HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom III

Kazanie XVI. Kościół widzialny i niewidzialny

Gdy wiara wydaje się nierozumna Natura i jedność Kościoła
„W wielkim zaś domu są naczynia nie tylko złote i srebrne, ale i drewniane, i gliniane; jedne do celów zaszczytnych, a drugie do niezaszczytnych."
W skrócie. Newman krytycznie analizuje koncepcję dwóch Kościołów — widzialnego i niewidzialnego — jako niezgodną z Pismem Świętym: Kościół Chrystusowy jest jednym ciałem widzialnym obdarzonym niewidzialnymi przywilejami. Obecność złych w Kościele nie dowodzi, że posiada dwa poziomy, tak samo jak martwa gałąź nie czyni drzewa martwym. Kazanie wykazuje, że Duch Święty zamieszkuje Kościół jako całość niezależnie od niegodności poszczególnych członków.

„Kościół Chrystusowy — jak naucza Pismo Święte — jest ciałem widzialnym, obdarzonym niewidzialnymi przywilejami, czyli (mówiąc inaczej) istniejącym w owych przywilejach.”

*„W wielkim zaś domu są naczynia nie tylko złote i srebrne, ale i drewniane, i gliniane; jedne do celów zaszczytnych, a drugie do niezaszczytnych."* — 2 Tm 2,20

Tymi słowy św. Paweł mówi o Kościele jako zawierającym w sobie dobrych i złych, zgodnie ze wzorem naszego Zbawiciela, który w przypowieściach o Sieci i o Kąkolu oznajmił od samego początku tę samą poważną prawdę. Ów Święty Dom, który Chrystus ustanowił jako skarbnicę i kanał swojej łaski dla ludzkości, nad którym na początku przewodzili Jego Apostołowie, a po nich inni przez nich wyznaczeni, był już od ich czasów siedliskiem niewiary i niepobożności — nie mniej niż prawdziwej religii. Nawet spośród samych Apostołów jeden był „diabłem". Cóż dziwnego, że od tamtej pory grzech — czy to wśród rządców Kościoła, czy wśród podwładnych — obfitował tam, gdzie znajdować się powinna była jedynie sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym. Tak jest i dzisiaj; oczy nasze to widzą; nie możemy temu zaprzeczyć.

Lecz choć wszyscy to widzimy, nie wszyscy widzimy to w tym szczególnym świetle, jakie rzuca na to Pismo Święte. Często tłumaczymy to inaczej, ujmujemy to w innym związku z innymi prawdami, aniżeli w jakim to rzeczywiście pozostaje. Innymi słowy: przyznajemy fakt, ale przyjmujemy o nim własną teorię. Wyjaśnię, co mam na myśli, a to wprowadzi nas w zagadnienie warte rozważenia.

Widok grzechów chrześcijan skłonił nas do mówienia o tak zwanym Kościele widzialnym i niewidzialnym w sposób, który wydaje się niezgodny z Pismem Świętym. Słowo „Kościół", odniesione do zbiorowości chrześcijan w tym świecie, oznacza w Piśmie Świętym tylko jedno: ciało widzialne obdarzone niewidzialnymi przywilejami. Pismo Święte nie mówi o dwóch ciałach — jednym widzialnym, drugim niewidzialnym, z własnym, odrębnym zestawem członków. Tymczasem jest to pogląd dziś powszechny; i jest to pogląd błędny, a (dodam) niebezpieczny.

Prawdą jest, że istnieją pewne znaczenia, w których wolno nam mówić o Kościele widzialnym i niewidzialnym. Nie zamierzam ganiać samych wyrażeń; w potocznej mowie nikt nie jest zobowiązany używać każdego słowa z naukową ścisłością. Wolno mówić o Kościele widzialnym i niewidzialnym jako o dwóch stronach jednej i tej samej rzeczy, oddzielonych jedynie w naszych umysłach, nie w rzeczywistości. Na przykład w sprawach politycznych mówimy niekiedy o Anglii jako o narodzie, a niekiedy jako o państwie — nie mając na myśli dwóch różnych rzeczy, lecz jedną i tę samą rzecz ujętą w różnym stosunku. Gdy mówimy o Narodzie, bierzemy pod uwagę różnorodność miejscowych praw, interesów, przywiązań, obyczajów, poglądów; charakter jego ludu i historię kształtowania się owego charakteru. Gdy natomiast mówimy o Państwie, zakładamy pojęcie stanów, rang i władz, władzy ustawodawczej i wykonawczej, i tym podobnych. Podobnie też nie grozi żadne niebezpieczeństwo z rozróżnienia Kościoła na widzialny i niewidzialny, o ile ujmujemy go jako, ogólnie rzecz biorąc, jeden — tyle że w różnych aspektach: widzialny, bo złożony (na przykład) z duchownych i świeckich; niewidzialny, bo czerpie życie i moc z niewidzialnych wpływów i darów z Nieba. Nie jest to w istocie żadnym podziałem na dwa, podobnie jak odróżnienie — jak to się mówi — wklęsłości i wypukłości nie jest podziałem krzywej linii; która oglądana od zewnątrz jest wypukła, a oglądana od wewnątrz — wklęsła.

Co więcej, możemy rozważać Kościół jednego stulecia jako różny od Kościoła innego stulecia. Możemy mówić o Kościele nowożytnym i Kościele starożytnym — bez oznaczania przez to dwóch odrębnych ciał, a jedynie dla wskazania różnicy w czasie. W podobny sposób mówimy o Kościele żydowskim i chrześcijańskim, choć w rzeczywistości oba są jednym Kościołem, tyle że pod różnymi Dyspensacjami. „Co znaczy" — zapytacie — „że Kościół jednej epoki jest tym samym co Kościół innej epoki?" — Otóż po prostu to: że nie istnieje między nimi żadna rzeczywista granica, że jeden jest tylko przedłużeniem drugiego, i że równie dobrze można by mówić o dwóch Kościołach — teraz — na północy i na południu Anglii, co o dwóch Kościołach w różnych stuleciach. Właściwie mówiąc, jeden Kościół to całe ciało zgromadzone ze wszystkich wieków; tak że Kościół obecnej epoki jest tylko jego cząstką — w tym samym sensie, w jakim Kościół w Anglii jest dziś tylko cząstką obecnego Kościoła Powszechnego.

W świecie przyszłym cały ten Kościół zostanie zgromadzony w jedno, niezależnie od tego, kiedy żyli jego poszczególni członkowie; wtedy też wszystkie jego nietrwałe i niepłodne członki odpadną, tak że zostanie w nim tylko świętość. Oto zatem drugi sens, w jakim możemy rozróżniać między Kościołem widzialnym i niewidzialnym. Ciało wybranych, rozważane tak, jakim będzie w przyszłości — owszem, jakim już jest w Raju — możemy, jeśli chcemy, nazwać Kościołem; a ponieważ owo błogosławione wypełnienie dokonuje się w świecie niewidzialnym, możemy je nazwać Kościołem niewidzialnym. Możemy zaiste mówić o Kościele niewidzialnym w znaczeniu Kościoła w chwale lub Kościoła w spoczynku. W takim sposobie mówienia nie ma żadnego błędu. Nie tworzymy dwóch Kościołów — jedynie ujmujemy ciało chrześcijańskie jako istniejące w świecie duchów; i obecny Kościół widzialny — o tyle, o ile rzeczywiście uczestniczy w tej samej szczęśliwości.

Wreszcie możemy, mówiąc w przenośni, nazywać Kościołem niewidzialnym tych spośród obecnych członków Kościoła, którzy teraz żyją w wierze i bojaźni Bożej — nie dlatego, jakoby stanowili odrębne ciało (co nie jest prawdą), lecz przez myślową abstrakcję, wyobraźnią wyodrębniając ich od pozostałych, nazywając ich niewidzialnymi, bo ich nie znamy, i nazywając ich szczególnie Kościołem, bo są tym, czym wszyscy chrześcijanie mają być i powinni być, i są wszystkim, co zostałoby z Kościoła widzialnego, gdyby nagle nadszedł Dzień Sądu. Podobnie, w znaczeniu politycznym, nazywamy duchownych Kościołem — oto analogiczny przypadek, gdy część ciała jest traktowana jako całość; kto jednak powiedziałby, że świeccy stanowią sami dla siebie jeden Kościół, a duchowni — sami dla siebie — inny?

We wszystkich tych znaczeniach zatem — czy mówimy o Kościele niewidzialnie błogosławionym i wspieranym, czy triumfującym w przyszłości, czy też ze względu na jego prawdziwych członków, którzy są jego trwałą podporą i chwałą — wolno nam wspominać o Kościele niewidzialnym. Jeśli jednak pojmujemy niewidzialny jako jeden, a widzialny jako drugi — jakby jedno ciało bez przywilejów duchowych, złożone z dobrych i złych razem, a drugie z samych dobrych i posiadające przywileje duchowe — to zaiste mówimy bez świadectwa, a raczej bez pozwolenia Pisma Świętego.

Kościół Chrystusowy — jak naucza Pismo Święte — jest ciałem widzialnym, obdarzonym niewidzialnymi przywilejami, czyli (mówiąc inaczej) istniejącym w owych przywilejach. Weźmy dla zilustrowania analogię ciała ludzkiego. Rozważając człowieka w jego naturze zwierzęcej, mógłbym powiedzieć, że posiada on zorganizowaną, widzialną powłokę, podtrzymywaną przez niewidzialnego ducha. Gdy dusza opuszcza ciało, przestaje ono być ciałem, staje się trupem. Podobnie Kościół przestałby być Kościołem, gdyby opuścił go Duch Święty; i Kościół w ogóle nie istnieje inaczej jak w Duchu. Albo rozważcie obraz drzewa, który jest własnym przykładem naszego Pana. Winna latorośl ma wiele gałęzi i wszystkie są żywione sokiem, który krąży przez całą roślinę. Mogą być gałęzie umarłe — i tak pozostają na tym samym jednym drzewie. Nawet gdyby ich liczba była równa zdrowym, nawet gdyby było ich sto razy więcej — same w sobie nie tworzyłyby drzewa. Gdyby wszystkie gałęzie były martwe, gdyby martwy był pień — byłoby to martwe drzewo. Lecz w żadnym razie nie moglibyśmy powiedzieć, że są dwa drzewa. Takie jest biblijne ujęcie Kościoła: żywe ciało z gałęziami — jedne martwe, inne żywe; jak w tekście, przez inną figurę: „W wielkim domu są naczynia; jedne do celów zaszczytnych, a drugie do niezaszczytnych." Czy może być ujęcie wyraźniejsze niż to? Po cóż dzielić na dwa, skoro jedyna podstawa takiego podziału — mianowicie nieprawdopodobieństwo, że dobrzy i źli mogliby przebywać razem — jest odrzucona jako nieistotna przez samego naszego Pana i Jego Apostołów?

O Kościele mówi się bardzo różne rzeczy; niekiedy jest przedstawiany jako chwalebny i święty, niekiedy jako pełen wykroczeń i grzechów. Jest zrozumiałe, być może, że na pierwszy rzut oka sięga się po hipotezę dwóch Kościołów — tak jak Żydzi marzyli o dwóch Mesjaszach; lecz, jak powiadam, nasz Zbawiciel dał do zrozumienia, że jest to zbyteczne, że owe przeciwstawne opisy nie są ze sobą rzeczywiście niezgodne. A jeśli tak, to po cóż pozostaje nam zadawać gwałt świętemu tekstowi?

Rozważcie te różnorodne opisy, zbadajcie je uważnie i powiedzcie, dlaczego nie jest możliwe uzgodnienie ich wszystkich w jednym przedmiocie, skoro tylko wiemy, że godzi się to czynić? Rozważcie, jak wszystkie one spełniły się w przypadku Koryntian, który jest w Piśmie Świętym wyraźnie podany. Kościół, na przykład, składa się z rang i urzędów: „Bóg ustanowił w Kościele najprzód apostołów, po wtóre proroków, po trzecie nauczycieli, następnie tych, co mają dar czynienia cudów, po nich tych, którzy mają łaskę uzdrawiania, niesienia pomocy, rządzenia oraz przemawiania rozmaitymi językami." Jest on zamieszkały przez Ducha Świętego: „Wszystko zaś sprawia jeden i ten sam Duch, rozdzielając każdemu tak, jak chce. Podobnie jak jedno jest ciało, choć składa się z wielu członków, i wszystkie członki ciała, mimo iż jest ich wiele, stanowią jedno ciało, tak też jest z Chrystusem." Jego Sakramenty są narzędziami, którymi posługuje się Duch Święty: „Wszyscyśmy bowiem w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni. Wszyscyśmy też zostali napojeni jednym Duchem." A jednak — pomimo tych drogocennych darów — Kościół składa się ze złych i dobrych razem; bo Koryntianie, choć będący „świątynią Ducha Świętego", są przez św. Pawła ganieni za to, że są „nadęci pychą", „kłótliwi" i „cielesni".

Teraz, w odpowiedzi na to ujęcie Kościoła jako jednego, a nie podwójnego, można podnieść zarzut: „Z pewnością niemożliwe jest, żeby źli ludzie mogli naprawdę mieć w sobie łaskę Bożą, lub żeby niezbożnych czy doczesnych można było właściwie nazwać usprawiedliwionymi albo wybranymi; tymczasem tacy ludzie pozostają zewnętrznie w Kościele, tak więc jest mimo wszystko dwóch Kościołów — zewnętrzny i wewnętrzny." Albo też można powiedzieć, że „nawrócenie i wiara są, jak powszechnie się przyznaje, konieczne do korzystania z przywilejów chrześcijańskich; ci zatem, którzy nie posiadają tych warunków, z pewnością nie mają przywilejów, to znaczy nie są członkami prawdziwego Kościoła Chrystusowego; z czego znowu wynika, że z pewnością istnieją dwa ciała, jakkolwiek byśmy o nich mówili." Doda się może, że „Szymon Mag, choć ochrzczony, był nieodrodzony, jako że św. Piotr zwrócił się do niego, mówiąc, iż jest 'w gorzkiej żółci i więzach nieprawości'". Z drugiej strony można wywodzić, że „istnieją dobrzy ludzie poza Kościołem widzialnym, mianowicie wśród Dysydentów, którzy, jako dobrzy, muszą koniecznie należeć do Kościoła niewidzialnego; a zatem z pewnością są dwa Kościoły." W sumie mamy zatem dwa argumenty na rzecz twierdzenia, że słowo „Kościół" ma w Piśmie Świętym dwa odrębne znaczenia: po pierwsze, że w Kościele widzialnym są źli; po drugie, że pewni dobrzy są poza nim — oba zaczerpnięte z rzeczywistego stanu rzeczy, jaki obserwujemy, który ma być prawomocnym komentarzem do słów Pisma Świętego.

1. Rozważmy najpierw zarzut, że źli ludzie są w Kościele widzialnym — i co z tego ma wynikać? Przyjrzyjmy się. Utrzymuje się, że „źli ludzie nie mogą być członkami prawdziwego Kościoła, a zatem istnieje prawdziwy Kościół odrębny od Kościoła widzialnego". Jednak bliżsi prawdy będziemy, jeśli zamiast mówić: „źli ludzie nie mogą być członkami prawdziwego Kościoła", powiemy: „źli ludzie nie mogą być prawdziwymi członkami Kościoła". Czy to nie spełnia wszystkich wymagań rozumu, nie prowadząc przy tym do wniosku, że Kościół widzialny nie jest prawdziwym Kościołem? Dalej — mówi się, że „Kościół widzialny nie posiada darów łaski, ponieważ należą doń niegodziwi ludzie, którzy oczywiście nie mogą ich posiadać". Doprawdy! Czy Kościół sam ma ich być pozbawiony dlatego, że nie może ich udzielać niegodziwym? Cóż to za rozumowanie? Bo pewne jednostki danego ciała ich nie mają, to i samo ciało ich nie ma! Z pewnością możliwe jest, że pewni członkowie ciała są, w pewnych okolicznościach, pozbawieni jego przywilejów; i właśnie taka — naszym zdaniem — jest sytuacja złych ludzi.

Wróćmy do przykładu drzewa, użytego już wcześniej. Czy martwa gałąź jest częścią drzewa, czy nie? Możecie rozstrzygnąć to w tę lub ową stronę, ale nigdy nie powiecie, że ponieważ gałąź jest martwa, drzewo nie ma soku. Jest to martwa gałąź żywego drzewa, nie gałąź martwego drzewa. Podobnie ludzie niezbożni są martwymi członkami jednego Kościoła widzialnego, który jest żywy i prawdziwy — nie zaś członkami Kościoła, który jest martwy. To, że oni sami są martwi, nie pociąga za sobą, że należący do nich Kościół widzialny jest martwy również.

Albo rozważmy analogię ciała politycznego. Czy osoby objęte ograniczeniami prawnymi są jego członkami, czy nie? Czy są nimi skazańcy? Więźniowie są pozbawieni pewnych praw, lecz nadal pozostają członkami państwa i po pewnym czasie odzyskują to, co utracili.

Tak samo rzecz się ma w odniesieniu do Kościoła. Jego niewidzialne przywileje rozciągają się na całe jego ciało; lecz mogą istnieć, po stronie poszczególnych jednostek, przeszkody lub zawady, które zawieszają ich korzystanie z tych przywilejów. Czym innym jest być przyjętym do ciała, a czym innym — korzystać z jego przywilejów. Dopóki ludzie są niepokorni, łaska chrześcijańskiego wybrania nie działa w ich przypadku. I w miarę ich niedbałości i bezbożności gaszą oni Ducha. Stąd wiara jest konieczna do naszego usprawiedliwienia jako warunek nieodzowny tam, gdzie jest osiągalna. Symonowi Magowi ochrzczenie — możemy bezpiecznie przyznać — nie przyniosło żadnego pożytku; zdrój odrodzenia otworzył się nad nim, lecz jego serce było zamknięte. Błogosławieństwo zostało włożone w jego rękę, lecz nie posiadał on tego, co jedynie mogło go uchwycić i zastosować. Było ono przed nim zapieczętowane, a jedynie pokuta i wiara mogły zerwać tę pieczęć. Dlatego św. Piotr wzywa go do pokuty, aby mógł je otrzymać. Szedł on jednak dalej w niegodziwości, jak pouczają nas dzieje; i wówczas dar do niego przywiązany, lecz nieskorzystany, okazałby się w dzień ostateczny jedynie przyczyną cięższego potępienia. Nie śmiem twierdzić, że jest to prawdziwe wyjaśnienie jego przypadku, który nie jest nam podany; lecz jako sposób jego wyjaśnienia, a zarazem uniknięcia wniosku, dla którego jest on zwykle przytaczany. Jeśli istnieje jedno takie wyjaśnienie, mogą istnieć i inne.

Podobnie, gdy ludzie wpadają w grzech, tracą światło oblicza Bożego; lecz dlaczego miałoby ono być odjęte Świętemu Kościołowi za ich indywidualne przewinienia?

Istniał w dawnych czasach spór, który jeszcze bardziej oświetla powyższe wyjaśnienie trudności. Sprzeczano się o to, czy chrzest udzielony przez duchownych będących heretykami i wydalonych z Kościoła jest ważny. W końcu zapadło następujące rozstrzygnięcie: że chrzest był ważny w pierwszorzędnym celu chrztu, mianowicie w celu wprowadzenia do widzialnego ciała Chrystusa, lecz że korzystanie z jego przywilejów było zawieszone, dopóki przyjmujący pozostawali w heretyckim wspólnocie. Po przejściu do Kościoła Powszechnego byli oni formalnie przyjmowani przez bierzmowanie i uwalniani od więzów, pod którymi dotąd pozostawali.

Jeśli więc zostanę zapytany, co sądzić o stanie niezbożnych ludzi w Kościele, odpowiem, że jeśli mowa o jawnych grzesznikach, heretykach lub przywódcach odszczepieństwa — winni oni być z niego wykluczeni przez właściwą władzę. Co do tych, którzy tacy nie są, nie możemy orzekać o ich rzeczywistym stanie, bo nie możemy widzieć ich serc. Wielu może się nam wydawać pięknych i zacnych, a w rzeczywistości są martwi w oczach Bożych; i ci, oczywiście, nie mogą posiadać darów łaski bardziej niż Szymon Mag. Albo mogą być letni, chwiejni, niekonsekwentni; i w ten sposób mogli utracić, mniej lub więcej, przywileje, które im zostały łaskawie powierzone. Lecz w jaki sposób to wszystko dowodzi, że Kościół widzialny nie posiada prawdziwych i duchowych darów Ewangelii, które do niego przynależą?

2. Rozważmy teraz drugi zarzut, że „istnieją dobrzy ludzie na zewnątrz Kościoła widzialnego, a zatem jest drugi Kościół, zwany niewidzialnym". W odpowiedzi zauważam, że podobnie jak każdy, kto został należycie ochrzczony, jest w pewnym sensie w Kościele — nawet jeśli jego późniejsze grzechy przysłoniły mu oblicze Boże — tak człowiek nieochrzczony, choćby był jak najbardziej prawy i wzorowy w swym postępowaniu, nie dowodzi tym samym, że otrzymał odrodzenie, które jest szczególnym i niewidzialnym darem Kościoła. Czym jest odrodzenie? Jest to dar nowej i duchowej natury; lecz ludzie, z Bożym błogosławieństwem, słuchali Go i podobali Mu się bez niego. Izraelici nie byli odrodzeni; Korneliusz setnik nie był odrodzony, gdy jego modlitwy i jałmużny wstąpiły przed oblicze Boga. Żadne postępowanie zewnętrzne, choćby jak najbardziej konsekwentne, nie może być kryterium — w naszych ludzkich ocenach — tego nieziemskiego i tajemniczego przywileju. Dlatego, gdy przynosicie mi przykład pobożnych Dysydentów, cieszę się słysząc o nich. Jeśli nie znają niczego lepszego, Bóg, ufamy, przyjmie ich tak, jak przyjął Szunamitkę. Pragnę z całego serca, żeby korzystali z pełnych błogosławieństw Kościoła; lecz całe moje pragnienie nie może zmienić zarządzeń Bożych. A Jego zarządzenie — twierdzę — jest takie: że Kościół widzialny ma być szafarzem, a chrzest — narzędziem odrodzenia. Nie powiedziałem jednak ani słowa sugerującego, że człowiek, jeśli niczego lepszego nie zna, nie może być wzorowy w swoim pokoleniu bez niego.

Tyle w odpowiedzi na ten zarzut; ale to samo rozważanie rzuca światło i na poprzednią trudność — dotyczącą niekonsekwentnych ludzi w Kościele. Odrodzenie, powiadam, jest nowym narodzeniem, czyli nadaniem nowej natury. Otóż warto zauważyć, że nie ma nic niemożliwego w samej tej rzeczy — choć wierzymy, że tak nie jest — nie ma nic niemożliwego w samej idei odrodzenia udzielonego nawet grzesznikom niepokornym. Nie mówię o odrodzeniu w jego pełni, które zawiera w sobie doskonałe szczęście i świętość, ku którym dąży od początku; lecz odrodzeniu w sensie prawdziwym i wystarczającym, w jego przymiotach pierwszorzędnych. Istotą odrodzenia jest bowiem udzielenie natury wyższej i bardziej Boskiej; a grzesznicy mogą posiadać ten dar, choć byłby dla nich przekleństwem, nie błogosławieństwem. Szatani mają naturę wyższą i bardziej Boską niż człowiek, a jednak nie chroni ich to od zła.

A jeśli tak jest nawet z grzesznikami, o ileż bardziej odrodzenie jest pojmowalne w przypadku dzieci, które nie uczyniły ani dobrego, ani złego. Nie wynika też bynajmniej z tego, nawet jeśli wyrosną nieposłuszne i będą zgorszeniem dla Kościoła, że Kościół nie przekazał im wielkiego daru, wtajemniczenia w moce przyszłego świata.

Gdyby rzeczywiście ów łaskawy przywilej zapewniał religijne posłuszeństwo, to zaiste nieposłuszeństwo tych, którzy zostali przyjęci do Kościoła, dowodziłoby, że Kościół go im nie przekazał. Lecz dopóki człowiek nie jest gotów utrzymywać, że Ducha nie można „zgasić", nie ma podstaw do twierdzenia, że nie został on dany.

Po tych wyjaśnieniach zapytam więc: w czym jest niespójne całe to nauczanie o Kościele, które tu przedstawiłem? Jaką trudność ono nastręcza, która zmuszałaby nas do odrzucenia jasnego słowa Pisma Świętego o nim i do wyobrażania sobie Kościoła widzialnego bez żadnych przywilejów oraz Kościoła niewidzialnego złożonego wyłącznie z prawdziwych chrześcijan i posiadającego te przywileje? Z pewnością jedynie wpływ ludzkiego systemu działającego na nas może skłonić nas do tak przewrotnego odczytywania Pisma Świętego! Jakże zaś nie jest to mniejszym gwałtem odmawiać, że Kościół, który ustanowili Apostołowie i który jest w rzeczywistości wśród nas po dziś dzień, jest tym, czym Pismo Święte go nazywa: filarem i podwaliną Prawdy, Matką nas wszystkich, Domem Bożym, mieszkaniem Ducha Świętego, Oblubienicą Chrystusa, Kościołem chwalebnym bez skazy, bez zmarszczki i bez czegokolwiek podobnego, przeznaczonym trwać aż do końca świata? Jakże mniejszym jest to wypaczeniem prawdy Pisma Świętego niż tamtych, którzy gdy Pismo Święte mówi, że Chrystus jest Bogiem, uparcie utrzymują, że jest jedynie człowiekiem?

Na zakończenie pragnę zwrócić uwagę na jeden zarzut, który mogą podnieść umysły subtelne wobec tego, co teraz zostało wam przedstawione. Można powiedzieć, że Kościół utracił swe pierwotne przywileje przez to, że pozwolił sobie trwać w stanie grzechu i nieporządku, jakiego Chrystus nigdy nie zamierzał; na przykład: „że bywały w nim wielkie zepsucia od czasu do czasu, zwłaszcza za panowania władzy papieskiej; że zdarzały się bardzo liczne gorszące mianowania na najwyższe godności kościelne; że niewiernicy bywali biskupami; że ludzie udzielali chrztu lub święceń, nie wierząc, iż łaska jest w tych świętych obrzędach udzielana; i że w szczególności w naszym własnym kraju heretycy i jawni grzesznicy, których Chrystus by usunął z Kościoła, są — z winy Kościoła — cierpiani w jego obrębie, bezkarni i niepotępieni." Tak się niekiedy mówi; i wyznać muszę, że gdybyśmy nie mieli Pisma Świętego, do którego możemy się odwołać, byłby to argument bardzo pozornie uzasadniony przeciwko obecnej mocy Kościoła — teraz, po osiemnastu stuleciach od Apostołów. Rzeczywiście mogłoby się wydawać, że skoro warunki, na jakich owa moc była udzielona, nie zostały w pełni dopełnione, to i ona sama została utracona. Lecz tu przypadek Kościoła żydowskiego dostarcza nam pocieszającej pewności, że Bóg tak nie postępuje — choć mógłby — i że „dary łaski i powołanie Boże są nieodwołalne". Kościół Chrystusowy nie może być w gorszym stanie niż Kościół Izraela w chwili, gdy Chrystus nawiedził go w ciele; a jednak wyraźnie zapewnia nas On, że za Jego dni „uczeni w Piśmie i faryzeusze", choć byli ludźmi niegodziwymi, „zasiedli na katedrze Mojżesza" i należało ich słuchać w tym, czego nauczali. Stwierdzamy zaś, zgodnie z tą informacją, że Kajfasz — „ponieważ był arcykapłanem" — miał dar proroctwa; miał go, choć nie wiedział, że go ma — owszem, mimo że był jednym z głównych sprawców ukrzyżowania naszego Pana. Możemy zatem wnioskować, że choćby Kościół był teraz jakkolwiek upadły w porównaniu z tym, czym niegdyś był, choćby nieświadomy swej mocy, posiada nadal dar — jak niegdyś — przekazywania i odbierania przywilejów chrześcijańskich, „związywania i rozwiązywania", konsekrowania, błogosławienia, nauczania Prawdy we wszystkim, co niezbędne, rządzenia i zwyciężania.

Lecz jeśli tak się rzeczy mają, jeśli Kościół widzialny naprawdę posiada niewidzialne przywileje — cóż myśleć, bracia moi, o ogólnym duchu tego dnia, który patrzy na Kościół jak na zwykłą instytucję cywilną, twór i część Państwa? Cóż sądzić o mniemaniu, że zależy on od woli monarchów lub od postanowień prawa ludzkiego? Co z kolei sądzić o tych, którzy gwałtownie i złośliwie sprzeciwiają się i bluźnią temu, co jest rzeczywiście Ustanowieniem Bożym i miejscem, gdzie mieszka Jego chwała? Nawet wobec żydowskiego kapłaństwa po tym, gdy krew Odkupiciela spoczęła na nim, nawet wobec niego — okazywał szacunek św. Paweł, dając znak, że arcykapłan Boży nie ma być znieważany; a jeśli tak, to z pewnością o ileż mniej — rządcy gałęzi Kościoła, która, choćby jakiekolwiek były jej dawne grzechy, jest z pewnością niewinna (jak pokornie i gorąco ufamy) żadnej niepokutowanej zbrodni. Co więcej, jakże niegodnie postępują ci, którzy znając i wyznając prawdziwe roszczenia Kościoła, pozwalają jednak, żeby były lekceważone i zapominane — nie wypowiadając w ich obronie ani słowa; którzy z polityki doczesnej lub z innej niedostatecznej przyczyny znoszą słyszenie o swoich duchowych rządcach jako o zwykłych funkcjonariuszach cywilnych — nie pouczając, nie protestując, nie zrywając zażyłości z tymi, którzy nimi gardzą, a owszem współpracując z nimi serdecznie, jak gdyby mogli służyć dwóm panom: Chrystusowi i światu! Jakże smutny jest ogólny widok — w tym dniu — nieświadomości, zwątpienia, zagubienia, błędnowierstwa, przewrotności w kwestii tej wielkiej nauki, nie mówiąc już o zazdrości, nienawiści i duchu niedowiarstwa, z jakim Kościół jest traktowany! Na pewno tyle musimy przyznać, że jakiekolwiek byłyby przywileje złożone w Kościele, to jednak teraz, co do swych pełnych owoców, są one zawieszone w naszej jego gałęzi przez obecny brak wiary; i nie możemy się spodziewać, że chwały Królestwa Chrystusowego znowu w nim zajaśnieją, dopóki nie pokutujemy, nie wyznamy „naszych win i win naszych ojców" — i zamiast pokładać ufność w ramieniu cielesnym, nie upomnimy się dla Kościoła o to, co Bóg mu dał przez wzgląd na Chrystusa, „czy ludzie zechcą słuchać, czy też nie zechcą".

← wróć do odkrywania