HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom III

Kazanie IX. Szczególna Opatrzność objawiona w Ewangelii

Gdy nie mam oparciaGdy jestem samotny Opatrzność BożaŻycie i tajemnice Jezusa
„Ty, Boże, widzisz mnie."
W skrócie. Newman rozwija ideę szczególnej, osobistej Opatrzności Bożej: Bóg zna każdego człowieka po imieniu i prowadzi go własną, niepowtarzalną ścieżką, tak jak prowadził Abrahama. Ta bliskość Boga nie jest abstrakcją teologiczną, lecz żywą rzeczywistością, do której uświadomienia wzywa kazanie. Szczególna Opatrzność jest odpowiedzią na samotność i brak oparcia, bo oznacza, że nikt nie jest anonimowy w oczach Boga.

„Bóg patrzy na ciebie osobiście, kimkolwiek jesteś.”

*„Ty, Boże, widzisz mnie."* — Rdz 16,13

Gdy Hagar uciekła na pustynię przed obliczem swojej pani, nawiedził ją Anioł, który odesłał ją z powrotem; lecz wraz z tym domyślnym napomnieniem za niecierpliwość dał jej też słowo obietnicy, by ją pokrzepić i pocieszyć. W mieszaninie myśli upokarzających i radosnych, jakie w niej wzbudził, rozpoznała ona obecność swego Stwórcy i Pana, który przychodzi zawsze do swoich sług w dwojakim obliczu — surowy, bo święty, a zarazem kojący, bo bogaty w miłosierdzie. Toteż nadała imię Panu, który do niej przemówił: „Ty, Boże, widzisz mnie".

Oto był stan człowieka przed przyjściem Chrystusa — obdarzonego niekiedy wyjątkowymi oznakami troski Bożej o poszczególne jednostki, lecz przeważnie pouczanego jedynie o Jego Opatrzności ogólnej, przejawianej w biegu spraw ludzkich. Pod tym względem nawet Prawo było niedoskonałe, choć obfitowało w dowody, że Bóg jest Bogiem żywym, wszystkowidzącym i wszystko wynagradzającym. Było niedoskonałe w porównaniu z Ewangelią w tym, że nie dawało dowodu naprawdę istniejącej więzi między każdą duszą ludzką a jej Stwórcą — więzi niezależnej od czegokolwiek innego na świecie. O Mojżeszu powiedziano wprawdzie, że „Pan rozmawiał z nim twarzą w twarz, jak się mówi z przyjacielem". Był to jednak przywilej wyjątkowy, udzielony jedynie jemu i nielicznym innym, jak Hagarze, która utrwaliła go w naszym wersecie-motto — nie zaś całemu ludowi. Lecz w Nowym Przymierzu owo szczególne wejrzenie, jakiego Bóg Wszechmogący raczy udzielać każdemu z nas, zostało jasno objawione. Przepowiedziano je Kościołowi chrześcijańskiemu: „Wszyscy twoi synowie będą uczniami Pana i wielki będzie pokój twoich synów". Gdy Syn Wieczny przyszedł na ziemię w naszym ciele, ludzie ujrzeli swego niewidzialnego Stwórcę i Sędziego. Objawił się nie przez samo działanie sił przyrody ani przez gmatwaninę ludzkich spraw, lecz w naszym własnym podobieństwie do Niego. „Bóg, który powiedział, żeby z ciemności zajaśniało światło, zajaśniał w naszych sercach, aby olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Chrystusa Jezusa" — to jest w postaci zmysłowej, jako naprawdę istniejąca, jednostkowa Osoba. I zarazem niezwłocznie począł przemawiać do nas jako do jednostek. On z jednej strony, każdy z nas z drugiej — był to zatem w pewnym sensie objawienie twarzą w twarz.

To właśnie jest przedmiotem, o którym pragnę teraz poczynić kilka uwag. Na wstępie zauważę, że bardzo trudno — mimo objawienia danego nam w Ewangelii — prawdziwie pojąć ideę tej szczególnej Opatrzności Bożej. Jeśli pozwalamy się nieść nurtowi świata, żyjąc jak inni ludzie i zbierając gdziekolwiek nasze pojęcia o religii, mamy mało albo wcale nie mamy prawdziwego rozumienia szczególnej Opatrzności. Wyobrażamy sobie, że Bóg Wszechmogący działa wedle jakiegoś wielkiego planu, lecz nie jesteśmy w stanie uchwycić tej zdumiewającej prawdy, że widzi On poszczególnych ludzi i troszczy się o nich. Nie możemy uwierzyć, że jest On naprawdę obecny wszędzie, że jest tam, gdzie my jesteśmy, choć niewidzialny. Na przykład możemy pojąć — lub przynajmniej sądzimy, że pojmujemy — że był On obecny na górze Synaj, albo wewnątrz świątyni żydowskiej, albo że rozstąpiła się pod Nim ziemia pod Datanem i Abiramem. Lecz w żadnym dostatecznym sensie nie wierzymy, że jest On w ten sam sposób „wokół drogi naszej i wokół naszego spoczynku, i przenika wszystkie nasze ścieżki". Nie możemy zmusić się do mocnego uchwycenia tej uroczystej prawdy, że widzi On to, co się wśród nas w tej chwili dzieje; że ten człowiek upada, a tamten jest wywyższony — z Jego cichego, niewidzialnego postanowienia. Używamy wprawdzie modlitw Kościoła i wstawiamy się nie tylko za wszystkimi stanami ludzkimi, lecz za królem i szlachtą, i za parlamentem, i tak dalej aż do poszczególnych chorych we własnej parafii; a mimo to wszystkiego nie przyswajamy sobie w pełni prawdy o Jego wszechwiedzeniu. Wiemy, że jest On w niebie, i zapominamy, że jest też na ziemi. To właśnie dlatego tak wielu ludzi żyje bezbożnie. Używają lekkomyślnych słów; szydzą z religii; pozwalają sobie na letnią obojętność; stają po stronie ludzi niegodziwych; popierają niegodne zamysły; bronią niesprawiedliwości, okrucieństwa, świętokradztwa czy bezbożności — gdyż nie mają udziału w prawdzie, której przecież zaprzeczać nie zamierzają: że Bóg ich widzi. Jest wprawdzie i takie zaślepienie własną wolą i własnym kłamstwem, które trwa w grzechu nawet w widzialnej obecności Bożej. Taki był grzech Balaama, który za nagrodę stanął po stronie nieprzyjaciół Izraela; i Zimriego, syna Salu, księcia z pokolenia Symeona, na którym Pinchas wykonał sąd; i taki jest grzech Saula, Judasza, Ananiasza i Safiry. Niestety, z pewnością taki jest grzech niejednego człowieka w Anglii — chyba że natura ludzka jest inna niż dawniej; niestety, i my sami od czasu do czasu popadamy w miarę w ten grzech, jak może każdy z pewnością stwierdzić, kto jest przyzwyczajony do rachunku sumienia. A jednak ponad tym wszystkim z pewnością istnieje też wielka ilość świętokradzkiego grzeszenia wypływającego stąd, że zapominamy, że nie pojmujemy, iż jesteśmy w obecności Bożej; że nie pojmujemy — lub innymi słowy nie wierzymy — że On widzi i słyszy, i zanotowuje wszystko, co czynimy.

Taki też bywa często stan, w jakim ludzie znajdują się, gdy wpadają w utrapienie. Świat ich zawodzi i popadają w rozpacz, gdyż nie uobecniają sobie żywej obecności Boga i Jego dobroci. Nie znajdują pociechy w prawdzie, która nie jest dla nich czymś realnym, lecz jedynie poglądem. Dlatego właśnie Hagar, gdy Anioł nawiedził ją na pustyni, nadała imię Panu, który do niej przemówił: „Ty, Boże, widzisz mnie!". Było to dla niej czymś nowym — że pośród jej utrapień i nieposłuszeństwa oko Boże spoczywa na niej. Tak samo jest i dziś. Ludzie mówią ogólnie o dobroci Bożej, Jego łaskawości, miłosierdziu i długiej cierpliwości; lecz wyobrażają ją sobie jak potok wylewy swoje rozlewający po całym świecie, jak światło słoneczne — nie zaś jak ciągle ponawiane działanie rozumnej i żywej Myśli, która rozważa, kogo nawiedza, i zamierza to, co sprawia. Toteż gdy przytrafia im się utrapienie, potrafią jedynie powiedzieć: „Wszystko obraca się ku dobremu — Bóg jest dobry" — i tym podobne; i spada to na nich jak słabe pocieszycie, nie umniejszając ich smutku, bo nie przyzwyczaili swych umysłów do odczuwania, że On jest Bogiem miłosiernym, wejrzącym na nich z osobna — nie zaś jakąś bezosobową Opatrznością powszechną, działającą przez ogólne prawa. A potem może nagle prawdziwa idea ta się im objawia — jak Hagarze. Jakaś szczególna Opatrzność, wśród ich udręki, przenika wprost do ich serca i uświadamia im w sposób, jakiego dotąd nie znali, że Bóg ich widzi. I wtedy zaskoczeni tym, co jest dla nich czymś zupełnie nowym, wpadają w przeciwną skrajność, proporcjonalnie do dawniejszej swojej obojętności, i skłonni są sądzić, że są szczególnymi obiektami Bożej miłości — bardziej niż wszyscy inni ludzie. Zamiast wziąć to, co im się przydarzyło, za dowód Jego szczególnej Opatrzności nad wszystkimi, jak objawia ją Pismo Święte, nadal nie chcą wierzyć ani trochę więcej, niż sami widzą; i choć odkryli, że Bóg kocha ich osobiście, nie posuwają się ani o krok naprzód ku ogólnej prawdzie, że kocha On również innych ludzi jako jednostki. A gdyby byli przez cały czas praktykować studium Pisma Świętego, byliby uchronieni od obu błędów: pierwszego, którym była ślepota na szczególną Opatrzność w ogóle, i drugiego, którym było małoduszne ograniczenie jej do samych siebie, jak gdyby reszta świata była odrzucona i wyklęta; Pismo Święte bowiem przedstawia ten przywilej jako udziałem wszystkich ludzi, jednego po drugim.

Sądzę, że nie jest konieczne dowodzić tym, którzy pozwolili swym umysłom trwać przy Ewangeliach, że szczególna cechą dobroci naszego Pana, jaka się w nich objawia, jest jej czułość i troskliwość. Właściwości te są szczytem dobroci między człowiekiem a człowiekiem; lecz ze względu na ogrom i zawiłość systemu świata oraz niewidzialność jego Stwórcy wyobraźnia nasza ledwie zdoła przypisać je Jemu, nawet gdy rozum nasz jest przekonany i gdy chcemy w to wierzyć. Jego Opatrzność przejawia się przez ogólne prawa, posuwa się naprzód po torach prawdy i sprawiedliwości; nie ma względu na osoby, wynagradzając dobrych i karcąc złych nie jako jednostki, lecz stosownie do ich charakteru. Jakże Ten, który jest Najświętszy, ma kierować swą miłość ku temu czy owemu człowiekowi dla niego samego, wpatrując się w nas jednego po jednym, nie naruszając własnych doskonałości? A nawet gdyby Istota Najwyższa była Bogiem nieskażonej dobroci, to jakże — nawet wówczas — myśl o Nim miałaby przenikać do naszych umysłów z tą nieodpartą mocą, z jaką dobroć ludzkiego przyjaciela nad nami włada? Największym uznaniem, jakie możemy okazać życzliwości kogoś wyżej postawionego, jest powiedzenie, że postępuje jakby był osobiście w nas zainteresowany. Większość ludzi dobroczynnych jest uprzejma i szczodra, bo taki jest ich sposób bycia — niezależnie od osoby, której wyświadczają dobro. Usposobienie wrodzone, żywotność ducha czy pomyślne koleje losu otwierają serce, które wylewa się obficie na przyjaciela i nieprzyjaciela. Rozsiewają dobrodziejstwa, dokądkolwiek kroczą. Otóż na pierwszy rzut oka trudno pojąć, jak nasze wyobrażenie o Bogu Wszechmogącym mogłoby być wyzwolone z tych ziemskich urojeń — czy to, że Jego dobroć jest niedoskonała, czy że jest przymusowa i konieczna. I zaiste cudowne, i godne uwielbienia jest To uniżenie, przez które wyszedł On naprzeciw naszej ułomności. Wyszedł jej naprzeciw i wsparł ją w tym samym Zbawczym Postanowieniu, przez które odkupił nasze dusze. Aby nam dać poznać, że mimo Swych tajemniczych doskonałości ma On odrębną wiedzę o poszczególnych ludziach i odrębną troskę o nich — przybrał myśli i uczucia naszej własnej natury, o której wszyscy wiemy, że zdolna jest do takich osobistych więzi. Stając się człowiekiem, przeciął On węzeł zaplątań i sporów naszego rozumu na ten temat, jak gdyby zgadzał się dla dobra wywodu na nasze zarzuty — i zarazem je obalał, biorąc nasz własny grunt pod nogi.

Tym, co w miłosierdziu naszego Zbawiciela jest najbardziej ujmujące — o ile wolno tak mówić — jest jego zależność od czasu i miejsca, od osoby i okoliczności; innymi słowy: jego czuła zdolność rozróżniania. Dostrzega i uwzględnia każdą jednostkę, gdy ta staje przed nim. Jedni je wywołują, inni nie; nie może ono — jeśli wolno mi tak rzec — objawiać się każdemu przedmiotowi jednako; ma dla każdego swój szczególny odcień i sposób uczucia, a na niektórych ludziach spoczywa tak, jakby od ich pomyślności zależało własne szczęście Zbawiciela. Można by to zilustrować, jak często czyniono, Jego czułym zachowaniem wobec Łazarza i jego sióstr, Jego łzami nad Jerozolimą, Jego postępowaniem wobec świętego Piotra — przed zapartem i po nim — albo wobec świętego Tomasza, gdy wątpił, albo Jego miłością do Matki lub do świętego Jana. Pragnę jednak zwrócić waszą uwagę raczej na Jego obejście z Judaszem zdrajcą — i dlatego, że rzadziej się do niego odwołano, i dlatego, że gdyby istniał na świecie ktoś, o kim można by mniemać, że jest wyrzucony z Jego obecności jako nienawistny i wyklęty, to właśnie ten, o którym z góry wiedział, że Go zdradzi. A jednak przekonamy się, że nawet ten nieszczęśnik był śledzony i otaczany Jego pogodnym, choć poważnym wejrzeniem aż do samej godziny, gdy Go zdradził.

Judasz trwał w ciemności i nienawidził światła, i „odszedł na własne miejsce"; a jednak nie trafił tam mocą pewnych zasad naturalnych, wypracowujących swe nieuchronne owoce — przez jakiś bezduszny los skazujący niegodziwych na piekło — lecz przez Sędziego, który go ogląda od głów do stóp, który przenika go wskroś, szukając, czy jest tam jakiś promień nadziei, jakieś utajone iskry wiary; który przemawia doń raz po raz, a gdy go wreszcie opuszcza, opłakuje go tymczasem zranioną miłością przyjaciela, nie zaś surowością Sędziego całej ziemi. Oto na przykład najpierw wstrząsające ostrzeżenie rok przed jego próbą: „Czyż nie wybrałem was dwunastu? A jeden z was jest diabłem?". Potem, gdy nadszedł czas — gest najgłębszego uniżenia wobec kogoś, kto niebawem miał Go zdradzić i popaść w ogień nieugaszony: „Wstał od wieczerzy i (...) nalał wody do misy i zaczął umywać nogi uczniom" — Judaszowi wśród nich. Potem drugie ostrzeżenie w tym samym czasie, a raczej smutna skarga wypowiedziana jakby do siebie: „Nie wszyscy jesteście czyści". Potem jawnie: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: jeden z was Mnie zdradzi". „Co prawda Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie urodził. Wtedy Judasz, który miał Go zdradzić, rzekł: «Czy nie ja, Rabbi?» Odpowiedział mu: «Tak jest, ty»". Na koniec, gdy naprawdę został przez niego zdradzony: „Przyjacielu, po coś przyszedł?"; „Judaszu" — woła go po imieniu — „pocałunkiem zdradzasz Syna Człowieczego?". Nie zamierzam godzić Jego Boskiej wszechwiedzności z tą szczególną i przedłużoną troską, z tym osobistym uczuciem wobec Judasza; pragnę jedynie, byście zatrzymali się przy tym ostatnim, aby dostrzec, co daje nam objawienie Boga Wszechmogącego w Ewangeliach — mianowicie znajomość Jego opatrznościowego wejrzenia na poszczególne jednostki, sprawiającego, że słońce Jego wschodzi nad złymi i dobrymi. I podobnie zaiste, w dniu ostatecznym, niegodziwi i nieskruszeni będą potępieni nie gromadnie, lecz jeden po jednym — jeden po jednym, każdy stając z kolei przed sprawiedliwym Sędzią, stojąc w pełnym blasku Jego oblicza, starannie ważony na wadze i znaleziony za lekkim, traktowany nie co prawda słabą i chwiejną wolą — tam gdzie sprawiedliwość Boża domaga się zadośćuczynienia — a jednak z całą szczegółową troską i głębią pieczy kogoś, kto chciałby, gdyby mógł, uczynić owoce swej męki liczniejszymi, niż są.

Tę uroczystą refleksję można jeszcze wzmocnić, rozważając zachowanie naszego Pana wobec obcych, którzy do Niego przychodzili. Judasz był Jego przyjacielem; lecz my nigdy Go nie widzieliśmy. Jak On patrzy i jak patrzy na nas? Niechaj Jego sposób postępowania w Ewangeliach wobec rzesz ludzkich nas zapewni. Wszystkoświęty, Wszechmogący, jakim jest i jakim się okazał — a jednak pośród swego Boskiego Majestatu mógł okazywać czułe zainteresowanie wszystkim, którzy do Niego przychodzili; jak gdyby na żadne ze stworzeń swych nie mógł spojrzeć bez rozlewającej się miłości rodzica do dziecka, spoglądającego nań z pełnym upodobaniem i pragnącego jedynie jego szczęścia i najwyższego dobra. Tak więc gdy bogaty młodzieniec do Niego przyszedł, czytamy: „Jezus, spojrzawszy na niego, pokochał go i rzekł mu: Jednego ci brakuje". Gdy faryzeusze prosili o znak, „westchnął głęboko w duchu". Kiedy indziej „spojrzał wokół na nich" — jak gdyby na każdego z osobna, szukając, czy tu lub ówdzie znajdzie się wyjątek od powszechnej niewiary, i by potępić jednego po jednym tych, którzy byli winni — „spojrzał na nich wkoło z gniewem, zasmucony zatwardziałością ich serc". Znowu, gdy przyszedł do Niego trędowaty, nie uzdrowił go po prostu, lecz „wzruszony litością wyciągnął rękę".

Jakże łaskawe jest to objawienie szczególnej Opatrzności Bożej dla tych, którzy Go szukają! Jakże łaskawe dla tych, którzy odkryli, że świat ten jest jeno marnością, i którzy są samotni i odosobnieni w sobie samych — cokolwiek cienie mocy i szczęścia ich otaczają! Tłum idzie naprzód bez takich myśli — czy to z tępoty, nie rozumiejąc własnych potrzeb, czy też przenosząc się od jednego bałwana do drugiego, gdy każdy kolejno zawodzi. Lecz ludzie o głębiej czujących sercach byliby przytłoczeni rozpaczą i wstrętną im byłaby sama egzystencja, gdyby sądzili, że są pod działaniem jedynie praw niezmiennych, bezsilni, by wzbudzić litość lub uwagę Tego, który ich powołał do istnienia. Cóż mają czynić zwłaszcza ci, którzy rzuceni są pośród ludzi niezdolnych wniknąć w ich uczucia — obcych im zatem, choć przez długie przyzwyczajenie zażyłych przyjaciół? Lub ci, którzy mają zamęt myśli, którego sobie samym wytłumaczyć nie mogą, a cóż dopiero usunąć, i nikogo, kto by im pomógł? Lub ci, którzy mają uczucia i pragnienia zamknięte w sobie, bo nie spotkali przedmiotów, którym by je poświęcić? Lub ci, których otoczenie nie rozumie, a którzy nie mają słów, by dać się mu zrozumieć, ani wspólnych zasad, na które by się powołać? Lub ci, którym zdaje się, że nie mają miejsca ani celu na świecie, albo że są komuś ciężarem? Lub ci, którzy muszą iść za własnym poczuciem obowiązku bez doradców i pomocników — owszem, wbrew życzeniom i namowom przełożonych lub bliskich? Lub ci, którzy dźwigają brzemię jakiejś bolesnej tajemnicy albo jakiegoś niedającego się wypowiedzieć, samotnego smutku? We wszystkich tych przypadkach opowieść Ewangelii zaspokaja naszą właśnie potrzebę, ukazując nam nie tylko Stwórcę niezmiennego, na którym można się oprzeć, lecz Opiekuna litościwego, Sędziego przenikliwego i Pomocnika.

Bóg patrzy na ciebie osobiście, kimkolwiek jesteś. „Woła cię po imieniu". Widzi cię i rozumie cię, bo cię stworzył. Wie, co jest w tobie — wszystkie twoje szczególne uczucia i myśli, twoje usposobienie i upodobania, twoją siłę i twoją słabość. Widzi cię w dniu twojej radości i w dniu twojego smutku. Współczuje twoim nadziejom i twoim pokusom. Interesuje się wszystkimi twoimi niepokojami i wspomnieniami, wszystkimi wzlotami i upadkami twego ducha. Policzył nawet włosy na twojej głowie i łokcie twojego wzrostu. Ogarnia cię wokół i niesie cię na swych ramionach; podnosi cię i stawia. Dostrzega samo twoje oblicze — czy uśmiechnięte, czy zalane łzami, czy zdrowe, czy chore. Patrzy czule na twoje ręce i twoje stopy; słyszy twój głos, bicie twego serca i samo twoje tchnienie. Ty nie kochasz siebie bardziej, niż On ciebie kocha. Nie możesz odwracać się od bólu bardziej, niż On wzdraga się na to, że go doznasz; a jeśli On go na ciebie kładzie, to tak jak ty sam byś go sobie nałożył — gdybyś był mądry — dla większego dobra, które ma przyjść. Jesteś nie tylko Jego stworzeniem — choć i o wróblach ma On pieczę, i litował się nad „wielką rzeszą bydła" Niniwy — jesteś człowiekiem odkupionym i uświęconym, Jego przybranym dzieckiem, obdarzonym udziałem w chwale i szczęśliwości, które płyną od Niego wiecznie ku Jednorodzonemu. Jesteś wybrany, aby być Jego — nawet ponad braćmi twymi, mieszkającymi na Wschodzie i Południu. Byłeś jednym z tych, za których Chrystus wzniósł swą ostatnią modlitwę i przypieczętował ją swoją drogocenną Krwią. Cóż za myśl — myśl niemal zbyt wielka dla naszej wiary! Ledwie możemy się powstrzymać, by nie podzielić roli Sary, gdy ją przed siebie stawiamy, i nie „roześmiać się" ze zdumienia i zakłopotania. Kimże jest człowiek, kimże jesteśmy, kimże ja jestem, że Syn Boży tak o mnie pamięta? Czym ja jestem, że podniósł mnie z natury niemal diabelskiej do natury anielskiej? że odmienił pierwotne ukształtowanie duszy mojej, odtworzył mnie na nowo — mnie, który od młodości byłem przestępcą — i że Sam przebywa osobiście w tym oto moim sercu, czyniąc mnie swą świątynią? Czym ja jestem, że Bóg Duch Święty ma we mnie wejść i wznosić moje myśli ku niebu „wzdychaniami niewysłowionymi"?

Oto rozmyślania, które ogarniają chrześcijanina ku jego pokrzepieniu, gdy przebywa z Chrystusem na świętej górze. I kiedy zstępuje do swych powszednich obowiązków, pozostają one nadal jego wewnętrzną siłą — choć nie wolno mu opowiadać o tym widzeniu tym, co go otaczają. Sprawiają, że twarz jego jaśnieje, czynią go radosnym, skupionym, pogodnym i wytrwałym pośród wszelkich pokus, prześladowań i żałoby. I gdy takie myśli stoją przed nami — jakże podłym i nędznym wydaje się świat we wszystkich swych dążeniach i naukach! Jak prawdziwie nędznym wydaje się szukanie dobra w stworzeniu; pożądanie stanowiska, bogactwa lub rozgłosu; wybieranie sobie w wyobraźni tego lub owego sposobu życia; naśladowanie obyczajów i mód wielkich; marnowanie czasu na głupstwa; bycie niezadowolonym, kłótliwym, zazdrosnym lub zawidzącym, cenzurującym lub urażonym; umiłowanie próżnych rozmów i żądne poszukiwanie nowin dnia; krzątanie się przy sprawach publicznych, które nas nie dotyczą; gorliwe angażowanie się po stronie tego lub owego interesu lub stronnictwa; albo pogoń za zyskiem; albo oddanie się gromadzeniu jałowej wiedzy! I u kresu naszych dni, gdy ciało i serce ustają — cóż będzie naszą pociechą, choćbyśmy się wzbogacili, albo piastowali urząd, albo byli pierwszymi wśród równych nam, albo przygasili rywala, albo postawili na swoim, albo osiedli w przepychu, albo żyli w zażyłości z wielkimi, albo ucztowali wystawnie, albo zdobyli imię? Powiedzcie, choćbyśmy osiągnęli to, co najdłużej trwa — miejsce w historii — to przecież, po wszystkim, cóż za popiół jedliśmy zamiast chleba! A w tej straszliwej godzinie, gdy śmierć jest na widoku, czy Ten, którego oko tak miłośnie spoczywa na nas i którego ręka tak łagodnie na nas pada — czy On jeszcze nas uzna? Albo jeśli nadal przemawia, czy Jego głos będzie miał jakąś moc nas poruszyć? Czy raczej nie odpchnie nas — jak Judasza — samą czułością, z jaką chciałby nas do Siebie przywołać?

Starajmy się więc, z Jego łaski, właściwie zrozumieć, gdzie stoimy i czym On jest dla nas — najczulszy i najlitościwszy, a jednak, mimo całego swego miłosierdzia, nieodstępujący na szerokość włosa od wiecznych linii prawdy, świętości i sprawiedliwości; Ten, który może skazać na wieczne potępienie, choć przedtem płacze i lamenty, i który — gdy wyrok potępienia raz pójdzie — zupełnie wymaże nasze wspomnienie i „nie będzie nas znał". Kąkol był „związany w snopy" na spalenie — bez różnicy, bez wyboru, z pogardą. „Lękajmy się tedy, by ktoś z nas — gdy obietnica wejścia do Jego odpocznienia pozostaje — nie okazał się jej pozbawiony".

← wróć do odkrywania