*„Nie opuszczajcie wspólnych zgromadzeń swoich, jak to jest w zwyczaju niektórych, ale zachęcajcie się nawzajem, i to tym bardziej, im wyraźniej widzicie, że zbliża się dzień ów."* — Hbr 10,25
Pierwsi chrześcijanie założyli Kościół na nieustannej modlitwie. „Trwali jednomyślnie każdego dnia w świątyni, a łamiąc chleb po domach, spożywali pokarm z radością i prostotą serca, wielbiąc Boga." Święty Paweł w swych Listach zobowiązuje ich następców do naśladowania tego przykładu po wsze czasy. I zaiste — nawet gdyby on i pozostali Apostołowie milczeli — nie moglibyśmy sobie wyobrazić, że tak uroczyste otwarcie Ewangelii, jakie opisuje Księga Dziejów Apostolskich, miało charakter jedynie przejściowy, a nie było raczej wzorem tego, co winno się dziać wśród ludu wybranych w każdym wieku, i cieniem owej doskonałej służby, która będzie ich szczęśliwością w niebie. Wszelako święty Paweł usuwa wszelką wątpliwość w tej materii, wyraźnie nakazując ową zjednoczoną i nieustanną modlitwę w różnych miejscach swych Listów; na przykład: „Chcę więc, aby mężczyźni modlili się na każdym miejscu, podnosząc ręce czyste." „Trwajcie w modlitwie i czuwajcie w niej z dziękczynieniem," — oraz w tekście.
Lecz powiedzą nam: „Czasy się zmieniły; obrzędy i zwyczaje Kościoła mają charakter miejscowy i okolicznościowy; to, co było wówczas obowiązkiem, niekoniecznie jest nim teraz, choćby nawet święty Paweł nakazał to tym, do których pisał. Taka nieustanna modlitwa była szczególną formą, jaką przybrała religia pierwszych chrześcijan, a nasza przybrała inną postać." Niechaj nikt nie mniema, że ponieważ sam tak sformułowałem ten zarzut, to tym samym choćby na chwilę przyznaję, iż nieustanna modlitwa wspólna może pod względem religijnym być uważana za zwyczaj lub modę; ale tak właśnie jest traktowana — tak, być może, niektórzy z nas w głębi serca bywali nieraz kuszeni, by ją sobie wyobrażać; to znaczy skłanialiśmy się ku temu, by sądzić, że publiczne nabożeństwo w odstępach tygodniowych ma w sobie coś z naturalnej stosowności i rozumności, czego nie ma nieustanna modlitwa w dni powszednie. Niemniej — zakładając nawet to, przyznając, że codzienna modlitwa jest zwykłym obrzędem lub zwyczajem, podczas gdy niedzielna nim nie jest — nazywając ją jakimkolwiek tytułem, najbardziej lekceważącym i poniżającym — pytanie powraca: czy ten obrzęd lub zwyczaj nieustannej modlitwy wspólnej zamierzali Apostołowie dla każdego wieku Kościoła, czy tylko dla pierwszych chrześcijan? Przepis może być tylko pozytywny, a nie po prostu moralny, a jednak obowiązywać wiecznie. Otóż odpowiadam z przekonaniem, że zjednoczona modlitwa, modlitwa nieustanna, jest nakazana przez świętego Pawła w cytowanym właśnie fragmencie z Listu, który wyznacza reguły dla rządzenia Kościołem i jego należytego porządku aż do końca czasów.
Więcej nawet zasadności miałoby zbezczeszczenie niedzieli, której on tam nie wspomina, aniżeli zaniedbanie nieustannej modlitwy, o której mówi wyraźnie. Zwróćcie uwagę, jak jasno się wyraża: „Chcę tedy, aby mężczyźni modlili się na każdym miejscu;" — nie tylko w Jerozolimie, nie tylko w Koryncie, nie tylko w Rzymie, lecz nawet w Anglii; w Anglii w dniu dzisiejszym, w naszych ustronnych wioskach, w naszych bogatych, gwarnych, ruchliwych miastach — cokolwiek by było ważkością owych spraw doczesnych, które pochłaniają nasze myśli i czas.
Albo też weźcie sam tekst i rozważcie, czy sprzyja on pojęciu o zmianie lub złagodzeniu pierwotnego zwyczaju. „Nie opuszczajcie wspólnych zgromadzeń swoich, jak to jest w zwyczaju niektórych, ale zachęcajcie się nawzajem, i to tym bardziej, im wyraźniej widzicie, że zbliża się dzień ów." Wzrastające utrapienia świata, furia szatana i obłęd ludzi, przerażenie słońca, księżyca i gwiazd, udręka narodów w bezradności, omdlewanie serc ludzkich ze strachu, huk morza i fal — wszystkie te gromadzące się znaki gniewu Bożego są jeno wołaniem wzywającym nas do większej wytrwałości w modlitwie wspólnej. Niechaj to rozważą zwłaszcza ci, którzy mówią, że śnimy o minionych stuleciach, chybiamy celu i urodziliśmy się nie w swoim czasie, gdy nalegamy na takie obowiązki i praktyki, które są dziś zwykłą passé; którzy wskazują na zamieszanie i gorączkę wstrząsającą całym narodem i twierdzą, że i my musimy być zajęci i niespokojni, aby stosownie na nie odpowiedzieć; którzy powiadają, że prąd wydarzeń płynie w jednym kierunku i że musimy mu się poddać, jeśli chcemy być ludźmi praktycznymi; że próba tamowania nurtu, który i tak byłoby wielką rzeczą jedynie ukierunkować, jest jałowością; że skoro wiek obecny lubi rozmawiać o religii i słuchać o niej, a nie lubi milczącej zadumy, cierpliwego oczekiwania, powracającej modlitwy, surowych ćwiczeń, przeto musimy mu ulec i odrzuciwszy obrzędy i sakramenty, zamienić Ewangelię w tak zwana wiarę rozumową i religię serca — niechaj ci ludzie poważnie rozważą napomnienie świętego Pawła, że mamy wytrwać w modlitwie, i to na każdym miejscu, i tym bardziej, im bardziej sprawami tego świata miotają niepokój i zamęt; nie opuszczając wprawdzie czynnego działania, lecz i nie zaniedbując przez to modlitwy.
Mówiłem o świętym Pawle, ale rozważcie też, jak ta zasada „trwania w modlitwie" ukazuje się w dziejach świętego Piotra. Nauczył się on od swego Zbawiciela, że nie godzi się uważać modlitwy za stratę czasu. Chrystus wziął go ze sobą na świętą górę, choć tłumy oczekiwały na uzdrowienie i naukę w dolinie. Znowu — przed swą Męką zabrał go do ogrodu Getsemani; i gdy Sam się modlił, wezwał również jego do „czuwania i modlitwy, aby nie wpadł w pokusę." Dlatego też święty Piotr napomina nas w swoim pierwszym Liście, podobnie jak święty Paweł w tekście: „Koniec wszystkich rzeczy jest bliski. Bądźcie więc roztropni i trzeźwi, abyście mogli się modlić." I w jednym godnym pamięci fragmencie swych dziejów otrzymał on objawienie doniosłej i wielce łaskawej prawdy właśnie podczas modlitwy. Któż by nie powiedział, że marnuje czas, gdy zatrzymał się w domu Szymona w Jafie na wiele dni i wyszedł na taras, aby modlić się około godziny szóstej? „Czy to — można by zapytać — przystało apostołowi, którego posłannictwem było głoszenie Ewangelii? Czy zagrzebywał w ten sposób swoje światło zamiast wychodzić naprzeciw potrzebom chwili?" A jednak tam Bóg go spotkał i włożył mu słowo w usta. Tam poznał on pocieszającą prawdę, że poganie nie są już skalani i nieczyści, lecz dopuszczeni do Przymierza Łaski. A jeśli nieustanna modlitwa była zajęciem Apostoła, o ileż bardziej przestrzegali jej chrześcijanie mniej wyraziście powołani do pracy. Toteż gdy święty Piotr był w więzieniu, Kościół „bez ustanku" zanosiło za niego modlitwy i dzięki tym modlitwom był mu on udzielony. Gdy cudownie uwolniony przybył do domu Marii, matki Marka, zastał „wielu zebranych na modlitwie."
Ustalona i nieustanna modlitwa, a zwłaszcza modlitwa wspólna, jest zatem wyraźnym obowiązkiem chrześcijan. A jeśli zapytamy, jak często mamy się modlić, odpowiem, że skoro wiemy, że modlitwa jest obowiązkiem, powinniśmy ją uważać wprost za przywilej, wobec czego pytanie to staje się nie na miejscu. Zaprawdę, wiedząc, że wolno nam przystąpić do tronu łaski, jedyne dalsze pytanie brzmi: czy jest coś, co nam zabrania przychodzić często, czy jest coś sugerującego, że owo częste przychodzenie byłoby bezczelne i nieuszanowalne. Tak wielką łaską jest samo pozwolenie przyjścia, że pokorny umysł może słusznie zapytać: „Czy nie będzie świętokradztwem przychodzić, kiedy chcę?" Jeśli zaś nie — taki człowiek będzie rad przychodzić bez ustanku. Otóż, aby rozwiać te obawy, Pismo Święte zawiera nader łaskawe zapewnienia, że możemy przychodzić w każdej chwili. Na przykład w Modlitwie Pańskiej proszone jest o chleb powszedni na ten dzień; a więc nasz Zbawiciel zamierzał, aby odmawiano ją codziennie. Ponadto mówi się: „daj nam", „odpuść nam" — wolno więc słusznie wnioskować, że dana nam została jako modlitwa wspólna. Tak więc w samej Modlitwie Pańskiej zdaje się tkwić sankcja dla codziennej modlitwy jednoczącej. I znowu — rozważając Jego słowa w przypowieści — zdaje się nam dozwolona modlitwa co najmniej dwa razy dziennie: „Czyż Bóg nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy wołają do Niego dniem i nocą?" — choć jest to przyjmowanie słów zgodnie z bardzo ograniczoną ich wykładnią. A skoro Daniel modlił się trzy razy dziennie, a Psalmista nawet siedem razy pod Prawem, możemy wnioskować, że chrześcijanie z pewnością nie są nieuszanowani ani nie ściągają na siebie zarzutu używania czczych powtórzeń, choćby brali udział w wielu nabożeństwach.
Nie widzę teraz, co można by odpowiedzieć na te argumenty — niedoskonałe, jak są, w porównaniu z całym dowodem, jaki dałoby się przytoczyć — chyba tylko to, że niektóre z cytowanych tekstów mogą, być może, odnosić się do zwykłej modlitwy tajemnej, niemal bez słów, a niektóre mówią przede wszystkim o modlitwie prywatnej. Nie da się jednak zaprzeczyć, z drugiej strony, że modlitwa wspólna, nie zaś prywatna czy tajna, jest zasadniczo zamierzona w tych miejscach Nowego Testamentu, które w ogóle mówią o modlitwie; a jeśli tak, to reszta może być pozostawiona jako odniesienie pośrednie lub niepośrednie, zależnie od naszego rozstrzygnięcia, bez uszczerbku dla wniosku wyprowadzonego skądinąd. Jeżeli zaś ktoś powiada, że modlitwa rodzinna stanowi wypełnienie tego obowiązku bez modlitwy w kościele, odpowiem, że wcale nie mówię o niej jako o obowiązku, lecz jako o przywileju; nie tyle każę ludziom przychodzić do kościoła, ile głoszę radosną nowinę, że mogą. To z pewnością wystarczy dla tych, którzy „łakną i pragną sprawiedliwości" i pokornie pragną ujrzeć oblicze Boże.
Chciałbym teraz powiedzieć kilka słów o tym, jak pierwsi chrześcijanie wypełniali ten obowiązek.
Zupełnie na początku, gdy szalały prześladowania, gromadzili się, kiedy i gdzie mogli. Niekiedy mogli jedynie korzystać z obietnicy Chrystusa, że jeśli dwaj z Jego uczniów „zgodzą się na ziemi co do każdej rzeczy, o którą prosić będą, spełni im to ich Ojciec niebieski" — choć zdaje się, że nawet wówczas zbierali się w małych grupach, a w miastach schodzili się bez przerwy od samego początku. Stopniowo — w miarę jak umacniali się lub gdy im tolerowano — w pełni dowiedli swego świętego przywileju i okazali, czego pragnęły ich serca.
Ich najuroczytsza Służba odbywała się w dzień Pański, jak można się spodziewać, gdy celebrowano Świętą Eucharystię. Po niedzieli następowały środa i piątek, kiedy to zgromadzenia na modlitwę trwały do godziny trzeciej po południu i odprawiane były z postem; w niektórych miejscach również z Eucharystią. Sobotę zaś obchodzono w pewnych gałęziach Kościoła ze szczególną pobożnością, sprawując Święte Misteria i inne nabożeństwa jak w dzień Pański.
Następnie wymienić należy Święta Męczenników, gdy obok świętych obrzędów odprawianych w dzień Pański odczytywano jakiś opis szczególnego Męczennika czczonego w tym dniu, wraz z zachętami do naśladowania jego wzoru.
Te święta — zarówno niedziele, jak i dni świętych — otwierano zazwyczaj Wigilią, czyli czuwaniem religijnym, co widnieje w Kalendarzu na początku Modlitewnika. Trwały one przez noc.
Nadto były Święte Okresy, jak czterdzieści dni Wielkiego Postu dla postu, i pięćdziesiąt dni między Wielkanocą a Zielonymi Świątkami dla radości.
Tak przedstawiał się tok nabożeństw szczególnych we wczesnym Kościele; lecz prócz tego każdy dzień miał swoje zwykłe nabożeństwa, mianowicie modlitwę ranną i wieczorną.
Poza nimi wspomnieć można modlitwy kanonicznych godzin, które pierwotnie odprawiano prywatnie, a z czasem również we wspólnym nabożeństwie: mianowicie o godzinie trzeciej, to jest dziewiątej rano, na pamiątkę zstąpienia Ducha Świętego w Zielone Świątki o tej godzinie; o godzinie szóstej, czasie widzenia świętego Piotra w Jafie, na pamiątkę ukrzyżowania naszego Zbawiciela; i o godzinie dziewiątej, na pamiątkę Jego śmierci, która nastąpiła o tej właśnie porze, gdy święty Piotr i święty Jan wstąpili do świątyni i uzdrowili chromego. Można dodać, że w niektórych miejscach Świętą Eucharystię odprawiano i przyjmowano codziennie.
Bynajmniej nie jest to pełne wyliczenie świętych nabożeństw we wczesnym Kościele; ale jest ono w zupełności wystarczające dla mego celu, którym jest pokazanie, jak wysoko cenili oni przywilej modlitwy wspólnej i jak dosłownie rozumieli słowa Chrystusa i Jego Apostołów. Wcale nie utrzymuję, że każdy punkt karności i porządku musi dziś być dokładnie taki jak wówczas. Ówcześni chrześcijanie mieli więcej czasu niż wielu z nas; a pewne osobliwości owej epoki i miejsca mogły łączyć się i pozwalać im na to, czego my nie możemy czynić. Jednak tyle musi być jasne dla każdego bezstronnego człowieka, który rozważy stan rzeczy: że znajdowali oni w modlitwie jakąś radość, której my nie znajdywamy; że delektowali się ćwiczeniem, które — (boję się, że muszę to powiedzieć, choć już samo mówienie o tym wydaje się bezbożnością) — które my uznalibyśmy za boleśnie długie i nużące.
Warto też zaznaczyć o pierwszych chrześcijanach, że łączyli modlitwę wspólną i prywatną w swoim nabożeństwie. W dni święte na przykład, gdy trwało ono do godziny trzeciej po południu, zaczynali od śpiewania Psalmów, pośród których czytano dwie Lekcje, jak to jest u nas w zwyczaju — zazwyczaj jedną ze Starego i jedną z Nowego Testamentu. Lecz w niektórych miejscach zamiast tych Lekcji, po każdym Psalmie zostawiano krótki czas na modlitwę prywatną odmawianą w milczeniu, mniej więcej tak, jak my odmawiamy krótką modlitwę wchodząc do kościoła i wychodząc zeń. Po Psalmach i Lekcjach następowało Kazanie, a uroczyste modlitwy nie rozbrzmiewały jeszcze. Wkrótce potem następowała celebracja Świętej Komunii, której z kolei towarzyszył czas ciszy na modlitwę prywatną, podobnie jak my w dniu dzisiejszym mamy ją podczas udzielania Świętych Postaci pozostałym komunikantom.
I w ten sposób wydłużali oni i urozmaicali swe nabożeństwa, głównie dzięki modlitwom prywatnym i Psalmom; tak że choćby żaden regularny tok nabożeństwa nie postępował, kościół mógł być wypełniony ludźmi modlącymi się po cichu i wyznającymi grzechy swe, lub śpiewającymi wspólnie psalmy albo hymny. Tak właśnie spełniali nakazy Pisma: „Czy ktoś z was jest w utrapieniu? niech się modli; czy jest radosny? niech śpiewa psalmy," oraz „Słowo Chrystusa niech w was przebywa w całym bogactwie; z wszelką mądrością nauczajcie i napominajcie się nawzajem przez psalmy, hymny i pieśni duchowne, śpiewając z wdzięcznością Bogu w waszych sercach."
Powiedziałem już dość, by wprowadzić was w powody, dla których niedawno zapoczątkowałem Codzienne Nabożeństwo w tym kościele. Czułem, że jesteśmy bardzo niepodobni do pierwszych chrześcijan, gdybyśmy trwali bez niego; i że moim obowiązkiem jest dać wam sposobność do przestrzegania go, bo inaczej odmawiałbym wam przywileju. Jeśli zapytacie, dlaczego nie zacząłem wcześniej — wolę powiedzieć wam, dlaczego zacząłem właśnie teraz. Było to dlatego, że stan spraw publicznych był tak groźny, iż nie mogłem dłużej zwlekać; zdawało się bowiem, że jest to prawdziwe wezwanie dla wszystkich chrześcijan, by trwali gorliwie w modlitwie, tym bardziej, że zdawało im się, że widzą nadchodzący Dzień pomsty. W tych okolicznościach wydawało się złem odmawiać wam przywileju — jako przywilej bowiem pragnę go całkowicie uważać. Chciałbym na niego patrzeć raczej jako na przywilej niż jako na obowiązek, ponieważ wówczas od razu znikają wszelkie zawiłe pytania, które w przeciwnym razie gnębią umysł, czy człowiek powinien przychodzić czy nie. Uważając go w świetle przywileju, nie jestem zobowiązany do ganięcia człowieka za nieprzybycie. Mówię mu: Jeśli nie możesz przyjść, ponosisz wielką stratę. Być może masz rację nie przychodząc; masz obowiązki związane z doczesnym powołaniem, które mają do ciebie prawa; musisz służyć jak Marta, nie masz wolnego czasu jak Maria. Niech i tak będzie; lecz ponosisz stratę, jak Marta ponosiła ją, gdy Maria siedziała u stóp Jezusa. Ponosisz stratę; nie mówię, że Bóg nie może jej ci wynagrodzić; bez wątpienia błogosławić będzie każdego, kto trwa na drodze obowiązku. Błogosławił Piotrowi w więzieniu i Pawłowi na morzu, tak samo jak matce Marka czy córkom Filipa. Zapewne nawet w swych codziennych zajęciach możesz wielbić swego Zbawiciela; możesz myśleć o Nim; możesz myśleć o tych, którzy zebrali się na modlitwie; możesz śledzić w swoim sercu, na ile to możliwe, modlitwy, które oni zanoszą. Zapewne: tylko staraj się uświadomić sobie, że nieustanna modlitwa i chwała są przywilejem; tylko poczuj naprawdę — czego tłum chrześcijan jakoś ostatecznie nie rozpoznaje — że „dobrze nam tu być"; czuj jak czuli pierwsi chrześcijanie, gdy prześladowania nie pozwalały im się gromadzić, lub jak święty Dawid, gdy wołał: „Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego; kiedyż przybędę i ujrzę oblicze Boże?" — poczuj to, a ja nie będę się niepokoił o twoje przybycie; przyjdziesz, jeśli będziesz mógł.
Z tymi myślami w sercu postanowiłem ofiarować Bogu Codzienne Nabożeństwo tutaj osobiście, aby wszyscy, którzy chcą, mieli sposobność stanąć przed Nim; ofiarować je, nie czekając na zgromadzenie, lecz niezależnie od wszystkich ludzi, jak sankcjonuje to nasz Kościół; dać przykład i oszczędzić wam potrzeby czekania na siebie nawzajem; a przynajmniej dać sobie samemu, razem z pierwszymi chrześcijanami i świętym Piotrem na tarasie, pożytek — jeśli nie z modlitwy wspólnej, to przynajmniej z prywatnej, jak przystoi chrześcijańskiemu kapłaństwu. Jest rzeczą zupełnie jasną, że znaczna większość naszego Codziennego Nabożeństwa, choć bardziej odpowiednia dla zgromadzenia niż dla jednej osoby (jak zresztą sama Modlitwa Pańska), może być jednak używana, jak używa się Modlitwy Pańskiej, nawet przez jedną osobę. Taka jest nasza Wspólna Modlitwa sama w sobie, a nasz Kościół we Wstępie do niej wyraźnie polecił to jej użycie. Jest tam powiedziane: „Wszyscy kapłani i diakoni mają odmawiać codziennie modlitwę ranną i wieczorną, bądź prywatnie, bądź jawnie, chyba że przeszkadza im choroba lub inna pilna przyczyna." Dalej zaś: „Wikary sprawujący posługę w każdej parafii lub kaplicy, przebywając w domu i nie mając żadnej zasadnej przeszkody, winien odprawiać toż nabożeństwo w kościele parafialnym lub kaplicy, gdzie posługuje, i nakazać, aby dzwon był dzwoniony w odpowiednim czasie przed jego rozpoczęciem, aby lud mógł przybyć słuchać słowa Bożego i modlić się razem z nim." Niewątpliwie istnieje wiele powodów, dla których ścisłe przestrzeganie tych reguł w tym lub owym miejscu i czasie mogłoby być niewskazane. Sam ich zanik będzie powodem, dla którego należy je przywracać bardzo ostrożnie i stopniowo; brak duchownych jest innym powodem do zawieszenia ich. Niemniej trwają one w Modlitewniku — nie mogą stać się przestarzałe; owszem, nawet gdyby wyrwano je z księgi w jakimś dniu nagany (przypuśćmy choćby to, co bodaj nie powinno być nawet przypuszczane), zachowałyby nadal swą moc i żyłyby przed Bogiem. Jeśli modlitwy były właściwe trzy stulecia temu, są właściwe teraz. Jeśli chrześcijański szafarz mógł stosownie odprawiać wspólną modlitwę sam wówczas, to z pewnością może czynić to i teraz. Jeśli był on wówczas rzecznikiem świętych bliższych i dalszych, zbierającym ich święte i zgodne głosy i składającym je mocą swego kapłaństwa, jest nim i teraz. Odnowienie tego zwyczaju jest jedynie kwestią miejsca i czasu; i choć ani nasz Pan, ani Jego Kościół nie chcieliby, abyśmy wprowadzali nagłe zmiany, nawet ku lepszemu, to przecież z pewnością nie powinniśmy nigdy zapominać, co jest naszym obowiązkiem w ujęciu zasadniczym, co jest samo w sobie najlepsze, do czego mamy dążyć i ku czemu pracować. Gdyby potrzebny był autorytet — poza autorytetem samego naszego Kościoła — na rzecz stosowności modlenia się przez chrześcijańskich szafarzy nawet samotnie w miejscach kultu, to mamy go w życiu naszego wielkiego wzorca chrześcijańskiej wiary i mądrości, Hookera. „Do tego, czego nakłaniał innych" — powiada jego biograf — „dodawał własny przykład postu i modlitwy; i zazwyczaj w każdym tygodniu kwartalnym brał od zakrystiana klucz do drzwi kościoła, do którego udawał się każdego dnia i zamykał się tam na wiele godzin; i czynił to samo w większość piątków i innych dni postu."
Ten święty mąż w tym wypadku zachowywał swe modlitwy dla siebie. Nie odprawiał Codziennego Nabożeństwa; przywołuję jednak jego przykład, by pokazać, że nie ma nic dziwnego ani niestosownego w tym, że chrześcijański szafarz modli się w kościele sam; a jeśli tak, to o ileż mniej jest to niestosowne, gdy daje swemu ludowi sposobność przyjścia, jeśli tylko zechce. Oto więc, co czułem i czuję: gdy mówi się o modlitwach w dni powszednie, zwykło się mówić: „Nie zgromadzisz parafian, albo zbierzesz ich niewielu"; lecz ci, których Chrystus przybliżył ku sobie, by byli szafarzami Jego Misteriów, nie zależą od żadnego człowieka; owszem, wzorem Jego, mają pociągać ludzi za sobą. On modlił się sam na górze; modli się sam (bo któż mógłby się dołączyć?) w obecności swego Ojca. On jest jedynym skutecznym Orędownikiem za grzeszników po prawicy Boga. I czym On jest naprawdę, tym jesteśmy my w postaci; czym On jest zasługowo, tym jesteśmy my jako narzędzie. Tacy jesteśmy Jego łaską; dozwolono nam zajmować Jego miejsce widzialnie, choć niegodnie, pod Jego nieobecność, aż przyjdzie; dozwolono nam zależeć od Niego, a nie od ludu naszego; dozwolono nam czerpać nasz mandat od Niego, a nie od nich; dozwolono nam być ośrodkami, wokół których Kościół może wzrastać i wokół których w rzeczywistości istnieje, czy jest wielki, czy mały.
Dlatego też, zaczynając i kontynuując Codzienne Nabożeństwo, nie mierzę i nie będę mierzył wywieranego skutku pozorami. Jeśli mamy czekać, aż cały świat będzie czcił Boga, musimy czekać, aż świat się na nowo stworzy; a jeśli tak, to kto wytyczy granicę i powie, ilu wystarczy, by modlić się razem, skoro On powiedział nam, że Jego trzoda jest mała, i że gdziekolwiek dwaj lub trzej są zgromadzeni w Jego imię, On jest pośród nich? Tak więc kilku zebranych na modlitwie uważam za typ Jego prawdziwego Kościoła; nie dosłownie Jego prawdziwy Kościół (nie daj Boże zuchwałości!) — lecz jako jego znak i typ; — nie jako Jego wybranych, jednego po drugim, bo kto może wiedzieć, kogo wybrał, prócz Tego, który wybiera? — nie jako Jego wybranych na pewno, bo obowiązkiem człowieka może być nieobecność, jak Marta była na swoim miejscu, gdy służyła, i zawiniła jedynie wtedy, gdy potępiała Marię; — nie jako Jego pełne stado, z pewnością, bo to wykluczyłoby starców i chorych, i słabych, i małe dzieci; — nie jako Jego wybrany i nieskażony ostatek, bo Judasz był jednym z Dwunastu — lecz wciąż jako zadatek i zapowiedź Jego Świętych, narodziny Chrystusa w zaczątkach i mieszkanie Ducha; i drogocenny, choćby tylko jeden spośród całej liczby, mała choćby była, należał w tej chwili do ukrytych Bożych; owszem, choćby — co zapewne bywa — w żadnym z nich nie było więcej niż świtanie Prawdziwego Światła i pierwsze blaski poranka. — Niektórzy też będą przychodzić od czasu do czasu, jak ich prowadzi przypadek, dając nadzieję, że mogą kiedyś zostać trwale i bezpiecznie w świętej owczarni. Niektórzy przyjdą w chwilach smutku lub skruchy, inni w przygotowaniu do Świętej Komunii. Nie jest to też nabożeństwo jedynie dla tych, którzy są obecni; wszyscy ludzie znają tę godzinę i wielu jej sprzyja, choć ciałem są gdzie indziej. Mamy ze sobą serca wielu. Ci, którzy są świadomi swej nieobecności na drodze obowiązku, zwrócą myśl naturalnie ku kościołowi o wyznaczonej godzinie, a stąd ku Bogu. Będą sobie przypominać, jakie modlitwy są właśnie w toku, a strzępy ich będą wznosić się w ich umysłach pośród doczesnych zajęć. Będą sobie przywoływali na pamięć dzień miesiąca i Psalmy używane w tym dniu, i rozdziały Pisma Świętego odczytywane wówczas ludowi. Jakże przyjemne to dla człowieka w drodze — myśleć o tym, co dzieje się w jego własnym kościele! Jakże kojące i pocieszające dla starych i niedołężnych, którzy nie mogą przybyć — śledzić w myślach, owszem, ze słowami modlitw i Psalmów przed oczyma, to, czego nie słyszą! Czyż owe modlitwy i święte rozważania, choć rozdzielone w przestrzeni, nie wznosić się będą razem przed oblicze Boże? Czyż nie będą ze swym pasterzem w duchu ci, których do modlitwy pobudza jego nabożeństwo? Czyż ich modlitwy nie złączą się w jedno przed tronem łaski, skropione Krwią Odkupienia, jako czysta ofiara kadzidła przed Ojcem i ofiara przyjemna tak za świat grzeszników, jak i za Jego odkupiony Kościół? Któż więc ośmieli się mówić o samotności i odosobnieniu dlatego, że w ludzkich oczach niewielu czcicieli skupia się w jednym miejscu? Albo któż podniesie to jako wadę naszego Nabożeństwa, nawet gdyby tak było? A tym bardziej któż tak mówić będzie, skoro nawet Święci Aniołowie są obecni, gdy się modlimy, stają przy nas jako stróże, współodczuwają w naszej potrzebie i łączą się z nami w naszych chwałach?
Gdy myśli tej natury są stawiane przed tłumem ludzi, jednym zdają się one naciągnięte i nienaturalne; innym formalne, surowe i zmierzające ku niewoli. Tak już być musi. Nakazy Chrystusa będą się zdawać poddaństwem, a Jego przywileje będą dziwacznością, dopóki nie zaczniemy stosować jednych i przyjmować drugich. Dla tych, którzy przychodzą z wiarą — by przyjmować i być posłusznymi — którzy zamiast stać z daleka, dowodząc, krytykując, badając i wyważając, słyszą Jego głos i idą za Nim, nie wiedząc, dokąd zmierzają; którzy rzucają się, swe serca i wole, swe przekonania i postępowanie, w Jego Boski System z szlachetną odwagą i służą Mu na własne ryzyko, bez doświadczenia wyników, ani biegłości w bronienie swej ufności argumentem; którzy, gdy On mówi: „Módlcie się", „Trwajcie w modlitwie", przyjmują Jego słowa po prostu i natychmiast się modlą, i to od zaraz — dla tych ludzi, dzięki Jego wielkiemu miłosierdziu i mocy Ducha Świętego w nich działającej, wytrwała modlitwa, chwała i wstawiennictwo nie okażą się w końcu ani jarzmem, ani jałowością. Lecz jest w naturze rzeczy, że słowo Chrystusa musi być Prawem, dopóki jest dobrą nowiną. Ta właśnie radosna nowina, że Chrystus zbawia grzeszników, nie jest żadną dobrą nowiną dla tych, którzy nie mają serca, by porzucić grzech; a ponieważ z natury nikt nie ma tego dobrego serca, i nawet pod łaską nikt go nie otrzymuje inaczej niż stopniowo, musi zawsze istnieć pewien stopień jarzma w Ewangelii, dopóki przez posłuszeństwo Prawu i tworzenie w nas miłości Boga i świętości nie wejdziemy, mało po mału, w rozumienie Jego obietnic.
Niech On wiedzie nas bez ustanku po wąskiej drodze — On, który jest jedyną Pomocą wszystkich potrzebujących, Wspomożycielem wszystkich uciekających się do Niego po ratunek, Życiem wiernych i Zmartwychwstaniem umarłych!
---