HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom III

Kazanie VIII. Ciasne pojmowanie religii

Gdy moja wiara stała się letnia PokoraNawrócenie
„Oto tyle lat służę ci i nigdy nie przekroczyłem twojego przykazania; a przecież nigdy nie dałeś mi koźlęcia, żebym mógł się weselić z moimi przyjaciółmi."
W skrócie. Newman diagnozuje tzw. ciasne pojmowanie religii jako postawę starszego syna z przypowieści: formalnie wiernego, lecz niezdolnego do radości z miłosierdzia Bożego wobec grzeszników. Legalizm religijny, który skupia się na własnych zasługach i ogranicza Boga do wynagrodzenia za dobre uczynki, jest formą pychy zamykającą serce na łaskę. Kazanie wzywa do pojmowania religii jako relacji miłości, nie kontraktu.

„Synu, ty jesteś zawsze ze mną i wszystko, co moje, twoje jest.”

*„Oto tyle lat służę ci i nigdy nie przekroczyłem twojego przykazania; a przecież nigdy nie dałeś mi koźlęcia, żebym mógł się weselić z moimi przyjaciółmi."* — Łk 15,29

Między tą przypowieścią a tą z Ewangelii świętego Mateusza, o dwóch synach, których ojciec posłał do pracy w winnicy, istnieje ogólne podobieństwo; różnią się jednak charakterem syna, który pozornie jest posłuszny: u świętego Mateusza mówi on „Idę, panie" — a nie idzie; natomiast w przypomnianej tu przypowieści reprezentuje on zupełnie inną klasę chrześcijan, choć i jemu nie brak wad. Nic nie wskazuje na to, aby był nieszczery w swoim wyznaniu, choć w słowach cytowanych powyżej skarży się w sposób wielce niestosowny i niemądry. Przypomina dość wyraźnie robotników w winnicy, którzy skarżyli się na swego pana, choć tamci potraktowani zostali surowiej. Starszy brat marnotrawnego skarżył się na dobroć ojca wobec pokutnika; robotnicy winnicy szemrali przeciw gospodarzowi za to, że przyjął i wynagrodził tych, którzy przyszli późno do jego służby, równie hojnie jak ich samych. Tamci wszakże mówili z samolubstwa i zarozumiałości; on zaś, jak się zdaje, z zakłopotania i udręki ducha. Dlatego też ojciec go pocieszył i łaskawie wyjaśnił mu powód swojego postępowania. „Synu — mówi — ty jesteś zawsze ze mną i wszystko, co moje, twoje jest. Trzeba zaś było się weselić i radować, że ten brat twój był umarły, a ożył, zaginął, a odnalazł się."

Spróbujmy teraz pojąć uczucia starszego brata i odnieść ten obraz do okoliczności, w jakich sami się dziś znajdujemy.

Przede wszystkim, w postępowaniu ojca zdawało się, na pierwszy rzut oka, kryć oczywiste odejście od reguł sprawiedliwości i bezstronności. Oto syn wyrzutek zostaje przyjęty z powrotem w łaskę przy pierwszych przebłyskach pokuty. Na cóż służyło wierne mu służenie, skoro w końcu nie ma żadnej różnicy między sprawiedliwym a bezbożnym? Tak odczuwamy i tak postępujemy w życiu nieustannie. Czyniąc dobrze ubogim, za jeden z głównych celów poczytujemy sobie zachęcanie do pracowitości i przewidywania; i oczywiste jest, że skrzywdzilibyśmy i zawiedli tych lepszych spośród nich oraz zaprzeczylibyśmy własnemu celowi, gdybyśmy, wbrew złożonej obietnicy, nie uwzględnili w końcu różnicy w ich postępowaniu, lecz przyznali tym, którzy nie pracowali ani nie oszczędzali, wszystkich dobrodziejstw, jakie przypadły tym, którzy pracowali i oszczędzali. Przypadek starszego brata wydawał się tedy trudny; i to nawet bez zakładania, że czuł zazdrość albo żywił nieodpowiednie wyobrażenia o własnej ważności i zasługach. Przenieśmy to na grunt religii, a zarzut nie straci nic ze swej mocy. Na pierwszy rzut oka przyjęcie grzesznika pokutującego zdaje się naruszać nagrodę wiernego sługi Bożego. Podobnie jak obietnica przebaczenia jest nadużywana przez złych, aby tym śmielej trwać w grzechu, niby żeby łaska tym obficiej się rozlała; tak samo z drugiej strony jest błędnie rozumiana przez dobrych, ku ich zniechęceniu. Cóż bowiem jest naszą wielką podporą i pocieszeniem wśród zamieszań tego świata? Prawda i sprawiedliwość Boża. To jest nasze jedyne światło wśród ciemności. „Miłuje sprawiedliwość, a nienawidzi nieprawości"; „sprawiedliwy i prawy jest On." Gdzież indziej znaleźlibyśmy na tym świecie spoczynek dla stopy naszej? Rozważcie, w jak tajemniczym stanie są wszystkie rzeczy: bezbożni górują władzą i sławą, a sprawiedliwi poddani są bólowi ciała i cierpieniu ducha, jak gdyby nie służyli Bogu. Cóż za pokusa do niewiary! Psalmista odczuł ją, gdy mówił o powodzeniu bezbożnych. „Oto ci są niezbożnymi, a jednak w pokoju żyją na świecie i rozmnożyli bogactwa. Na próżno tedy oczyściłem serce moje i umywałem w niewinności ręce moje." Po to właśnie Bóg Wszechmogący raczył wielokroć oznajmiać niezmienną zasadę swych rządów: łaska dla posłusznych, kara dla grzesznika; że nie ma u Niego „względu na osoby"; że „sprawiedliwość sprawiedliwego będzie na nim, a bezbożność bezbożnego będzie na nim." Przypomnijcie sobie, jak często głosi to Psałterz. „Pan zna drogę sprawiedliwych; ale droga bezbożnych zginie." „Pan sprawiedliwy miłuje sprawiedliwość; oblicze Jego wejrzy na prawego." „Z miłosiernym będziesz miłosiernym; z mężem niewinnym niewinnym będziesz. Z czystym czystym będziesz; a z przewrotnym przewrotnym będziesz. Boś Ty zbawi lud uniżony; a oczy pysznych poniżysz." „Wiele boleści przypada bezbożnemu; ale miłosierdzie otoczy ufającego Panu." „Czyń dobrze, Panie, dobrym." Te słowa i niezliczone im podobne są nam wszystkim dobrze znane; i dlaczego, pytam, tak często powtarzane, jeśli nie po to, aby dać wierze jeden stały punkt oparcia, podczas gdy wszystko wokół nas zmienia się i zawodzi nas? To znaczy: możemy być zupełnie pewni pokoju w końcu, jakkolwiek źle rzeczy wyglądają teraz, jeśli tylko trzymamy się drogi sumienia, unikamy grzechu i słuchamy Boga. Dlatego też święty Paweł powiada nam, że „przystępujący do Boga wierzyć musi, iż jest, i że nagradza szukających go." Kiedy tedy widzimy nierówności tego świata, pociesza nas świadomość, że zostaną naprawione w innym.

Otóż przywrócenie grzeszników zdaje się naruszać ową ufność; zdaje się na pierwszy rzut oka stawiać złego i dobrego na jednym poziomie. Uczucie, jakie to w duszy wzbudza, wyraża przypowieść słowami z cytowanego tekstu: „Oto tyle lat służę ci i nigdy nie przekroczyłem twojego przykazania" — a jednak nigdy nie byłem przyjęty i uczczony tą szczególną radością, jaką okazujesz nawróconemu grzesznikowi. Jest to wyraz duszy wzburzonej, która lęka się, by nie zostać wypchnięta na szeroki świat, by błądzić po omacku w ciemności, bez Boga, który by ją wiódł i umacniał w jej drodze.

Łaskawa odpowiedź Ojca w przypowieści jest wielce pouczająca. Potwierdza ona tę wielką prawdę, która zdawała się być zagrożona — że posłuszeństwo i nieposłuszeństwo nie wychodzą na jedno w końcu — wyraźnie powiadając nam, że chrześcijański pokutnik nie jest stawiany na równi z tymi, którzy od początku wiernie służyli Bogu. „Synu, ty jesteś zawsze ze mną i wszystko, co moje, twoje jest" — to znaczy: skądże ten nagły lęk i nieufność? czy może coś cię zmylić dlatego, że przyjąłem twojego brata? czy jeszcze mnie nie rozumiesz? Na pewno znasz mnie zbyt długo, abyś sądził, że możesz stracić na jego zysku. Jesteś w moim zaufaniu. Nie okazuję ci zewnętrznie oznak życzliwości, bo to rzecz, którą się po prostu zakłada. Chwały i wyznania dajemy obcym, nie przyjaciołom. Jesteś moim dziedzicem, wszystko, co moje, twoje jest. „O małej wiary, czemuś zwątpił?" Któż by był pomyślał, że trzeba ci mówić o prawdach, które słyszałeś przez całe życie? Ty jesteś zawsze ze mną; a czy możesz naprawdę zazdrościć, że przez jeden tylko akt radości okazuję moje zadowolenie z odzyskania grzesznika i pocieszam go obietnicą miłosierdzia, który zanim o niej usłyszał, ginął pod ciężarem lęku przed zasłużoną karą? „Trzeba zaś było się weselić i radować" — ty razem z ojcem twoim. — Taka jest odpowiedź naszego miłosiernego Boga Jego nieufnym sługom, którzy mniemają, że nie może On przebaczyć grzesznikowi, nie cofając przy tym swojej łaski od nich; i zawiera ona zarazem pocieszenie dla zmieszanego wierzącego, by Mu nie ufał, i przestrogę dla nieposłusznych, aby nie sądzili, że pokuta wszystko prostuje i wyrównuje, i stawia człowieka w tym samym miejscu, jak gdyby nigdy nie odpadł od danej mu łaski.

Zwróćmy jednak teraz uwagę na niegodne uczucie, które przejawia się w postępowaniu starszego brata. „Rozgniewał się i nie chciał wejść" do domu. Jak może to wypełnić się w naszym własnym przypadku?

Wśród lepszych nawet ludzi istnieje wielka słabość i niemądrość. Nie ma się co temu dziwić ze względu na pierwotny skażony stan ich natury, choć należy tego żałować, pokutować za to i starać się to naprawiać. Dobrzy ludzie są, jak Eliasz, „zazdrosni o Pana Zastępów" i słusznie dbają o to, by widzieć wokół siebie Jego znaki — dowody niezmiennie sprawiedliwych rządów; ale mieszają z tymi dobrymi uczuciami nadmierną opinię o własnej ważności, której sami nie dostrzegają. Taki właśnie, jak się zdaje, był stan ducha, który podyktował skargę starszego brata.

Zdarzy się to zwłaszcza tym, którzy znajdują się w najzaszczytniejszym położeniu w Kościele. Każde miejsce niesie ze sobą właściwą sobie pokusę. Spokój i pokój — największe z dobrodziejstw — stanowią próbę dla tych chrześcijan, którzy się nimi cieszą. Być wrzuconym w świat i zaznać życia (jak to się nazywa) to marność, która „pogrąża" chwiejnych „w zatracenie i zgubę"; ale gdy z jednej strony człowiek religijny może wzrastać nawet w zatrutym powietrzu świata i na niezdrowym pokarmie, tak z drugiej strony może podupadać na zdrowiu — jeśli się nie strzeże — właśnie przez nadmiar przywilejów łaskawie mu udzielonych w spokojnym losie. Starszy brat mieszkał zawsze w domu; widział, jak sprawy toczą się w jeden sposób, i, co naturalne i słuszne, przyzwyczaił się do tego jednego sposobu. Ale zarazem nie mógł pojąć, że mogłyby toczyć się jakkolwiek inaczej; sądził, że rozumie drogi i zasady swojego ojca o wiele lepiej, niż je rzeczywiście rozumiał, i gdy zdarzyło się coś, dla czego dotąd nie miał precedensu, zagubił się, jakby nagle wypchnięty poza ciasny krąg, w którym dotychczas chodził. Zakłopotał się i rozgniewał na ojca. I tak w religii musimy strzec się tej ciasności umysłu, do której kusi nas jednostajność i spokój Bożej Opatrzności względem nas. Powinniśmy mieć się na baczności, aby nie mniemać, że mamy tak jasną znajomość Bożych dróg, iż możemy bezwarunkowo ufać własnym pojęciom i uczuciom. Ludzie przykładają nadmierną wagę do tej lub owej kwestii w przyjętych opiniach lub praktykach i nie potrafią pojąć, jak Boże błogosławieństwo może spływać na sposoby postępowania, do których sami nie są przyzwyczajeni. Tak oto Żydzi sądzili, że religia skończy się, jeśli Świątynia zostanie zburzona, a tymczasem w istocie rozeszła się szerzej i rozkwitła cudowniej niż kiedykolwiek przedtem. W tym zakłopotaniu ducha Kościół Katolicki jest naszym Bożym przewodnikiem, strzegącym nas przed ciasną wykładnią Pisma Świętego, przed miejscowymi uprzedzeniami i pobudzeniami chwili; i swoim jasno widzącym i pocieszającym nauczaniem rozprasza owe straszliwe, samorzutnie wytworzone urojenia, które nas przerażają.

Nie opisałem jednak jeszcze skrajnego stanu tej słabości, do której błogosławieństwo pokoju prowadzi nieostrożnych chrześcijan. Stają się oni nie tylko zbyt pewni swej znajomości Bożych dróg, ale uparci w tej nadmiernej pewności. Nie lubią być sprzeczani w swoich opiniach i zazwyczaj są najbardziej przywiązani właśnie do tych punktów, które są w najwyższym stopniu ich własnym wymysłem. Zapominają, że wszyscy ludzie są w najlepszym razie tylko uczniami w szkole Prawdy Bożej i że oni sami powinni ustawicznie się uczyć, i że mogą być pewni prawdziwości swego credo bez podobnej pewności co do szczegółów opinii religijnej. Wygodniejszym im się zdaje — a i lenistwo ludzkiej natury bardziej temu sprzyja — zaprzestać poszukiwań i uwierzyć, że nie mają już nic więcej do znalezienia. Wiara prawdziwa jest zawsze gorliwa i czujna, z bacznym okiem i uchem uchwyconym na znaki woli Bożej, niezależnie od tego, czy przemawia On drogą natury czy łaski. „Na straży mojej stać będę i stanę na baszcie, i wyglądać będę, aby zobaczyć, co do mnie rzecze, i co mam odpowiedzieć, gdy będę strofowany." Taka jest ta wiara, przez którą — jak Prorok w dalszym ciągu wywodzi — „sprawiedliwy żyć będzie." Psalmista wyraża ów nastrój oczekiwania: „Do Ciebie podnoszę oczy moje, który mieszkasz w niebiesiech. Oto jako oczy sług patrzą na ręce panów swoich, i jako oczy służebnicy na ręce pani swojej." Lecz co do tych, którzy od dawna cieszyli się Bożą łaską bez chmury i burzy — tak właśnie jest: rośnie w nich poczucie bezpieczeństwa. Nie odczuwają już tego wielkiego daru. Skłonni są do zarozumiałości, a tym samym stają się bez czci. Starszy brat był zbyt spoufalony ze swym ojcem. Brak czci jest dokładnie przeciwnym usposobieniem niż wiara. „Synu, ty jesteś zawsze ze mną i wszystko, co moje, twoje jest." Ta najpełniejsza łaski prawda była właśnie przyczyną jego szemrania. Kiedy chrześcijanie mają mało, są wdzięczni; chętnie zbierają okruszyny spod stołu. Daj im wiele — wkrótce zapominają, że to dużo; a gdy spostrzegają, że to nie wszystko, i że dla innych ludzi — nawet dla pokutników — Bóg też ma coś dobrego w zanadrzu, natychmiast się gorszą. Nie zaprzeczając słowami swej naturalnej niegodności, a jeszcze zachowując co do niej pewne rzeczywiste przekonania — niemniej jednak żywią w sobie jakieś tajne przesadne mniemanie o sobie; przynajmniej postępują tak, jakby sądzili, że przywileje chrześcijańskie należą się im bardziej niż innym — z pewnej niejako stosowności. I lubią, gdy świat okazuje im szacunek, i są zazdrośni o wszystko, co mogłoby zagrozić trwaniu ich powagi i autorytetu. Może też przywiązali się do pewnych przyjętych opinii — i to jest dodatkowym powodem, dla którego są podejrzliwi wobec tego, co im się jako nowość przedstawia. Tacy ludzie są zatem najmniej zdolni do stawienia czoła trudnym czasom. Bóg działa cudownie w świecie i w pewnych epokach Jego Opatrzność przybiera nowy wygląd. Religia zdaje się upadać, a tymczasem tylko zmienia swą formę. Zdaje się przez chwilę, jakby Bóg porzucał własne, przez siebie ustanowione narzędzia i okazywał zaszczyt tym, które zostały ukształtowane w wyraźnym nieposłuszeństwie Jego rozkazom. Na przykład niekiedy sprawia On dobro za sprawą złych ludzi albo zdaje się błogosławić wysiłki tych, którzy odłączyli się od Jego Świętego Kościoła, bardziej niż wysiłki Jego prawdziwych robotników. Oto próba wiary chrześcijanina, który — jeśli tak jest w istocie — nie powinien temu się sprzeciwiać, „by snadź nie okazało się, że walczy z Bogiem," ani też nie powinien narzekać na to po sposobie starszego brata. Lecz powinien brać wszystko jako dar Boży, trzymać się swych zasad, nie porzucać ich dlatego, że pozory są chwilowo przeciw nim, ale wierzyć, że wszystko w końcu się ułoży. Z drugiej zaś strony nie powinien ustawać w błaganiu Boga i staraniu się o ducha zdrowego rozsądku, o zdolność odróżniania prawdy od fałszu i doświadczania duchów, o skłonność do uległości Bożemu nauczaniu i o mądrość do działania stosownie do zmiennego biegu spraw; jednym słowem — o cząstkę tego ducha, który spoczął na wielkim Apostole, świętym Pawle.

Uznałem za stosowne szerzej omówić postępowanie starszego brata z przypowieści, gdyż coś z jego charakteru może się, być może, znaleźć wśród nas samych. Przez długi czas cieszymy się bezcennymi dobrodziejstwami pokoju i ciszy. Niegodni jesteśmy najmniejszego z miłosierdzi Bożych, tym bardziej zaś największego. Ale wraz z błogosławieństwem mamy i próbę. Strzeżmy się zatem nadużywania szczęśliwego naszego losu, dopóki go mamy, bo możemy go stracić za to, że go nadużyliśmy. Strzeżmy się niezadowolenia w jakiejkolwiek postaci; a ponieważ nie możemy uniknąć słyszenia o tym, co dzieje się na świecie, strzeżmy się — gdy to słyszymy — wszelkich nieopanowanych i pozbawionych miłości uczuć wobec tych, którzy się z nami różnią albo nam się sprzeciwiają. Módlmy się za naszych nieprzyjaciół; starajmy się widzieć w ludziach tyle dobra, ile można rzetelnie i bezpiecznie za dobre uznać; cieszmy się każdym znakiem pokuty albo każdą oznaką dobrej zasady u tych, którzy stoją po stronie błędu. Bądźmy skłonni do przebaczenia. Starajmy się być bardzo pokorni, rozumieć swoją niewiedzę i opierać się stale na oświecającej łasce naszego Wielkiego Nauczyciela. Bądźmy „powolni do mówienia, powolni do gniewu" — nie porzucając naszych zasad ani nie uchylając się od ich wyznania, gdy czas po temu, ani nie przechodząc na stronę błędu, ani nie lękając się następstw, lecz działając zawsze z poczucia obowiązku, nie z namiętności, pychy, zazdrości czy niewierzącej obawy o przyszłość; czując łagodnie nawet wtedy, gdy mamy powód działać surowo. „Synu, ty jesteś zawsze ze mną i wszystko, co moje, twoje jest." Cóż to za łaskawa zapowiedź, gdybyśmy mogli ją w pełni ogarnąć! I jakże pociesza ona, o ile mamy powód mieć nadzieję, że zmierzamy ku poznaniu woli Bożej i żyjemy w Jego wierze i bojaźni! Cóż miałoby trwożyć tych, którzy mają moc Chrystusową, lub czemu mieliby zazdrościć ci, którzy mają pełnię Chrystusową? Jakże spokojnie powinniśmy patrzeć i wytrwale znosić drobne intrygi złego świata, myśląc poważnie o niczym innym, tylko o duszach, które w nim giną!

„Ja, ja sam jestem, który was pocieszam — mówi Bóg Wszechmogący — któżeś ty, że się boisz człowieka śmiertelnego i syna człowieczego, który będzie jako siano? I zapomniałeś Pana, Stwórcy twego, który rozpostarł niebiosa i założył ziemię? I bałeś się ustawicznie przez cały dzień przed obliczem srogości uciskającego, jako gdyby się gotował do zniszczenia. I gdzieżeś jest wściekłość uciskającego? Jam jest Pan Bóg twój: i włożyłem słowa moje w usta twoje i w cieniu ręki mojej zasłoniłem cię, abyś zasadził niebiosa i założył ziemię, i rzekł do Syjonu: Ludem moim jesteś."

← wróć do odkrywania