HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom III

Kazanie XX. Chrzest niemowląt

Gdy potrzebuję nadziei Chrzest i bierzmowanie
„Ktokolwiek przyjmie jedno takie dziecię w imię Moje, Mnie przyjmuje."
W skrócie. Newman uzasadnia Chrzest niemowląt przez ukazanie, że bez możliwości włączenia dzieci do Kościoła od narodzin chrześcijańskie rodzicielstwo byłoby obciążone nieznośną odpowiedzialnością za darowanie istnienia grzesznym duszom. Chrystus, nakazując przynosić dzieci do Siebie, ujawnia swoje tajne wybranie w widzialnym Sakramencie i uwalnia serca rodziców od trwogi. Kazanie wzywa do traktowania rodzicielstwa jako świętej służby i wychowywania dzieci dla wieczności, nie tylko dla potrzeb świata.

„Być chrześcijaninem jest jednym z najwspanialszych i najbardziej uroczystych darów na świecie.”

*„Ktokolwiek przyjmie jedno takie dziecię w imię Moje, Mnie przyjmuje."* — Mt 18,5

Być może nie ma słów wypowiedzianych przez Pana naszego w Ewangeliach, które byłyby bardziej łaskawe i pełne troski, a zarazem święte, sprawiedliwe i dobre — o ile wolno nam mierzyć Jego słowa naszym własnym ich rozumieniem — niż zachęta zawarta w tym tekście i w innych mu podobnych; żadnych bardziej łaskawych i pełnych troski, gdy wziąć pod uwagę naszą naturę i konieczne następstwo wiary w prawdy, które On nam objawił. Objawił nam życie i nieśmiertelność; lecz wraz z życiem nieśmiertelnym objawił nam także śmierć wieczną. Wyjawił tę przerażającą prawdę, że dusza nigdy nie umiera, nigdy nie przestaje myśleć i być świadoma, nigdy nie traci zdolności do szczęścia lub do nędzy; że z chwilą, gdy człowiek przychodził na świat, ani czas, ani miejsce, ani przyjaciel, ani wróg, ani Aniołowie, ani złe duchy, nie mogą dotknąć żywego pierwiastka w nim zamkniętego; a nawet on sam nie ma nad sobą żadnej mocy; lecz tak, jak zaczął istnieć, tak też musi trwać w bycie aż po wieczność. Nauczył nas, że każde dziecię od chwili swych narodzin ma tę perspektywę przed sobą; że wcale nie jest pewne nieba, lecz wystawione jest na próbę — czy będzie służyć Bogu, czy nie; co więcej, nie tylko na próbę, ale na próbę, do której przystępuje w nierównych warunkach; nie na próbę, której byłoby równe, lecz z silną skłonnością wewnętrzną ku gorszej stronie, z ciążeniem ku ziemi; tak że z siebie samego nie jest w stanie służyć Bogu w sposób przyjemny Mu, ani nawet pokutować za swą niegodną służbę.

Powiadam więc, że gdybyśmy tylko to wiedzieli, żaden człowiek refleksyjny nie mógłby bez najgłębszego upokorzenia i trwogi myśleć o tym, iż ponosi odpowiedzialność za to, że dał istnienie istotom narażonym na tak opłakane niedogodności. Zaprawdę, gdybyśmy znali jedynie podstawowe prawdy Ewangelii — mianowicie że człowiek z natury swej jest grzesznikiem, i że choć odkupiony przez Chrystusa, nie może własnymi siłami zwrócić się do Chrystusa — powiadam, że okrucieństwo dawania życia biednym niemowlętom, które odziedziczyć miałyby naszą naturę i otrzymać od nas pierworodną spuściznę skażenia, byłoby tak wielkie, iż chyląc głowę przed postanowieniem Bożym i wierząc, że jest ono dobre i prawdziwe, musielibyśmy razem z Apostołami — jak uczynili to pewnego razu — wyznać, że „dobrze jest nie żenić się". Nasza wiedza o prawdziwym stanie człowieka w oczach Bożych prowadziłaby niechybnie do rozkładu społeczeństwa, w miarę jak byłaby szczerze i prosto przyjmowana; bo co za pożytek wiedzieć, że Chrystus za nas umarł, jeśli wiemy zarazem, że nikt z natury nie jest zdolny do nawrócenia i wiary, i nie wiemy nic ponadto? Skłaniałoby to refleksyjnych ludzi do myślenia jedynie o własnym zbawieniu osobistym, a tym samym ograbienia Chrystusa z sukcesji wierzących i z wiecznej rodziny Świętych, która ma być solą ziemi aż do skończenia czasu, i pełnym owocem Jego Męki.

Prawda, istnieje jeszcze jedna nauka ponad te, które wymieniłem — mianowicie że Chrystus nie tylko umarł za grzeszników, lecz zsyła z wysoka wpływy łaski, aby dozwolić im kochać to, czego z natury kochać nie mogą, i czynić to, czego czynić nie mogą — aby wierzyli i byli posłuszni. Lecz nawet to nie wystarczyłoby, by usunąć trwogę i udręczenie chrześcijańskiego rodzica. Bo choć Bóg miłosiernie użycza swej łaski, by ludzie uwierzyli w Jego Syna, to przecież tak pewne, jak prawda samego Pisma Świętego, jest i to, że nie użycza jej wszystkim, lecz tym, którym chce. Jeśli jakiekolwiek słowo Pisma Świętego jest prawdziwe, to i to jest prawdziwe — że istnieje wybranie; że „nie jest to z woli chcącego ani z zabiegów biegnącego, ale z łaski Boga okazującego miłosierdzie"; że jedni ludzie zostają przybliżeni do Boga i obdarzeni Jego odradzającą łaską, a inni nie; tak więc choćbyśmy wiedzieli o darze Ducha Świętego ile tylko możemy, jak też o zasługującej śmierci Chrystusa, ta wiedza nie przybliżałaby ani o krztę bardziej ludzi pobożnych do pogodzenia się z tym, co muszą nieuchronnie uznać za okrucieństwo i za osobistą odpowiedzialność zostania rodzicem.

Powiedziałbym zatem, że gdyby to było wszystko, co wiemy w tej materii, nikt poważny nie byłby w stanie znieść myśli o pomnażaniu na tym świecie „dzieci gniewu", chyba że wyraźne Boskie przykazanie nakłada nań ten obowiązek. Bo jeśli nawet jeden rozmyślny czyn grzechu jest — jak jest w istocie — sprawą wielką i straszliwą, śmiertelną i potępiającą, to czymże jest jakikolwiek grzech — bluźnierstwo, morderstwo, bałwochwalstwo, choćby największy — czym byłby w porównaniu z daniem istnienia duszy rozumnej, jednostkowej, odpowiedzialnej, naładowanej wszystkimi wrażliwościami i uczuciami właściwymi naturze ludzkiej, zdolnej do bólu, nieśmiertelnej, i w stosownym czasie ujawniającej wolę nieuleczalnie zepsutą i serce będące w nieprzyjaźni z Bogiem — choćby istniała szansa, że być może okaże się jedną z tych, które zostały wybrane do życia wiecznego? Nie ma wątpliwości, że gdybyśmy nie wiedzieli nic więcej o Ewangelii niż to, co dotychczas wymieniłem, gdybyśmy się zadowolili ową połową Ewangelii, która bywa niekiedy brana za całość, nikt nie byłby tak samolubny i tak bez serca, jak my, gdybyśmy mogli z zadowoleniem otaczać się — dla ziemskich wygód, wesołego ogniska domowego i tym podobnych — tymi, o których, jakkolwiek gorąco ich miłując i żarliwie za nich się modląc, wiedzielibyśmy tylko tyle: że istnieje pewna szansa — szansa jakiegoś rodzaju — że być może znajdą się w gronie niewielu, których Chrystus wyrywa z przekleństwa grzechu pierworodnego.

Zobaczmy teraz, w jaki sposób łaskawe słowa zawarte w tekście usuwają tę trudność.

Zaprawdę, nasz Miłosierny Zbawiciel uczynił dla nas coś o wiele więcej niż objawił cudowne nauki Ewangelii: umożliwił nam ich stosowanie. Dał nam wskazania, jak również nauki, a udzielając ich, udzielił nam szczególnej zachęty i pociechy. Jakim bezużytecznym i martwym byłby ten świat, gdyby światło słońca nie rozpraszało się przez powietrze i nie padało na wszystkie otaczające nas przedmioty, pozwalając nam widzieć ziemię i niebo, a nie tylko samo słońce! Czyż nie możemy sobie wyobrazić natury tak urządzonej, że słońce jawiłoby się jako jasna plama na firmamencie, podczas gdy samo niebo byłoby czarne jak w bezgwiezdną noc, a ziemia ciemna jak zmierzch? Taki byłby nasz stan religijny, gdyby Pan nasz nie zastosował, nie zróżnicował i nie przelał to w tę, to w ową stronę, w cieple i świetle, owych niebiańskich chwał, które skupione są w Nim. Jaśniałby nad nami z wysoka we wszystkich swych wyniosłych przymiotach i posługach — jako Prorok, Kapłan i Król swych wybranych; ale jak mielibyśmy przyswajać sobie Jego łaskę? Jakże mielibyśmy uzyskać — i wiedzieć, że uzyskujemy — odpowiedź na nasze modlitwy; jak zapewnić sobie kojącą pewność, że miłuje nas osobiście i przemieni nasze serca, które sami czujemy tak ziemskie, i zmyje nasze grzechy, które wyznajemy jako tak liczne, gdyby nie dał nam Sakramentów — środków i zastawów łaski, kluczy otwierających skarbnicę miłosierdzia, ustanowień, w których nie tylko prosimy, ale przyjmujemy, i wiemy, że przyjmujemy, wszystko, co możemy przyjąć jako istoty odpowiedzialne (nie, zaiste, pewność nieba, bo jeszcze jesteśmy w ciele), lecz pewność obecnej łaski Bożej, pewność, że Bóg jest z nami pojednany, że będzie działał w nas i z nami ku wszelkiej sprawiedliwości, że zaspokoił nasz niedostatek tak, iż odtąd niczego nam nie zabraknie do dopełnienia i przeobfitego uświęcenia naszej ułomnej i grzesznej natury, i będziemy mieć wszystko, i więcej niż wszystko, co kiedykolwiek miał Adam w swojej pierwotnej czystości, co kiedykolwiek miał najwyższy Archanioł czy Seraf, gdy był wystawiany na próbę, czy wytrwa, czy upadnie?

Mianowicie w szczególnym przypadku, który rozważałem, nasz łaskawy Pan uczynił o wiele więcej niż powiedzieć nam, że pewne dusze są wybrane do miłosierdzia odkupienia, a inne nie. Nie pozostawił chrześcijan w tej niepewności co do ich dzieci. Zapewnił nas wyraźnie, że dzieci należą do grona Jego wybranych; a jeśli ktoś zapyta — czy wszystkie dzieci — odpowiem: wszystkie dzieci, które możecie przynieść do Chrztu, wszystkie, które są w jego zasięgu. Tak dosłownie wypełnił On swe obietnice: „Ej, wszyscy, którzy pragniecie, pójdźcie do wód, a kto nie ma pieniędzy, pójdźcie, kupujcie i spożywajcie; pójdźcie, kupujcie bez pieniędzy i bez zapłaty wino i mleko!"; i znowu: „Wszystko, co mi daje Ojciec, przyjdzie do Mnie, a tego, kto przychodzi do Mnie, nie odrzucę precz." Ujawnił On swe tajemne wybranie w widzialnym Sakramencie i tym samym dał chrześcijanom możność godzenia się z tym, przed czym inaczej musieliby się wzbraniać — z byciem rodzicami. Uwalnia, bracia moi, wasze niespokojne serca, niespokojne, jak muszą zawsze być, o dobro waszych dzieci — nawet po wszystkich dobrych obietnicach Ewangelii, lecz niewyraźnie niespokojne, zanim zrozumieliście, w jaki sposób możecie uwolnić się od ciężkiej odpowiedzialności za darowanie grzesznym stworzeniom, których nie możecie odmienić, wiecznego istnienia. Z najczulszym uczuciem usuwa On waszą trudność. Nakazuje wam przynosić je do Niego od samego początku, a potem brać i wychowywać je w Jego imię. Podobnie jak córka Faraona bierze je do siebie, gdy wy, ich naturalni krewni, byliście zmuszeni porzucić je na nieuchronną śmierć; i potem oddaje je wam z powrotem, abyście pielęgnowali je dla Jego chwały. „Dopuśćcie dzieci i nie zabraniajcie im przychodzić do Mnie; albowiem do takich należy królestwo Boże." I znowu w tekście: „Ktokolwiek przyjmie jedno takie dziecię w imię Moje, Mnie przyjmuje." Zważcie, jak mówi, jakby pragnął dać wam jakąś wielką i pilną zachętę; nie tylko udziela pozwolenia, lecz przyrzeka nagrodę tym, którzy Jemu poświęcają dzieci. Nie tylko nakazuje nam czynić to właśnie, co sami pragnęlibyśmy czynić, lecz obdarza to działanie podwójnym błogosławieństwem. Przyrzeka, że jeśli przyniesiemy do Niego dzieci po Jego błogosławieństwo, On pobłogosławi nas za ich przynoszenie; jeśli przyjmiemy je dla Jego chwały, sprawi, by było to jakby przyjęcie samego Jego — co jest najwspanialszą nagrodą, jaką mógłby nam dać. Przeto gdy jesteśmy zajęci tym dziełem przyjmowania dzieci w Jego imię, pamiętajmy ku naszej wielkiej pociesze, że nie uczestniczymy w żadnym ziemskim trudzie; bierzemy udział w radosnej uroczystości, w błogosławionym i świętym ustanowieniu, w którym nasz Zbawiciel Chrystus nie tylko przychodzi do nich, lecz jest duchowo przyjmowany do naszych własnych dusz.

Powyższe rozważania nasuwają się przy pierwszym spojrzeniu na ten temat. Można by jednak zarzucić, że mimo wszystko wielu odpada od Boga nawet posiadając przywileje Chrztu; a jeśli tak, narodziny dzieci nie są mniej wstrząsającym przedmiotem rozmyślań niż dawniej, owszem — są nim bardziej, jako że cięższa zguba czeka tych, którzy grzeszą po darowanej łasce, niż tych, którzy jej nie otrzymali.

Lecz ten zarzut przywiodłoby nas z pewnością do zupełnie innego pytania. To, co mówiłem, sprowadza się do następującego: dziecię zdaje się, ze swej natury samej — skażonej i bezbożnej — skarżyć na rodziców, którzy mu ją dali; chcę przez to powiedzieć, że tak się zdaje w mniemaniu rodziców, gdy myślą o nim. Ich czuła miłość ku niemu jest upokarzana i trapiona tą myślą: „Ten drogi i bezbronny przedmiot naszej miłości jest grzesznikiem przez swoich rodziców, uformowany w nieprawości, poczęty w grzechu, urodzony jako dziecię gniewu." Otóż sądzę, że ta straszliwa myśl zostaje natychmiast usunięta, gdy tylko okaże się, że ci, którzy dali mu jego naturalne istnienie, mogą również przywieść go do drugich narodzin, w których grzech pierworodny jest zmyty, a takie wpływy łaski dane i przyobiecane, że staje się własną winą dziecięcia, jeśli ostatecznie nie dostępuje wiecznego dziedzictwa szczęśliwości w obecności Bożej. Naprawiają oni swą pierwotną szkodę. Teraz gdy Chrystus przyjmuje nas w niemowlęctwie, nikt nie ma powodu, by uskarżać się na swą upadłą naturę. Przez urodzenie przyjmuje on przekleństwo, lecz przez Chrzest błogosławieństwo — i to błogosławieństwo jest większe; a szemrać teraz na swój los jest tym samym co szemrać na to, że w ogóle zostało się stworzonym, że zostało się stworzonym jako istota odpowiedzialna; a to jest szemraniem nie przeciw człowiekowi, lecz przeciw Bogu. Choć bowiem to człowiek sprawił, że nasza natura skłoniona jest ku złemu, to przecież że jesteśmy istotami wystawionymi na próbę, z naturą moralną, ze zdolnością czynienia dobra lub zła i możnością szczęścia lub nędzy — nie jest dziełem człowieka, lecz Stwórcy. Tak więc rodzice, którym dozwolono jest udzielić potomstwu swemu drugich narodzin, odtąd jedynie dzielą i kryją się w Jego odpowiedzialności — o ile śmiem się tak wyrazić — który jest na wieki „usprawiedliwiony w słowach swoich i zwycięski, gdy Go osądzają."

Można by jednak zapytać, jak to odnosi się do przypadku pogan. Oni nie mogą przynosić swych dzieci do Chrztu, a więc ponoszą odpowiedzialność za darowanie istnienia duszom, które żyją i umierają w gniewie Bożym. Odpowiadam, że człowiek nie może ponosić odpowiedzialności za to, czego jest zupełnie nieświadomy. Poganie nie znają prawdziwego stanu ludzkości, a przeto nie mogą mieć żadnych obowiązków wynikających z tej wiedzy. Żaden z nas, nawet chrześcijanie, nie zna w pełni swego własnego stanu i następstw swych czynów; inaczej bylibyśmy zapewne zbyt przytłoczeni, by w ogóle działać. Gdybyśmy widzieli pełne następstwa któregokolwiek grzechu, widzieli, jak rozszerza się on przez zarazę przykładu i wpływu po całym świecie, ile dusz rani i jakie są jego wieczne skutki, stalibyśmy się zapewne bez mowy i bez ruchu, jak gdybyśmy ujrzeli płomienie ognia piekielnego. Dano nam tyle światła, ile potrzeba do kierowania nami i do czynienia nas istotami odpowiedzialnymi, ale nie tyle, by nas przytłoczyć. Nie objawia nam się tajemnicy naszej grzesznej natury, dopóki nie objawi się nam środków, by z niej się wydostać; nie mówi nam się o przerażającym gniewie Bożym, dopóki nie powie się o Jego miłości w Chrystusie. Poganie nie znają Chrztu, lecz nie znają też grzechu pierworodnego; Bóg bowiem przeznaczyłby trwogę, wiarę i nadzieję wszystkim ludziom, a rozpaczy — nikomu. Co więcej, poganie nie wiedzą nic o wieczności przyszłej kary, a jednak Pan nasz, w Swym opisie Sądu, gdy „wszystkie narody" zgromadzone będą przed Nim, nie wyłącza ich od jej ryzyka. Nie wiedzą ani o śmierci wiecznej, ani o życiu wiecznym. Zostawmy przypadek pogan, o którym nic nam nie zostało objawione; są oni w ręku Boga — Boga sprawiedliwego i miłosiernego. „Czy Sędzia całej ziemi nie postąpi sprawiedliwie?"

Lecz dalej — można by zarzucić, że choć Chrzest jest udzielany dzieciom chrześcijańskich rodziców, to przecież wyraźnie zapewnieni jesteśmy, że nie wielu, a niewielu będzie zbawionych; tak więc dar, choćby wielki, nie usuwa trudności stojącej nam na drodze ani nie czyni mniejszym ryzykiem wprowadzania w istnienie tych, którzy skłonniejsi są znaleźć się wśród nieszczęsnych wielu niż wśród szczęśliwych niewielu. Lecz jest to z pewnością niezrozumienie słów naszego Zbawiciela. Gdzież mówi On, że tylko niewielu spośród dzieci szczerych Jego naśladowców będzie zbawionych? Mówi wprawdzie, że mało będzie tych, którzy zginą z całej rzeszy odrodzonych; a większa ich część — jak aż nazbyt dobrze wiemy — jest nieposłuszna swemu powołaniu. Cóż dziwnego, że ich dzieci wyrastają podobne do nich i żyją dla tego świata. Lecz dlatego że większość ludzi nadużywa swych przywilejów — co widzimy naocznie — i dlatego że nie śmiemy żywić żadnych pochopnych nadziei co do dzieci nietroskliwych rodziców, jakże z tego wynika, że ci, którzy żyją w wierze Bożej i bojaźni Bożej i starają się oraz dążą do znalezienia się w gronie wybranych niewielu, nie mogą żywić ufności, że i ich dzieci, podobnie, w stosownym czasie okażą posłuszeństwo Bożemu powołaniu, ulegną Jego Duchowi Świętemu, „będą upodobnione do obrazu Jego Jednorodzonego Syna, pobożnie postępować będą w dobrych uczynkach" i w końcu osiągną wieczną chwałę? Salomon, nawet pod Prawem, zapewnia nas, że jeśli „dziecię wychowane jest w drodze, którą iść powinno, gdy się zestarzeje, nie odstąpi od niej". Tym bardziej — da Bóg — okaże się to prawdą tam, gdzie modlitwy rodziców i wychowanie dzieci poprzedzone są udzieleniem tak wielkiego i tak bliskiego dobrodziejstwa, jakim jest odradzający Chrzest; tym bardziej, gdy Jego Syn tak łaskawie uczynił z małych dzieci wzory dla ludzi dorosłych, oświadczając, że wtedy, i tylko wtedy, stajemy się prawdziwymi członkami Jego Królestwa, gdy stajemy się podobni do nich, i gdy na znak swej łaski „wziął je na ramiona, włożył na nie ręce i błogosławił im." Niech człowiek zastanowi się, ile mieści się w oświadczeniu, że Bóg „nie przeznaczył nas ku gniewowi, ale ku nabywaniu zbawienia"; a poczuje, że może bezpiecznie powierzyć swe dzieci ich Panu i Zbawicielowi — gdyż wstrzymywanie się nie jest już poważną roztropnością, lecz nieufną i niewdzięczną zazdrością, a troska o nie nie jest ani uciążliwą, ani smutną pracą, choć pełną trwogi, lecz pracą miłości, radosną służbą oddaną Chrystusowi.

Wreszcie, można by jeszcze zapytać, cóż ostatecznie zyska się przez chrześcijański Chrzest, czego by się nie miało bez niego, skoro nadzieje dzieci mają być ostatecznie oparte nie na udzielonym Sakramencie, lecz na wierze rodziców, ich modlitwach i troskliwym wychowywaniu dzieci. Tych środków — można by zarzucić — używaliby i używali ludzie pobożni, choćby znali jedynie zasługi i dary Chrystusa, bez wskazania, jak przekazywać je i stosować do poszczególnych osób; modliliby się i byliby troskliwi wówczas, i w ten sposób uzyskiwaliby łaskę dla swych dzieci — a więcej teraz uczynić nie mogą. Lecz czy naprawdę możecie tak rozumować? Cóż! czyż nie ma różnicy między proszeniem a otrzymywaniem? — bo modlitwa jest proszeniem, a Chrzest jest otrzymywaniem. Czyż nie ma różnicy między szansą a pewnością? Jakże wiele niemowląt umiera w dzieciństwie! Czy to nie robi żadnej różnicy — wiedzieć, że dziecię odeszło do nieba, czy że umarło takim, jakim się urodziło? Lecz przypuśćmy, że dziecię żyje — czyż odrodzenie nie jest rzeczywistym dobrodziejstwem? Czy nie odnawia naszej natury, nie wywyższa nas w porządku bytów, nie daje nam dodatkowych mocy, nie otwiera przed nami niezliczonych błogosławieństw i nie rozjaśnia w najwyższym stopniu perspektywy naszego zbawienia, jeśli podąży za nim wychowanie religijne? Powiem więcej. Wielu ludzi umiera bez żadnych oznak utwierdzonej świętości ani ukształtowanego charakteru w tę czy w tamtą stronę. Wiemy wprawdzie, że przywileje, z których się nie skorzystało, nikogo nie zbawią; lecz nie wiemy, nie możemy orzekać, czy w duszach, gdzie jest mało siły, a wiele zmagań i wiele pokuty, ich odrodzenie może nie wychodzić im na korzyść w przyszłości w jakiś tajemny sposób, którego przy naszej obecnej wiedzy nie jesteśmy w stanie wyrazić słowami ani sobie wyobrazić. Z pewnością niemałym dobrodziejstwem jest „stać się uczestnikami Ducha Świętego i zakosztować daru niebieskiego oraz mocy wieku przyszłego."

Ufam, iż te rozważania — z pomocą łaski Bożej — wystarczą, by otworzyć przed wami poważniejszy widok na omawiany temat, niż ten, który jest często przyjmowany nawet przez tych, którzy nie są bez myśli religijnych w jego sprawie. Obawiam się wszak, że większość ludzi, choć wyznaje religię i odczuwa do niej szacunek, ma jednak bardzo niskie i ciasne wyobrażenia o godności swojego stanu jako chrześcijan. Być chrześcijaninem jest jednym z najwspanialszych i najbardziej uroczystych darów na świecie. Jest to, w pewnym sensie, być wyżej niż Anioł czy Archanioł. Jeśli mamy choćby cząstkę oświeconej wiary, zrozumiemy, że nasz stan jako członków Kościoła Chrystusowego pełen jest tajemnicy. Cóż tak tajemniczego jak rodzenie się — jak my się rodzimy — pod gniewem Bożym? Cóż tak tajemniczego jak odkupienie przez śmierć Syna Bożego, który stał się ciałem? Cóż tak tajemniczego jak przyjmowanie cnoty tej śmierci jeden po drugim przez Sakramenty? Cóż tak tajemniczego jak możność nauczania i kształtowania siebie nawzajem ku dobru lub ku złu? Gdy człowiek choć trochę wniknie w takie myśli, jakże się zmienia jego pogląd na narodziny dzieci! W jakże innym świetle jawią mu się jego obowiązki rodzicielskie! Wyobrażenie, jakie żywi większość ludzi, zdaje się być takim, że miłą rzeczą jest mieć dom — i to bywa zwane niewinnym i godnym pochwały motywem do zawarcia małżeństwa — że żona i rodzina są pociechami. A najwyższy pogląd, jaki pewna liczba osób żywi, jest taki, że małżeństwo jest przyzwoite i szanowne; że daje człowiekowi pozycję w społeczeństwie i ustala go w życiu. Wszystko to prawda. Bez wątpienia żona i dzieci są błogosławieństwami od Boga; i godne jest chwały i słuszne być przywiązanym do rodziny i żyć w porządnych i zaszczytnych obyczajach. Lecz człowiek, który ogranicza swój pogląd do tych myśli, który nie patrzy na małżeństwo i narodziny dzieci jako na coś o wiele wznoślejszego i bardziej niebiańskiego niż cokolwiek, co widzimy; który nie dostrzega w Świętym Małżeństwie Bożego ustanowienia, które jest cieniem jedności między Chrystusem a Kościołem, i który nie łączy narodzin dzieci z ustanowieniem ich nowych narodzin — o takim człowieku mogę jedynie powiedzieć, że ma on bardzo cielesne zapatrywania. Dobrze jest pracować rok po roku w pocie czoła na chleb, który ginie; i jeśli powodzi się nam na świecie, brać udział i znajdować przyjemność w naszych rodzinach, nie szukając rozrywek poza domem; to jest bardzo dobrze — ale to nie jest religia; i starajmy się, by nasze uczucia ku nim stawały się coraz bardziej religijne. Strzeżmy się, by nie stawiać sobie za cel jedynie ich dobrego wykształcenia dla potrzeb tego świata, nawiązywania przez nich szanownych znajomości, osiągania powodzenia w swych powołaniach i dobrego urządzenia się w życiu. Nigdy nie myślmy, żeśmy uwolnili się od odpowiedzialności bycia ich rodzicami, dopóki nie przywiedliśmy ich do Chrystusa — tak przez Chrzest, jak i przez wychowanie religijne. Pamiętajmy zawsze modlić się o ich wieczne zbawienie; „czuwajmy nad ich duszami jako ci, którzy zdać muszą rachunek." Pamiętajmy, że zbawienie nie przychodzi samo przez się; że Chrzest, choć udzielony im raz i dawno, nigdy nie jest czymś minionym, lecz zawsze żyje w nich jako błogosławieństwo lub jako ciężar; i że choć możemy żywić radosną ufność, iż „Ten, który w nich zapoczątkował dobre dzieło, dokończy go" — prawo do tej ufności mamy dopiero wówczas, gdy spełniamy swą część ku jego wypełnieniu.

← wróć do odkrywania