HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom IV

Kazanie V. Poleganie na praktykach religijnych

Gdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czegoGdy moja wiara stała się letnia PokoraEucharystia
„Gdy uczynicie wszystko, co wam nakazano, mówcie: Sługami nieużytecznymi jesteśmy; uczyniliśmy to, co uczynić byliśmy powinni."
W skrócie. Newman ostrzega przed poleganiem na zewnętrznych praktykach religijnych — modlitwie, sakramentach, nabożeństwach — jako na wystarczającym środku zbawienia bez przemiany serca. Praktyki mają wartość jako środki, nie jako cel; łatwo stają się zasłoną samooszukiwania. Potrzebna jest pokorna czujność wobec własnej letniości.

„Ci również nie mierzą się naprawdę miarą niebieską i sądem Bożym; mierzą się jedynie własnym sumieniem, a sumienie ich jest ciemne i ślepe.”

*„Gdy uczynicie wszystko, co wam nakazano, mówcie: Sługami nieużytecznymi jesteśmy; uczyniliśmy to, co uczynić byliśmy powinni."* — Łk 17,10

Jeżeli gdy uczyniliśmy wszystko, jesteśmy nieużytecznymi sługami, czymże jesteśmy wtedy, gdy uczyniliśmy zaledwie część? I jeszcze — czymże jesteśmy, jeśli sama ta część jest niedoskonała i skażona złem? Nie ulega zatem żadnej wątpliwości, że jeśli rozum ma być sędzią, nie ma miejsca na żadną chełpliwość wobec Boga nawet ze strony Jego najdojrzalszych świętych i najgorliwszych sług. Nie ma, powiadam, miejsca na chełpliwość, ponieważ cokolwiek czynimy, jest owocem Jego łaski; ponieważ czynimy bardzo mało; ponieważ pomimo Jego łaski to, co czynimy, jest skażone grzechem; a w końcu i dlatego, że gdybyśmy nawet uczynili wszystko, spełnialibyśmy jedynie to, do czego jesteśmy zobowiązani. Nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek, kto uczciwie przykłada umysł do rozważenia tej sprawy — bez względu na to, jak wielką wagę przywiązywałby do tej czy innej szczegółowej racji, jak bardzo skłonny byłby przeceniać swoje naturalne zdolności czy rzeczywiste zasługi — nie doszedł ostatecznie do takiego właśnie wniosku: do wniosku płynącego z sądu rozumu.

A jednak, powie ktoś, jest na świecie wielu ludzi, którzy są dobrze zadowoleni z siebie i ze swego postępowania, którzy są z siebie w pełni usatysfakcjonowani, którzy sądzą, że stoją tak dobrze w drodze do nieba, iż nie potrzebują zadawać sobie żadnych nadzwyczajnych trudów w tej sprawie; którzy uchodzą za to, co się zwykło nazywać sprawiedliwością własną. Nie przyznam jednak, że wszyscy tak zwani ludzie pyszni z cnoty są nimi rzeczywiście, gdyż pośród nas panuje wiele niesprawiedliwego i surowego osądzania uczuć i pobudek innych; niemniej jednak istnieje pewien stan ducha, który jest samousprawiedliwieniem — mam na myśli stan, w którym człowiek nie żywi żadnych poważnych obaw przed przyszłym sądem i jest z siebie zadowolony. Oczywiście; ale nie stanowi to żadnego zarzutu wobec tego, co dotąd mówiłem, albowiem przekonacie się, że ów stan wynika z tego, iż ludzie nie myślą o Bogu. Mówiłem właśnie, że nikt, kto poważnie myśli o Bogu Wszechmocnym i o sobie samym, nie może chlubić się swoimi zasługami; ale na to właśnie większość ludzi nie może się zdobyć w sposób stały. Ludzie pyszni z cnoty to tacy, którzy żyją dla świata i nie myślą o Bogu. Nie myślą o sądzie jako o tym, co z pewnością nadejdzie pewnego dnia. Nie lękają się przyszłości, ponieważ nie mają żadnej perspektywy przyszłości. Są zadowoleni z chwili obecnej i z siebie samych, gdyż żyją w tym, co widzialne i namacalne, i nie mierzą się miarą tego, co niewidzialne i duchowe. „Albowiem oni, mierząc siebie sobą i porównując się między sobą, nie są mądrzy… bo nie ten jest wypróbowany, kto samego siebie zaleca, lecz ten, kogo Pan zaleca." Ludzie światowi są ludźmi pysznymi z cnoty.

Inną klasą ludzi samousprawiedliwionych są ci, którzy nie wierzą w Bóstwo i Odkupienie Chrystusa. Ci również nie mierzą się naprawdę miarą niebieską i sądem Bożym; mierzą się jedynie własnym sumieniem, a sumienie ich jest ciemne i ślepe. Mają niskie i ciasne pojęcie obowiązku.

Ponadto ci, którzy utkwili umysł w jakimś szczególnym przedmiocie religii nie sięgającym Boga, stają się samousprawiedliwieni, gdyż zwężają pole obowiązku i czynią z owego przedmiotu jego miarę. Stąd czy to ludzie traktujący dobroczynne plany i starania jako całość swej religii, czy też obrzędowe praktyki, czy też wyznawanie prawdziwej nauki, czy też posłuszeństwo jakiejkolwiek innej części prawa Bożego — wszyscy niepostrzeżenie dochodzą do zadowolenia z własnych poczynań: zarówno dlatego, że ten wyraźny przedmiot wytwarza w nich żywe poczucie, iż religia jest ich głównym zajęciem, jak i dlatego, że łatwo rodzi się w nich przekonanie, że dość rzetelnie wedle niego postępują. Tak właśnie miał się przypadek Faryzeusza w przypowieści. A jeśli tak jest w przypadku przedmiotów i praktyk samych w sobie dobrych, o ileż bardziej będzie tak wtedy, gdy ludzie pokładają swą religię w rzeczach, które takie nie są — przy czym główna wina we wszystkich przypadkach polega na tym, że owe osoby zamiast z trwogą myśleć o Bogu i Jego prawie, myślą jedynie o jego cząstce, którą same sobie wydzieliły i uczyniły z niej rodzaj bożka. Na podstawie wszystkiego, co powiedziałem, można stwierdzić, że pomimo istnienia ludzi samousprawiedliwionych, nikt, kto poważnie rozważy samego siebie i Boga, nie może naprawdę uważać się za zasługującego w oczach Bożych — a pozorne wyjątki to te przypadki, w których ludzie nie myślą należycie ani o jednym, ani o drugim.

Takim uważam rzeczywisty stan rzeczy; jednakże popularne ujęcie pychy duchowej lub samousprawiedliwienia jest takie, że samousprawiedliwionymi bądź narażonymi w znacznej mierze na ten stan są ci, którzy często uczęszczają do kościoła i gorliwie wypełniają swoje obowiązki moralne. Oto właśnie punkt, w którym dostrzegam wiele niesprawiedliwego i nieżyczliwego osądzania wśród nas: mówi się o ludziach, że są z siebie zadowoleni, choć w rzeczywistości wcale nimi nie są. Jednak naszym obowiązkiem jest, gdy świat nas wini i oczernia, nie gniewać się, lecz raczej rozważyć, czy nie ma w tym jakiejś podstawy, jakiejś prawdy w gruncie rzeczy, choćby była przesadzona i błędna. Sądzę, że człowiek może zawsze skorzystać dla własnej duszy, wyciągnąć pouczenie i pożyteczne wskazówki, nawet z błędów świata o nim. Zastanówmy się zatem, wychodząc od tej wskazówki danej nam przez ludzi nieświadomych i uprzedzonych, czy my — którym tak często dane jest korzystanie z ustanowień Ewangelii, z przywileju modlitwy i Świętej Komunii — jesteśmy czy nie jesteśmy w jakimś szczególnym niebezpieczeństwie pychy duchowej, czyli tego, co w ostatnich latach zwie się samousprawiedliwieniem.

Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo, że osoby regularne i wzorowe w ćwiczeniach pobożnych staną się z siebie zadowolone; istnieje takie niebezpieczeństwo, którego inni nie mają — by tak oddając się tym ćwiczeniom, zapomniały, że mają inne obowiązki do spełnienia. Mam na myśli niebezpieczeństwo, o którym dopiero co mówiłem: że ich uwaga odwraca się od innych obowiązków właśnie przez skupienie się na tym jednym. A co najbardziej prawdopodobne ze wszystkiego: osoby regularne w swej pobożności mogą od czasu do czasu być nawiedzane przez przelotne myśli, że są przez to lepsze od innych ludzi, a owe sporadyczne myśli mogą po cichu prowadzić do zadowolenia z siebie, zanim zdążą to zauważyć, dopóki nie utrwali się w nich ukryta skłonność do zarozumialstwa i pogardy dla bliźnich. Takie przypadki są z pewnością możliwe lub prawdopodobne. W żadnym z nich osoby te nie powołują się właściwie na swoją zasługę ani nie przechwalają się swymi uczynkami w obliczu Boga; jednak owe uczynki zdają się być dla nich sidłem: dla jednych — zapominając, jak dalekie są od doskonałości w ogóle i jak wiele grzeszą; dla innych — zapominając, że mają i inne obowiązki do spełnienia; a u jeszcze innych utwierdzają cichą, nienarzucającą się samozadowolność, choć nadal wyznają się grzesznikami. To, co czyni się regularnie, narzuca się umysłowi, utrwala się w pamięci i wyobraźni, i zdaje się zastępować inne obowiązki; a to, co zawiera się w określonych zewnętrznych czynach, ma pewną zupełność i wymierny kształt, który może zadowalać umysł. Nie przeczę zatem, że istnieje pewne niebezpieczeństwo, by osoby częste w nabożeństwach stały się jak Faryzeusze — nie czyniły nic więcej i były z siebie zadowolone, że tyle czynią. Toteż możecie słyszeć ludzi złośliwych lub szyderców wypowiadających surowe słowa pod adresem tych, którzy są surowi w swoich praktykach religijnych, jak gdyby pod innymi względami byli gorsi od innych albo obłudnikami. To wszystko jest jedynie językiem świata i nie należy w to wierzyć; niemniej jednak nie przeczę, że osoby częste w modlitwie i innych ćwiczeniach religijnych winny mieć się na baczności i nie przyjmować z góry, że postępują właściwie — tym bardziej że sama ich surowość jest dla nich wezwaniem do dokładniejszego przestrzegania innych obowiązków. Ale to wszystko jest zupełnie czym innym niż twierdzenie, że owe niebezpieczeństwo jest argumentem przeciwko wypełnianiu obowiązków pobożności. Jeżeli niebezpieczeństwo istnieje, niech będzie czujnie dostrzegane i zapobiegane — lecz niech praktyka nie będzie zaniedbywana: jest niewiele rzeczy, które nie są niebezpieczne. Wszystkiemu można nadać zły kierunek i wszystkiego można nadużyć. Wielką lekcją daną nam w Ewangelii jest korzystać ze świata bez nadużywania go, a podobnie korzystać z miłosiernych darów Bożych bez ich nadużywania. Jeśli częste przystępowanie do stołu Pańskiego lub do modlitwy prowadzi — o ile nie będziemy czujni — do pychy duchowej, naszym obowiązkiem jest być czujnymi, nie zaś zaniedbywać uczestnictwa.

Jednak nie sądzę, aby poważnemu umysłowi groziło wielkie niebezpieczeństwo w częstym korzystaniu z tych wielkich przywilejów. Byłoby zaiste rzeczą dziwną twierdzić, że proste spełnianie tego, co Bóg nam nakazał, może szkodzić komukolwiek oprócz tych, w których sercach nie ma miłości Bożej — a dla takich osób wszystko jest szkodliwe; wszystko wywracają ku złemu. Niemożliwą jest rzeczą — chwała Bogu! — by umysły gorliwe i pokorne wynosiły z ustanowień Chrystusa cokolwiek innego prócz tych wzniosłych i niewysłowionych błogosławieństw, które się w nich kryją. Dary Chrystusa nie są sidłami, lecz łaskami. Zobaczmy tedy, w jaki sposób owo niebezpieczeństwo, które przyznałem, że istnieje w praktykach pobożności, jest zneutralizowane w przypadku umysłów poważnych.

**1.** Otóż po pierwsze, omawiane zło — jeśli przyjąć, że istnieje — jest szczególnie zdolne do tego, by samo się naprawiać. Może nam szkodzić jedynie wtedy, gdy go nie dostrzegamy. Gdy człowiek poznaje i odczuwa wtargnięcie myśli samozadowolenia i samochwały — mamy natychmiast coś, co go upokorzy i zniszczy ową samozadowolność. Świadomość własnej słabości jest zawsze upokarzająca; tymczasem pokora to właśnie ta łaska, która jest tu potrzebna. Wiedzieć, że jesteśmy porywczy, gnuśni lub surowi, jest wprawdzie pierwszym krokiem ku usunięciu tych wad, ale nie prowadzi ku temu bezpośrednio. Wiedza o naszym lenistwie nie pobudza nas do wysiłku, lecz budzi zwątpienie; ale wiedzieć, że jesteśmy samozadowoleni, jest bezpośrednim ciosem w ową samozadowolność. Nie ma żadnej samozadowolności w dostrzeżeniu, że jesteśmy samozadowoleni. Nikt nie może być pyszny z cnoty, kto zna i opłakuje swoje pyszne myśli; natomiast człowiek może być leniwy, mimo że zna i opłakuje swoje lenistwo. Oto jedno wielkie zabezpieczenie przed chlubeniem się z naszych praktyk. Złe myśli nie czynią nam krzywdy, jeśli są rozpoznane, jeśli są odpierane, jeśli są przez oburzenie i wyrzuty sumienia protestowane. To wtedy, gdy ich nie rozróżniamy, gdy je przyjmujemy, gdy je pielęgnujemy, dojrzewają w zasady. A jeśli to dotyczy wszystkich złych myśli, o ileż bardziej odnosi się do tych, o których właśnie mowa, które przy ich odkryciu upokarzają nas na tyle samo, o ile unosiły nas przy pierwszym wejściu. Nie przeczę, że natarcie owych próżnych i niemądrych myśli ujmuje z pocieszenia naszej modlitwy, gdy się zjawiają — ale to inna kwestia. Pytanie dotyczy nie pociechy, lecz szkody. Nie jest to dobry powód, by porzucić ćwiczenia pobożności dlatego tylko, że nie czerpiemy z nich całej pociechy, jaką moglibyśmy czerpać.

**2.** Lecz nadto, jeśli osoby religijne nękane są pysznymi myślami o własnej doskonałości i surowości, sądzę, że dzieje się tak jedynie wtedy, gdy są młode w swej religii, i że ta próba przejdzie z czasem — i to z wielu powodów. Nie chciałbym wypowiadać się z nadmierną stanowczością w tak subtelnej kwestii — każdy ma swoje szczególne pokusy; jednak trudno by się spodziewać, by ktokolwiek prócz umysłów bardzo młodych w wierze, dla których religia jest czymś nowym, chełpił się swymi czynnościami lub na nich spoczywał — to znaczy, by w ogóle miał pokusę, by to czynić; albowiem na pewno nie potrzeba wcale wielkiej wnikliwości duchowej, by dostrzec, jak bardzo nasze najlepsze wysiłki odbiegają od tego, czym powinny być. Zadowolenie z własnych czynności, jak powiedziałem, wynika z utkwienia umysłu w jakiejś jednej części naszego obowiązku zamiast dążenia do wypełnienia całości. W miarę jak zwężamy pole naszych obowiązków, stajemy się zdolni, by je ogarnąć. Ludzie, którzy wypełniają jedynie ten albo inny obowiązek, są w niebezpieczeństwie samousprawiedliwienia — fanatycy, sekciarze, dewoci, ludzie świata, schizmatycy są z tej właśnie przyczyny pysznymi z cnoty. Z tego samego powodu osoby rozpoczynające życie religijne są samousprawiedliwione, choć często myślą o sobie wręcz odwrotnie. Uważają być może, że cała religia sprowadza się do wyznawania siebie grzesznikami i do gorących uczuć względem swego odkupienia i usprawiedliwienia — do posiadania tego, co uważają za wiarę; a ponieważ to wszystko w nich się spełnia, sądzą, że osiągnęli cel i są pewni nieba — i to wszystko dlatego, że mają tak bardzo ograniczone wyobrażenie zakresu przykazań Bożych, szczebli tej drabiny, która sięga od ziemi do nieba. I w ten sam sposób przyznam, że osoby religijne, które z tego czy innego powodu zostają nakłonione do większej niż dotąd surowości w swoich praktykach pobożności — w uczęszczaniu na modlitwy lub do Wieczerzy Pańskiej, w poście lub jałmużnie — na początku są w pewnym niebezpieczeństwie stania się samozadowolonymi, z tej samej przyczyny: skupiając umysł na jednej określonej części swego obowiązku i podniecając się nią; a tym bardziej, im bardziej owe praktyki są czymś konkretnym i ścisłym, a przy tym są wyraźnie zaniedbywane przez innych.

Lecz środek zaradczy na to zło jest oczywisty, a skoro każda osoba religijna z pewnością go zastosuje — bo jest religijna — ten środek za łaską Bożą w niedalekiej przyszłości przyniesie uleczyć. Starajcie się wypełniać cały wasz obowiązek, a wkrótce przestaniecie być zadowoleni ze swego stanu religijnego. Jeśli jesteście gorliwi, będziecie starać się dołączyć do waszej wiary cnotę; a im więcej osiągniecie, tym mniej będzie się wam wydawało, że czynicie. Z drugiej strony, uczęszczajcie na modlitwę i świętą Eucharystię bez odpowiedniej surowości w innych sprawach, a jasne jest, co z tego wyniknie — z samej natury ludzkiego umysłu, nie wchodząc w poważniejsze rozważania. Im bardziej zaniedbujecie codzienne, domowe, towarzyskie, doczesne obowiązki, tym bardziej będziecie cenić się za swoje — nie mogę ich nazwać religijnymi, ale — formalne, obrzędowe praktyki. Jasne jest zatem, że samozadowolenie jest uczuciem albo nowicjusza, albo bardzo wadliwego i niedbałego chrześcijanina.

**3.** Ale to nie wszystko. Zarzut, że praktyki pobożności, takie jak modlitwa, post i Komunia, prowadzą do samousprawiedliwienia, jest z pewnością zarzutem tych, którzy ich nigdy nie próbowali — lub przynajmniej dokładnie takim, jakim byłby zarzut takich ludzi. Mówi się tak, jakby pościć i modlić się, i czynić umartwienia, było najłatwiejszą rzeczą na świecie, i jakby takie życie było najbardziej kuszącą, najłatwiejszą, najprzyjemniejszą metodą osiągnięcia nieba. Nie przeczę, że istnieją pewne stany społeczności, pewne epoki i kraje, w których jest to znacznie łatwiejsze niż w innych; ale to dotyczy wszystkich obowiązków. My, na przykład, ludzie dnia dzisiejszego, uznajemy za łatwe dzielność i szczerość, tak jak pewne narody wschodnie mogłyby łatwo znaleźć post i medytację. Ale to nie jest tu kwestią. Jesteśmy tym, czym jesteśmy — Anglikami; a dla nas, którzy jesteśmy czynni z przyzwyczajenia i towarzyscy z usposobienia, post i medytacja nie mają tak wielkich powabów i nie są tak łatwo dostępne. Kiedy więc pewien adwersarz obawia się, że takie praktyki uczyniłyby go pysznym z cnoty, gdyby się ich podjął, sądzę, że jest nazbyt niespokojny, nazbyt pewny własnej siły do ich spełnienia; już teraz zbyt mocno ufa własnym siłom, a przekonajcie się, że podjęcie ich uczyniłoby go mniej, nie bardziej samousprawiedliwionym. Nie musi się tak bardzo obawiać, że będzie nazbyt dobry; może zapewnić się, że najmniejsze przykazania jego Pana są dla ducha duchowego uroczyste, trudne i niewyczerpane. Czy łatwą jest rzeczą się modlić? Łatwo jest oczekiwać przypływu uczuć i pozwolić, by nasze prośby były przez nie unoszone, i nigdy nie podejmować tego obowiązku wcześniej; ale wcale nie jest łatwo wchodzić w nawyk dnia po dniu i godziny po godzinie, we wszystkich stanach ducha i przy wszelkich okolicznościach zewnętrznych, stawiać przed Bogiem spokojną, skupioną, przebudzoną duszę. Wcale nie jest łatwo utrzymać umysł od błądzenia w modlitwie, nie dopuszczać żadnych natarczywych myśli o innych sprawach. Wcale nie jest łatwo uświadamiać sobie, co się czynimy, kto stoi przed nami, o co prosimy i jaki jest nasz stan. Wcale nie jest łatwo oderwać się od świata i pojąć, że Bóg i Chrystus nas słyszą, że Święci i Aniołowie stoją przy nas, a diabeł pragnie nas posiąść. Cóż właściwie znaczy twierdzenie, że regularne i stałe modlitwy są niebezpieczne dla umysłu czułego i poważnego? Są niebezpieczne dla ślepych i formalnych — ale tak jest ze wszystkim; lecz gdzie jest naprawdę poważny umysł, który powie, że łatwo jest znajdować upodobanie w stałej modlitwie, że łatwo jest na nią należycie uważać? Czy nasza radość z niej nie jest w najlepszym razie przelotna, a nasza uwaga nieregularna? Czy to wszystko jest satysfakcjonujące i unoszące?

I podobnie z umartwieniami: mogą istnieć osoby tak z natury ukształtowane, że czerpią przyjemność z umartwień ze względu na nie same i są zdolne do ich należytego praktykowania; i takie osoby z pewnością narażone są na praktykowanie ich ze względu na nie same, nie z wiary, i na stanie się przez to duchowo pysznymi. Lecz chyba próżne jest mówienie o tym jako o powszechnym niebezpieczeństwie.

I podobnie znowu — pobożny umysł ma nieustanne źródło upokorzenia z tej świadomości: jak bardzo jego rzeczywiste postępowanie w świecie odbiega od wyznania, które zawierają jego praktyki pobożności. Nie jest to przyjemna, nie jest to ożywiająca, nie jest to unosząca refleksja, że czynicie wyznanie, które w jakiejś mierze musicie hańbić swymi codziennymi niedoskonałościami. Nie ma nic pochlebnego i kojącego w myśli, że zapraszacie świat do oceniania was i przygotowujecie go do oczekiwania więcej, niż znajdzie — nie mówiąc o bardziej gorzkich uczuciach, jakie kosztują was wyznania i śluby posłuszeństwa złożone w kościele i łamane w świecie, gdy pomyślicie o nich w obliczu Bożym. Ach! czy jest to w ogóle pociechą, że do katalogu grzechów, z których musimy się rozliczyć w dzień ostateczny, dołączamy jeszcze nowe wpisy? A jednak tak czynić musimy — lub przynajmniej narażać się na to — jeśli podejmujemy owe praktyki, o których pewni ludzie chcieliby nas przekonać, że z konieczności prowadzą do samousprawiedliwienia.

**4.** Lecz w końcu — cóż to jest to cofanie się przed odpowiedzialnością, które lęka się być posłuszne, by nie upaść, jeśli nie tchórzostwo i niewdzięczność? Cóż to jest, jeśli nie właśnie postępowanie Izraelitów, którzy gdy Bóg Wszechmocny kazał im natrzeć na wrogów i zdobyć w ten sposób Kanaan, zlękli się synów Anaka, bo byli olbrzymami? Lęk, by nie czynić naszego obowiązku, żeby nie stać się przez to pysznymi z cnoty — to być mądrzejszym niż Bóg; to nieufać Mu; to czynić i czuć jak ów niepożyteczny sługa, który zakopał talent swego Pana, a za swą gnuśność oskarżył Pana, nazywając Go człowiekiem surowym i twardym. W najlepszym razie jesteśmy sługami nieużytecznymi, gdy uczyniliśmy wszystko; ale jeśli jesteśmy nieużytecznymi wtedy, gdy czynimy najlepiej, co możemy, by być pożytecznymi — czymże jesteśmy, gdy boimy się czynić co najlepsze, jeśli nie niegodnymi, by być Jego sługami w ogóle? Nie! Lęk przed skutkami posłuszeństwa jest mądrością światową i pójściem za rozumem wtedy, gdy każe nam się iść za wiarą. Odważmy się wypełniać Jego przykazania, zdając na Niego, by nas przeprowadził, który je nałożył. Podejmijmy niebezpieczeństwa, które nie mogą w istocie być urzeczywistnione, choćby groziły, skoro On kazał nam je podejmować i ochroni nas w nich. Znośmy to, co prawdopodobnie nas spotka: napaści szatana, grzechy ułomności, pozostałości starego Adama, mimowolne błędy, palenie naszych ran oraz płynące z nich przygnębienie i osamotnienie — jeśli taka jest Jego wola. Przyobiecał On prowadzić nas bezpiecznie ku niebu, pomimo że wszystko jest nam przeciwne; strzec nas będzie od wszelkiego grzechu umyślnego; lecz ułomności, które nas ogarniają, nasze nieświadomości, upartości, słabości i pomyłki — On nakazuje, by nas doświadczały i upokarzały, by poruszały w nas udręczenie ducha i samoponiżenie, i by przywodziły nas dzień po dniu do stóp Jego Krzyża po przebaczenie. Skupmy się zatem i wzbudzajmy w sobie serce mocne i mężne. Hartujmy się nie przeciwko wyrzutom i nienawiści do siebie, lecz przeciwko lękliwości niegodnej człowieka. Poczujmy, czym naprawdę jesteśmy — grzesznikami podejmującymi wielkie rzeczy, a gdy nam się powiodą, widzimy tylko, że ich się podejmujemy. Słuchajmy jedynie woli Bożej, cokolwiek się zdarzy; czy będzie nas to unosić, czy przygniatać — cóż nam do tego? On może obrócić wszystko dla naszego wiecznego dobra. On może błogosławić i uświęcać nawet nasze ułomności. On może nas z miłością karać, jeśli się pysznimy, i może nas pocieszać, gdy rozpaczamy. On może i będzie wynosił nas tym bardziej, im bardziej siebie trapimy; a będziemy siebie trapić tym bardziej, w prawdziwej pokorze ducha, im bardziej naprawdę Jemu jesteśmy posłuszni. Błogosławieni ci, którzy w jakiejkolwiek sprawie czynią Jego wolę; a trzy razy błogosławieni ci, którzy w tym, co czynią, angażują się zarazem — jak w przypadku, który był przedmiotem naszych rozważań — w Jego szczególne sakramentalne obietnice. Błogosławieni zaiste są ci, którzy będąc posłusznymi Bogu, szukają Chrystusa; którzy spełniając obowiązek, otrzymują przywilej; którzy upamiętniają Jego śmierć, bo On im tak każe, i upamiętniając, czerpią z niej moc w samym upamiętnieniu; którzy żyją w Nim, zarówno przez myśl o Nim, jak i przez posiadanie Go; którzy chlubią się w Tym, który za nich umarł i był pogrzebany, i zmartwychwstał, i teraz żyje w ich sercach; którzy są gotowi wziąć na siebie Jego udział — w cierpieniu jak i w radości; którzy dobrowolnie przyłączają się do tej Tajemniczej Komunii, którą Im ofiaruje, i która choć przynosi w końcu chwałę, przynosi teraz cierpienie i udręczenie — która czyni ich teraz w szczególny sposób dziedzicami łez i bólu, i zawodu, i wzgardy, dziedzicami szczególnych prób, jakie mogą na nich spaść choćby żyli w najspokojniejszych czasach, prób, które mogą nadejść, gdy świat nie dostrzeże, że różnią się swoim losem od innych ludzi, prób, które wyrabiają im niezmiernie wielką i wieczną wagę chwały, a które w obecnym świecie są wynagradzane wiarą, pokorą, cierpliwością i łagodnością, jakie z nich wynikają.

---

← wróć do odkrywania