nawet wybranych. Oto przepowiedziałem wam". „W ostatecznych dniach nastaną czasy trudne. Będą bowiem ludzie samolubni, łakomi, chełpliwi... zdrajcy, zuchwali, nadęci... mający pozór pobożności, a zaprzeczający jej mocy... Złe zaś ludzie i zwodziciele coraz bardziej brnąć będą ku złemu, błądząc sami i innych wprowadzając w błąd".
Gdybyśmy mieli do przytoczenia jedynie te dwa rozważania, na których tu nalegaliśmy — osobliwą historię chrześcijaństwa oraz wyraźne i ufne jej uprzedzenie przez pierwszych jego głosicieli — mielibyśmy dosyć dowodów, jak sądzę, by uśmierzyć nawet najtrudniejszego dociekliwca i skłonić do wiary w jego Boskość. Lecz jutro zobaczymy, da Bóg, czy nie można do powyższego poglądu czegoś dodać.
---