*„Słowo, które Bóg włoży w usta moje, to właśnie powiem."* — Lb 22,38
Kiedy rozważamy Stary Testament jako napisany z natchnienia Bożego i zachowany, ponad czas własnego Przymierza, dla nas, chrześcijan — jako potwierdzony i przekazany nam przez samego Chrystusa i ogłoszony przez świętego Pawła za „pożyteczny do nauki, do napominania, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości" — nie powinniśmy z pewnością czytać żadnej jego części obojętnie, owszem, bez wielkiego i pełnego troski zainteresowania. „Panie, co chcesz, abym czynił?" — oto pytanie, które samo nasuwa się w umyśle człowieka serio. Chrystus i Jego Apostoł nie mogli przecież wkładać Prawa i Proroków w nasze ręce bez żadnego celu. Chciałbym, aby ta myśl była rozważana staranniej, niż to zwykle bywa. Wyznajemy wprawdzie cześć dla Starego Testamentu; wszelako, z tej czy innej przyczyny, przynajmniej jedna znaczna jego część — historyczna — jest przez ogół ludzi, nawet tych, którzy zastanawiają się nad religią, uważana za czysto historyczną, za opowieść o faktach, za starożytności; nie zaś za Boże objawienie, nie za naukę praktyczną, nie za coś odnoszącego się do nich osobiście. Nie przychodzi im myśl, że Bóg przemawia w niej do nich bezpośrednio, że pytanie: „Co On mówi?", „Co mam czynić?" — w ogóle ich dotyczy. Sądzą, że Stary Testament jest dla nich ważny jedynie o tyle, o ile można go odczytać jako typ jednej lub dwóch wielkich prawd chrześcijańskich; nie rozważają go w jego pełni i w sensie dosłownym jako zbioru głębokich lekcji moralnych — takich, jakich Nowy Testament nie podaje wprost — choć święty Paweł wyraźnie stwierdza, że jest on „pożyteczny do wychowywania w sprawiedliwości".
Jeśli historia Starego Testamentu w ogólności miała być trwałym pouczeniem dla Kościoła, to o ileż bardziej — można by sądzić — musiały nim być tak wybitne i niezwykłe jej fragmenty jak dzieje Balaama. A jednak podejrzewam, że bardzo wielu czytelników wynosi z tej historii niewiele więcej niż wrażenie cudu, który się w niej wydarzył — mianowicie przemówienia jego oślicy. I niejednokrotnie mówią o tym przedmiocie lżej, niż byłoby stosowne. Sądzę jednak, że z tej historii można wyciągnąć bardzo poważne i wstrząsające nauki, i część z nich postaram się teraz przed wami przedstawić.
Cóż ukazują nam rozdziały, o których mowa? Pierwsza i najbardziej ogólna charakterystyka Balaama byłaby taka: był to człowiek wybitny w swoich czasach i w swoim kraju, pozyskany i przekupiony przez wrogów Izraela, który popierał złą sprawę w bardzo nikczemny sposób; gdy zaś nie mógł już nic więcej dla niej uczynić, doradził Moabitom, by posłużyli się swymi kobietami jako narzędziem do uwiedzenia wybranego ludu w bałwochwalstwo; a sam poległ w boju w wojnie, która potem wybuchła. Oto główne rysy, widoczne z oddali, jego historii — i są one zaiste odpychające. Podjął się roli kusiciela, która jest właśnie urzędem szatana. Lecz sam Szatan z bliska nie wydaje się tak wstrętny jak z oddali; i kiedy uważnie przypatrzymy się historii Balaama, znajdziemy w niej cechy, które mogą budzić zainteresowanie tych, którzy nie mają na oku jego początku i jego końca. Zbliżmy się zatem do niego, zapominając na chwilę o ogólnym zarysie, który przed chwilą naszkicowałem.
Po pierwsze — obdarzony był szczególną łaską Bożą. Zapytacie od razu: jakże mógł tak zły człowiek być w łasce Bożej? Proszę jednak, abyście odłożyli na bok wszelkie rozumowania i wpatrywali się w fakty. Mówię: był szczególnie obdarzony przez Boga. Bóg ma w swym skarbcu łaski różnego rodzaju — jedne na czas, inne na wieczność; jedne będące wyrazem Jego upodobania, inne nie. Udziela darów nawet złym. Sprawia, że słońce Jego wschodzi nad niesprawiedliwymi tak samo jak nad sprawiedliwymi. Nie pragnie śmierci grzesznika. Mówi się, że umiłował młodego dostojnika, którego serce mimo to spoczywało na świecie. Jego miłosierdzie ogarnia wszystkie Jego dzieła. Jak rozdziela On w swej Boskiej myśli łaskawość od upodobania, czas od wieczności, to, co czyni, od tego, co przewiduje — nie wiemy i pytać nie musimy. Teraz kocha On wszystkich ludzi, jakby nie wiedział, że jedni mają stać się świętymi, a drudzy potępionymi na wieki. Udziela swych darów różnorodnie — dobrodziejstwa, łaski, nagrody, zdolności, okoliczności zewnętrzne są nieskończenie zróżnicowane i nie dają się przez nas porządkować ani wyliczać. Balaam, mówię, był w Jego łasce; nie wprawdzie dla swej świętości, nie na zawsze; lecz w pewnym sensie, zgodnie z Jego niezbadanym zamiarem — który wybrać, kogo chce, i wywyższa, kogo chce, nie niszcząc ukrytej odpowiedzialności człowieka ani swego własnego panowania, ani triumfu prawdy i świętości, ani swej własnej surowej bezstronności w końcu. Balaam był obdarzony w sposób szczególny, daleko przewyższający zwykłych pogan. Miał nie tylko dar natchnienia i znajomość woli Bożej, wgląd w prawdy moralne jasny i rozległy — taki, którego nawet my, chrześcijanie, nie możemy przewyższyć — lecz był nawet dopuszczony do świadomego obcowania z Bogiem, jakiego my, chrześcijanie, nie mamy. W naszych niedzielnych nabożeństwach czytacie zapewne rozdziały opowiadające o tym obcowaniu; nie czytamy zaś tych, które opisują ciemniejsze epizody jego historii. Czyż nie sądzicie, że większość ludzi znających go jedynie z niedzielnych lekcji wydaje o nim bardzo łagodny sąd? Widzą go wprawdzie po złej stronie, ale postrzegają go jednak jako proroka Bożego. Taki sąd nie jest błędny, o ile sięga; i powołuję się na niego — jeśli jest taki, jak myślę — jako świadectwo, jak wysoko Balaam był w łasce Bożej.
Ale dalej — Balaam był, w zwykłym i powszechnie przyjętym znaczeniu tego słowa, bez naciągania go wcale, człowiekiem bardzo sumiennym. Że tak było, okaże się z pewnych jego czynów i wypowiedzi, które przypomnę, a które ukażą zarazem jego oświecony i godny podziwu pogląd na powinność moralną i religijną. Gdy Balak posłał po niego, wzywając go, by przeklął Izraela, Balaam nie podjął decyzji sam z siebie, jak niejednemu przyszłoby do głowy, ani też nie kierował się podszeptami chciwości i ambicji. Nie — zwrócił się w tej sprawie do Boga na modlitwie. Modlił się, zanim uczynił to, co uczynił, jak człowiek pobożny czynić powinien. Następnie, gdy Bóg zakazał mu iść, odmówił niezwłocznie, jak przystało — stanowczo. „Wracajcie do swojego kraju — powiedział — gdyż Pan nie pozwala mi pójść z wami." Balak wysłał ponownie posłańców z pilniejszymi naleganiami i korzystniejszymi ofertami, a Balaam był teraz jeszcze bardziej zdecydowany niż przedtem. „Gdyby nawet Balak dawał mi swój dom pełen srebra i złota — powiedział — nie mógłbym przekroczyć rozkazu Pana, Boga mego, w niczym, małym ani wielkim." Potem Bóg dał mu pozwolenie. „Jeśli ci mężowie przyszli, aby cię wezwać, wstań i idź z nimi." Wtedy dopiero, i nie wcześniej, poszedł.
Bóg Wszechmogący dodał: „Lecz tylko to słowo, które Ja ci powiem, to właśnie masz czynić." I tu zobaczcie, jak ściśle słuchał się tego nakazu. Gdy po raz pierwszy spotkał Balaka, powiedział słowami tekstu: „Oto przybyłem do ciebie; lecz czy mam jakąś władzę, by mówić cokolwiek? Słowo, które Bóg włoży w usta moje, to właśnie powiem." Znowu, gdy miał prorokować, rzekł: „Co On mi pokaże, to ci oznajmię" — i tak też uczynił, mimo rozczarowania i upokorzenia Balaka, słysząc, że błogosławi Izraelowi. Gdy Balak dał wyraz niecierpliwości, Balaam spokojnie odpowiedział jedynie: „Czyż nie powinienem pilnie mówić tego, co Pan włożył w moje usta?" Prorokował ponownie — i znowu było to błogosławieństwo; Balak znowu się rozgniewał, a prorok znowu odpowiedział stanowczo i spokojnie: „Czy nie powiedziałem ci: Cokolwiek Pan przemówi, to muszę czynić?" Po raz trzeci prorokował błogosławieństwo; i teraz gniew Balaka rozgorzał, klasnął w dłonie i rozkazał mu odejść precz. Lecz Balaam nie pozwolił się tym odwieść od swego obowiązku. „Gniew królewski jest jak posłańcy śmierci." Balak mógł natychmiast pomścić się na proroku; lecz Balaam, nie zadowalając się pobłogosławieniem Izraela, przystąpił, jak przystoi prorokowi, do wylania reszty tego, co ciążyło mu jako breme prorockie, zwiastując teraz dobitniej niż przedtem zagładę Moabowi i innym nieprzyjaciołom ludu wybranego. Poprzedził swe proroctwo tymi niezbyt przyjemnymi słowami: „Czyż nie mówiłem posłom, których po mnie posłałeś: Choćby Balak dawał mi swój dom pełen srebra i złota, nie mógłbym przekroczyć rozkazu Pana, by czynić cokolwiek dobrego lub złego z własnej woli; co Pan powie, to właśnie powiem. A teraz oto idę do swego ludu; chodź więc, upomną cię, co ten lud uczyni twojemu ludowi w dniach ostatecznych." Dawszy świadectwo swemu sumieniu, „wstał, odszedł i powrócił do swojego miejsca".
Wszystko to wyraża z pewnością postępowanie i uczucia człowieka o wysokich zasadach, honoru i sumienia. Balaam, powiadam, był z całą pewnością takim człowiekiem — w tym właśnie znaczeniu, w jakim te słowa są powszechnie używane. Mówił i czynił; wyznawał i postępował zgodnie ze swymi wyznaniami. Nie ma rozbieżności między słowem a czynem. Słucha się nakazów tak samo, jak mówi o religii — i skoro tak jest, tym głębiej odczujemy wartość następujących szlachetnych wyznań, które od czasu do czasu wypuszcza, a które, gdyby wykazał mniej stanowczości w postępowaniu, mogłyby uchodzić za czcze słowa — słowa człowieka wygłaszającego mowy, sofisty, moralisty czy mówcy: „Niechaj umrę śmiercią sprawiedliwych, a koniec mój niech będzie jak jego koniec." „Bóg nie jest człowiekiem, by mógł kłamać, ani synem człowieczym, by się miał rozmyślić... Oto otrzymałem polecenie błogosławienia; On błogosławi i ja tego nie odwołam." „Ujrzę Go, lecz nie teraz; dojrzę Go, lecz nie z bliska." Znamienne jest, że słowa te są wielkie i wzniosłe w sposobie wyrazu; i owo powiedzenie jego zachowane przez proroka Micheasza jest tego samego rodzaju. Balak pytał, jakie ofiary są miłe Bogu. Balaam odpowiedział: „Oznajmiono ci, człowiecze, co jest dobre i czego żąda od ciebie Pan: tylko pełnienia sprawiedliwości, miłowania życzliwości i chodzenia z pokorą przed Bogiem twoim."
Rozważając zatem natchnione wzmianki o Balaanie w całości, nie możemy odmówić mu pochwały, którą — jeśli owe wzmianki mają jednoznaczny sens — z pewnością wyrażają: że był człowiekiem honoru i pobożności, z wieloma rysami wielkości i szlachetności; człowiekiem, któremu każdy z nas na pierwszy rzut oka by zaufał, szukałby jego rady w trudnościach, może postawiłby go na czele stronnictwa, a w każdym razie mówił o nim z wielkim szacunkiem. Możemy wprawdzie utrzymywać, jeśli chcemy, że potem wyrzekł się tej całej doskonałości; choć w końcu taka myśl budzi pewien wstrząs. Zresztą nie jest nawet rzeczą naturalną, by ludzie zwyczajnie honorowi zmieniali się nagle; jednak — cokolwiek by w tej kwestii twierdzono — można powiedzieć, że upadł; ale chyba nie można twierdzić, że był czymś innym niż człowiekiem wysokich zasad (w języku świata), gdy tak mówił i postępował.
A oto rzecz zadziwiająca: że w owym właśnie czasie, gdy tak mówił i postępował, wydaje się on w pewnym sensie być w łasce Bożej, a w innym i wyższym — pod Jego gniewem. Jeśli tak jest, przypuszczenie o jego upadku straci na wartości; trudność, którą miało rozwiązać, pozostanie; okaże się bowiem, że nie podobał się Bogu wśród swych licznych zalet. Ustęp, który mam na myśli, jest, jak łatwo się domyślicie, następujący. „Bóg rozpalił się gniewem, że on szedł" z książętami Moabu, „i stanął Anioł Pański na drodze, aby mu przeszkodzić." Potem, gdy Bóg otworzył mu oczy, „ujrzał Anioła Pańskiego stojącego na drodze z mieczem dobytym w ręku"... „I rzekł Balaam: Zgrzeszyłem, bo nie wiedziałem, że stałeś naprzeciwko mnie na drodze; a teraz, jeśli ci to nie podoba, wrócę." Zwróćcie uwagę — Balaam powiedział: „Zgrzeszyłem", choć zapewnia, że nie wiedział, iż Bóg jest jego przeciwnikiem. Całą tę sprawę czyni jeszcze bardziej zadziwiającą to, że Bóg Wszechmogący rzekł przedtem: „Jeśli ci mężowie przyszli, aby cię wezwać, wstań i idź z nimi" — i że gdy Balaam ofiarował się wrócić, Anioł powtórzył: „Idź z tymi mężami." A potem, wśród pogańskich zaklęć, „Bóg wyszedł naprzeciw Balaamowi" i „włożył mu słowo w usta"; a potem „Duch Boży przyszedł na niego".
Streszczając więc to, co powiedziano, zdaje się, że w historii Balaama mamy oto taki niezwykły wypadek — niezwykły według naszych potocznych osądów: człowiek obdarzony szczególną łaską Bożą, nawiedzany, kierowany, strzeżony, wyjątkowo zaszczycony, oświecany — człowiek posiadający oświecone poczucie obowiązku i moralnych i religijnych sprawności, wykształcony, szlachetnego ducha, sumienny, honorowy, niezachwiany; a jednak po stronie wrogów Bożych, osobiście pod gniewem Bożym, a w końcu (jeśli pójdziemy aż dotąd) bezpośrednie narzędzie szatana, mający swój dział z niewiernymi. Nie sądzę, bym przesadził w jakimkolwiek szczególe tego opisu; lecz jeśli jest on słuszny choćby co do istoty — jest to z całą pewnością rzecz przerażająca, po odjęciu ewentualnej mimowolnej przesady; przerażająca dla każdego z nas, tym przerażająca, im bardziej jesteśmy świadomi w sobie samych czystości zamiaru w tym, co czynimy, i sumiennego trzymania się naszego poczucia obowiązku.
I teraz nasuwa się naturalne pytanie: co oznacza to zdumiewające odsłonięcie dróg Bożych? Czy naprawdę możliwe jest, by człowiek sumienny i pobożny znalazł się między wrogami Boga, owszem, by osobiście był Mu nienawistny, i to właśnie wtedy, gdy Bóg nawiedzał go nadzwyczajną łaską? Cóż to za tajemnica! Zaprawdę, jeśli tak jest, Objawienie powiększyło nasze zakłopotanie, zamiast je rozwiać! Cóż za pouczenie, co za pożytek, co za napomnienie, cóż za nauka jest w takich fragmentach natchnionego Pisma Świętego?
Odpowiadając na tę trudność, zauważam przede wszystkim, że jest zupełnie niemożliwe — absolutnie niemożliwe — by człowiek naprawdę sumienny był nienawistny Bogu; zarazem jednak jest możliwe, by być *na ogół* sumiennym — albo tym, co świat nazywa człowiekiem honorowym i zasad — a jednak być pozbawionym owej religijnej bojaźni i skrupulatności, którą Bóg nazywa sumieniem, lecz którą świat nazywa przesądem lub ciasnotą umysłu. Mając to na uwadze, znajdziemy być może rozwiązanie naszych trudności dotyczących Balaama.
I tu pragnę uczynić pewną uwagę: gdy jakiś fragment Pisma Świętego opisujący postępowanie Boga z człowiekiem jest niejasny lub kłopotliwy, dobrze jest zapytać samych siebie, czy nie wynika to z pewnej nieczułości — w nas samych lub w naszej epoce — na pewne osobliwości Boskiego prawa czy rządów Bożych w nim zawartych. I tak tym, którzy nie rozumieją natury i dziejów prawdy religijnej, stwierdzenie Pana o tym, że przyszedł rzucić miecz na ziemię, jest zagadką. Dla tych, którzy grzech uważają za błahą winę, nauka o wiecznej karze jest trudnością. Podobnie historia potopu, powołania Abrahama, plag egipskich, wędrówki na pustyni, sądu nad Korachem, Datanem i Abiramem oraz mnóstwo innych wypadków mogą być nieprzezwyciężonymi trudnościami — prócz dla pewnych stanów i usposobień ducha, dla których przeciwnie wydadzą się zupełnie naturalne i oczywiste. Uważam, że historia Balaama jest uderzającą ilustracją tej uwagi. Ci, których serca są — jak serce Jozjasza — „miękkie", skrupulatne, wrażliwe w sprawach religijnych, ujrzą z jasnością i pewnością, jaki był rzeczywiście jego stan; natomiast trudności, które mamy z tą historią, jeśli je mamy, są przesłanką, że epoka, w której żyjemy, nie posiada klucza do pewnej klasy Bożych opatrzności, że brakuje jej pewnych zasad religijnych, wyobrażeń i wrażliwości. Rozważcie więc, czy poniższe uwagi nie przyczynią się do zmniejszenia naszego zakłopotania.
Balaam słuchał się Boga z poczucia, że tak czynić należy, lecz nie z pragnienia, by Mu się podobać, nie z bojaźni i miłości. Miał inne cele, dążenia i życzenia własne, odrębne od woli i zamierzeń Bożych, i chętnie by je zrealizował, gdyby mógł. Jego staraniem nie było to, by podobać się Bogu, lecz by podobać się sobie bez narażania się Bogu; by dążyć do własnych celów o tyle, o ile było to zgodne z obowiązkiem. Mówiąc krótko — nie oddał Bogu serca, lecz słuchał Go tak, jak człowiek może słuchać się prawa ludzkiego lub przestrzegać obyczajów społeczeństwa czy swego kraju, jako czegoś zewnętrznego wobec siebie — ponieważ wie, że powinien to czynić, z pewnego rodzaju rozumnej przyzwoitości, z przekonania o słuszności, stosowności lub pożytku, stosownie do okoliczności.
Zauważcie — pragnął on pójść z posłami Balaka, czuł jednak, że nie powinien; a problem, który starał się rozwiązać, brzmiał: *jak* pójść i zarazem nie obrazić Boga. Był w pełni zdecydowany, że w każdym razie postąpi religijnie i sumiennie; był zbyt honoru czło wiekiem, by nie dotrzymywać żadnego ze swych zobowiązań; jeśli dał słowo, było ono święte; jeśli miał obowiązki, były nieodparte; miał reputację do zachowania i wewnętrzne poczucie przyzwoitości do zaspokojenia; ale za nic w świecie chciałby się uwolnić od swych obowiązków, a pytaniem było, jak to uczynić bez gwałtu; i nie dbał o to, by chodzić po samej krawędzi przekroczenia, byle tylko nie spaść w przepaść. Dlatego nie poprzestał na poznaniu woli Bożej, lecz usiłował ją zmienić. Pytał Go po raz drugi — a to było kusić Boga. Stąd, choć Bóg nakazał mu iść, Jego gniew rozpalił się na niego za to, że poszedł.
Jest to z pewnością charakter niemało znany; a raczej — przypadłość powszechna nawet wśród bardziej poważanej i godnej pochwały części społeczeństwa. Mówię wprost i bez obawy zaprzeczenia — choć jest to rzecz poważna do powiedzenia — że celem większości ludzi uważanych za sumiennych i pobożnych, albo za tych, których się nazywa honorowymi, prawymi, jest, jak się zdaje, nie to, jakby podobać się Bogu, lecz jak podobać się sobie bez narażania się Bogu. Mówię z przekonaniem — to znaczy, jeśli wolno nam sądzić o ludziach w ogólności według tego, co widzimy — że stawiają oni świat na pierwszym miejscu w swych myślach, a religii używają jako środka naprawczego, jako hamulca na zbytnie przywiązanie do świata. Sądzą, że religia jest czymś negatywnym — rodzajem umiarkowanego umiłowania świata, umiarkowanego zbytku, umiarkowanej chciwości, umiarkowanej ambicji i umiarkowanego egoizmu. Widać to na niezliczone sposoby. Widać w przebiegu handlu, życia publicznego, literatury, we wszystkim, w czym ludzie mają cele do osiągnięcia. Owszem, widać to nawet w działalności religijnej; a co do niej, zbyt często zdarza się, że głównym zamiarem jest osiągnięcie za wszelką cenę pewnego określonego celu — religijnego wprawdzie, ale wybranego przez człowieka własną wolą — nie zaś: podobać się Bogu, a następnie, jeśli możliwe, osiągnąć ten cel; nie: osiągnąć go w sposób religijny — albo wcale.
Jest to z pewnością rzecz tak oczywista, że rozwijanie jej jest niemal zbędne. Ludzie nie biorą za przedmiot swych działań woli Bożej, lecz pewne zasady, reguły i sposoby postępowania — słuszne może same w sobie, lecz wadliwe, bo podlegają pewnym innym ostatecznym celom, które nie są religijne. Ludzie są sprawiedliwi, uczciwi, prawi, godni zaufania — lecz wszystko to nie z miłości i bojaźni Bożej, lecz z samego poczucia obowiązku i w podporządkowaniu pewnym ziemskim celom. I tak są tymi, których się zwykło nazywać moralnymi, nie będąc przy tym religijnymi. Takim właśnie był Balaam. Był w potocznym sensie ściśle moralnym, honorowym, sumiennym człowiekiem; że nie był nim w niebieskim i prawdziwym sensie — jest jasne, jeśli nie z tu poczynionych rozważań, to przynajmniej z jego dalszych dziejów, które — jak można przypuszczać — ujawniły jego ukrytą wadę, na czymkolwiek by ona polegała.
I tu rozumiemy, dlaczego tak dużo i tak chełpliwie mówił o swej determinacji, by iść za wskazaniem Bożym. Wielce mu na tym zależało; jego celem nie było podobać się Bogu, lecz utrzymać z Nim poprawne stosunki. Kto miłuje, nie działa z wyrachowania ani rozumowania; w chwilach spokojnej refleksji nie rozprawia o tym, co czyni, jakby to było wielką ofiarą. Tym mniej zaś szczycił się tym; lecz właśnie tak zdaje się postępował Balaam.
Zauważyłem, że jego wada polegała na tym, iż nie miał oka zwróconego wyłącznie ku woli Bożej, lecz rządziły nim inne cele. Ponadto jednak to zepsute serce niedowiarstwa ujawniło się w szczególny sposób, na który muszę zwrócić waszą uwagę, a o którym napomknąłem już przed chwilą, mówiąc, że trudności Pisma Świętego często wynikają z wadliwego moralnego stanu naszych serc.
Dlaczego Bóg Wszechmogący dał Balaamowi pozwolenie, by poszedł do Balaka, a potem rozgniewał się nań za to, że poszedł? Sądzę, że dlatego, iż jego ponowne pytanie było kuszeniem Boga. Bóg jest Bogiem zazdrosnym. My, grzesznicy — owszem, stworzenia rąk Jego — nie możemy bezpiecznie naprzykrzać się Mu i poufale z Nim postępować. Nie godzi nam się ważyć się na to, na co nie odważylibyśmy się wobec ziemskiego zwierzchnika — za co bylibyśmy ukarani, gdybyśmy na przykład próbowali tego wobec króla czy możnego tego świata. Narzucać się przed Jego obliczem, zwracać się do Niego po familiarsku, nalegać na Niego, usiłować nakierować nasz obowiązek w jedną stronę, gdy biegnie w inną, niedbale obchodzić się z Jego świętym słowem i nadużywać go, igrać z prawdą, lekko traktować sumienie, pozwalać sobie (że tak powiem) na swobody wobec czegokolwiek, co jest Bożym — wszelka bezbożność, bezczeście, brak skrupułów, lekkomyślność: wszystko to jest w Piśmie Świętym przedstawiane nie tylko jako grzech, ale jako rzecz odczuwana, zauważana, szybko rewanżowana przez Boga (jeśli śmiem użyć takich ludzkich słów o Bogu Wszechmogącym i Przenajświętszym, nie przekraczając przy tym reguły, którą sam właśnie głoszę — lecz On zechciał przedstawiać się nam w Piśmie w jedyny sposób, w jaki możemy dojść do Jego poznania): mówię więc, że wszelka bezbożność wobec Boga jest przedstawiana jako zazdrośnie i natychmiast, i dotkliwie zauważana i odpłacana, tak jak przyjaciel czy obcy wśród ludzi mógłby mścić się za okazaną mu zniewagę. Należy to starannie rozważyć; jesteśmy skłonni odnosić się do Boga i spraw Bożych jak do jakiegoś systemu, prawa, nazwy, religii, zasady — nie zaś jak do Osoby, żywego, czujnego, obecnego, bystrego i potężnego Oka i Ramienia. Że jest to wielkim błędem — jasne jest dla wszystkich, którzy studiują Pismo Święte; dostatecznie wskazuje na to śmierć owej rzeszy ludzi za spojrzenie do arki — śmierć proroka z Judy, posłanego do Jeroboama, który nie wypełnił co do joty danych mu poleceń — rzeź dzieci w Betel przez niedźwiedzie za szyderstwo z Elizeusza — wykluczenie Mojżesza z Ziemi Obiecanej za dwukrotne uderzenie w skałę — i sąd nad Ananiaszem i Safirą. Otóż wina Balaama zdaje się być tego rodzaju. Bóg powiedział mu wyraźnie, by nie chodził do Balaka. On zuchwale zapytał po raz drugi — i Bóg jako karę dał mu pozwolenie, by sprzymierzył się z Jego wrogami i stanął po stronie przeciwnej Jego ludowi. Przy tej zuchwalości i miłości własnej w głębi serca jego roztropność, niezachwianie, mądrość, oświecenie i ogólna sumienność — na nic mu się nie zdały.
Mnóstwo refleksji ciśnie się na myśl na widok tej strasznej, jak słusznie ją mogę nazwać, historii — i kilkoma z nich, krótko ujętymi, zakończę.
1. Po pierwsze, widzimy, jak mało możemy polegać w ocenie dobra i zła na pozornej doskonałości i wysokim charakterze jednostek. Jest dobro i zło w sprawach postępowania — wbrew światu; lecz celem świata i celem szatana jest odwrócenie naszych myśli od niezatartych różnic między rzeczami i skierowanie ich ku człowiekowi: uczynienie nas niewolnikami człowieka, uzależnienie nas od jego opinii, jego protekcji, jego czci, jego uśmiechów i jego zmarszczonych brwi. Lecz jeśli Pismo Święte ma być naszym przewodnikiem — rzeczą zupełnie jasną jest, że ludzie najbardziej sumienni, pobożni, zasad i honoru (używam tych słów w ich potocznym, nie biblijnym znaczeniu) mogą stać po stronie zła, mogą być narzędziami szatana do przeklinania, gdyby to było możliwe, a w każdym razie do uwodzenia i osłabiania ludu Bożego. Albowiem w ocenie świata — nawet najbardziej wyrafinowanej — człowiek jest sumienny i konsekwentny, kto postępuje zgodnie ze swym własnym standardem, cokolwiek by nim było — nie zaś ten jedynie, kto dąży do przyjęcia najwyższego standardu. To jest najwyższy lot świata; w potocznej zaś jego ocenie sumienny i konsekwentny jest ten, kto okazuje się niekonsekwentny i wykracza przeciw sumieniu jedynie w ostateczności, gdy jest mocno przyciśnięty do muru i musi przeciąć węzeł albo tkwić w doraźnych trudnościach. To znaczy: uważa się za posłusznego sumieniu tego, kto mu jest nieposłuszny dopiero wtedy, gdy jest to chwała i zasługa mu być posłusznym. Tak, niestety, bywa z niejednym z najbardziej honorowych mężów samego tylko świata — owszem, z ogółem (tak zwanych) poważanych ludzi. Nie kłamią, nie łamią słowa, nie bezczeszczą dnia Pańskiego, nie są nieuczciwi w handlu, nie zapierają się swych zasad, nie obrażają religii — chyba w wielkich trudnościach lub wielkich nagłych okolicznościach, gdy zostaną przyciśnięci do muru; a wtedy może się przemocą narzucają, jak Saul, gdy złożył ofiarę zamiast Samuela — przemocą się narzucają i (że tak powiem) przyjmują swój grzech jako pewien rodzaj przykrego zaparcia się siebie lub pokuty, wstydząc się go przez cały czas, pozbywając się go jak najprędzej, mrużąc oczy i skacząc w ciemno, a potem zapominając o nim, bo jest gorzki do wspominania. A jeśli pamięć się kiedyś odzywa i dręczy ich, pocieszają się, że w końcu postąpili wbrew sumieniu tylko raz i drugi. Tak sądzą o sobie i o sobie nawzajem, patrząc na siebie od najkorzystniejszej strony; a jeśli trafi im się ktoś, kto żył bardziej z dala od świata niż oni, ma prawdziwsze poczucie dobra i zła i czepia się jakiegoś jednego rysu w nich, który dla niego jest znakiem ostrzegawczym przeciwko nim — taki człowiek wydaje im się naturalnie ciasnego ducha i przesadnie surowy w swych pojęciach. Na przykład: gdyby taki człowiek był niegdyś bliski Balaamowi i był wtajemniczony w historię jego kuszenia Boga, jasne jest, że ogólna prawość Balaama, szlachetność jego postawy i oświecony pogląd na obowiązek nie poradziłyby nic, by przezwyciężyć niechęć takiego człowieka do niego. Byłby wstrząśnięty i zaniepokojony, trzymałby się z dala — i w konsekwencji świat nazwałby go niemającym miłości i fanatykiem.
2. Druga refleksja, jaka nasuwa się umysłowi, dotyczy przedziwnej ukrytej opatrzności Bożej, podczas gdy wszystko zdaje się iść wedle biegu tego świata. Balaam nie widział Anioła — a jednak Anioł wyszedł mu na spotkanie jako nieprzyjaciel. Nie miał jawnego ogłoszenia gniewu Bożego skierowanego przeciw niemu. Zgrzeszył — i nic outwardly się nie stało; a jednak gniew był rozlany i był na jego drodze. I to znów jest myśl bardzo poważna i straszna. Ramię Boże nie jest skrócone. To, co przydarzyło się Balaamowi, jest tak, jakby się zdarzyło wczoraj. Bóg jest taki, jakim był zawsze; grzeszymy tak, jak człowiek zawsze grzeszył. Grzeszymy, nie wiedząc o tym. Bóg jest naszym nieprzyjacielem, a my o tym nie wiemy; a gdy cios spada, zwracamy myśli ku stworzeniu, maltretujemy naszą oślicę, zrzucamy winę na okoliczności tego świata, zamiast zwrócić się do Niego. „Panie, gdy wyciągasz swą rękę, nie chcą jej widzieć; lecz ujrzą" — w przyszłym świecie, jeśli nie tutaj — „i zawstydzą się z powodu zazdrości o lud; zaprawdę ogień Twoich nieprzyjaciół ich pochłonie."
3. Tu też jest poważna refleksja, gdybyśmy mieli czas ją rozwinąć: że gdy raz wstąpiliśmy na drogę zła, nie możemy cofnąć się w swych krokach. Balaam był zmuszony iść z mężami; ofiarował się wycofać — nie pozwolono mu — a jednak gniew Boży szedł za nim. To właśnie wynika z wciągnięcia się w złą drogę postępowania; i dostrzegamy tego codziennych przykładów w naszym doświadczeniu życiowym. Ludzie wikłają się i zostają skrępowani ręce i nogi w nierozważnych przedsięwzięciach. Zawierają lekkomyślne małżeństwa lub znajomości; stawiają siebie w niebezpiecznych sytuacjach; angażują się w niepożyteczne lub szkodliwe przedsięwzięcia. Zbyt często wprawdzie nie dostrzegają swego złego położenia; lecz gdy dostrzegą, nie mogą się cofnąć. Bóg jakby mówi: „Idź z tymi mężami." Są w niewoli i muszą z niej korzystać najlepiej, jak potrafią; będąc niewolnikami stworzenia, nie przestając być odpowiedzialnymi sługami Boga; pod Jego gniewem, a jednak zobowiązani postępować tak, jak gdyby mogli Mu się podobać. Wszystko to jest bardzo straszne.
4. Na koniec powiem jeszcze tylko jedno — Bóg daje nam przestrogi od czasu do czasu, lecz ich nie powtarza. Grzech Balaama polegał na tym, że nie zastosował się do tego, co mu powiedziano raz na zawsze. Podobnie i wy, bracia moi, słyszycie teraz to, czego może nigdy nie usłyszycie — i co być może w swej istocie jest słowem Bożym. Może nigdy już tego nie usłyszycie, choć zewnętrznym uchem słyszycie to sto razy, bo teraz możecie być tym poruszeni, lecz nigdy więcej nie być. Możecie być teraz poruszeni, lecz to poruszenie może obumarć; i w przyszłości, jeśli kiedykolwiek będziecie o tym myśleć, powiecie może tak: że ta myśl uderzyła was w tej chwili, lecz jakoś im więcej się nad nią zastanawiali, tym mniej ją lubili lub cenili. Prawda; może tak być — i może wynikać, jak sądzicie, stąd, że nauka, którą wam tu przedstawiałem, nie jest prawdziwa ani zgodna z Pismem Świętym; lecz może też wynikać stąd, że słyszeliście głos Boży i nie usłuchaliście go. Może staliście się ślepi — a nie nauka była obalona. Strzeżcie się igrania ze swym sumieniem. Często się mówi, że drugie myśli są najlepsze; tak jest w sprawach osądu — lecz nie w sprawach sumienia. W sprawach obowiązku pierwsze myśli są zazwyczaj najlepsze — zawierają więcej głosu Bożego. Niechaj On da wam łaskę słyszenia tego, co powiedziano, tak, jak zechcielibyście byli to słyszeć, gdy życie dobiegnie kresu — słyszenia w sposób praktyczny, z pragnieniem, by z tego skorzystać, by poznawać wolę Bożą.
---