*„Będąc zaś wyzwoleni od grzechu, staliście się sługami sprawiedliwości."* — Rz 6,18
W urywku, którego słowa te są częścią, święty Paweł powraca raz po raz do wielkiej prawdy, jaką głoszą — mianowicie że chrześcijanie nie należą do siebie samych, lecz zostali kupieni za cenę i jako tacy stali się sługami, a raczej niewolnikami Boga i Jego sprawiedliwości; i to właśnie w chwili, gdy zostali wyrwani ze stanu natury. Wielki Apostoł nie zadowala się głoszeniem połowy prawdy; nie mówi jedynie, że zostaliśmy uwolnieni od winy i niedoli, lecz dodaje, że staliśmy się sługami Chrystusa; co więcej, używa słowa, które właściwie znaczy: niewolnicy. Niewolnicy są kupowani i sprzedawani; my byliśmy z natury niewolnikami grzechu i szatana; zostaliśmy kupieni krwią Chrystusa — i nie przestajemy być niewolnikami. Nie należymy już wprawdzie do dawnego pana, lecz mamy pana, chyba że niewolnicy po wykupieniu stają się wolnymi. Jesteśmy nadal niewolnikami, tyle że nowego pana, a tym panem jest Chrystus. Nie kupił nas po to, by wypuścić nas wolno na świat; uczynił dla nas to, co jedynie mogło dopełnić pierwszego Jego dobrodziejstwa — kupił nas, abyśmy byli Jego sługami lub niewolnikami. Dał nam tę jedyną wolność, która jest nią prawdziwie: służbę-w-jarzmie dla Niego samego — by nieuchronnie nie popadli my z powrotem w okrutną niewolę, z której nas wykupił. W każdym razie jednak, cokolwiek by ta prawda za sobą pociągała, cokolwiek by nam dawała lub kosztowała — nie przestaliśmy być niewolnikami, gdy zostaliśmy uwolnieni od szatana; staliśmy się poddanymi nowego Pana, Tego, który nas kupił.
Trzeba na tym naciskać; albowiem wielu ludzi, którzy gotowi są przyznać, że z natury są niewolnikami, doszło z jakichś powodów do przekonania, że skoro Chrystus ich wyzwolił, nie są już zobowiązani do żadnej rzeczywistej służby. Otóż jeśli przez niewolę rozumieć okrutne i nędzne cierpienie, jakie ludzcy panowie często zadają swoim niewolnikom — to w tym znaczeniu chrześcijanie rzeczywiście nie są niewolnikami i słowo to do nich nie przystoi; lecz jeśli przez bycie niewolnikami rozumieć niemożność porzucenia swej służby, zmiany miejsca i swobodnego działania wedle własnej woli — to w tym znaczeniu jest po prostu prawdą, że jesteśmy czymś więcej niż sługami Chrystusa: jesteśmy, jak tekst to dosłownie wyraża, niewolnikami. Ludzie często mówią, jakby doskonałość ludzkiego szczęścia polegała na swobodzie czynienia lub nieczynienia, wybierania i odrzucania. Otóż jesteśmy wprawdzie wolni w tym sensie — że jeśli nie chcemy być sługami Chrystusa, możemy powrócić do dawnej niewoli, z której nas wyrwał, i znów stać się niewolnikami mocy zła. Lecz choć wolno nam pogorszyć swoje położenie, nie mamy wolności bycia bez jakiejkolwiek służby i powinności. Nie jest w naturze człowieka być poza wszelką służbą i być samodzielnym. Możemy wybrać sobie pana, lecz Bogu lub mamonie musimy służyć. Nie jest możliwe, byśmy znajdowali się w stanie neutralnym lub pośrednim — taki stan nie istnieje. Jeśli nie będziemy sługami Chrystusa, natychmiast stajemy się sługami szatana; a Chrystus wyzwolił nas od szatana jedynie przez to, że uczynił nas swymi sługami. Królestwo szatana graniczy z królestwem Chrystusa, świat graniczy z Kościołem; i przestajemy być własnością szatana przez to właśnie, że stajemy się własnością Chrystusa. Nie możemy być bez pana — takie jest prawo naszej natury; a jednak wielu ludzi, jak rzekłem, przeocza tę prawdę i mniema, że wolność chrześcijańska polega na wyzwoleniu od wszelkiego prawa, nawet od prawa Bożego. Ten błąd zdawał się szerzyć już za czasów świętego Pawła i jest wzmiankowany w rozdziale, który mamy przed sobą. Zdaje się, że ludzie sądzili, iż skoro prawo grzechu zostało unieważnione, a groźba prawa natury usunięta, nie podlegają już żadnemu prawu; że własna wola jest ich prawem, a wiara zastępuje posłuszeństwo. Sprzeciwiając się temu poważnemu błędowi, święty Paweł przypomina braciom w tekście, że gdy zostali „wyzwoleni od grzechu", „stali się sługami sprawiedliwości". A nadto: „Grzech nie będzie miał nad wami panowania; albowiem nie jesteście pod zakonem" — to jest pod prawem natury — „lecz pod łaską", lub (jak wyraża to w innym miejscu) „pod prawem wiary", albo „pod prawem Ducha życia". Nie byli bez pana, mieli jednak pana łaskawego i hojnego.
To samo mówi i w innych listach. Na przykład: „Kto powołany jest będąc wolnym" — to jest wolnym w odniesieniu do tego świata — „jest sługą" lub niewolnikiem „Chrystusa. Kupieni jesteście za cenę; nie bądźcie niewolnikami ludzi" — to znaczy, bądźcie niewolnikami Chrystusa. I znowu, po słowach: „Słudzy, bądźcie posłuszni we wszystkim panom według ciała", dodaje: „bo jesteście sługami Pana Chrystusa". Na innym miejscu mówi o sobie samym jako o „Pawle, słudze" — lub niewolniku, bo takie jest właściwe znaczenie tego słowa — „Jezusa Chrystusa"; a gdzie indziej, że jest „nie bez prawa wobec Boga, lecz pod prawem Chrystusa".
Religia jest więc konieczną służbą; jest oczywiście również przywilejem, lecz staje się coraz bardziej przywilejem, im bardziej ją praktykujemy. Doskonały stan chrześcijański to taki, w którym nasz obowiązek i nasza radość są jednym — gdy to, co słuszne i prawdziwe, jest nam naturalne, i gdy Boża „służba jest doskonałą wolnością". Do tego stanu zdążają wszyscy prawdziwi chrześcijanie; w nim trwają Aniołowie — całkowite poddanie Bogu w myśli i czynie jest ich szczęściem; całkowite i bezwzględne poddanie woli swojej Jego woli jest pełnią ich radości i życia wiecznego. Lecz z nami, nawet z najlepszymi, tak nie jest, przynajmniej nie w pełni. Przy odrodzeniu zasiano wprawdzie w nas ziarno prawdy i świętości, wprowadzone zostało w naszą naturę nowe prawo; lecz musimy jeszcze poskromić ową starą naturę — „starego człowieka, który niszczeje wskutek zwodniczych żądz". To znaczy: mamy przed sobą pracę, walkę — przez całe życie. Musimy zapanować i sprowadzić pod karność to wszystko, czym jesteśmy i co czynimy, wypędzając wszelki nieład i nieposłuszeństwo, ucząc każdą cząstkę nas samych — duszy i ciała — jej właściwego miejsca i obowiązku, aż będziemy całkowicie Chrystusowi w woli, uczuciach i rozumie, tak jak jesteśmy Jego przez wyznanie wiary; słowami świętego Pawła: „obalając wszelkie rozumowania i wyniosłości, które się sprzeciwiają poznaniu Boga, i biorąc w niewolę każdą myśl ku posłuszeństwu Chrystusowi".
Może się zdawać, że mówiłem dotąd rzeczy, które każdy od razu przyzna. A jednak, po namyśle, nic nie jest może tak rzadkie wśród tych, którzy wyznają, że są chrześcijanami, jak praktyczne uznanie nauki, że podlegają prawu; nic tak rzadkie jak ścisłe posłuszeństwo, bezwarunkowe poddanie się woli Bożej, stała sumienność w wypełnianiu obowiązku — co kilka przykładów od razu pokaże.
Otóż większość chrześcijan przyzna w ogólnych słowach, że podlega prawu, lecz zarazem czyni to z zastrzeżeniem — przypisuje sobie pewne uprawnienie do dyspensowania od prawa w jego zachowywaniu. To, co mówię, jest całkowicie niezależne od pytania, jaki wzorzec posłuszeństwa każdy sobie wyznacza. Jeden stawia poprzeczkę swego obowiązku wyżej, drugi niżej; jedni pojmują go wąsko, ograniczając do czystości osobistej moralności; inni do zobowiązań społecznych; jeszcze inni mierzą go pewnym prawem zwyczajowym przyjętym w określonych stanach lub kręgach; inni wreszcie uwzględniają i pobożne praktyki. Lecz niezależnie od tego, czy ktoś ocenia prawo sumienia jako wzniosłe czy niskie, szerokie czy wąskie — mało, doprawdy mało jest takich, którzy sami siebie nim wiążą; mało tych, którzy swoje własne jego pojęcie, cokolwiek by ono znaczyło, uważają za obligujące; mało tych, którzy nawet wyznają, że stosują je jednolicie i konsekwentnie.
Zapytajcie rzesze napotkanych w świecie ludzi, a znajdziecie, że jeden i drugi uważa za dopuszczalne wzniesienie się ponad prawo od czasu do czasu, nawet wedle własnego jego miernika; czynienie wyjątków i zastrzeżeń, jakby byli absolutnymi władcami swego sumienia i mieli prawo dyspensowania na stosowne okazje.
Cóż to za człowiek, którego świat uważa za zacnego i pobożnego — czy to w wyższych, czy w niższych sferach? W najlepszym razie jest on taki oto. Ma niemało dobrych cech charakteru; lecz część z nich ma z natury, a jeśli inne zdobył wysiłkiem, to albo dlatego, że okoliczności zewnętrzne zmusiły go do ich nabycia, albo że jakaś czynna zasada wewnętrzna, jakiejkolwiek natury, zadziałała w nim, podporządkowała sobie inne zasady i nim rządzi. Nabył pewnej władzy nad sobą, bo nikt bez niej nie uchodzi za szanowanego. Wyrobił w sobie nawyk pilności, punktualności, dokładności i uczciwości. Jest uprzejmy i usłużny; i nauczył się nie mówić wszystkiego, co myśli i czuje, ani nie czynić wszystkiego, co chciałby czynić, na każdą okazję. Oczywiście ogromna większość ludzi daleka jest od posiadania tylu naprawdę godnych pochwały przymiotów; ale zakładam to, co najlepsze. Zakładam więc, że charakter i stanowisko człowieka są takie, iż tylko od czasu do czasu uczuje, że jego skłonności lub interes kolidują z jego obowiązkiem. Takie chwile stanowią jego próbę; nic mu zazwyczaj nie staje na przeszkodzie w służeniu Bogu, a miarą jego szczerości jest postępowanie właśnie w tych niezwykłych okolicznościach. I oto na tym właśnie chcę skupić uwagę: te same chwile, które jedynie są dlań chwilami próby, są właśnie tymi chwilami, w których skłonny jest uważać, że wolno mu dyspensować od prawa. Dyspensuje od niego właśnie wtedy, gdy jest ono jedynie prawem Bożym, a nie równocześnie prawem własnego ja i prawem świata. Czyni to, co słuszne, dopóki droga religii wiedzie wzdłuż drogi świata; gdy się rozchodzą na chwilę, wybiera świat, a swój wybór nazywa wyjątkiem. Przez dziewięćdziesiąt dziewięć dni czyni dobrze, lecz setnego dnia świadomie i dobrowolnie czyni źle; a jeśli siebie nie usprawiedliwia, to przynajmniej siebie rozgrzesza.
Na przykład: zazwyczaj chodzi do kościoła, jest to jego zwyczaj; lecz w pewnej chwili jakiś pilny interes wywiera nań nacisk albo jakaś pokusa przyjemności go kusi — zaniedbuje uczestnictwa; wie, że to złe, i przyznaje to, ale to przecież tylko wyjątkowo.
I znowu: jest ściśle uczciwy w postępowaniu; mówi prawdę — to znaczy, jest to jego reguła — lecz gdy jest mocno przyparty do muru, pozwala sobie od czasu do czasu na kłamstwo, zwłaszcza jeśli jest drobne. Wie, że nie powinien kłamać; przyznaje to; lecz sądzi, że nie może inaczej, że jest to nieuchronne wobec okoliczności, jako jedyny sposób wydobycia się z poważnej trudności. W takim wypadku jest to, jak powiada, całkiem w porządku, i tak się z tego wywiązuje — to znaczy w wypadku, gdy musi albo być nieposłusznym Bogu, albo ponieść jakąś doczesną stratę.
I znowu: nauczył się powściągać swój gniew i język; lecz przy jakiejś niezwykłej prowokacji biorą nad nim górę. Wpada w złość, mówi, czego nie powinien, może przeklina i przysięga. Czyż wszyscy ludzie nie bywają opanowani przez gniew lub zły humor? To nie tutaj rzecz — rzecz zaś w tym: że nie czuje potem wyrzutów sumienia, nie czuje, że uczynił coś, co wymaga przebaczenia. Przeciwnie, usprawiedliwia się sam przed sobą, powołując się na to, że takie wysłowienie jest u niego zupełnie niezwykłe; nie rozumie, że podlega prawu, ponad które nie może się wznosić, od którego nie ma mocy dyspensowania.
I jeszcze: jest na ogół trzeźwy i wstrzemięźliwy; lecz przyłącza się do grona przyjaciół i bawi się wesoło; ulega pokusie, by przekroczyć miarę. Następnego dnia powiada, że od dawna coś takiego mu się nie przydarzyło; że to zupełnie nie w jego zwyczaju; że na co dzień prawie nie tyka wina ani czegoś podobnego. Nie rozumie, że ma jakiś grzech do odpokutowania, skoro zdarzyło się to tylko raz.
I teraz, jak sądzę, rozumiecie dobrze, co mam na myśli, i nie muszę więcej wyjaśniać. Tacy ludzie, pobłażając sobie samym, pobłażają i sobie wzajemnie; wyrozumiali są dla wszystkich wokół, biorąc to, co sami dają chętnie. Na tym polega sekret przyjaźni ze światem: na współudziale w jego grzechach i sympatii doń. Ci, którzy są surowi wobec siebie, są surowi i wobec świata; lecz gdzie ludzie przyznają sobie pewną swobodę w nieposłuszeństwie, tam nie stawiają granic zbyt sztywno i wobec innych. Świadomi tego, co mogłoby być powiedziane przeciwko nim samym, są ostrożni w tym, co mówią przeciw innym; i spotykają się na zasadzie wzajemnej tolerancji. Uczą się mówić, że prywatne nawyki ich bliźnich ich nie dotyczą; obcują z nimi jedynie jako z ludźmi publicznymi, członkami społeczeństwa lub w sprawach handlowych, bynajmniej nie jako z istotami odpowiedzialnymi, mającymi nieśmiertelne dusze. Pragną widzieć i wiedzieć tylko to, co jest na powierzchni; a historię osobistą człowieka uważają za świętą, bo jest grzeszna. W ich mniemaniu jedynym obowiązkiem wobec bliźniego jest nienarażanie go na przykrość; cokolwiek są jego obyczaje, cokolwiek jego wyznanie — nic ich to nie obchodzi. Tacy są w dojrzałym i zaawansowanym wieku; w młodości są jeszcze potulni, jak i pobłażliwi, łatwo wpadają w utarte drogi świata, gdy je napotykają. Są, i uchodzą za to, za miłych, dobrodusznych i towarzyskich. Nie są ani źle usposobieni, ani wrogo nastawieni, ani rażąco nieregularni — są jednak rozluźnieni. W żadnym sensie nie żyją wedle reguły. Mają wysokie duchy i całą naturalną uroków młodości, i zazwyczaj postępują słusznie; ale ponieważ nie mają w sobie korzenia, przypadkowy powód wewnętrzny lub zewnętrzny — wzburzenie namiętności lub zachęta przyjaciela — natychmiast sprawia, że zbaczają z drogi. Zbaczają, a potem mają niewiele wyrzutów sumienia; zapominają. Wzdrygają się na myśl o podleganiu prawu i uważają religię za posępną, bo je nakłada. Lubią swój własny sposób bycia i bez żadnych wielkich ekscesów grzechu, a przynajmniej bez nawyków grzechu, podążają za nim. Są porządni i dobrze ułożeni, gdy przebywają wśród ludzi dobrze ułożonych — na przykład w domu; lecz poza domem pobłażają sobie, gdy pokusa stanie im na drodze. Mają świat do dyspozycji; są wolni — niestety! cóż za smutna wolność! — a jednak w pewnym sensie jest to wolność. Człowiek religijny odwraca oczy od widoków, które rozpalają serce, pamiętając przestrogę naszego Zbawiciela; lecz człowiek światowy nie uważa za grzech wpatrywania się tam, gdzie nie powinien, bo idzie nie dalej. Człowiek religijny pilnuje swoich słów; lecz tamten mówi cokolwiek serce mu podsuwa i wymawia sobie mowę bezbożną, twierdząc, że nic przez nią nie znaczy. Człowiek religijny ma skrupuły co do towarzystwa; lecz tamten bierze udział w żartach i wybrykach, choć potępia je, mając w nich udział, lecz nie siebie za to, że je współdzieli, i gardzi tymi, z którymi je współdzieli. Może „patrzeć na życie", jak to się mówi. Może przebywać wśród wszelkiego rodzaju ludzi, nie mając żadnej kłopotliwej ceremonialności, żadnej reguły religijnej, która by go krępowała. Może udaje się za granicę, a wówczas uważa się przez pewien czas za kogoś incognito — za nieznaną osobę w nieznanych krajach, któremu wolno ulegać wszystkiemu złemu i dobremu, jak się nadarza. Albo też może się zdarzyć, w jakimkolwiek jest stanie, że uwikła się w to, co się nazywa polityką; i wówczas sądzi, że choć prawda i religia są bez wątpienia wszystko-władne i najważniejsze, to jednak świat by nie mógł funkcjonować, sprawy publiczne stanęłyby w miejscu, partie polityczne nie mogłyby działać, wszystko, co naprawdę kocha i czci, stałoby się drugorzędne — gdyby religia nigdy nawet po trochu nie ustępowała. I znowu: człowiek religijny wprowadza swą religię w postępowanie przez cały dzień; lecz ludzie rozluźnieni czynią niejedną rzecz w ukryciu, o której nie chcieliby, by była znana. Będą wyłudzać, jeśli mogą to uczynić bez rozgłosu. Będą łamać obietnice dane komuś niższemu stanowiskiem. Albo jeśli mają czas wolny, będą wścibscy i zaciekawieni; będą mówić źle o innych i szerzyć plotki. Będą wtykać nos w rzeczy, które ich nie dotyczą, stosownie do swego stanu. Będą podsłuchiwać, gdzie nie mają prawa podsłuchiwać; będą czytać, czego nie mają prawa czytać. Albo będą sobie pozwalać na drobne kradzieże, gdy sądzą, że nie wyrządzają przez to szkody, wymawiając się tym, że to, co biorą, nigdy nie będzie odczute jako brak. Albo w sprawach handlowych uważają pewien rodzaj i stopień podwójnej gry za dopuszczalny i nienaruszający uczciwości. Rozumują sami ze sobą, jakby ich zadaniem nie było być prawdomównym i rzetelnym, lecz zadaniem innych — przejrzeć ich; i jakby oszustwo i fałszerstwo nie oznaczało grzechu po jednej stronie, lecz jedynie tępotę po drugiej. Jeśli są w skromnych warunkach, nie widzą nic złego w pozorach: w wyznawaniu tego, co ściśle prawdą nie jest, gdy mają na tym skorzystać; w podkolorowywaniu historii; lub w udawaniu większej pobożności niż się ją posiada; lub w udawaniu zgody w religii z ludźmi, od których czegoś oczekują; lub w przyjęciu religii, gdy jest to dla nich korzystne; lub w wyznawaniu dwóch czy trzech religii naraz, gdy rozdaje się jałmużnę lub inną korzyść.
Oto kilka spośród niezliczonych rysów łatwej religii — religii świata; która chętnie rzuciłaby los swój z prawdą chrześcijańską, gdyby ta prawda nie była tak bardzo surowa, i kłóci się z nią i z jej obrońcami, nie dlatego, jakoby nie była dobra i słuszna, lecz dlatego, że jest tak nieugięta — że nie chce dostosowywać się do okoliczności i wyjątków, do prywatnych i doraźnych upodobań i gustów jednostek. To właśnie przeciwko takiemu rodzajowi religii święty Paweł faktycznie nas ostrzega, ilekroć mówi o Ewangelii jako prawdziwie będącej prawem i służbą. On sam chlubi się tym, że taką jest; bo jak szczęście wszelkich stworzeń polega na pełnieniu dobrze swej roli w miejscu, gdzie Bóg je postawił, tak największe dobro człowieka leży w posłuszeństwie prawu Bożemu i naśladowaniu doskonałości Bożych. Lecz Apostoł wiedział, że świat tak nie sądzi, i dlatego na tym nalegał. Dlatego też nalegał na konieczność, by chrześcijanie „wypełniali sprawiedliwość prawa" — wypełniali ją, bo dopóki nie dążymy do posłuszeństwa zupełnego, bezwarunkowego we wszystkich rzeczach, nie jesteśmy naprawdę chrześcijanami wcale. Stąd święty Jakub mówi: „Ktokolwiek zachowa całe prawo, a uchybi w jednym, stał się winnym wszystkiego". A nasz Zbawiciel zapewnia nas, że „ktokolwiek by naruszył jedno z tych najmniejszych przykazań i tak nauczał ludzi, zostanie nazwany najmniejszym w królestwie niebieskim"; i że „jeżeli wasza sprawiedliwość nie przewyższy sprawiedliwości uczonych w Piśmie i faryzeuszów" — która to sprawiedliwość jest właśnie ową cząstkową i ograniczoną — „nie wejdziecie do królestwa niebieskiego". A gdy ów młodzieniec przyszedł do Niego, mówiąc, że zachował wszystkie przykazania i pytając, czego mu brak, Jezus wskazał mu tę „jedną rzecz", której mu brakowało; a gdy tamten nie chciał dopełnić swego posłuszeństwa przez tę jedną rzecz i odszedł zasmucony — Chrystus, jakby całe jego posłuszeństwo w innych punktach na nic mu się nie zdało, dodał: „Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego tym, którzy ufają bogactwom!" Nie łudźmy się więc; tego, czego Bóg od nas żąda, to wypełniania Jego prawa, lub przynajmniej dążenia do jego wypełnienia; bycia niezadowolonym z niczego niższego niż doskonałe posłuszeństwo — podejmowania wszystkiego — korzystania z danych nam pomocy — i rzucania się, nie wpierw, lecz dopiero potem, na miłosierdzie Boże w naszych uchybieniach. To jest, wiem, przy pierwszym słyszeniu doktryna zdumiewająca; a nasze serca tak bardzo jej niechętne, że niektórzy usiłują nawet utrzymywać, że jest to doktryna niechrześcijańska. Żałosny to zabieg wobec Biblii, do której można się odwołać, i jej słów o ciasnej bramie i wąskiej drodze. A jednak ludzie chętnie by się nim posłużyli, gdyby mogli; twierdzą, że wszelkie egzekwowanie religii jako służby lub obowiązku jest błędne lub — jak to nazywają — legalistyczne, i że żadne zachowanie nie jest słuszne, jeśli nie płynie z impulsu lub — jak to powiadają — z serca. Chętnie by dowiedli, że prawo nie jest dla nas wiążące, bo Chrystus je wypełnił; lub że wiara byłaby przyjęta zamiast posłuszeństwa u tych, którzy jeszcze nie mieli czasu zacząć go wypełniać. Tacy ludzie powołują się na Pismo i trzeba ich zbić, co nie jest trudne, z Pisma; lecz wielka rzesza ludzi nie zadaje sobie tyle trudu w tej sprawie. Zamiast nawet udawać, że dociekają, co Bóg powiedział, uciekają się do tego, co nazywają zdrowym rozsądkiem. Utrzymują, że jest to niemożliwe, by religia była naprawdę tak surowa wedle zamysłu Bożego. Potępiają takie mniemanie jako przesadne i ponure. Oświadczają, że podziwiają i lubią religię jako całość, lecz sądzą, że nie należy jej niepotrzebnie naciskać w szczegółach lub — jak to wyrażają — posuwać za daleko. Skarżą się jedynie na jej drobiazgowość, jeśli mogę użyć tego słowa, lub na brak wyrozumiałości i pobłażliwości w małych rzeczach — to jest innymi słowy: lubią religię, zanim mają jej doświadczyć — z daleka — w perspektywie — dopóki sami nie muszą być religijni. Lubią o niej mówić, lubią widzieć ludzi pobożnych; uważają ją za godną pochwały i wielce ważną; lecz skoro tylko religia uderza w nich w konkretnych, jakichkolwiek szczegółach, już jej nie lubią. Wystarcza im, że ją widzieli i chwalili; czują ją jako ciężar, ilekroć ją w ogóle czują, ilekroć wzywa ich do czynienia czegoś, czego inaczej by nie czynili. Jednym słowem, stan rzesz ludzkich jest taki: ich serca idą złą drogą; a ich prawdziwa skarga na religię — jeśli poznają sami siebie — nie jest taka, że jest surowa, pochłaniająca lub natrętna, nie że idzie za daleko, lecz że jest religią. To sama religia jest tym, czego wszyscy z natury nie lubimy, a nie jedynie jej nadmiar. Natura ciągnie ku ziemi, a Bóg jest w niebie. Jeśli chcę jechać na północ, a wszystkie drogi biegną na wschód, będę oczywiście narzekał na drogi. Natrafię na same przeszkody; będę musiał przełazić przez mury i przeprawiać się przez rzeki, i obchodzić wokoło, i w końcu nie osiągnę celu. Tak właśnie postępują ci, którym nie staje odwagi, by zrezygnować z wyznania religii, a jednak chcą służyć światu. Usiłują dotrzeć do Babilonu drogami wiodącymi na Górę Syjon. Czyż nie widzicie, że siłą rzeczy muszą natrafiać na zawady, krzyżowania, rozczarowania i niepowodzenia? Idą milę za milą, daremnie wyglądając wież Miasta Próżności, bo są na złej drodze; i niechętni przyznać, czego naprawdę szukają, ganią drogę jako okrężną i uciążliwą. Oskarżają religię o wtrącanie się w to, co uważają za swe niewinne przyjemności i pragnienia. Lecz religia jest jarzmem jedynie dla tych, którym nie staje serca, by ją polubić, którzy nie są ulani w jej formę. Stąd też w wersecie poprzedzającym tekst święty Paweł dziękuje Bogu, że jego bracia „z serca posłuszni byli temu kształtowi nauki, w który zostali odlani". My, chrześcijanie, jesteśmy odlani w pewien kształt. Dopóki trwamy w jego wnętrzu, nie czujemy, że jest kształtem ani że ma zarys. Dopiero gdy nasze serca zaczęłyby się przelewać w jakimś złym kierunku, odkrywamy, że jesteśmy ograniczeni, i uważamy się za uwięzionych. To właśnie prawo w naszych członkach walczące przeciw prawu Ducha wpędza nas w dotkliwą niewolę. Zobaczmy więc, gdzie stoimy i co czynić musimy. Niebo nie może się zmienić; Bóg jest „bez żadnej odmiany i cienia zmiany". Jego „słowo trwa wiecznie w niebie". Jego prawo jest od wieczności do wieczności. My musimy się zmienić. Musimy przejść na stronę nieba. Żadna dusza nie znalazła prawdziwego szczęścia inaczej, jak tylko w zgodzie z Bogiem, w posłuszeństwie Jego woli. Musimy stać się tym, czym nie jesteśmy; musimy nauczyć się kochać to, czego nie kochamy, i ćwiczyć się w tym, co jest trudne. Musimy mieć prawo Ducha życia zapisane i ugruntowane w naszych sercach, „aby sprawiedliwość prawa była wypełniona w nas" i abyśmy mogli nauczyć się podobać i miłować Boga.
Na koniec: podczas gdy jedni bronią swego braku surowości, powołując się na to, co uważają za autorytet Pisma, a inni — to jest większość — usiłują przekonać siebie, że religia nie może być naprawdę surowa, cokolwiek by mocnych wyrażeń lub stwierdzeń znajdowało się w Piśmie, jeszcze inni obierają drogę bardziej szczerą, ale i bardziej zuchwałą. Zamiast wymówek, jakie rozważałem, otwarcie przyznają fakt, a potem używają go jako ważnego argumentu przeciw religii w ogóle. Zamiast oświadczać, że lubią religię, tylko nie jej służbę, śmiało zarzucają, że religia jest całkowicie nienaturalna, a więc nie może być dla nas obligująca. Twierdzą, że wielką mową dla jej sług i nauczycieli jest stawianie wzniosłej doktryny, lecz że ludzie są ludźmi, a świat jest światem, i że życie nie miało być ciężarem, i że Bóg zesłał nas tu dla radości, i że nigdy nie będzie nas karał za pójście za prawem naszej natury. Odpowiadam: bez wątpienia to życie było pomyślane jako radość — ale dlaczego nie miałoby to być radowanie się w Panu? Mieliśmy iść za prawem naszej natury — ale dlaczego naszej starej natury, a nie nowej? Gdybyśmy byli rzeczywiście w stanie naszej pierwszej natury, pod winą i skalaniem grzechu pierworodnego, argument ten mógłby być przytaczany pozornie, choć oczywiście i wówczas nie byłby rozstrzygający; lecz jak ma się on do chrześcijan? Skoro Bóg otworzył drzwi naszego więzienia i wprowadził nas do królestwa Swego Syna, jeśli ludzie są nadal ludźmi cielesnymi, a świat jest grzesznym światem, a życie Aniołów jest ciężarem, a prawo naszej natury nie jest prawem Bożym — czyja to wina?
My, chrześcijanie, podlegamy wprawdzie prawu jak inni ludzie, ale, jak już powiedziałem, jest to prawo nowe — prawo Ducha Chrystusowego. Jesteśmy pod łaską. To prawo, które dla natury jest dotkliwą niewolą, dla tych, którzy żyją pod mocą obecności Bożej, jest tym, czym być miało — radością. Gdy więc czujemy niechęć do służenia Bogu, gdy w nas wzbierają myśli, jakby był On surowym Panem i jakby Jego obietnice nie były dość pociągające, by zrównoważyć surowość Jego przykazań — przypomnijmy sobie, że my, jako chrześcijanie, nie jesteśmy w ciele, lecz w Duchu, i postępujmy zgodnie z tym przekonaniem. Pójdźmy do Niego po łaskę. Szukajmy Jego oblicza. Przyjdźmy tam, gdzie On udziela łaski. Przyjdźmy do ustanowień łaski, w których Chrystus udziela Swego Ducha Świętego, by możliwe nam było to, czego z natury czynić nie możemy, i byśmy byli „sługami sprawiedliwości". Ci, którzy modlą się o Jego zbawczą pomoc, by zmienił ich upodobania i niechęci, ich gusta, zapatrywania, wole i serca — nie zyskują wprawdzie od razu tego, czego szukają — nie zyskują tego za pierwszym proszeniem — nie dostrzegają, że to zyskują, dopóki to zyskują — lecz jeśli przychodzą wytrwale, dzień po dniu, do Niego — jeśli przychodzą pokornie — jeśli przychodzą z wiarą — jeśli przychodzą nie po to, by wypróbować, jak polubią służbę Bożą, lecz rzucając (na ile to możliwe) całe swe serca i dusze w swój obowiązek jako ofiarę dla Niego — jeśli przychodzą nie szukając znaku, lecz postanowieni szukać Go, czcić Go, służyć Mu, ufać Mu, czy widzą światło, czy czują pocieszenie, czy dostrzegają swój wzrost, czy nie — tacy ludzie zyskają, choć sami tego nie wiedzą; znajdą, nawet gdy jeszcze szukają; zanim zawołają, On im odpowie, i w końcu znajdą siebie zbawionych dziwnie, ku swemu zdumieniu, nie wiedząc jak i gdy korona zdawała się jeszcze odległa. „Którzy czekają na Pana" — mówi Prorok — „odnowią siły; wzbijać się będą w górę na skrzydłach jak orły; będą biec i nie ustaną, będą iść i nie omdleją".
---