*„Dałem im króla w gniewie moim i odwołałem go w zapalczywości mojej."* > — Oz 13,11
Zdaje się, że Izraelici prosili o króla z kaprysu i przekory, które źródła swego szukały w niewdzięczności. Złe postępowanie synów Samuela było sposobnością do grzechu, lecz — używając języka Pisma Świętego — „złe serce niedowiarstwa" było jego prawdziwą przyczyną. Nigdy nie zaznali spokoju ani zadowolenia; prosili o mięso, gdy mieli mannę; narzekali z powodu braku wody; niecierpliwiło ich przebywanie na pustyni; rwali się do powrotu do Egiptu; lękali się nieprzyjaciół; szemrali przeciwko Mojżeszowi. Cudy widzieli aż do przesytu — i oto dla odmiany zapragnęli mieć króla, jak inne narody. Był to główny powód ich grzesznego żądania. A nadto olśniły ich przepych i wspaniałość pogańskich monarchów wokół nich; zapragnęli kogoś, kto będzie walczył za nich w bitwach, jakiegoś widzialnego oparcia, zamiast czekać na niewidzialną Opatrzność, która przychodziła wedle swego własnego czasu i sposobu — powoli, po cichu, opieszale, albo (jak im się zdawało) nie tak, jak tego potrzebowali. Ich cielesne serca nie lubiły sąsiedztwa nieba i — podobnie jak mieszkańcy Gadary w późniejszym czasie — błagali Boga Wszechmogącego, by odszedł z ich granic.
Takie to były po części uczucia, które kazały im pragnąć króla na wzór innych narodów — i Bóg spełnił w końcu ich prośbę. Na ich karę dał im króla według ich własnego serca: Saula, syna Kisza, z pokolenia Beniamina. O nim właśnie mówi tekst tymi słowy: „Dałem im króla w gniewie moim i odwołałem go w zapalczywości mojej."
W prawdziwej religii jest pewna monotonia, brak barwy i blasku w oczach człowieka cielesnego; jest w niej prostota, surowość i (jak mu się wydaje) smutek. Podobna jest do owej niebiańskiej manny, na którą Izraelici narzekali — że jest mdła, a w końcu i nieznośna: „jak opłatki z miodem." Skarżyli się, że „ich dusza usychała": „Nie ma tu nic innego — mówili — tylko ta manna przed oczami naszymi. Pamiętamy ryby, któreśmy jedli w Egipcie darmo, ogórki i melony, pory, cebulę i czosnek." Takie to były przysmaki, w których lubowały się ich dusze — i z tego samego powodu zapragnęli króla. Samuel miał w sobie zbyt wiele pierwotnej prostoty, by im przypaść do smaku; czuli, że zostają w tyle za światem, i domagali się głośno, aby ich zrównać z poganami.
Saul, król, którego dał im Bóg, miał wiele do zaoferowania umysłom tak żądnym ziemskiego pyłu. Był dzielny, śmiały, nieustępliwy; obdarzony siłą ciała nie mniej niż siłą ducha — a ta właśnie okoliczność zdawała się wzbudzać ich podziw. Pod względem postury opisany jest tak, jakby był jednym z owych synów Enaka, wobec których olbrzymich postaci wywiadowcy izraelscy na pustyni byli jak szarańcza — „wybraniec i piękny mąż, i nie było między synami izraelskimi piękniejszego nad niego: od ramion swoich i wyżej górował nad wszelkim ludem." Zarówno jego zalety, jak i wady były takie, jakie przystoją wschodniemu monarsze, zdolne do budzenia lęku i posłuchu wśród poddanych. Pycha, wyniosłość, upór, skrytość, zazdrość, zmienność — te właściwości na swój sposób nie były cechami nieodpowiednimi w królu, o którym marzyła ich wyobraźnia. Z drugiej strony, lepsze przymioty jego charakteru miały tyle doskonałości, że potrafiły pozyskać przywiązanie samego Samuela.
Co do Samuela — jego postępowanie daleko przeracza wszelką ludzką pochwałę. Choć spotkały go krzywdy ze strony rodaków, którzy odtrącili go po tym, jak służył im wiernie, aż był już „stary i siwiowłosy," i którzy mimo jego usilnych błagań postanowili ustanowić nad sobą króla — nie dostrzegamy żadnego śladu chłodu ani zazdrości w jego stosunku do Saula. Przy pierwszym spotkaniu z nim powitał go słowami godności królewskiej: „Czyż nie na tobie i całym domu twego ojca skupiają się pragnienia Izraela?" A gdy go pomazał na króla, „pocałował go i rzekł: Czyż nie dlatego, że Pan pomazał cię na wodza dziedzictwa swojego?" Gdy zaś ogłosił go ludowi jako ich króla, powiedział: „Widzicie tego, którego wybrał Pan — nie ma podobnego do niego w całym ludzie?" I pewien czas potem, gdy Saul bezpowrotnie utracił łaskę Bożą, czytamy: „Samuel nie przychodził więcej do Saula aż do dnia śmierci swojej; jednakże Samuel opłakiwał Saula." W następnym rozdziale zostaje nawet upomniany za nadmierną żałość — „Dokądże będziesz płakał nad Saulem, skoro Ja odrzuciłem go od panowania nad Izraelem?" Taka boleść świadczy pochlebnie o Saulu nie mniej niż o Samuelu; jest to nie tylko żal wiernego poddanego i gorliwego proroka, lecz zarazem przywiązanego przyjaciela. I rzeczywiście, z pierwszych lat jego panowania przechowały się przykłady powściągliwości, wspaniałomyślności i wyrzeczenia się własnych korzyści, które aż nadto tłumaczą uczucia, jakie Samuel do niego żywił. Dawid, w zupełnie innych okolicznościach, zdawał się darzyć go podobnym przywiązaniem.
Szlachetniejsze rysy jego charakteru uwidaczniają się w takich na przykład zdarzeniach: Pierwsza wiadomość o jego wywyższeniu zaskoczyła go znienacka, lecz najwyraźniej nie wyprowadziła go z równowagi. Zachował ją w tajemnicy, pozostawiając Samuelowi, który mu ją oznajmił, jej ogłoszenie. „Saul odrzekł stryjowi swemu: Powiedział nam wyraźnie, że oślice są znalezione. Ale o sprawie królestwa, o której mówił Samuel, nie powiedział mu nic." Co więcej, zdaje się, że był wręcz niechętny zamierzonej dla niego godności; gdy bowiem los Boży na niego padł, ukrył się i nie mógł być odnaleziony przez lud inaczej niż z pomocą Bożą. Wybór był z początku niepopularny. „Synowie Beliala mówili: Cóż ten zdoła nam pomóc? I wzgardzili nim, i nie przynieśli mu darów; on zaś milczał." Wkrótce potem Ammonici najechali kraj za Jordanem, z wyraźnym zamiarem podbicia go. Lud wysłał do Saula posłańców prawie bez nadziei; panika ogarnęła kraj wewnątrz nie mniej niż obszary bezpośrednio zagrożone. Historia tak dalej powiada: „A oto Saul szedł za wołami z pola, i rzekł Saul: Co się stało ludowi, że płacze? I powiedzieli mu o sprawie mieszkańców Jabesz. I zstąpił Duch Boży na Saula, i zapłonął gniew jego bardzo." Jego rozkaz natychmiastowego zgromadzenia po całym Izraelu spełniony został z tą ochotą, z jaką tłum słucha ludzi silnych duchem w chwilach niebezpieczeństwa. Nastąpiło rozstrzygające zwycięstwo nad wrogiem; potem okrzyk ludowy stał się: „Kto jest ten, który powiadał: Czyż Saul ma panować nad nami? Dajcie tu tych ludzi, a pościnamy ich głowy. I rzekł Saul: Niech żaden człowiek nie będzie uśmiercony tego dnia, bo dziś Pan sprawił wybawienie w Izraelu."
Tak osobiście uzdolniony, Saul był nadto królem pomyślnym. Miał za zadanie podbić nieprzyjaciół Izraela i powodzenie towarzyszyło jego oręży. Pod koniec rozdziału czternastego czytamy: „I objął Saul królestwo nad Izraelem i walczył ze wszystkimi nieprzyjaciółmi swymi wkoło: z Moabem i z synami Ammona, i z Edomem, i z królami Soby, i z Filistynami — a gdziekolwiek się zwrócił, zwyciężał. I zebrał wojsko, i wytępił Amalekitów, i wybawił Izraela z rąk łupieżców jego."
Takim był charakter Saula i takie jego powodzenie: charakter niepozbawiony wad, lecz i nie bez obiecujących cech; powodzenie na polu walki takie, jakiego mogli pragnąć jego cielesni poddani. A jednak, mimo osobistego upodobania Samuela do niego i mimo rzeczywistego szczęścia, jakie mu towarzyszyło, widzimy, że od samego początku głos proroka wznosi się zarówno przeciwko ludowi, jak i królowi w ostrzeżeniach i naganach, które zwiastują jego przeznaczone zniszczenie, stosownie do słów tekstu: „Dałem im króla w gniewie moim i odwołałem go w zapalczywości mojej." W samej chwili, gdy Saul jest publicznie przyjmowany jako król, Samuel zaprotestował: „Odrzuciliście dzisiaj Boga waszego, który sam wybawiał was ze wszystkich niedoli waszych i ucisków." Na późniejszym zgromadzeniu ludu, na którym zaświadczył o swej prawości, rzekł: „Czyż nie jest dziś czas żniwa pszenicy? Zawołam do Pana, a On ześle gromy i deszcz, abyście poznali i zobaczyli, że wielka jest wasza złość, którą uczyniliście przed oczyma Pana, prosząc dla siebie króla." I jeszcze: „Jeśli nadal czynić będziecie nieprawość, przepadniecie zarówno wy, jak i wasz król." A potem, przy pierwszym przypadku nieposłuszeństwa — i to za grzech, który na pierwszy rzut oka nie był szczególnie ciężki — zapada na niego wyrok odrzucenia: „Królestwo twoje nie ostoi się; Pan szukał sobie człowieka według serca swego."
Nasuwa się tu pytanie — dlaczego Saul był tak od początku naznaczony gniewem Bożym? Dlaczego te zwiastuny nieszczęścia, które od pierwszej chwili nad nim wisiały, gromadziły się, opadały jako burza i nawałnica i ostatecznie go pochłonęły? Czy jego charakter jest tak zasadniczo zepsuty, że musi być w ten sposób wyróżniony wyrokiem potępienia ponad wszystkich pomazanych królów, którzy po nim nastąpili? Dlaczego, gdy Dawid zwany jest człowiekiem według Bożego serca, Saul zostaje odrzucony jako nieużyteczny?
To pytanie skłania nas do głębszego wejrzenia w jego charakter. Wiemy zaś, że pierwszym obowiązkiem każdego człowieka jest bojaźń Boża — cześć dla Jego słowa, miłość ku Niemu i pragnienie posłuszeństwa wobec Niego. A nadto obowiązek ten spoczywał w szczególny sposób na królu Izraela, jako namiestnika Bożego, który z racji swego urzędu miał krzewić chwałę Tego, którego jego poddani odrzucili.
Saula właśnie tego jednego brakowało. Jego charakter jest wprawdzie nieprzejrzysty i trzeba ostrożności w jego ocenianiu; skoro jednak Pismo Święte jest nam dane ku pouczeniu, słuszną jest rzeczą korzystać w pełni z tego, co w nim znajdujemy, i wyrabiać sobie sąd w świetle posiadanych wiadomości. Zdaje się tedy, że Saul nigdy nie żył pod trwałym wpływem religii — lub, językiem Pisma Świętego, „bojaźni Bożej" — choć bywał chwilami poruszony i rozrzewniony. Są ludzie niekonsekwentni w swoim postępowaniu, jak Samson, albo jak Eli w inny sposób, a przecież mogli żyć wiarą, choć słabą. Inni doznają nagłych upadków, jak Dawid. Jeszcze inni deprawują się przez pomyślność, jak Salomon. Lecz co do Saula — nie ma dowodu, żeby miał jakiekolwiek głęboko zakorzenione zasady religijne; raczej należy się obawiać, że jego dzieje stanowią dla nas naukę, iż „serce niedowiarstwa" może istnieć w samym obliczu Boga, może rządzić człowiekiem mimo licznych naturalnych zalet charakteru, pośród wielu cech cnotliwych, szlachetnych i godnych pochwały.
Saul, jak się zdaje, był z natury dzielny, czynny, wspaniałomyślny i cierpliwy — i czym uczyniła go natura, takim pozostał, to jest bez postępu; z cnotami, które nie miały żadnej wartości, bo nie wymagały wysiłku i nie świadczyły o wpływie żadnej zasady. Z drugiej strony, gdy szukamy dowodów jego wiary — to jest praktycznego poczucia rzeczy niewidzialnych — odkrywamy w zamian martwotę wobec wszelkich rozważań niezwiązanych z doczesnym światem. Ma on nawyk odnosić się do proroka i kapłana z chłodem, który przynajmniej zdaje się świadczyć o jakimś głębokim wewnętrznym niedostatku. Nie byłoby to sprzeczne z tym, co mówi o nim Pismo Święte, gdyby się okazało, że (przy pewnych ogólnych wyobrażeniach o istnieniu i opatrzności Bożej) wątpił w boskość Objawienia, którego był narzędziem. Okoliczność, która po raz pierwszy wprowadza go do dziejów natchnionych, nie przemawia na jego korzyść. Kiedy szukał oslenic swego ojca, które się zgubiły, przyszedł do miasta, w którym przebywał Samuel; choć Samuel był już starcem i od dzieciństwa był znany jako szczególny sługa i prorok Boga Izraela, Saul zdawał się uważać go za zwykłego wróżbitę, jakiego można było znaleźć wśród pogan, który za „czwartą część sykla srebra" wskaże mu drogę.
W dalszym toku narracji czytamy, że po odejściu od Samuela „Bóg dał mu inne serce" i że spotkawszy gromadę proroków „zstąpił na niego Duch Boży i prorokował wśród nich." Na to „wszyscy, którzy go znali przedtem," zaczęli mówić: „Cóż się przydarzyło synowi Kisza? Czy i Saul jest między prorokami?… i weszło to w przysłowie." Z tej narracji wynika, że jego lekkomyślność i chłód w sprawach religijnych były tak powszechnie znane, iż w oczach jego znajomych widziano pewną dziwaczność i niezgodność w tym, że stał się on uczestnikiem szkoły proroków.
Nie ma też żadnego powodu sądzić, na podstawie dalszego biegu wypadków, aby ów Boży dar, wtedy po raz pierwszy udzielony, zostawił jakikolwiek religijny ślad w jego duszy. W późniejszym okresie życia widzimy, jak nagle dostaje się pod wpływ tego samego świętego natchnienia, kiedy wstępuje do szkoły, gdzie nauczał Samuel; lecz zamiast go zmiękczyć, jego działanie na zewnętrzne postępowanie Saula jeno zaświadczyło bezowocność Bożej łaski, gdy działa na wolę uparcie skierowaną ku złu.
Bezpośrednią przyczyną jego odrzucenia było to, że zawiódł w szczególnej próbie posłuszeństwa wyznaczonej mu w samej chwili pomazania. Zebrał z trudnością wojsko przeciwko Filistynom; oczekując na Samuela, który miał złożyć ofiarę, jego lud popadał w przygnębienie i zaczął odchodzić i wracać do domów. Wystawiony był tedy bez wątpienia na pokusę uciekania się do środków niedozwolonych, by położyć kres owemu rozproszeniu. Lecz gdy weźmiemy pod uwagę, że czyn, do którego dał się nakłonić, polegał ni mniej ni więcej na tym, że sam złożył ofiarę — nie będąc ani kapłanem, ani prorokiem, ani nie posiadając żadnego upoważnienia do wkraczania w ten sposób w obrządek Mojżeszowy — jest oczywiste, że owo „zmuszenie się" (jak delikatnie opisał swój grzech) było wprost świętokradztwem, świętokradztwem, które wyrażało lekceważenie form, które w tym świecie zawsze będą nieodłączne od rzeczy nadprzyrodzonych, i przekonanie, że mało ważne jest to, czy postępuje się po Bożemu, czy po swojemu.
Po tym zdarzeniu zdaje się, że odsunął się od Samuela, który okazał się niechętny do tego, by być jego narzędziem, i zwrócił się ku kapłaństwu. Achiasz lub Achimelek (jak jest potem zwany), arcykapłan, towarzyszył jego obozowi; a nawet Arka — mimo ostrzeżenia zawartego w klęskach, które nawiedziły jej zuchwałe użycie za czasów Helego. „I rzekł Saul do Achiasza: Przywołaj tu Skrzynię Bożą"; gdy ją przynoszono, zamęt słyszany w obozie Filistynów wzmagał się. Na skutek tego zakłócenia Saul bezceremonialnie odsunął Arkę na bok i wyszedł do boju.
Należy zauważyć, że w postępowaniu Saula nie było żadnej wyznaczonej ani zamierzonej bezbożności; był on nadal zasadniczo taki, jakim był zawsze. Zewnętrznie przestrzegał obrządku Mojżeszowego — mniej więcej w tym czasie wybudował po raz pierwszy ołtarz dla Pana i w pewnym sensie zdawał się uznawać władzę Bożą. Lecz nic nie wskazuje na to, by uważał, że istnieje jakaś głęboka różnica między Izraelem a narodami wokół niego. Był obojętny i nie dbał o żadne z tych rzeczy. Wybrany naród pragnął króla na wzór innych narodów — i takiego właśnie otrzymał.
Po tym zdarzeniu otrzymał rozkaz, aby „pójść i wytępić grzesznych Amalekitów, i zniszczyć wszystko, co do nich należy." Był to wyrok na nich, który Bóg wydał dawno temu, choć opóźnił jego wykonanie; teraz uczynił Saula wykonawcą swej zemsty. Lecz Saul wypełnił go tylko o tyle, o ile było to zgodne z jego własną wolą i zamiarami. Pobił wprawdzie Amalekitów i „wytępił cały lud ostrzem miecza" — ten czyn miał swą chwałę; ale najlepsze owce i bydło oszczędził — i po co? Aby złożyć je w ofierze Panu. Lecz skoro Bóg wyraźnie nakazał mu je zniszczyć, cóż innego to oznaczało, jeśli nie to, że Boskie wskazania nie mają nic do rzeczy w takich sprawach? Cóż to było innego, jak nie uważanie ustanowionej religii za użyteczną instytucję albo wspaniałe widowisko stosowne do godności monarchii, lecz nie opierające się na żadnym niewidzialnym, nadprzyrodzonym sankcjonowaniu? Z pewnością w żaden sposób nie postępował on w bojaźni Bożej, z pragnieniem podobania się Mu i z przekonaniem, że jest w Jego obliczu. Można by to uważać za zwykłą pychę i samowolę — działanie po swojemu, dlatego że to jego droga (co w dużej mierze była prawdą) — gdyby nie to, że zdawał się mieć wzgląd na uczucia i opinie ludzi dotyczące swego postępowania, choć nie na sąd Boży. „Bał się ludu i słuchał jego głosu." Nadto oszczędził Agaga, króla Amalekitów. Bez wątpienia uważał Agaga za „brata swego", jak Achab później nazwał Ben-hadada. Agag był królem, a Saul okazał mu tę grzeczność i łaskawość, którą ziemskie monarchie wobec siebie przestrzegają — i słusznie, gdy nie stoi temu na przeszkodzie żadne Boże polecenie. Ale Bóg Izraela wymagał króla według swego serca, gorliwego w walce z bałwochwalstwem; lud zaś pragnął króla na wzór otaczających go narodów.
Godne uwagi jest przy tym, że podczas gdy oszczędził Agaga, usiłował wytępić mieczem Gibeonitów, którym z mocy przysięgi złożonej na ich korzyść przez Jozuego i „książąt zgromadzenia" przyznane było w Izraelu prawo pobytu. Uczynił to „w gorliwości swojej dla synów Izraela i Judy."
Od czasu jego nieposłuszeństwa w sprawie Amaleka Samuel nie przychodził już do Saula, którego czas próby był skończony. Zły duch wywierał nań coraz bardziej widoczny wpływ, a Bóg posłał Samuela, by w ukryciu namaścił Dawida na przyszłego króla Izraela. Nie trzeba mi dalej śledzić biegu moralnego upadku, który daje się obserwować w późniejszych dziejach Saula. Czysto naturalna cnota wyniszcza się, gdy ludzie zaniedbują ugruntowania jej w zasadzie religijnej. W młodości Saul wydaje się skromny i powściągliwy; w późniejszym życiu jest nie tylko dumny i posępny (jak był zawsze w pewnej mierze), lecz okrutny, mściwy i zatwardziały, czym w młodości nie był. Jego niegodziwe postępowanie wobec Dawida to długa historia; lecz tu możemy wspomnieć o jego stosunku do Achimeleka, arcykapłana. Achimelek dopomógł Dawidowi w ucieczce. Saul postanowił skazać na śmierć Achimeleka i cały jego dom ojcowski. Gdy jego straż odmówiła wykonania rozkazu, Doeg, Edomczyk, jeden z narodów, którym Saul miał się przeciwstawić, podjął się tej potwornej zbrodni. W ów dzień zamordowano osiemdziesięciu pięciu kapłanów. Następnie Nob, miasto kapłańskie, zostało pobite ostrzem miecza i wszystko zniszczone — „mężczyźni i kobiety, dzieci i niemowlęta, woły i osły, i owce." To znaczy, że Saul dokonał doszczętniejszej zagłady potomków Lewiego, świętego pokolenia, niż grzesznych Amalekitów, którzy czyhali na Izraela w drodze, gdy wychodził z Egiptu.
Na koniec — kończy swą złą historię jawnym odstępstwem od Boga Izraela. Jego ostatni czyn jest podobny do pierwszego, lecz bardziej znaczący. Rozpoczął, jak widzieliśmy, od zasięgnięcia porady u Samuela jako wróżbity — i to wskazywało kierunek jego ducha. Wytrwale podążał swą złą drogą i kończy na zasięganiu porady u jawnej czarownicy w Endor. Filistyni zebrali swe hufce; serce Saula drżało wielce — nie miał doradców ani pocieszyciela; Samuel umarł — kapłanów sam wytępił mieczem. Spodziewał się przez zabiegi magiczne, które sam niegdyś potępił, przewidzieć wynik zbliżającej się bitwy. Bóg spotyka go nawet w jaskini szatańskich złudzeń — lecz jako Przeciwnik. Odrzucony król dowiaduje się z ust umarłego Samuela, który niegdyś go namaścił, że ma być „zabrany w zapalczywości Bożej" — że Pan wyda Izrael wraz z nim w ręce Filistynów i że nazajutrz on i jego synowie będą policzeni między umarłych.
Nazajutrz „bitwa przełamała się nań, i trafili go łucznicy, i był ciężko zraniony od łuczników." „Boleść ogarnęła go" i lękał się, by nie wpaść w ręce nieobrzezanych. Prosił swego giermka, by wydobył miecz i przebił go nim. Gdy ten odmówił, padł na własny miecz — i tak zakończył swe życie.
Niewiara i samowola — oto smutne znamiona historii Saula: ucho głuche na najwyraźniejsze polecenia, serce stwardniałe wobec najłaskawszych wpływów. Nie mniemajcie, bracia, że dlatego, iż tak mocno mówię, uważam stan ducha Saula za coś zupełnie niezwykłego. Niechaj Bóg broni, by istniał w swej pełnej grozie gdziekolwiek wśród nas! Lecz z pewnością nie ma ani jednej duszy tu obecnej, która by nie mogła dostrzec w sobie zaczątków grzechów podobnych do jego. Pomyślmy tylko o zatwardziałości naszego serca podczas uczestniczenia w obrzędach religijnych, a zrozumiemy coś z kondycji Saula, gdy prorokował. Możemy być w pełni świadomi prawdziwości rzeczy świętych — tak jakbyśmy je widzieli; możemy nie mieć żadnych wątpliwości co do obecności Bożej w kościele ani co do łaski Sakramentów — a jednak czujemy się często tak powszednio i tak obojętnie, jakbyśmy byli zupełnymi niedowiarkami. Pomyślmy znowu o naszej nieczułości po otrzymanych łaskach lub po cierpieniu. Często jesteśmy w jeszcze gorszym położeniu niż to; bo wyobrażać sobie świat niewidzialny i czuć się tak, jakbyśmy go widzieli, nie zawsze jest w naszej mocy. Lecz cóż powiedzieć na świadome przestępowanie przykazań Bożych — takie, jakie większość z nas, obawiam się, musi sobie przypomnieć we własnym życiu, nawet z lat dziecięcych, kiedy nasze serca były najczulsze, kiedy najmniej wątpiliśmy co do religii, kiedy najmniej byliśmy zdezorientowani w kwestiach obowiązku, a przez cały czas w pełni zdawaliśmy sobie sprawę z tego, co czynimy? Cóż powiedzieć znowu o tych, których chyba niemało, którzy grzeszą z postanowieniem wcześniejszym, że nawrócą się później?
Co czyni naszą nieczułość jeszcze bardziej alarmującą, to fakt, że następuje ona po udzieleniu nam najwyższych przywilejów. Saul zatwardził się po tym, jak Duch Boży na niego zstąpił; nasz grzech jest grzechem po Chrzcie. Jest w tym coś strasznego, gdy się to pojmuje — jakby owa szczególna zatwardziałość serca, której doznajemy, mimo wszelkich innych zalet charakteru, które posiadamy — podobnie jak Saul — mimo dobroczynności, prawości, szczerości czy wyrozumiałości, które są cnotami naszego wieku — była znamieniem duszy grzeszącej po tym, jak „skosztowała mocy wieku przyszłego," i zadatkiem drugiej śmierci. Niechaj ta myśl, z miłosierdzia Bożego, pobudzi nas do głębszej powagi, niż dotychczas posiadamy, dopóki Chrystus wciąż wstawia się za nami i daje nam czas na nawrócenie.
---