HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom II

Kazanie XXXII. Uroczystość Wszystkich Świętych. Znaczenie Dni Świętych

Na Uroczystość Wszystkich Świętych

Gdy moja wiara stała się letniaGdy potrzebuję nadziei Powszechne powołanie do świętościNatura i jedność Kościoła
„Będziecie Mi świadkami zarówno w Jerozolimie, jak i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi."
W skrócie. Kazanie na Uroczystość Wszystkich Świętych rozważa znaczenie świąt kościelnych jako pamiątek chrześcijańskiej doskonałości i wzorców do naśladowania. Newman ukazuje Świętych jako obłok świadków, który towarzyszy pielgrzymom i poucza, że Kościół Chrystusowy jest niezniszczalny. Zaniedbywanie Dni Świętych jest oznaką i przyczyną duchowego upadku.

„I ujrzałem wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem, odziani w białe szaty, z palmami w swych rękach.”

*Na Uroczystość Wszystkich Świętych*

*„Będziecie Mi świadkami zarówno w Jerozolimie, jak i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi."* — Dz 1,8

Tak liczne były cudowne dzieła, których nasz Zbawiciel dokonał na ziemi, że nawet cały świat nie mógłby pomieścić ksiąg opisujących je. Nie były też Jego cuda mniejsze, odkąd wstąpił na wysokości — te dzieła wyższej łaski i trwalszego owocu, dokonywane w duszach ludzkich od pierwszej godziny aż po dziś dzień: jeńcy Jego mocy, wykupieni dziedzice Jego Królestwa, których powołał przez Swego Ducha działającego we właściwym czasie i prowadził ich od mocy do mocy, aż staną przed obliczem Jego w Syjonie. Zaiste, nawet cały świat nie mógłby pomieścić zapisów Jego miłości ani historii owego mnóstwa Świętych — owego „obłoku Świadków" — których dziś celebrujemy, Jego nabytej własności w każdym wieku! Skupiamy ich wszystkich w jednym dniu; mieszamy razem w krótkim wspomnieniu jednej godziny wszystkie najwspanialsze czyny, najświętsze żywoty, najszlachetniejsze trudy i najcenniejsze cierpienia, jakie słońce kiedykolwiek widziało. Nawet najmniejsi z owych Świętych zasługują na rozważanie przez wiele dni — nawet same ich imiona, gdyby czytać je w naszym nabożeństwie, wypełniłyby wiele zachodów i wschodów słońca — nawet jeden urywek z życia jednego z nich wystarczyłby z nawiązką na długi wykład. „Któż zliczy proch Jakubowy i obliczy czwartą część Izraela?" Męczennicy i Wyznawcy, Rządcy i Doktorzy Kościoła, oddani Słudzy i bracia Zakonni, królowie ziemscy i wszystkie narody, książęta i sędziowie ziemi, młodzieńcy i dziewice, starcy i dzieci — pierwociny ze wszystkich stanów, wieków i powołań, zebrane każde we właściwym mu czasie do raju Bożego. To jest ów błogosławiony zastęp, który dziś spotyka chrześcijańskiego pielgrzyma w nabożeństwach Kościoła. Jesteśmy jak Jakub, gdy w drodze do domu pokrzepiony był niebiańską wizją. „Jakub poszedł w dalszą drogę, a spotkali go aniołowie Boży. Gdy ich ujrzał, rzekł: To jest obóz Boży. I nazwał tę miejscowość Machanaim."

Taki sam zastęp ujrzał i ów wybrany Apostoł, jak opisano w rozdziale, z którego pochodzi Lekcja na dzisiejszy dzień: „I ujrzałem wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem, odziani w białe szaty, z palmami w swych rękach. [...] To są ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i wybielili je we krwi Baranka."

Ten wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, zebrany jest w tym jednym dniu pamiątki — szlachetne grono Proroków, chwalebna rzesza Męczenników, Dzieci Świętego Kościoła Powszechnego, którzy odpoczęli od trudów swoich.

Przyczyna tego stanu rzeczy jest następująca: kilka wieków temu było zbyt wiele Dni Świętych i stały się one pretekstem do próżnowania. Co więcej — a trudno w to wprost uwierzyć — przez jakąś wielką i prawie niesamowitą przewrotność, zamiast chwalić Boga w Jego Świętych, chrześcijanie zaczęli oddawać im cześć bliską czci Boskiej. Skutkiem tego stało się konieczne zniesienie ich uroczystości i uczczenie ich wszystkich naraz w sposób zbiorczy. Teraz zaś ludzie wpadają w przeciwną skrajność. Te Święta, nieliczne choć są, nie są należycie obchodzone. Taka to właśnie natura ludzka — zawsze gotowa wymknąć się od obowiązku i popaść w jedną lub drugą skrajność błędu. Próżnując bądź się krzątając, człowiek w obu przypadkach postępuje źle: próżnując — zaniedba obowiązki wobec bliźnich; krzątając się — zaniedba obowiązki wobec Boga. Mało jednak nas obchodzą winy innych ludzi — pominąwszy więc błąd marnowania czasu pod pozorem obchodzenia licznych Świąt, mówmy raczej o winie naszych własnych czasów, to jest o zaniedbywaniu tych Świąt pod pozorem nadmiaru zajęć.

Kościół nasz ograniczył liczbę Świąt, uznając za właściwe mieć ich niewiele; my zaś uważamy każde za nadmiar. Jako naród bowiem jesteśmy całkowicie pochłonięci dążeniem do zysku i żałujemy każdego czasu spędzonego bez odniesienia do naszych spraw doczesnych. Powinniśmy poważnie się zastanowić, czy owo zaniedbywanie ustanowień religijnych nie jest wielkim grzechem narodowym. Jeśli chodzi o jednostki, łatwo rozumiem, jak to się dzieje, że je pomijają. Niemała liczba osób nie ma do dyspozycji własnego czasu. Są na służbie lub w interesach i ich obowiązkiem jest stosować się do poleceń panów lub pracodawców — co zatrzymuje ich od kościoła. Inni mają szczególne obowiązki, które każą im pozostawać w domu, choćby sami sobie byli panami. Można też powiedzieć, że okoliczności, w jakich zastają swoje powołanie — sposób, w jaki inni je wykonują — mogą stanowić pewien powód do postępowania jak wszyscy. Może to być dla nich tak wielka strata doczesna, gdy w Dzień Świętego opuszczają swój handel i idą do kościoła, że może im się zdawać, iż mają ku temu w sumieniu dostateczny powód? Nie chcę wydawać sądu w tym czy owym przypadku, który jest sprawą dotyczącą bezpośrednio zainteresowanej osoby. Mówię jednak w ogólności, że ów stan społeczeństwa musi być wadliwy, który sprawia, iż konieczne staje się zaniedbywanie Ustanowień religijnych. Musi gdzieś tkwić jakiś błąd; i obowiązkiem każdego z nas jest oczyszczenie się ze swojej cząstki tejże winy, unikanie udziału w grzechach innych i dołożenie wszelkich starań, by inni również mogli uwolnić się od zarzutu.

Mówię, że owo zaniedbywanie religijnych Ustanowień jest szczególną wadą tych późniejszych czasów. Było kiedyś, że ludzie otwarcie czcili Ewangelię; i wówczas — jako konsekwencja — każdy z nich miał więcej środków do stawania się człowiekiem religijnym. Instytucje Kościoła były odciśnięte na obliczu społeczeństwa. Daty obliczano nie tyle wedle miesięcy i pór roku, ile wedle Świętych Uroczystości. Świat szedł w parze z Ewangelią; porządek spraw prawnych i handlowych był regulowany chrześcijańską zasadą. Coś z tego zostało jeszcze wśród nas, lecz takie obyczaje szybko zanikają. Za wystarczające podstawy do zmiany układu świeckich zajęć uznaje się już tylko względy użyteczności. Ludzie uważają za stratę czasu dostosowywać się do biegu chrześcijańskiego roku; sądzą, że zyskują więcej, stosując się do metody kupiecko-biznesowej i do wynikających z niej porządku, sprawności i przejrzystości w swych doczesnych interesach (i może faktycznie czegoś przez to zyskują, sądzą jednak, że zyskują więcej), niż tracą, porzucając Pamiątki religijne. Te zaś rzeczywiście tracą: tracą owe przepisy, które w wyznaczonych porach przywodziły im na myśl sprawy drugiego życia; i, mówiąc szczerze, często radują się, tracąc coś, co — jak uważają — natrętnie wtrącało się w ich doczesne zamierzenia i przypominało im, że są śmiertelni.

Weźmy też pod uwagę inną stronę zagadnienia. Istniał niegdyś zwyczaj, by kościoły były otwarte przez cały dzień, aby chrześcijanie mogli w wolnych chwilach wstępować do nich i przez kilka minut zrzucać z siebie troski świata w ćwiczeniach religijnych. Nabożeństwa były wyznaczone na poszczególne godziny dnia, by umożliwić udział w całości lub w części tym, którzy akurat znajdowali się w pobliżu. Ci zaś, którzy nie mogli przybyć, mogli przynajmniej zachować przy sobie modlitewnik i w wolnych chwilach odmawiać prywatnie te modlitwy, które w tej właśnie godzinie ofiarowywano w kościele. W ten sposób zadbano o duchowe pożywienie chrześcijan dzień po dniu — o ów niezbędny na każdy dzień chleb, który wielce przewyższa „chleb, co niszczeje". Wszystko to dziś dobiegło końca. Nie śmiemy otwierać kościołów, by ludzie nie zbezcześcili ich zamiast oddawać w nich cześć Bożą. Co do starannie ułożonego Rytuału — zbyt wielu z nas nauczyło się nim gardzić i uważać go za czczą formę. Tak oto świat wtargnął w prawa Kościoła; chude krowy pożarły tłuste. Grożą nam lata duchowego głodu, triumf wrogów Prawdy i zagłuszenie — a przynajmniej osłabienie — Głosu Prawdy; i dlaczego? Dlatego właśnie, że zaniedbaliśmy te religijne obrzędy przez cały rok, które Kościół nakazuje, a my jesteśmy zobowiązani zachowywać; zaś zaniedbując je, dostarczyliśmy pewnego rodzaju argumentu tym, którzy życzą sobie ich całkowitego zniesienia. Żadna organizacja ludzka nie może utrzymać się bez regularnych zebrań; zgromadzenia są, jak wiadomo, samym życiem stowarzyszeń politycznych. Rozpatrując tedy instytucje Kościoła jedynie z ludzkiego punktu widzenia — jaką możemy mieć moc jako chrześcijanie, jeśli nie uczęszczamy do Ustanowień religijnych? I jak wielką moc mielibyśmy natomiast, gdybyśmy gromadnie do nich przybywali, śmiało stając twarzą w twarz ze światem i pokazując, że Chrystus ma sług, którzy dochowują Mu wierności? To, że w niedziele przychodzimy do kościoła, jest wprawdzie pomocą w tej mierze; ale o wiele potężniejszym świadectwem naszej gorliwości dla Prawdy byłoby wyznanie wiary Chrystusowej za pewnym osobistym kosztem doczesnym — co byłoby udziałem niektórych z nas w pozostałe Święta. Czyż możemy wymyślić skuteczniejszy sposób głoszenia Chrystusa ogółowi ludzi — taki, w którym najnauczniej i najtchórzliwsi spośród nas mogliby najłatwiej uczestniczyć — niż gdyby wszyscy, którzy miłują Pana Jezusa Chrystusa w szczerości serca, wzięli sobie za zwyczaj tłumnie nawiedzać kościoły w powszednie uroczystości i rozmaite Święte Okresy, pozostawiając tymczasem mniej religijnym owe nędzne zyski, które większa gorliwość w pogoni za tym światem z pewnością im zapewni?

Nie wspomniałem jeszcze o szczególnej korzyści płynącej z obchodzenia Dni Świętych, a leży ona oczywiście w tym, że stawiają one przed duchem wzorce doskonałości, które mamy naśladować. Kierując nas ku nim, Kościół jedynie wypełnia zamiar Pisma Świętego. Weźcie pod uwagę, jak wielka część Biblii jest historyczna i jak znaczną część tej historii stanowią wyłącznie żywoty tych mężów, którzy byli narzędziami Bożymi w swoich kolejnych epokach. Niektórzy z nich nie są dla nas wzorami, inni noszą ślady skażenia, pod którym powszechnie leży natura ludzka — jednak przeważająca część z nich to przykłady szczególnej wiary i świętości i zostały nam przedstawione z wyraźnym zamiarem pobudzania i kierowania nami w naszej religijnej drodze. Takimi są przede wszystkim Abraham, Józef, Hiob, Mojżesz, Jozue, Samuel, Dawid, Eliasz, Jeremiasz, Daniel i im podobni; a w Nowym Testamencie — Apostołowie i Ewangeliści. Przede wszystkim zaś, i w Swej własnej, nieporównywalnej chwale, sam Pan nasz błogosławiony daje nam przykład; lecz Jego wierni słudzy prowadzą nas ku Niemu i potwierdzają, i urozmaicają Jego wzorzec. Otóż celem Kościoła w Dniach Świętych było właśnie podtrzymywanie tej zasady i dawanie wzorca owego szczególnie biblijnego nauczania.

My zaś, w chwili obecnej, szczególnie potrzebujemy dyscypliny takich pamiątek jak Dni Świętych, które by przywoływały nas do samych siebie. Wadą tych czasów — bo nie mamy nic wspólnego z wadami innych czasów — jest gardzenie przeszłością w porównaniu z teraźniejszością. Ledwo możemy sięgnąć po jakiekolwiek lżejsze lub popularne pismo dnia, nie natknąwszy się na jakiś panegiryk na naszą własną cześć, na oświecenie i ludzkość epoki, lub na jakieś uwłaczające uwagi o mądrości i cnotach dawnych czasów. Tymczasem jest rzeczą wielce zbawienną wobec tej pokusy zarozumiałości, gdy się nam przypomina, że we wszystkich najwyższych przymiotach ludzkiej doskonałości daleko przewyższyli nas ludzie żyjący przed wiekami; że wtedy właśnie ustanowiony został standard prawdy i świętości, którego my prawdopodobnie nie osiągniemy; i że myśl o staniu się mądrzejszymi, lepszymi lub milszymi Bogu niż oni — to tylko czcze marzenie. Tu uczymy się prawdziwej wartości i względnego znaczenia rozmaitych darów ducha. Efektowne talenty, którymi chlupi się wiek obecny, bladną wobec prawdziwego kruszcu Proroków i Apostołów. Jego szczycące się „wiedza" to zaledwie cień „mocy" wobec krzepkiej siły serca, jaką tamci okazali — mogli bowiem spokojnie czynić moralne cuda, a przy tym przemawiać ustami natchnionej mądrości. Gdyby tak święty Paweł lub święty Jan mogli powstać z martwych! Jakżeż drobnomieszczańscy filozofowie, którzy dziś mniemają, że rozum i oświecona cnota są ich wyłączną własnością, skurczyliby się do nicości przed owym dobrze zahartowanym, ostroostrzowym orężem Pańskim! Czyż nie doszliśmy do tego — czyż nie jest to nasza narodowa hańba — że jeśli nawet nie sami Apostołowie, to przynajmniej ustanowiony przez nich System Kościelny i założony przez nich Porządek traktowane są z oziębłością i lekceważeniem? Jakże niewielu spogląda z pobożnym zainteresowaniem na Biskupów Kościoła jako na Następców Apostołów; czcząc ich, gdy czczą, jedynie dlatego, że lubią ich jako ludzi, nie zaś z żadnego poczucia szczególnej świętości ich urzędu! Cóż — niech i tak będzie! Kiedyś musi nadejść Kres. Nie może być tak, by rzeczy stały w miejscu. Kościół Chrystusowy jest niezniszczalny; i trwając przez wszelkie zmienne koleje tego świata, musi znowu powstać i zakwitnąć, gdy nędzne jednodniowe stworzenia, które mu się sprzeciwiały, obrócą się w proch. „Żadna broń ukuta przeciwko niemu się nie ostoi." „Nie ciesz się ze mnie, wróżko moja nieprzyjaciółko! Gdy upadnę, powstanę; gdy siedzę w ciemności, Pan jest moją światłością." Tymczasem nie zapominajmy o naszym obowiązku; jest nim zaś — za przykładem Świętych — podjęcie krzyża w pokorze i modlitwa za naszych nieprzyjaciół.

To są myśli, które stosownie należy nam wryć w serce, gdy kończymy (jak to czynimy teraz) coroczny cykl Świąt Kościelnych. Co rok przynosi cuda. Nie wiemy, gdy mija rok, jakie cuda zdarzyć się zdążą, nim znowu dobiegnie końca krąg Świąt — od świętego Andrzeja aż po Wszystkich Świętych. Naszym obowiązkiem jest więc oczekiwanie na przyjście Pana, gotowanie Mu drogi przed Nim, modlitwa, abyśmy gdy przyjdzie, znalezieni byli czuwającymi; modlitwa za nasz kraj, za naszego Króla i wszystkich sprawujących pod nim władzę, aby Bóg raczył oświecić umysły i odmienić serca ludzi potęgi i sprawić, by postępowali w Jego wierze i bojaźni — dla wszystkich stanów i warunków ludzkich, a zwłaszcza dla tej gałęzi Jego Kościoła, którą tu zasadził. Nie zapominajmy — w naszym uzasadnionym i słusznym przerażeniu złymi ludźmi — że mają oni dusze i że nie wiedzą, co czynią, gdy sprzeciwiają się Prawdzie. Nie zapominajmy, że jesteśmy synami grzesznego Adama tak samo jak oni, a mieliśmy ku wierze i posłuszeństwu pomoce, których innym brakowało. Nie zapominajmy, że skoro jesteśmy powołani do bycia Świętymi, to tym samym powołaniem jesteśmy powołani do cierpienia; i że jeśli cierpimy, nie powinniśmy się dziwić ogniowej próbie, która nas dotyka, ani chełpić się przywilejem cierpienia, ani niepotrzebnie ściągać na siebie cierpień, ani też kwapiąc się z twierdzeniem, że cierpieliśmy dla Chrystusa, gdy cierpieliśmy tylko za nasze własne winy lub nie cierpieliśmy wcale. Niech Bóg da nam łaskę, byśmy wedle tych zasad postępowali, a nie tylko je przyjmowali i podziwiali; i byśmy nie mówili nic dla samego mówienia, lecz wiele czynili i mało mówili!

← wróć do odkrywania