*„Przeto i my, mając wokoło siebie tak wielki obłok świadków, złożywszy z siebie wszelki ciężar i grzech, który nas łatwo oblega, biegnijmy wytrwale w wyścigu, który nam jest wyznaczony."* — Hbr 12,1
Napomnienie i pocieszenie, jakie Apostoł dawał Hebrajczykom w ich cierpieniach dla prawdy, było następujące: mieli strzec się niewiary — tego grzechu, który łatwo ich obleganał w chwilach pokus — przede wszystkim i nade wszystko przez „wpatrywanie się w Jezusa, Sprawcę i Dokończyciela wiary"; lecz oprócz tego dodana była poboczna ostoja. Pan nasz jest tak chwalebny i święty nawet w swej ludzkiej naturze, tak doskonały w chwili kuszenia, tak niebiański nawet na ziemi, że grzesznicy, takimi jak my jesteśmy, nie mogą zrazu znieść Jego widoku. Podobnie jak błogosławiony Apostoł w Księdze Objawienia, „padamy do nóg Jego jak martwi". Dlatego w miłosierdziu ku nam, nie cofając swej obecności, włączył w nią swoich Świętych i Aniołów — wielkie zgromadzenie stworzeń, owszem, tych, którzy niegdyś byli grzesznikami i poddanymi Jego królestwa na ziemi; abyśmy w ten sposób, zachęceni przykładem tych, którzy szli przed nami, mogli wpatrywać się w Niego i żyć. Święty Paweł w poprzedzającym rozdziale wymienia wielu ze Starożytnych Świętych, którzy przebiegli bieg wiary; po czym w przytoczonych słowach mówi: „Przeto i my, mając wokoło siebie tak wielki obłok świadków, złożywszy z siebie wszelki ciężar i grzech, który nas łatwo oblega, biegnijmy wytrwale w wyścigu, który nam jest wyznaczony." A wkrótce potem mówi jeszcze wznioślej i płomienniej o chrześcijańskim Kościele — tej dostojnej gromadzie, którą Chrystus zebrał ze wszystkiego, co święte w niebie i na ziemi: „Przystąpiliście do góry Syjon i do miasta Boga żywego, do Jeruzalem niebieskiego i do miriadów Aniołów, do uroczystego zgromadzenia i Kościoła pierworodnych, i do duchów sprawiedliwych, które zostały udoskonalone, i do Jezusa, Pośrednika Nowego Przymierza."
A owej podpory, którą Święty Paweł wskazał Hebrajczykom prześladowanym — owej wizji Świętych Bożych i Królestwa Niebieskiego — jako lekarstwa na niedowiarstwo bardzo wiele potrzeba w każdym wieku. Bardzo wiele potrzebują jej w każdym czasie ci, którzy postanowili służyć Bogu, bo jest ich mało i opadają z sił z braku towarzyszy. Powiedziano nam wyraźnie: „Szeroka jest brama i przestronna droga, która prowadzi do zguby, i wielu nią wchodzi. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest tych, którzy ją znajdują." Czyż to nie dość zniechęcające: kroczyć drogą zaparcia się siebie, walczyć z naszymi naturalnymi pożądliwościami i wyniosłymi rojeniami, toczyć wojnę z ciałem — czy to nie dość, że jeszcze trzeba do niej dodawać wojnę ze światem? Czy nie dosyć być pielgrzymami i żołnierzami przez wszystkie dni nasze, jeszcze musimy słyszeć wzajemne pozdrowienia i triumfujące głosy tych, którzy wybierają drogę śmierci, i iść nie tylko w bólu, ale i w samotności? Gdzież jest błogosławieństwo dla sprawiedliwego, gdzież radość wiary, pocieszenie miłości, triumf panowania nad sobą, pośród takiego przygnębienia i opuszczenia? Kto ma nam współczuć w radościach i smutkach naszych, kto pobudzać nas przykładem własnego powodzenia? Święty Paweł odpowiada nam — obłok świadków minionych dni. Rozważmy tedy naszą potrzebę i jej lekarstwo.
1. Zaiste, nie można zaprzeczyć, że jeśli oddamy nasze serca Chrystusowi i będziemy posłuszni Bogu, znajdziemy się w gronie nielicznych. Tak bywało w każdym wieku, tak będzie do końca czasów. Trudno spotkać człowieka, który oddaje się szczerze swemu Zbawicielowi. Pomimo wszelkich miłosierdzi wylanych na nas, w ten czy inny sposób narażeni jesteśmy na to, że zostaniemy zdradzeni przez własne serca i chwytamy się pozoru religii zamiast jej istoty. Stąd w kraju zwanym chrześcijańskim wielu żyje dla świata. Co więcej, zdaje się, że w miarę jak chrześcijaństwo się rozprzestrzenia, jego owoce są mniejsze — lub przynajmniej nie rosną stosownie do jego wzrostu. Wydaje się (jak mówili niektórzy), jakby pewna porcja prawdy była na świecie i pewna liczba wybranych w Kościele; i w miarę jak rozszerzacie jego terytorium, rozpraszacie tę resztkę tam i z powrotem, przez co wydają się jeszcze mniejsi i czują się bardziej opuszczeni.
„Oto posyłam was jak owce między wilki" — to, co Pan nasz mówił do swych Apostołów, wypełnia się aż do dnia dzisiejszego we wszystkich, którzy Mu są posłuszni. Rozsiani są po całym świecie, rozdzieleni jedni od drugich, zmuszeni do opuszczenia sobie bliskiego towarzystwa i posyłani daleko do tych, którzy myślą inaczej. Wybór zawodu i zatrudnienia nie jest ich własnym. Zewnętrzne okoliczności, nad którymi nie mają żadnej władzy, określają ich drogę życia; przypadki przywodzą ich w to czy inne miejsce, nie wiedzą, dokąd zmierzają; nie znając ludzi, z którymi się wiążą, niemal po omacku znajdują swój dom i swoje towarzystwo. A w tym nadto różnią się od Apostołów, i to boleśnie: Apostołowie znali się nawzajem, mogli się wzajemnie porozumiewać i tworzyć — owszem, byli zobowiązani tworzyć — jedno ciało; ale teraz owe uczciwe i szczere serca, w których dobre nasienie wpadło na żyzną glebę, nawet się wzajemnie nie znają; a nawet gdy zdają im się poznawać sobie podobnych, to i tak nie wolno im tworzyć z nimi odrębnej społeczności.
Nie znają siebie nawzajem; nie znają siebie samych; nie śmią przywłaszczać sobie przyszłych tytułów wybranych Bożych, choćby naprawdę były dla nich przeznaczone; im zaś bliżej nieba, tym skromniej o sobie myślą. „Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój" — tak mówił ten, który miał większą wiarę niż ktokolwiek w Izraelu. Zaiste, nie znają własnej szczęśliwości, ani nie mogą wyróżnić tych, którzy są ich towarzyszami w szczęśliwości. Bóg sam widzi serce; od czasu do czasu, idąc swoją drogą, dostrzegają odblask dzieła Bożego w drugich; chwytają ich na chwilę w ciemności, lecz wkrótce ich tracą; słyszą ich głosy, ale nie mogą ich odnaleźć. Niewielu rzeczywiście objawia im się poniekąd. Spośród tych, z którymi przyszło im żyć, których widują nieustannie, jeden lub dwóch może dano im, by się nimi cieszyli — ale nawet i tych niewielu. Tak bowiem upodobało sobie Ogrodnikowi Winnicy, który zdaje się postanowił, by Jego własni nie rośli zbyt gęsto razem; a jeśli zdają się tak czynić, przycina On swoją winorośl, aby — wydając się mniej obfitować — obfitowała tym lepiej. Urywa niektóre z obietnic plonu; a ci, którzy pozostają, opłakują braci zabranych przez Boga do siebie, nie rozumiejąc, że to nie jest jakieś niezwykłe zrządzenie, lecz właśnie reguła Jego rządów, by zostawiać sługi swoje nieliczymi i samotnymi.
I nawet gdy znają się nawzajem (na tyle, na ile człowiek może znać człowieka), to — jak mówiłem — i tak nie wolno im tworzyć wyłącznej wspólnoty między sobą. Oczywiście każdy będzie naturalnie obcował najczęściej z tymi, których najbardziej miłuje; lecz co innego mieć upodobanie, a co innego przeprowadzać linię wykluczenia i tworzyć doborowe grono wewnątrz Kościoła. Widzialny Kościół Boży jest tą jedyną jedyną społecznością, jaką chrześcijanie jak dotąd znają; ustanowiony został w dniu Pięćdziesiątnicy, z Apostołami jako założycielami, ich następcami jako rządcami, i z wszystkimi wyznającymi wiarę chrześcijańską ludźmi jako członkami. W tym Kościele widzialnym Kościół niewidzialny jest stopniowo kształtowany i dojrzewa. Formuje go powoli i rozmaicie błogosławiony Duch Boży, w tym czy owym człowieku należącym do ogólnego ciała. Lecz wszystkie te błogosławione wypełnienia łaski Bożej są jak dotąd jedynie częściami Kościoła widzialnego; wyrastają zeń; od niego zależą; nie opierają się na sobie wzajemnie; nie tworzą razem jednego ciała; nie ma jeszcze ukształtowanego Kościoła niewidzialnego — jest to na razie jedynie nazwa; nazwa dana tym, którzy są ukryci i znani tylko Bogu, a na razie ledwie wpół ukształtowani: niedojrzały i stopniowo dojrzewający owoc wyrastający na pniu Kościoła widzialnego. Równie dobrze moglibyśmy próbować przepowiedzieć, które kwiaty ostatecznie wyjdą na dobre i dojrzeją do zbioru, a potem, zrachowawszy je wszystkie i złączywszy w myśli, nazywać je imieniem drzewa — jak próbować teraz łączyć w jedno prawdziwych wybranych Bożych. Rozsiani są wśród liści owej Mistycznej Winorośli, która jest widzialna, i czerpią życie z jej pnia i gałęzi. Żyją jej Sakramentami i jej Posługą; czerpią światło i zbawienie z jej obrzędów i ustanowień; łączą się wzajemnie przez nią; są posłuszni jej rządcom; kroją razem z jej członkami; nie śmią osądzać, czy ten czy ów, po prawej lub po lewej ich stronie, bezwzględnie należy do liczby tych, którzy będą zbawieni; przyjmują wszystkich jako braci w Chrystusie, jako uczestników tych samych ogólnych obietnic, którzy nie odrzucili jawnie Chrystusa — jako prawdziwych braci aż do śmierci, takich samych jak ci, którzy najściślej wypełniają swe powołanie.
Jednak zarazem, kochając w wierze tych wszystkich wokół siebie, których imię Chrystusowe znamionuje, i powstrzymując się od osądzania ich rzeczywistego stanu w oczach Bożych, nie mogą nie dostrzegać wiele w wielu z nich, co ich boli i gorszy; nie mogą nie czuć boleśnie obecności owej atmosfery światowej, która — skądkolwiek by się brała — ich osacza; czują uduszenie tymi oparami, w których wielu chętnie przebywa; i choć nie mogą przypisać zła poszczególnym sprawcom, pewni są, że jest to zło, któremu należy się opierać i na które wskazywać, a które ma swoje źródło gdzieś w Kościele. Dlatego w swoich środowiskach, wysokich czy niskich, wierni nieliczni są świadkami — są świadkami dla Boga i Chrystusa swoim życiem i swoimi wyznaniami, nie osądzając innych ani nie wywyższając siebie. Są świadkami w różnym stopniu, wobec różnych osób, mniej lub więcej, stosownie do potrzeby każdego — różniąc się od tłumu różnorako, zależnie od tego, czy każdy z owego tłumu, przed którym świadczą, jest lepszy lub gorszy, i w zależności od tego, jak sami są bardziej lub mniej zaawansowani w prawdzie — ale ogólnie biorąc, są świadkami, tak jak światło świadczy przeciwko ciemności samym kontrastem: dając dobro, a otrzymując zło; przyjmując na siebie wzgardę, szyderstwo i sprzeciw świata, zmieszane co prawda z pewną dozą chwały i czci — czci, która nie trwa długo, lecz wkrótce przemienia się w lęk i nienawiść. I stąd to ludzie religijni potrzebują pewnej pociechy, która by ich podtrzymywała, a której Kościół widzialny zdaje się na pierwszy rzut oka nie dostarczać, gdy wylewy bezbożności napełniają ich bojaźnią.
2. Cóż tedy powiemy, po wtóre, w takich okolicznościach? Czy są oni jedynie samotnymi świadkami, każdy na swoim miejscu? Czy Kościół, który widzą, jest naprawdę dla nich żadną pociechą, poza tą, którą daje wiara rozważająca jego niewidzialne dary? Czy też dostarcza im mimo wszystko jakiejś dotykalnej ostoi — wizji nieba, pokoju i czystości, przeciwstawnych temu, co teraz jest, pomimo zła, które w nim obfituje i które go przysłania? Przez wielkie miłosierdzie Boże jest nim naprawdę i to w niemałym stopniu — pociechą obecną i dotykalną, co zamierzam teraz wykazać.
Prawdą jest, że cokolwiek by uczynił, szatan nie może zgasić ani przyćmić światła Kościoła. Może oblepić je własnym złym wytworem, ale nawet ciała nieprzeźroczyste przepuszczają promienie, a Prawda jaśnieje własnym niebieskim blaskiem, choćby „pod korcem". Duch Święty raczył zamieszkać w Kościele i Kościół zawsze będzie nosił na swoim obliczu widzialne znaki swego ukrytego przywileju. Oglądany z pewnej odległości, cała jego powierzchnia będzie rozświetlona, choć światło naprawdę sączy się z otworów, które można by zliczyć. Rozproszeni świadkowie stają się w ten sposób, językiem przytoczonego tekstu, „obłokiem", jak Droga Mleczna na firmamencie.
Mamy w Piśmie Świętym zapisy tych, którzy w dawnych czasach żyli i umierali przez wiarę, i nic nie może nam ich odebrać. Siła szatana leży w tym, że zdaje się mieć po swojej stronie wielu; lecz gdy czytamy Biblię, argument ten traci nad nami swą władzę. Tam bowiem odkrywamy, że nie jesteśmy osamotnieni; że inni przed nami znajdowali się w naszym dokładnie położeniu, doznawali naszych uczuć, przechodzili nasze próby i pracowali dla nagrody, której my poszukujemy. Nic tak nie wznosi ducha jak świadomość bycia jednym z wielkiego i zwycięskiego grona. Czy żołnierz nie szczyci się swoim dowódcą i nie uważa jego triumfu za własny? Jest jednym z wielu, a jednak utożsamia siebie z armią i sprawą, której służy, i rozmyśla o zwycięstwach i tych, którzy je odnoszą, bardziej niż o przypadkowych stratach i klęskach. Czy obywatel potężnego kraju nie czuje z tego powodu radości i chluby? Czy nie słyszymy, jak mężczyźni szczycą się urodzeniem jako Anglicy? Chodzą i przyglądają się dziełom swoich dni i pomnikov swoich przodków, i mówią sobie, że ich ród jest szlachetny. O ileż pełniej, o ileż rozumniej jest to chłubą chrześcijanina — i bez żadnej nuty wyniosłości czy cielesności. On wie ze Słowa Bożego, że jest „obywatelem niemałego miasta". Czuje, że jego ród nie jest parvenu, lecz bardzo starożytny; albowiem Bóg Wszechmocny postanowił przez swego Syna przywieść wielu synów do chwały i odrodził ich w poszczególnych epokach, aby Mu służyli. Jest jednym z rzeszy, a wszyscy owi błogosławieni Święci, o których czyta, są jego braćmi w wierze. Znajduje w historii przeszłości szczególny rodzaj pociechy, która znosi wpływ widzialnego świata. Nie może wiedzieć, kto na ziemi jest teraz Świętym; ci, którzy jeszcze nie narodzili się, znani są tylko Bogu; lecz Święci minionych czasów są pieczętowani dla nieba i w pewnej mierze objawieni jemu. Duchy sprawiedliwych udoskonalonych zachęcają go, by szedł za nimi. Dlatego właśnie cechą chrześcijanina jest spoglądanie w przeszłość. Człowiek tego świata żyje w teraźniejszości lub spekuluje o przyszłości; wiara zaś spoczywa na przeszłości i jest z niej zadowolona. Czyni ona z przeszłości zwierciadło przyszłości. Przelicza szereg wiernych sług Bożych, do których Święty Paweł odwołuje się w tekście, i już nie czuje smutku, jak gdyby była sama. Abraham i Patriarchowie, Mojżesz, Samuel i Prorocy, Dawid i królowie, którzy kroczyli jego śladami — oto przodkowie chrześcijanina. Z biegiem czasu uczy się, że ma ich jako znajome postacie przed oczyma duszy, jednoczy swoją sprawę z ich sprawą, i skoro ich historia go pociesza, staje w ich obronie w swojej epoce. Dlatego czuwa zazdrośnie o ich cześć, a gdy są atakowani, odpowiada żywo, ku zaskoczeniu tych, którzy są zadowoleni z rzeczy takimi, jakimi są; lecz naprawdę jest zbyt wdzięczny, zbyt przywiązany, zbyt żywo zainteresowany sprawą, aby być grzeczny i hojny wobec tych, którzy ich atakują. Woli, by to teraźniejszość okazała się czepialna, niż by przeszłość okazała się błędna.
Lecz wróćmy do rzeczy: jakiż to świat współczucia i pociechy otwiera się nam w Obcowaniu Świętych! Poganie, którzy szukali prawdy najgorliwiej, zasychali z braku towarzyszy; każdy stał sam. Kuszeni byli myśleć, że wszystkie ich najlepsze uczucia są jedynie czczym słowem i że nie ma znaczenia, czy służą Bogu, czy są Mu nieposłuszni. Lecz Chrystus „zebrał rozproszone dzieci Boże" i przybliżył je do siebie nawzajem w każdym czasie i miejscu. Czy jesteśmy młodzi i w pokusie albo próbie? Nie możemy być w gorszym położeniu niż Józef. Czy chorujemy? Job przewyższy nas w cierpieniach, jak i w cierpliwości. Czy trapi nas zmieszanie i troska, sprzeczne obowiązki i umysł w rozterce, konieczność przypodobania się nieżyczliwym zwierzchnikom bez obrażania Boga? Nie możemy doznać tak ciężkiej próby jak Dawid, gdy prześladował go Saul. Czy naszym obowiązkiem jest dawać świadectwo prawdzie wśród grzeszników? Żaden chrześcijanin w dzisiejszych dniach nie może być tak ciężko doświadczony jak Jeremiasz. Czy mamy próby domowe? Job, Jakub i Dawid byli trapieni w swych dzieciach. Łatwo to co prawda powiedzieć, i niejednego człowieka można usłyszeć, jak to mówi, a sam nie jest wzruszony, sądzący, że to jedynie sprawa słów — coś łatwego i stosownego do powiedzenia, lecz zimna pociecha w rzeczywistym cierpieniu. Przyznam też, że człowiek nie może od razu skorzystać z tych rozważań. Człowiek, który nigdy nie myślał o historii Świętych, mało z niej zyska, gdy po raz pierwszy sięgnie po nią w chwili utrapienia. Odwróci się od niej z rozczarowaniem. Może powiedzieć: „Mój ból czy moja próba nie jest mniejsza przez to, że ktoś inny przeżył ją tysiąc lat temu." Lecz pociecha, o której mowa, przychodzi nie drogą rozumowania, lecz drogą przyzwyczajenia. Nużąca podróż wydaje się krótsza, gdy odbywa się w towarzystwie; jednak czy podróżnych jest wielu czy mało, każdy przechodzi tę samą drogę.
Tak czuje chrześcijanin wobec wszystkich Świętych, ale uczucie to wzbudza w nim szczególnie Kościół Chrystusowy i wszyscy, którzy do niego należą. Bo czymże jest ów Kościół, jeśli nie zastawem i dowodem nieumierającej miłości i potęgi Bożej z epoki na epokę? Bóg ustanowił go w miłosierdziu dla ludzkości, a jego obecność pośród nas jest dowodem, że pomimo naszych grzechów nie opuścił nas jeszcze: „Dotąd wspomógł nas Pan." Ustanowił go na fundamencie dwunastu Apostołów i obiecał, że bramy piekielne go nie przemogą; a jego obecność pośród nas jest dowodem Jego potęgi. Ustanowił go, by zajął miejsce po czterech potwornych królestwach, które wówczas istniały; i przeżył, by widzieć, jak owe ziemskie królestwa rozpadają się w proch i obracają wniwecz. Przeżył, by widzieć społeczeństwo odrodzone na wzór rządów, które trwają po dziś dzień. Żyje nadal, a jest starszy od nich wszystkich. Jakkolwiek słusznie czcimy starodawną genealogię, szlachetne urodzenie i ilustracyjnych przodków, dynastia królewska Apostołów jest o wiele starsza od wszystkich panujących dziś rodów królewskich na ziemi. Każdy Biskup Kościoła, którego napotykamy, jest prostym potomkiem Świętego Piotra i Świętego Pawła wedle porządku duchowego narodzenia — jest to myśl wzniosła, gdybyśmy tylko potrafili ją sobie uświadomić! Prawda, że w różnych czasach Biskupi zapominali o swym wysokim dostojeństwie i postępowali go niegodnie. Tak czynili też królowie i książęta; a jednak byli szlachetni z krwi mimo osobistych błędów i linia ich rodu nie jest przez to zerwana ani poniżona. I podobnie, choć prawdą jest, że potomkowie Apostołów żyli niekiedy dla tego świata, uważali siebie za przynależnych do tego świata, myśleli, że ich urząd jest świecki i doczesny, lub jeśli religijny, to przynajmniej „od ludzi i przez człowieka", nie „przez Jezusa Chrystusa", uważali za wielką rzecz posiadanie bogactw, zasiadanie na wysokich miejscach, posiadanie rangi i znaczenia, sławę uczoności, bycie doradcami królewskimi lub życie w dworach — to wszystko przyznawszy, mimo to nie są przez to mniej inspirującym przedmiotem dla wierzącego umysłu, który widzi w każdym z nich rękojmię Jego obietnicy: „Nie opuszczę cię ani nie porzucę cię." Rzekł, że będzie ze swoim Kościołem: oto i podtrzymał go przy życiu aż do dnia dzisiejszego. Podtrzymał linię swoich Apostołów nieprzerwanie przez każdą epokę i wszelkie trudy i niebezpieczeństwa świata. Tutaj więc z pewnością mamy pewne pokrzepienie wśród naszej samotności i słabości. Obecność każdego Biskupa przywołuje na myśl długą historię walk i prób, cierpień i zwycięstw, nadziei i obaw przez wiele stuleci. Jego obecność w dzisiejszym dniu jest owocem ich wszystkich. Jest żywym pomnikiem tych, którzy odeszli. Jest obietnicą odważnej walki i dobrego wyznania, i pogodnego męczeństwa teraz, jeśli zajdzie potrzeba — tak jak ukazywało to przykładem tych z dawnych czasów. Widzimy ich podobizny na naszych ścianach, a groby ich są pod naszymi stopami; i ufamy — owszem, jesteśmy pewni — że Bóg będzie dla nas w naszych dniach tym, czym był dla nich. Słowami Psalmisty: „Pan pamiętał o nas i będzie błogosławił; będzie błogosławił domowi Izraela; będzie błogosławił domowi Aarona."
A zwłaszcza widok naszych żywych Apostołów stawia przed naszymi myślami tych bardziej zasłużonych z ich pocztu, którzy w różnych czasach toczyli dobry bój wiary dzielnie i chwalebnie. Błogosławiony Bóg, że pozwolił nam ich poznać tak, jakbyśmy żyli w ich czasie i korzystali z ich przykładu i nauk. Lecz biada! pomimo różnorodności ksiąg krążących dziś wśród wszystkich warstw społeczeństwa, jakże mało wiemy o Świętych minionych czasów! Jak to wytłumaczyć? Czy Kościół Chrystusa zawiódł w jakiejś epoce? Czy Jego świadkowie zdradzili swe powołanie? Czyż nie są z kości naszych kości i z ciała naszego ciała? Czyż nie spożywali tego samego duchowego pokarmu co my i tego samego duchowego napoju, korzystali z tych samych modlitw i wyznawali ten sam symbol wiary? Jeśli ktoś chociażby zajrzy do Modlitewnika, natrafi tam na imiona, o których być może nie wie nic i o które się nie troszczy. Modlitwa, którą odmawiamy każdego dnia, nosi imię Świętego Chryzostoma; symbol wiary zwany jest Symbolem Świętego Atanazego; inny symbol nosi imię Nicejskiego; w Artykułach czytamy o Świętym Augustynie i Świętym Hieronimie; w Homiliach o wielu innych podobnych. Co znaczą te imiona? Smutno to, że nie macie serca dociekać o tych, którzy są waszymi współobywatelami, i sławić wielkich dobroczyńców waszych! Ludzie tego świata rozsławiają jedni drugich — szczycą się głośno; widzicie na każdej ulicy imiona i posągi synów ludzkich, słyszycie o ich czynach w przemówieniach i księgach historycznych; a nie chcecie wiedzieć nic o tych, którym zawdzięczacie światło ewangelicznej prawdy. Naprawdę byli oni w swoim dniu mężami Bożymi; byli rządcami i nauczycielami w Kościele; przyjęli przez sukcesję rąk władzę daną najpierw Apostołom, a teraz nam. Pracowali i cierpieli, i nie upadali na duchu, a ich pisma trwają aż do dnia dzisiejszego. Otóż człowiek, który pielęgnuje tę myśl, znajduje w niej, przez miłosierdzie Boże, wielkie pokrzepienie. Powiedzmy, że jest sam, jego wiara uchodzi za mrzonkę, a jego wysiłki czynienia dobra za szaleństwo — i cóż stąd? Wie, że bywały czasy, gdy jego przekonania były przekonaniami czcigodnych i wpływowych, a przekonania teraz w modzie nie były odrzucane jedynie dlatego, że nikt o nich nie słyszał. Wie, że obecne poglądy są przypadkiem dnia i że upadną, jak powstały. Niechybnie upadną, choćby w odległym czasie! Pracuje dla owego czasu; pracuje dla pięciuset lat, które przyjdą. Może w wierze czekać pięćset lat, czekać na epokę długo, długo po tym, jak obróci się w proch. Apostołowie żyli osiemset lat temu; i jak daleko chrześcijanin patrzy wstecz, tak daleko może pozwolić sobie patrzeć naprzód. Jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest, jeden Bóg i Ojciec wszystkich — od początku do końca.
Wspomniałem przed chwilą o naszych świętych Nabożeństwach; te z kolei mogą stać się podporą naszej wiary i nadziei. Kto przychodzi do kościoła, by czcić Boga, czy wysoki czy niski, wchodzi w ów niebiański świat Świętych, o którym mówiłem. Albowiem w obrzędach kultu Bożego wywołujemy i urzeczywistniamy to, co niewidzialne. Wiem oczywiście, że Chrystus jest wówczas szczególnie obecny i raczy nas błogosławić; lecz mówię tu wciąż o pomocy, jakiej dostarczają nam rzeczy zmysłowe; i nawet w tym niższym rozumieniu wiele dokonuje się dla nas w toku Bożego nabożeństwa. Czytamy z Biblii o Świętych, którzy poszli przed nami, i wspominamy ich w modlitwach naszych. Dziękujemy Bogu za nich, wielbimy Boga razem z nimi, modlimy się, aby Bóg nawiedził nas w miłosierdziu tak, jak ich nawiedzał. I wszelka doczesna myśl i zasada jest wykluczona. Świat nie panuje już, jak panuje poza kościołem; nie uczy, nie chwali, nie gani, nie szydzi, nie dziwi się wedle własnej fałszywej miary. Jest jedynie wzmiankowany jako jeden z trzech wielkich wrogów, którym przysięgliśmy się opierać; zajmuje właściwe sobie miejsce; a jego zagłada jest pewnie przepowiadana — ostateczne zwycięstwo Kościoła nad nim. A ponadto o wiele bardziej przemawia to, co się słyszy i widzi, niż to, co się czyta w książce. Gdy czytamy Biblię i księgi religijne prywatnie, mamy wielką pociechę; lecz nasze umysły bywają zwykle bardziej pobudzone i pokrzepione w kościele, gdy widzimy tam wystawione i unaoczniione te wielkie prawdy, o których mówi Pismo. Tam widzimy „Jezusa Chrystusa, wyraźnie wystawionego, ukrzyżowanego pośród nas". Ustanowienia, które tu widzimy, narzucają naszym zmysłom niewidzialną prawdę. Sam układ budynku, przytłumione światło, nawy, Ołtarz z pobożnymi ozdobami — to figury rzeczy niewidzialnych i pobudzają naszą słabnącą wiarę. Zdajemy się widzieć dwory niebieskie z Aniołami śpiewającymi i Apostołami oraz Prorokami słuchającymi, gdy we właściwej kolejności czytamy ich pisma. I tak nawet uczęszczanie w niedzielę może, przez miłosierdzie Boże, przynosić skutek nawet w przypadku tych, którzy nie oddali się Bogu — nie do ich zbawienia (bo nikt nie może być zbawiony przez jedno lub dwa obrzędy jedynie, ani bez życia wiary), lecz przynajmniej o tyle, że przerywa ich sen grzechowy i budzi w nich myśli i wyobrażenia, które mogą być zawiązkiem przyszłego dobra. Nawet do tych, powiadam, którzy żyją dla świata, samo niedzielne uczęszczanie do kościoła jest ustawicznym upomnieniem dla sumienia, dając im przebłysk rzeczy niewidzialnych i wybawiając ich w pewnej mierze z poddaństwa Mamonie lub Belialowi. I dlatego też pierwszym zabiegiem szatana, gdy chce zrujnować duszę, jest nakłonienie jej do zbeszczeszczenia Dnia Pańskiego. A jeśli taki jest skutek przychodzenia do kościoła raz w tygodniu, nawet w umyśle niezdecydowanym lub cielesnym, o ileż bardziej pociągające i ożywcze są Nabożeństwa dla ludzi poważnych, którzy przychodzą codziennie lub często! Zaiste, takie uczęszczanie jest ochroną, jak mówiono o amuletach — rzecz drobna z pozoru, lecz skuteczna. Mówię z pełnym przekonaniem: ten, kto ją zachowuje, z biegiem czasu stanie się człowiekiem innym, niż był — Bóg bowiem w nim działa. Jego serce będzie bardziej niebieskie i wzniosłe; świat leżeć będzie pod jego stopami; będzie odporny na jego mniemania, groźby, pochlebstwa, szyderstwo. Sam jego sposób patrzenia na rzeczy, sam głos, zachowanie, chód i oblicze, będą mówiły o niebie tym, którzy go dobrze znają, choć wielu nic w nim nie dostrzeże.
Wielu go nie rozumie, i nawet w Świętym Pawle czy Świętym Janie ujrzałoby jedynie zwykłych ludzi. Jednak niekiedy taki człowiek przemówi skutecznie nawet do wielu. W porach niezwykłego udręczenia lub trwogi, gdy umysły ludzkie mdleją z przerażenia, będzie miał naturalną władzę nad światem i zdawać się będzie, że przemawia nie jako jednostka, lecz jakby skupiła się w nim cała cnota i łaska owych licznych Świętych, którzy przez całe życie byli jego towarzyszami. Żył z tymi, którzy odeszli, i będzie się zdawał światu kimś, kto przychodzi zza grobu, przemawia w imieniu umarłych, posługuje się językiem dusz umarłych na to, co widzialne, objawia tajemnice niebiańskiego świata i przejmuje grozą i ujmuje tych, którzy są przywiązani do tego świata. Jakże małą wagę przywiązywał setnik i załoga okrętowa do Świętego Pawła, dopóki burza długo „nie gnębiła ich" i „nie przepadła wszelka nadzieja, że będą ocaleni"! Lecz wówczas, choć nie uczynił żadnego cudu, „stanął pośrodku," zagrzał ich i pokrzepił, kazał im jeść, działał jako ich kapłan, dziękując Bogu i łamiąc chleb wobec nich wszystkich — i napełnił ich „dobrą myślą". Taki jest dar głęboko ukryty i wyjawiony niekiedy w tych, którzy wstąpili do trzeciego nieba. Jeden żyjący Święty, choćby był jedynym, jest zastawem całego Kościoła niewidzialnego. Niechaj ta myśl pocieszy nas, jak powinna; niechaj wywiera w nas pełny swój wpływ i niechaj nami zawładnie. „Wznieśmy serca nasze", wznieśmy je „do Pana"!