*„Wszystkie dzieła Twoje chwalą Cię, Panie, i święci Twoi dziękują Tobie; głoszą chwałę królestwa Twego i mówią o Twojej potędze."* — Ps 145,10–11
Wielką obietnicą Ewangelii było to, że Pan wszystkiego, który dotychczas objawiał się swoim sługom zewnętrznie, zamieszkać raczy w ich sercach. Wiecie, że jest to częsty język Proroków, i był to język naszego Zbawiciela, gdy przyszedł na ziemię: „Ukocham go" — mówi o tych, którzy Go miłują i Mu są posłuszni — „i objawię mu siebie samego… Przyjdziemy do niego i mieszkanie u niego uczynimy." Choć przyszedł w naszym ciele, tak że można Go było widzieć i dotykać, nawet to nie wystarczyło. Wciąż był zewnętrzny i oddzielony; lecz po swym wniebowstąpieniu zstąpił znowu przez swego Ducha i w nim, i dopiero wtedy obietnica się spełniła.
Między wszelkim stworzeniem a jego Wszechmocnym Stwórcą musi wprawdzie zachodzić jedność już dla samego istnienia stworzeń; powiedziano bowiem: „W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy" — a w jednym z Psalmów: „Gdy wypuszczasz tchnienie swoje, są stworzone." Lecz nieporównanie wyższa, ściślejsza i świętsza jest ta obecność Boga w sercach Jego wybranego ludu; tak ścisła, że w porównaniu z nią można powiedzieć, iż On w ogóle nie mieszka w innych ludziach — ta obecność jest bowiem określona jako przywilej szczególny Jego własnych odkupionych sług.
Od dnia Pięćdziesiątnicy aż po dzień dzisiejszy jest to ich przywilejem zgodnie z obietnicą: „Będę prosił Ojca, a da wam innego Pocieszyciela, aby z wami był *na wieki*" — na wieki: nie jak Syn Człowieczy, który wypełniwszy swoje dzieło łaski odszedł. Następnie zaś dodano: „Ducha Prawdy" — to znaczy, Ten, który przyszedł na wieki, przyszedł jako Duch, i tak przychodząc, uczynił dla swoich to, czego widzialne ciało i krew Syna Człowieczego, z samej swej natury, uczynić nie mogły, mianowicie wstąpił w dusze wszystkich wierzących, a biorąc je w posiadanie, On — będąc Jednym — związał ich wszystkich razem w jedno. Chrystus, przychodząc w ciele, dał jedność zewnętrzną, czyli pozorną, taką jaka istniała pod Prawem. Ukształtował swoich Apostołów w widzialną społeczność; gdy jednak przyszedł znowu w Osobie swego Ducha, uczynił ich wszystkich w prawdziwym sensie jednym, nie tylko z nazwy. Nie byli już bowiem ułożeni jedynie w kształt jedności, jak mogą być ułożone członki trupa, lecz byli częściami i organami jednej niewidzialnej mocy; naprawdę zależeli od Tego, który jest Jeden, i z Niego wyrastali; ich odrębne osoby wciągnięte zostały w tajemniczą jedność z rzeczami niewidzialnymi, wszczepione i upodobnione do duchowego Ciała Chrystusa, które jest Jednym — właśnie przez Ducha Świętego, w którym Chrystus znowu do nas przyszedł. Tak więc Chrystus przyszedł nie po to, by nas zjednoczyć, lecz by za nas umrzeć; Duch przyszedł, by zjednoczyć nas w Tym, który umarł i żyje — to znaczy, by ukształtować Kościół.
Taką jest szczególna chwała Kościoła chrześcijańskiego, że jego członkowie nie zależą jedynie od tego, co widzialne; nie są zwykłymi kamieniami budowli, ułożonymi jedne na drugich i związanymi od zewnątrz, lecz są wszyscy, co do jednego, zrodzeni i wyrazem jednej i tej samej niewidzialnej, duchowej zasady czy mocy — „kamieniami żywymi", wewnętrznie spojonymi, jak gałęzie drzewa, nie jak części stosu. Są członkami Ciała Chrystusa. Owa Boska i godna uwielbienia Postać, którą Apostołowie widzieli i dotykali, wstąpiwszy do nieba, stała się zasadą życia, tajnym źródłem istnienia dla wszystkich wierzących, przez łaskawą posługę Ducha Świętego. To jest plenna Winorośl i bujne Drzewo Oliwne, na którym i z którego wszyscy Święci — choć z natury dzicy i bezowocni — wyrastają, aby przynosić owoc Bogu. Można więc w prawdziwym sensie powiedzieć, że od dnia Pięćdziesiątnicy aż do tej chwili był w Kościele tylko jeden Święty, Sam Król królów i Pan panów, który jest we wszystkich wierzących i przez którego są tym, czym są; ich odrębne osoby są zaś niejako odrębnymi przejawami, naczyniami, narzędziami i dziełami Niewidzialnego. Taka jest różnica między Kościołem przed przyjściem Ducha Chrystusa a Kościołem po Jego przyjściu. Przedtem słudzy Boży byli jak suche kości z wizji Proroka, złączone wyznaniem, nie wewnętrzną zasadą; lecz odtąd są wszyscy organami jakby jednej niewidzialnej, rządzącej Duszy — dłońmi, językami, stopami czy oczami jednego i tego samego kierującego Umysłu, wyobrażeniami, zapowiedziami, zaczątkami i przebłyskami Wiecznego Syna Bożego. Stąd też tekst, mówiąc o królestwie Chrystusa, rozszerza się na szczególną rolę Jego Świętych: „Wszystkie dzieła Twoje chwalą Cię, Panie, i święci Twoi dziękują Tobie; głoszą chwałę królestwa Twego i mówią o Twojej potędze, aby ludziom oznajmić potęgę Twoją, chwałę i majestat królestwa Twego."
Taki jest Kościół chrześcijański — żywe ciało i jedność; nie zwykły szkielet sztucznie ułożony, by wyglądał jak jedno. To właśnie to, że żyje, czyni go jednym; gdyby był martwy, składałby się z tylu części, ilu ma członków; lecz Żywy Duch Boży zstąpił nań w dniu Pięćdziesiątnicy i uczynił go jednym, dając mu życie.
W tym wielkim dniu więc, gdy wspominamy ożywienie czy też ożywotnienie Kościoła, narodziny duchowego i nowego stworzenia z dawnego świata „jakby umarłego", stosowną będzie rzeczą rozważyć naturę i przymioty tego Kościoła, objawiające się w wybranych, jako niewidzialnego, jednego, żyjącego i duchowego — czyli to, co inaczej nazywa się nauką o obcowaniu Świętych między sobą i w Trójcy Przenajświętszej, w której polega ich wzajemne obcowanie. Czynię to tym chętniej, że obcowanie Świętych jest artykułem Credo i nie jest zatem kwestią drugorzędnej wagi, wątpliwości czy spekulacji.
Kościół więc, właściwie rozumiany, to wielka rzesza wybranych, którą darmowa łaska Boża i Jego Duch działający we właściwym czasie oddzieliły od tego grzesznego świata, odrodziwszy i obdarowawszy wytrwałością ku życiu wiecznemu. Rozważany jedynie jako skupisko osób *teraz* żyjących na tym świecie, jest oczywiście społecznością widzialną; lecz w swoim szlachetniejszym i prawdziwszym charakterze jest ciałem niewidzialnym lub prawie takim — bo składa się nie tylko z niewielu będących jeszcze na próbie, lecz i z wielu, którzy zasnęli w Panu. Z początku, za życia Apostołów, znaczna część całego ciała była na tym świecie — nie licząc Świętych, którzy żyli w czasach żydowskich i których Chrystus przy odejściu swoim uczynił uczestnikami przywilejów nabytych przez Jego śmierć dla wszystkich wierzących. Święty Stefan i Święty Jakub Starszy byli pierwszymi wybitnymi Świętymi Nowego Przymierza, którzy zostali wzięci do wzbogacenia starszego grona Mojżesza, Eliasza i ich braci. Lecz od tego czasu płynęli tam wartko; a w miarę upływu lat coraz większa stawała się proporcja, jaką zgromadzenie duchów udoskonalonych stanowi wobec owej wojującej rzeszy, która jest jego dopełnieniem w nowym Bożym stworzeniu. Dziś my, żyjący, jesteśmy zaledwie jednym pokoleniem spośród pięćdziesięciu, które od chwili ukształtowania Kościoła rodziły się w nim na nowo i obdarzone były życiem duchowym i nadzieją chwały. Pięćdziesięciokrotnie więcej Świętych jest w niewidzialnym świecie, zapieczętowanych ku nieśmiertelności, niż tych, którzy jeszcze zmierzają ku niej na ziemi — chyba że późniejsze pokolenia mają więcej Świętych niż wcześniejsze. Słusznie więc można nazwać Kościół niewidzialnym nie tylko ze względu na jego żywotną zasadę, lecz i ze względu na jego członków. „Co się z Ducha narodziło, duchem jest"; a ponieważ Bóg Duch Święty jest niewidzialny, niewidzialne jest też Jego dzieło. Kościół jest niewidzialny, bo większość jego prawdziwych dzieci została udoskonalona i odebrana, a tych, którzy jeszcze są na ziemi, nie może rozpoznać śmiertelne oko; i gdyby Bóg tak chciał, mógłby nie pozostawić żadnych widzialnych znaków swojego istnienia i być równie całkowicie i bezwzględnie ukrytym przed nami jak Duch Święty, jego Pan i Rządca. Lecz ponieważ Duch Święty jest naszym życiem, tak że aby zdobyć życie, musimy do Niego przystąpić — w miłosierdziu ku nam Jego mieszkanie, Kościół Boga Żywego, nie jest tak całkiem zasłonięty przed naszymi oczami jak On sam; lecz dał nam pewne zewnętrzne znaki jako wskazówki do rozpoznania i środki wstępowania do tego żywego Przybytku, w którym mieszka. Mieszka w sercach swoich Świętych, w owej świątyni z żywych kamieni, na ziemi i w niebie, która wciąż głosi chwałę Jego królestwa i mówi o Jego potędze; lecz ponieważ wiary i miłości, i radości, i pokoju zobaczyć nie można, ponieważ zgromadzenie Jego ludu to Jego ukryte oblubienice — dał nam coś zewnętrznego jako przewodnik do tego, co wewnętrzne, coś widzialnego jako przewodnik do tego, co duchowe.
Czymże jest owo zewnętrzne, widzialne przewodnictwo, mające w swej pieczy to, co niewidzialne, jeśli nie Chrześcijańskim Posługiwaniem, które kieruje nas i prowadzi do samego Świętego Świętych, w którym Chrystus przebywa przez swego Ducha? Jak znaki nawigacyjne lub boje informują sternika, jak cień na zegarze słonecznym wskazuje bieg słońca — tak, jeśli chcemy przeciąć drogę Chrystusa, jeśli chcemy przyciągnąć Jego wzrok i skupić Jego uwagę, jeśli chcemy uczestniczyć w szczególnej cnocie i pełni Jego łaski, musimy przyłączyć się do tego Posługiwania, które gdy wstąpił On na wysokości, dał nam jako relikwię, i zrzucił z siebie jak płaszcz Eliasza — zadatek i znak swojej niezawodnej łaski z wieku na wiek. „Powiedz mi, o ty, którego miłuje dusza moja, gdzie pasujesz, gdzie spoczywa południu trzoda twoja; czemu mam być jak błądząca przy stadach towarzyszy twoich?" Taką jest niejako prośba duszy szukającej Chrystusa. Jego odpowiedź jest równie dokładna jak pytanie. „Jeśli nie wiesz, o najpiękniejsza z niewiast, idź śladami trzody i paś koźlęta swoje przy namiotach pasterzy." Poza Kościołem nie ma zbawienia — mówię to znaczeniu, że poza ową wielką niewidzialną rzeszą, która całkowicie jest wcielona w jedno mistyczne Ciało Chrystusa i ożywiana przez jednego Ducha; a teraz, przylgając do widzialnego Posługiwania, jakie Apostołowie po sobie zostawili, zbliżamy się do tego, czego nie widzimy — do góry Syjon, do Jeruzalem niebieskiego, do duchów sprawiedliwych, do pierworodnych wybranych ku zbawieniu, do Aniołów niezliczonych, do Jezusa jedynego Pośrednika i do Boga. To niebiańskie Jeruzalem jest prawdziwą Oblubienicą Chrystusa i dziewiczą Matką Świętych; a widzialne Posługiwanie na ziemi — biskupi i pasterze wraz z chrześcijanami im podległymi — w danym czasie i miejscu nosi nazwę Kościoła, choć jest w istocie jego cząstką: mianowicie tą jego częścią, która jest widoczna i dać się wskazać, a przypomina go w typie, daje mu świadectwo i ku niemu prowadzi. To niewidzialne ciało jest prawdziwym Kościołem, bo ono się nie zmienia, choć wciąż wzrasta. Co posiada, tego strzeże i nigdy nie traci; to zaś, co widzialne, jest ulotne i przemijające, i ustawicznie przechodzi w to, co niewidzialne. To, co widzialne, umiera wciąż dla pomnożenia niewidzialnego zgromadzenia, a wciąż odradza się z masy ludzkiego skażenia mocą Ducha złożonego w tym, co niewidzialne, i działającego na świat. Pokolenie za pokoleniem rodzi się, jest doświadczane, przesiewane, umacniane i doskonalone. Raz po raz Apostołowie żyją w swoich następcach, a ich następcy z kolei zbierani są do Apostołów. Taka jest moc owej niewyczerpanej łaski, którą Chrystus złożył w swoim Kościele jako zasadę życia i wzrostu, aż przyjdzie znowu. Ostatnie tchnienie Jego Świętych jest ożywieniem umarłych dusz.
A teraz możemy wyrobić sobie jaśniejsze wyobrażenie, niż to zazwyczaj się czyni, o jednym Kościele powszechnym, który jest we wszystkich krajach. Właściwie nie jest on na ziemi — chyba w takim sensie, w jakim mówi się, że niebo jest na ziemi, lub że umarli są wciąż z nami. Nie jest na ziemi, jak Chrystus czy Jego Duch nie jest na ziemi — to znaczy, nie przebywa na ziemi lokalnie ani widzialnie. Kościół nie jest w czasie ani w przestrzeni, lecz w krainie duchów; jest w Duchu Świętym; i jak dusza człowieka jest w każdej części jego ciała, a przecież w żadnej z osobna — nie tu i nie tam, a wszędzie; nie jest tak w jednej jakiejś części, głowie czy sercu, dłoniach czy stopach, żeby nie być zarazem w każdej innej — tak też niebiańskie Jeruzalem, Matka naszego nowego narodzenia, jest we wszystkich krajach naraz, w pełni i całkowicie jako duch; na Wschodzie i na Zachodzie, na Północy i na Południu — to znaczy, wszędzie tam, gdzie jej zewnętrzne narzędzia można znaleźć. Posługiwanie i Sakramenty, cielesna obecność biskupa i ludu, dane są nam jako klucze i zaklęcia, przez które wprowadzamy się w obecność wielkiego grona Świętych; są tym, i właśnie tym, lecz nie czymś więcej; nie są tożsame z owym gronem; są jedynie jego obrzeżami; są jedynie przedsionkami do sadzawki Betesda, wejściami do tego, co niepodzielne i jedno. Chrzest wprowadza nie do zwykłej widzialnej społeczności, zmiennej w zależności od kraju, w którym jest udzielany — tu rzymskiej, tam greckiej, tam angielskiej — lecz przez angielski, grecki czy rzymski przedsionek do jednego niewidzialnego grona wybranych dusz, które jest niezależne od czasu i miejsca i nieskażone niedoskonałościami czy błędami owego widzialnego przedsionka, przez który się wchodzi. A jego skuteczność leży w napływaniu na duszę łaski Bożej, złożonej w owym niewidzialnym ciele, na które otwiera, nie zaś w jakimkolwiek stopniu w osobistym charakterze tych, którzy go udzielają lub asystują. Gdy dziecko jest przynoszone do Chrztu, niewidzialny Kościół rości sobie do niego prawa, uprasza je u Boga, przyjmuje je i jako narzędzie Boże rozciąga na nie swoją własną świętość. Gdy wielbimy Boga w Komunii Świętej, wielbimy Go razem z Aniołami i Archaniołami — strażnikami Miasta Bożego — i ze Świętymi, jego obywatelami. Gdy składamy Ofiarę chwały i dziękczynienia, lub gdy przyjmujemy uświęcone dary w niej ofiarowane, spożywamy i pijemy uroczyście moce przyszłego świata. Gdy czytamy Psalmy, wypowiadamy wobec licznych świadków te same słowa, na których owi świadkowie sami — to znaczy wszystkie kolejne pokolenia tej świętej rzeszy — podtrzymywali się we własnych dniach przez tysiące minionych lat, podczas swej pielgrzymki ku niebu. Gdy wyznajemy Credo, czynimy to nie w jakimkolwiek samowolnym, dowolnym sensie, lecz w obecności owych niezliczonych Świętych, którzy pamiętają dobrze, co znaczą jego słowa, i są jego świadkami przed Bogiem wbrew herezji czy obojętności tego lub owego dnia. Gdy stoimy nad ich grobami, jesteśmy w samym przedsionku owego mieszkania, które jest „pełne chwały wewnątrz", pełne światła i czystości, i głosów wołających: „Panie, jak długo?" Gdy modlimy się na osobności, nie jesteśmy samotni; inni „są zebrani" z nami „w imię Chrystusa", choć ich nie widzimy — a Chrystus pośród nich. Gdy zbliżamy się do Posługiwania, które On ustanowił, zbliżamy się do stopni Jego tronu. Gdy zbliżamy się do biskupów, będących ośrodkami owego Posługiwania, cóż mamy przed sobą, jeśli nie Dwunastu Apostołów — obecnych, choć niewidzialnych? Gdy wzywamy świętego imienia Jezus lub znaku danego nam w Chrzcie, czyniż nie jest to wyzwanie rzucone diabłom i złym ludziom oraz moc do ich odparcia? Gdy protestujemy, wyznajemy lub cierpimy w imię Chrystusa, czyż nie jesteśmy sami wyobrażeniami i symbolami Krzyża Chrystusa i mocy Tego, który na nim umarł? Gdy powołani jesteśmy do walki za Pana, czymże my — widzialni — jesteśmy, jeśli nie zwykłymi strażnicami, straż przednią potężnej rzeszy, sami nieliczni i wzgardzeni, lecz pełni odwagi nieodpowiadającej naszej liczbie, bo wspierani przez ogniste wozy i ogniste konie wokół Góry Pana Zastępów, pod którą stoimy?
Takie jest Miasto Boże, Święty Kościół powszechny na całym świecie, objawiający się i działający przez to, co w każdym kraju nazywa się Kościołem widzialnym — Kościołem widzialnym, który naprawdę zależy jedynie od niego, od tego, co niewidzialne; nie od władzy świeckiej, nie od książąt ani żadnego syna człowieczego, nie od swoich uposażeń, nie od swej liczebności, nie od czegokolwiek, co widzialne — chyba żeby niebo mogło zależeć od ziemi, wieczność od czasu, Aniołowie od ludzi, umarli od żywych. Niewidzialny świat przez tajną moc i miłosierdzie Boże wdziera się na ten świat; a widzialny Kościół jest właśnie tą jego cząstką, przez którą się wdziera; i choć widzialne Kościoły Świętych na tym świecie wydają się nieliczne i tu i tam rozsiane jak wyspy na morzu, są w istocie jedynie szczytami wiekuistych gór — wysokich, rozległych i głęboko zakorzenionych — które zalew przykrywa.
Myśli te są jednak tak bardzo obce zwyczajnemu spojrzeniu świata, który kroczy wzrokiem, nie wiarą i który nigdy nie dopuszcza, by w tym, co staje przed nim, istniało cokolwiek prócz tego, czego może dotknąć i czym zawładnąć, iż konieczne jest nalegać i rozwijać je szerzej. Świat czyni więc z siebie samego miarę doskonałości i centrum wszelkiego dobra; gdy zaś dusze chrześcijan przechodzą z niego do krainy duchów, wyobraża sobie, że to ich strata, nie jego; lituje się nad nimi po swojemu, mówiąc o nich, i nazywa ich imionami pół współczesnymi, pół pogardliwymi, jakby jego własna obecność i towarzystwo były czymś wielkim. Lituje się nad nimi też i z tej racji, że jak mu się zdaje, nie widzą zakończenia tego, co zaczęli lub widzieli się zaczynać, że są nieświadomi losów swych przyjaciół czy Kościoła, bezsilni wobec swoich zamysłów, a raczej obojętni na nie jako pozbawieni czucia, zaledwie cienie i widma, nie zaś byty realne — jakby my, żyjący, byliśmy rzeczywistymi sprawcami biegu wydarzeń, a oni byli z nami złączeni jedynie jak cmentarz z kościołem, który wypada szanować, lecz w którym nieodpowiednie jest się zatrzymywać. Takie jest jego mniemanie o tych, co odeszli — jakbyśmy my byli w świetle, a oni w ciemności; my w mocy i wpływach, oni w słabości; my żywi, oni martwi. A jednak przy tych widokach, jakie otwiera przed nami Ewangelia, przy świadomości, że jeden Duch Chrystusa przebywa wiecznie, że ci, którzy stali się z Nim jednym, nigdy nie są od Niego oddzieleni, i że ci, którzy umierają w Nim, są nieodwołalnie włączeni w Niego i z Nim złączeni — czy ośmielimy się myśleć lekceważąco o tych niezatracalnych członkach Chrystusa i naczyniach przyszłej chwały? Czy śmiemy ważyć na szali owo wielkie zgromadzenie wybranych, udoskonalone i spoczywające w pokoju — czy śmiemy kłaść na jednej szali ów chwalebny niewidzialny Kościół, tak ludny w dusze, tak czysty od grzechu, tak wolny od próby — a na drugiej nas samych, biednych zapaśników z ciałem i diabłem, mających jedynie zadatek, nie koronę zwycięstwa, których imiona nie są tak zapisane w niebiesiech, by nie mogły być z nich wymazane? Czy zawahamy się bodaj na chwilę, by uznać, że choć Święty Paweł poniósł męczeństwo wieki temu, on, który nawet będąc w ciele był duchem obecny w Koryncie, gdy był w Efezie, jest obecny w Kościele nadal — prawdziwiej żywy niż ci, którym nadaje się miano żywych, prawdziwiej i groźniej Apostołem teraz na tronie, niż gdy zmagał się z walkami zewnętrznymi i trwogami wewnętrznymi, z cierniem w ciele i perspektywą męczeństwa? Czy mamy być jak niewierni, mniemając, że Kościół jest tylko tym, czym się wydaje — biedną, bezsilną, wzgardzoną i ludzką instytucją, pogardzaną przez bogatych, łupioną przez gwałtowników, pokonaną argumentami przez sofistów i patronizowaną przez wielkich — zamiast wierzyć, że służy w obliczu Wiecznego Tronu, wokół którego są „dwadzieścia cztery siedzenia, a na siedzeniach" siedzą „dwudziestu czterech starców, odzianych w białe szaty" i na głowach ich złote korony? Owszem, czy nie dostrzeżemy okiem wiary, nie chłodną poetycką wyobraźnią, pośród naw naszych kościołów i wzdłuż krużganków, przy naszych starożytnych grobach i w miejscach zrujnowanych i opustoszałych, które niegdyś były uważane za święte — duchów naszych ojców i braci ze wszystkich czasów, przeszłych i teraźniejszych, których dzieła od dawna są „znane" Bogu, a których dawne miejsca zamieszkania pozostają wśród nas jako zadatki — jak ufamy — że nie opuści nas całkowicie i nie położy temu kresu? Czyż cokolwiek śmiertelnego i ziemskiego — przemoc zewnętrzna czy zdrada wewnętrzna, głos ludu czy jakakolwiek wola człowieka, cokolwiek w całym wszechświecie: wysokość czy głębokość, czy jakiekolwiek inne stworzenie — cokolwiek, prócz wyroku Bożego wydanego za nasze grzechy, mogłoby przegonić od nas nasze święte niewidzialne towarzystwo i zrównać nas z trawą polną? Czy wszelkie wysiłki synów ludzkich — dokładne opisy naszego zewnętrznego kształtu, mierzenie naszego widzialnego terytorium, sumowanie naszego majątku, umniejszanie naszych praw obywatelskich, liczenie naszych zwolenników — mogą objąć granicami Miasto Boga Żywego lub zlokalizować położenie Edenu i Góry Świętych?
Lecz tu można zapytać, czy takie przekonanie o wiekuistej obecności wśród nas niewidzialnego Kościoła — w tym Duchu, o którym wszyscy wierzą, że jest z nami wiecznie aż do końca — nie kłóci się z naszym pokrzepiającym przeświadczeniem, że spoczywa on w pokoju. „Chrystus — powiada się — dotąd działa jak Ojciec Jego działa, i Aniołowie górują mocą; lecz ludzka natura, nawet w swoich najczystszych i najbardziej niebiańskich przejawach, nie dorasta do tej nieustającej czujności i mówi się, że gdy umiera, zasypia — czemuż nie mielibyśmy pozostawić jej tak pocieszonego i łaskawego udziału?" Cokolwiek odpowiemy na to pytanie, jedno jest pewne — mamy na to powagę Świętego Pawła — że przystępując do Kościoła, zbliżamy się nie tylko do Boga i Jezusa Pośrednika Nowego Przymierza, i Aniołów niezliczonych, lecz także — jak on wyraźnie mówi — do „duchów sprawiedliwych udoskonalonych". A mówiąc to, mówi ewidentnie nie o świętych na ziemi ani o świętych po zmartwychwstaniu — chociażby dlatego, że wyraźnie oznacza „duchy sprawiedliwych". Wedle osądu Świętego Pawła Kościół jest zatem złożony z umarłych nie mniej niż z żywych; i choć tak jest, choć umarli są obecni, nie wynika stąd, że nie spoczywają też w pokoju. Taka obecność w Kościele nie pociąga za sobą żadnego trudu czy wysiłku, żadnego czynnego udziału ze strony tych, którym powiedziano, że „odpoczywają od prac swoich". Jasne jest bowiem, że choć „żyją Bogu" i mają moc u Niego, nie znaczy to, że działają, ani że są świadomi swej mocy. Sprawdza się to, dzięki Bożemu miłosierdziu, w przypadku tych, którzy trudzą się w ciele, którzy modlą się i głoszą, czynią sprawiedliwość i wielbią Boga. Oni też nie widzą żadnych z tych owoców, które mimo to za nimi postępują. Gdyby Noe, Daniel i Job byli w jakimkolwiek złym mieście i uratowali je swą sprawiedliwością od zagłady, czy wiedzieliby, co im było dane uczynić? Nie mamy powodu twierdzić, że tak; bo co innego jest czynić dobro, a co innego — widzieć, że się je czyni.
Lecz znów może być prawdą, że w pewnym sensie spoczywają oni w pokoju, a jednak w innym sensie są czynnymi promotorami dobra Kościoła — chociażby przez modlitwę — choć nie wiemy, w jaki sposób są czynni, w jaki sposób spoczywają, ani jak mogą być jednym i drugim naraz. Powiedziano, że Bóg „odpoczął w siódmym dniu od wszelkiego dzieła, które uczynił", a jednak „dotąd działa". Zapewne w Nim, który jest wieczny i wszechwystarcza jący, znaleźć można absolutnie i doskonale owo niepojęte zjednoczenie Wszechmocnej potęgi z wiecznym spokojem; i to, czym On jest w pełni, może On łaskawie udzielać w stosownej mierze i wedle zdolności swoim wybranym. Jeśli nie jest sprzecznością w terminach, że Bóg może odpoczywać, a przecież działać, że Syn Boży może umrzeć, a przecież mieć wiekuistą istotę, że Syn Człowieczy mógł być w niebie, gdy rozmawiał z Nikodemem — to może i nie jest sprzecznością, że dusza ludzka może spać w stanie pośrednim, a zarazem być przebudzona. Mówię: co Bóg posiada w nieskończoności i z natury, to może nam udzielać w części; i tak może być prawdą, że choć Święci są „radośni w chwale" i „weselą się na łożach swoich" i „chwały Boga pełne są usta ich", to jednak „miecz obosieczny jest w rękach ich, aby pomścić się na narodach i pokarać ludy; aby związać królów ich w kajdany i znakomitych ich w żelaznych okowach; aby nad nimi sąd wykonać, jak napisano: To jest chwała wszystkich Świętych jego."
Wreszcie, myśląc tak o niewidzialnym Kościele, jesteśmy powstrzymywani przez wiele racji przed takimi wzywaniami jego poszczególnych członków, jakie są — niestety — tak powszechne w innych krajach chrześcijańskich. Po pierwsze dlatego, że praktyka ta nie była pierwotna, lecz jest późniejszym naddatkiem, gdy świat wlał się do Kościoła; następnie dlatego, że nakazano nam modlić się jedynie do Boga, a wzywanie może łatwo wypaczyć się w modlitwę i stać się wówczas bałwochwalstwem. Trzeba też zważyć, że choć Kościół jest w Piśmie Świętym przedstawiony jako kanał Bożych darów dla nas, jest to jedynie jako ciało i sakramentalnie — nie jako sprawca, ani w swoich poszczególnych członkach. Święty Paweł nie mówi, że zostajemy przybliżeni do tego lub owego świętego, lecz do wszystkich razem — „do duchów sprawiedliwych udoskonalonych"; każdy z osobna musi przejść przez dzień sądu, lecz jako ciało są oni Miastem Bożym, nieskalaną Oblubienicą Baranka.
Stańmy więc w tym losie, w którym Bóg nas postawił, i dziękujmy Mu za to, co tak miłościwie, tak opatrznościowo dla nas uczynił. Uczynił wszystko dobrze — ani za wiele, ani za mało. Nie nakazał nam ani zaniedbywać wiernych sług Chrystusa, którzy odeszli, ani oddawać im nienależnej czci; lecz myśleć o nich, a nie mówić do nich; wysoko ich cenić, lecz ufać jedynie Jemu. Idźmy za Jego regułą — ani przekraczając, ani zaniedbując naszego obowiązku; lecz według napomnienia Świętego Pawła „używając" Jego darów „bez nadużywania ich"; nie zaprzestając używać w obawie przed nadużyciem, lecz powstrzymując się od nadużycia, a trwając wdzięcznie przy właściwym użyciu.
Myśli te są pokrzepiające dla samotnego, przygnębionego, nękanego, oczerniającego czy wzgardzonego chrześcijanina; i należą do niego, jeśli czynem i uczynkiem jednoczy się w owej Komunii, którą wyznaje. Do Kościoła Bożego nie wstępuje jedynie ten, kto o nim mówi, lub go broni, lub go rozważa, lecz ten, kto go miłuje. Ten miłuje niewidzialne zgromadzenie wierzących, kto miłuje tych, których się widzi. Sprawdzianem naszego zjednoczenia z Chrystusem jest miłość; sprawdzianem miłości ku Chrystusowi i Jego Kościołowi jest miłowanie tych, których rzeczywiście widzimy. „Kto nie miłuje brata swego, którego widzi, jakże może miłować Boga, którego nie widzi?" Jako więc chcemy być godni obcowania z wierzącymi wszystkich czasów i miejsc, obcujmy należycie z tymi naszego własnego czasu i naszego własnego sąsiedztwa. Módlmy się do Boga, aby uczył nas tego, w czym tak bardzo nam brakuje, i ustrzegł nas od wypowiadania słów i żywienia myśli, które nasze czyny hańbią. Bardzo łatwo jest mówić piękne rzeczy, do których mówienia nie mamy prawa. Bądźmy łagodnie usposobieni wobec wszystkich, których Chrystus uczynił swoimi przez Chrzest. Współczujmy im, żywmy ku nim życzliwe myśli i bądźmy wobec nich gorącoserdeczni, miłujący, prostolinijni i łagodnego usposobienia, dbajmy o ich dobro i módlmy się o ich wzrost w wierze i świętości. „Nie miłujmy słowem ani językiem, lecz czynem i prawdą." Bo „Bóg jest miłością"; a jeśli miłujemy się wzajemnie, „Bóg w nas mieszka, a miłość Jego jest doskonała w nas."