HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom II

Kazanie XXX. Niebezpieczeństwo ogłady

Na święto św. Łukasza Ewangelisty

Gdy moja wiara stała się letniaGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego Naśladowanie ChrystusaPowszechne powołanie do świętości
„W sercach wszystkich, którym dałem mądrość, złożyłem ją."
W skrócie. Kazanie na święto Łukasza Ewangelisty rozważa niebezpieczeństwo wykwintnej ogłady — zdolności do głębokiego odczuwania bez przełożenia uczuć na działanie. Newman ostrzega, że literatura, sztuka i muzyka mogą oddzielać uczucie od czynu, czyniąc człowieka niezdolnym do realnej cnoty. Świętość wymaga nie wzruszeń, lecz wytrwałego posłuszeństwa.

„Czuwajcie, stójcie w wierze, zachowujcie się mężnie, umacniajcie się.”

*Na święto św. Łukasza Ewangelisty*

*„W sercach wszystkich, którym dałem mądrość, złożyłem ją."* — Wj 31,6

Święty Łukasz różnił się od swych współewangelistów i współuczniów tym, że otrzymał dobrodziejstwa tak zwanego wszechstronnego wykształcenia. Pod tym względem podobny był do świętego Pawła, który przy równej ogładzie posiadał, jak się zdaje, nawet rozleglejszą uczoność. Mówi się, że pochodził z Antiochii, miasta sławnego z wyrafinowanych obyczajów i wysokiej kultury umysłowej jego mieszkańców; a jego zawodem była sztuka lekarska lub chirurgiczna, co samo przez się świadczy, że pod względem wykształcenia stał powyżej ogółu ludzi. Potwierdzają to pisma jego autorstwa, które pod względem kompozycji przewyższają wszystkie inne części Nowego Testamentu, z wyjątkiem niektórych Listów świętego Pawła.

Są ludzie, którzy wątpią, czy to, co zwykło się nazywać „ogładą" — czy to w literaturze, czy w sztukach pięknych — daje się pogodzić z głęboką i praktyczną powagą ducha. Uważają, że zabieganie o nią świadczy o lekkomyślności umysłu i przynajmniej pochłania czas, który mógłby być lepiej spożytkowany; i przyznam, że na pierwszy rzut oka zdają się mieć wiele do powiedzenia na obronę swego zdania. A jednak święty Łukasz i święty Paweł byli ludźmi ogładzonymi i widocznie znajdowali radość w swoich zdobyczach kulturowych.

Nie mówię o ludzkiej uczoności — tej również wielu ludzi uważa za niezgodną z prostą, nieskażoną wiarą, sądząc, że wiedza musi czynić człowieka pysznym. Jest to oczywiście wielki błąd, lecz to nie jest mój temat; mówię raczej o przesadnej nieufności wobec ogłady, owych szlachetnych sztuk i zajęć, takich jak poezja, kompozycja literacka, malarstwo, muzyka i podobne; które uważa się — nie, prawda, za coś, co czyni człowieka pysznym, lecz — za coś, co czyni go płochym. Właśnie tę opinię — na ile jest słuszna, a na ile nie — zamierzam omówić, skłoniony do tego rozmyślaniem nad oczywistym faktem, że święty Łukasz był pisarzem wyrafinowanym, a zarazem Ewangelistą.

Otóż że ogłada, o której mówię, ma skłonność czynić nas płochymi i niemęskimi, i że zatem każdy z nas winien odnosić się do niej z podejrzliwością, o ile dotyczy to jego samego — to gotów jestem przyznać i wkrótce uczynię to jasnym. Przyznaję, że w istocie rzeczy wyrafinowanie i zbytek, elegancja i zniewieściałość idą w parze. Antiochia, najbardziej ogładzone miasto, była zarazem miastem najbardziej rozwiązłym w Azji. Lecz nadużycie dobrych rzeczy nie jest argumentem przeciwko nim samym; uprawiana kultura umysłu może być darem Bożym, choć jest nadużywana. Wszystkie dary Boże są przez człowieka wypaczane; zdrowie, siła, moc rozumu — wszystko to grzesznicy obracają ku złym celom, a jednak nie są złe same w sobie. Stąd też znajomość sztuk pięknych może być darem i dobrem, przeznaczonym do służenia chwale Bożej, choć wielu, którzy go posiadają, staje się przez to gnuśnymi, rozwiązłymi i słabymi na duchu.

Jednak opis budowy Przybytku na pustyni, z którego pochodzi tekst kazania, jest w tej sprawie rozstrzygający. Jest zbyt długi, by go wam czytać w całości, lecz kilka wersetów przypomni wam jego treść. „Przemów do wszystkich roztropnych, których napełniłem duchem mądrości, aby zrobili szaty Aaronowi na poświęcenie go na kapłana, który będzie Mi służył". „Widzisz, że wybrałem Besaleela... i napełniłem go duchem Bożym, mądrością i rozumem, i umiejętnością każdego rzemiosła, aby sporządzał kunsztowne wyroby, aby pracował w złocie, w srebrze i w miedzi, i w kamieniach do oprawy, i w drewnie, i w każdym rzemiośle". „Wybierzcie spośród siebie ofiarę dla Pana; każdy, kto jest hojnego serca, niechaj ją przyniesie jako dar dla Pana: złoto, srebro i miedź, i niebieskofioletową i czerwonopurpurową, i szkarłatną przędzę, i bisior, i sierść kozią, i baranie skóry czerwono barwione, i skóry z delfinów, i drzewo akacjowe, i oliwę do oświetlenia, i aromaty do olejku namaszczania i do wonnych kadzideł, i kamienie onyksowe, i kamienie szlachetne do oprawy w efod i w napierśnik. Niechaj przyjdą wszyscy, którzy mają biegłe ręce spośród was, i niechaj wykonają wszystko, co Pan nakazał".

Jak więc się dzieje, że to, co z natury swej jest tak doskonałe i — można rzec — tak Boskie, bywa jednak tak powszechnie wypaczane? Przystępuję teraz do omówienia tego, na czym, według mego rozumienia, polega niebezpieczeństwo posiadania ogłady, w celu dania odpowiedzi na to pytanie.

Otóż niebezpieczeństwo wychowania wykwintnego i ogładzonego polega na tym, że rozdziela ono uczucie od działania; uczy nas myśleć, mówić i wzruszać się właściwie, nie zmuszając nas do postępowania właściwie. Zilustruję to — choć przykładu dość pospolitego — skutkiem, jaki wywiera na umyśle czytanie tego, co zwykło się nazywać romansem lub powieścią, mieszczącą się w zakresie piśmiennictwa pięknego, o którym właśnie mówię. Takie dzieła zawierają wiele trafnych uczuć (mam na myśli lepsze ich przykłady); wprowadza się w nich też postacie szlachetne, cierpliwe w niedoli i triumfujące wreszcie nad nieszczęściem. Przyjmijmy, że wielkie prawdy religii są w nich podtrzymywane i podkreślane, a nasze uczucia pobudzone i zaangażowane w to, co dobre i prawdziwe. Lecz to wszystko jest fikcją; nie istnieje poza książką, w której ma swój początek i koniec. Niczego robić nam nie trzeba; czytamy, wzruszamy się, kruszejemy lub zapalamy — i to wszystko; stygnijmy na powrót — nic z tego nie wynika. Otóż zwróćcie uwagę na skutek tego. Bóg sprawił, że odczuwamy po to, abyśmy szli dalej do działania na skutek uczucia; jeśli zatem pozwalamy, by nasze uczucia były pobudzane bez działania stosownego do nich, wyrządzamy krzywdę systemowi moralnemu w nas, podobnie jak można by psuć zegarek lub inne urządzenie mechaniczne, bawiąc się jego kołami. Osłabiamy jego sprężyny i przestają one działać właściwie. Toteż gdy już nabraliśmy zwyczaju zabawiania się owymi dziełami fikcji, dochodzimy w końcu do tego, że odczuwamy podniecenie bez najmniejszego zamiaru czy skłonności do działania na jego podstawie; a ponieważ trudno jest bardzo rozpocząć jakikolwiek obowiązek bez pewnego poruszenia uczuć (to jest, zacząć jedynie w oparciu o suche zasady rozumowe), nasuwa się poważne pytanie: jak, po zniszczeniu więzi między uczuciem a działaniem, zdołamy się do działania nakłonić, gdy okoliczności uczynią je naszym obowiązkiem? Dla przykładu: czytaliśmy wielokrotnie o bohaterstwie stawienia czoła niebezpieczeństwu i przejmowało nas poczucie jego szlachetności. Czuliśmy, jak wielką jest rzeczą znosić ból i przyjmować pohańbienia, zamiast ranić sumienie; i to wielokrotnie, gdy nie mieliśmy sposobności do wcielenia dobrych uczuć w czyn. Przypuśćmy teraz, że wreszcie wchodzimy w doświadczenie próby, i powiedzmy, że nasze uczucia ożywają, jak nieraz przedtem, na myśl o dzielnym przeciwstawieniu się pokusom tchórzostwa — czy zatem spełnimy nasz obowiązek, zachowując się mężnie? Raczej prawdopodobne jest, że będziemy głośno mówić, a potem uciekniemy od niebezpieczeństwa. Dlaczego? — a raczej zapytajmy: dlaczego nie? Co ma nas powstrzymać od ustąpienia? Czy to, że odczuwamy właściwie? Ależ wielokrotnie odczuwaliśmy właściwie i myśleliśmy właściwie, nie przyzwyczajając się do właściwego postępowania; i choć niegdyś istniał w naszych umysłach pierwotny związek między uczuciem a działaniem, teraz go nie ma; struny wewnętrzne — jeśli tak je można nazwać — popuszczone i bezwładne.

A co tutaj wzięto za przykład w odniesieniu do mężności, prawdziwe jest we wszystkich przypadkach obowiązku. Wyrafinowanie, jakie daje literatura, dotyczy właściwego myślenia, odczuwania, poznawania i mówienia, a nie właściwego działania; i tak oto, chociaż czyni obejście ujmującym, a rozmowę przyzwoitą i przyjemną, nie ma żadnej skłonności do czynienia postępowania, praktyki życiowej człowieka, cnotliwą.

Zauważcie, że założyłem, iż dzieła fikcji, o których mówię, wpajają właściwe uczucia; choć takie dzieła (na przykład sztuki teatralne) bywają nieraz nieobyczajne i niemoralne. Lecz nawet w najlepszym przypadku, zakładając, że są zdrowej treści, są — twierdzę — mimo to w sobie samych niebezpieczne, jeśli mianowicie pozwolimy, by wyrafinowanie zajęło miejsce wytrwałego, szorstko-ręcznego posłuszeństwa. Z tego wynika, że jestem zdecydowanie przeciwny pewnym powieściom religijnym, które niektórzy uważają za tak pożyteczne: że niekiedy czynią dobro — bynajmniej temu nie przeczę; lecz czynią więcej złego niż dobrego. W sumie wyrządzają szkodę; skłaniają ludzi do pielęgnowania uczuć religijnych w oderwaniu od praktyki religijnej. I tutaj mógłbym mówić o całym owym systemie religijnym (błędnie zwanym religijnym), który każe wierze chrześcijańskiej polegać nie na uczciwym i prostym czynieniu tego, co słuszne, lecz na rozkoszy pobudzonych uczuć religijnych, na samym tylko rozmyślaniu o naszym Błogosławionym Panu i zatrzymywaniu się w jakby sennym zamyśleniu nad tym, czego dokonał dla nas; bo takie gnuśne kontemplowanie nie uświęci człowieka w rzeczywistości bardziej niż czytanie poematu lub słuchanie śpiewu czy psalmu.

Tak samo rzecz się ma ze sztukami wspomnianymi przed chwilą — z poezją i muzyką. Te są szczególnie zdolne czynić nas niemęskimi, jeśli nie jesteśmy czujni, jako że wzbudzają wzruszenia bez zapewnienia im odpowiadającego działania i tym samym niszczą więź między uczuciem a działaniem; przez niemęskość bowiem rozumiem tutaj niezdolność do panowania nad sobą zgodnie z własną wolą — mówienie pięknych rzeczy, a zarazem leniwe leżenie na otomanie, jakbyśmy nie mogli wstać, nawet gdybyśmy tego jak najbardziej pragnęli.

I tutaj muszę zwrócić uwagę na jeszcze coś, co jest właściwe wykwintnej ogładzie, a co prowadzi do nadmiernej delikatności i fałszywej wrażliwości. W książkach wszystko jest upiększone na swój sposób. Rysowane są obrazy doskonałej cnoty; mało mówi się o upadkach, a mało lub wcale o mozole powszedniego, codziennego posłuszeństwa, które nie jest ani poetyczne, ani interesujące. Prawdziwa wiara uczy nas czynić niezliczone rzeczy przykre dla miłości Chrystusa, znosić drobne przykrości, o których nie znajdziemy wzmianki w żadnej książce. W większości książek postępowanie chrześcijańskie jest przedstawiane jako wzniosłe, wyniosłe i wspaniałe; tak że ktokolwiek zna prawdziwą religię jedynie z książek, a nie z rzeczywistego trudu bycia pobożnym, z pewnością dozna zgorszenia na religii, gdy rzeczywiście się z nią zetknie, z powodu szorstości i pokory swych obowiązków oraz nieuniknionych niedoskonałości w ich wypełnianiu. To piękne na obrazie umywać nogi uczniom; lecz piaski prawdziwej pustyni nie mają w sobie połysku, który by wynagradzał służebny charakter tego zajęcia.

I jeszcze ponadto: należy stwierdzić, że sztuka komponowania, która jest naczelną zdobyczą ogłady, ma w sobie samej skłonność do czynienia nas sztucznymi i nieszczerymi. Bowiem nieustanne dbanie o stosowność i właściwość słów jest — lub przynajmniej grozi tym, że jest — pewnego rodzaju grą aktorską; a znanie tego, co można powiedzieć po obu stronach zagadnienia, jest głównym krokiem ku przekonaniu, że jedna strona jest tak samo dobra jak druga. Stąd też ludzie w starożytności, którzy uprawiali piśmiennictwo piękne, nosili miano „sofistów", to jest ludzi, którzy pisali elegancko i mówili elokwentnie o wszystkim, co im przyszło na myśl — słusznym czy niesłusznym. Być może święty Łukasz mógłby być takim sofistą, gdyby nie był chrześcijaninem.

Oto niektóre z niebezpieczeństw wykwintnej ogłady; niepokoją one mniej lub bardziej wszystkich wykształconych ludzi; a spośród tych być może nie na ostatnim miejscu te kobiety, które nie mają żadnych szczególnie poważnych obowiązków i są ponad brudną pracą pospolitego życia, stąd skłonne do stania się wybrednymi i wytworzonymi — do umiłowania próżniaczej wygody i zabawiania się czysto wykwintnymi zajęciami, adorując i wyznając przy tym to, co religijne i cnotliwe, i sądząc, że naprawdę posiadają usposobienie, które sobie cenią.

Mając te myśli przed oczyma, musimy powrócić do owych przykładów biblijnych, od których zacząłem, aby uniknąć wniosku, że ogłada jest bezwzględnie niebezpieczna i niegodna chrześcijanina. Lecz święty Łukasz i święty Paweł pokazują nam, że możemy być dzielnymi robotnikami w służbie Pańskiej i nieść nasz krzyż mężnie, choćbyśmy byli ozdobieni całą uczonością Egipcjan; lub raczej — że zasoby literatury i wdzięki wykształconego umysłu mogą być zarówno godziwym źródłem radości dla posiadającego je, jak i środkiem wprowadzania i polecania Prawdy innym; podczas gdy historia Przybytku pokazuje, że wszystkie kunsztowne sztuki i cenne dobra tego świata mogą być poświęcone służbie Bożej i czynione głosicielami świata przyszłego.

Kończę zatem następującymi przestrogami, do których prowadzą powyższe uwagi. Po pierwsze, musimy unikać poświęcania zbyt wiele czasu lżejszym zajęciom; a po drugie, nie wolno nam nigdy pozwalać sobie na czytanie dzieł fikcji ani poezji, ani na zaangażowanie w sztuki piękne dla samych tych rzeczy; lecz winniśmy mieć zawsze na myśli, że jesteśmy chrześcijanami i istotami zdającymi rachunek, którzy posiadają ustalone zasady dobra i zła, wedle których wszystko musi być oceniane, i że mają w sobie nawyki religijne do ugruntowania, którym wszystko winno być podporządkowane. Nic nie jest bardziej powszechne wśród wykształconych ludzi niż zwyczaj czytania książek tak wyłącznie dla samej lektury, że chwali się i gani czyny i osoby w nich opisane w sposób przypadkowy, wedle własnego upodobania, nie zastanawiając się, czy są naprawdę dobre czy złe wedle miernika moralnej prawdy. Nie chciałbym być surowy; lecz gdy czyni się to nałogowo, z pewnością jest to niebezpieczne. Tak też ma się sprawa z nadużyciem talentu poetyckiego, owego świętego daru. Nic nie jest bardziej powszechne niż wpadanie w zwyczaj wypowiadania wzniosłych uczuć — szczególnie w listach — jako rzeczy oczywistej lub jako pewnego rodzaju wykwintnego popisu. Nic bardziej powszechnego przy śpiewie niż używanie słów o błahym lub złym znaczeniu. Wszystkie te rzeczy szkodzą powadze charakteru. Z tego właśnie powodu (nie mówiąc o innych) zawód aktora, a znów i mówcy, jest zawodem niebezpiecznym. Uczą się oni mówić piękne rzeczy i wzbudzać w sobie gorące uczucia — o niczym.

Jeśli będziemy gorliwi, nie pozwolimy, by lekko przechodziło obok nas nic, co mogłoby nam pomóc, ani nie odważymy się błazeńsko traktować tak świętych spraw jak moralność i obowiązek religijny. Będziemy stosować do siebie wszystko, co czytamy; i to niemal bez zamierzenia, z samej szczerości i uczciwości naszego pragnienia podobania się Bogu. Będziemy podejrzliwi wobec wszelkich takich dobrych myśli i pragnień, i będziemy stronić od wszelkiego okazywania naszych zasad, które nie sięga do działania. Będziemy dążyć do czynienia dobra i tak wielbienia naszego Ojca, i będziemy napominać i zachęcać innych do tegoż; lecz co do mówienia o właściwych przedmiotach religijnego rozmyślania i usiłowania okazywania pobożności oraz wzbudzania podobnych uczuć w innym — nawet w naszym najbliższym przyjacielu — dalecy będziemy od tego, bo uznam to za sidło i zgubę. A jednak wielu ludzi uważa to za szczytną część religii i nazywa to rozmową duchową, probierzem ducha duchowego; tymczasem, pominąwszy zaczątkową i okazjonalną w tym obłudę, a także bezwstyd, wszystkie sformalizowane i zamierzone wyrażanie uczuć religijnych, całą starannie skomponowaną namiętną wymowę — to, co ja nazywam rozproszeniem; rozproszeniem tej samej natury, choć odmiennego przedmiotu, jak to, co zwykło się tak nazywać; bo jest to odpływ i marnotrawstwo naszych sił religijnych i moralnych, ogólne osłabianie naszych władz duchowych (jak już wykazałem); a wszystko to po co? — dla przyjemności chwilowego podniecenia. Któż może zaprzeczyć, że ten religijny nieład jest przypadkiem analogicznym do przypadku zmysłowca? Co więcej — dokładnie takim samym jak u tych, od których owi religijni ludzie uważają się za bardzo dalekich: mam na myśli ludzi światowych, którzy czytają dzieła fikcji, uczęszczają na widowiska publiczne, są zawsze w pogoni za nowościami, przybierają pozory wytworności i „przechadzają się minoderie", i na każdą okazję gotowi są do wszelkiego rodzaju pięknych myśli i żywych wzruszeń.

Cóż rzekłby prorok Boży o wszystkich tych, którzy z przyzwoitości i wdzięków moralnej prawdy czynią środek do rozkosznego użycia? Słuchajcie słów świętego Ezechiela, owego surowego, szorstkowatego męża Bożego, prawdziwego Świętego pośród samolubnego, wiele-wyznającego ludu: „Synu człowieczy, synowie ludu twego mówią o tobie przy murach i w drzwiach domów, i mówi jeden do drugiego, każdy do swego brata, mówiąc: Chodźcie, proszę, i słuchajcie, co to za słowo, które pochodzi od Pana. I przychodzą do ciebie, jak lud przychodzi, i siadają przed tobą jako lud mój, i słuchają słów twoich, ale nie wypełniają ich; bo ustami okazują miłość wielką, ale serce ich idzie za ich chciwością. I oto ty jesteś dla nich jak głos pieśni miłosnej kogoś o pięknym głosie i grającego dobrze na instrumencie; słuchają słów twoich, ale ich nie pełnią."

Albo rozważcie słowa świętego Pawła, które są jeszcze bardziej wymowne, bo był on sam człowiekiem uczonym i ogładzionym, i znajdował radość — we właściwym miejscu — w zajęciach, do których to prowadzi:

„Głoś słowo, nastawaj w porę i nie w porę, karć, gań, napominaj z całą cierpliwością i nauką. Albowiem przyjdzie czas, gdy zdrowej nauki nie ścierpią, lecz zgromadzą sobie nauczycieli według własnych żądz, mając uszy chciwe słuchania. I odwrócą uszy od prawdy, a obrócą się ku baśniom." „Czuwajcie, stójcie w wierze, zachowujcie się mężnie, umacniajcie się."

← wróć do odkrywania