HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom IV

Kazanie XV. Jedno pragnienie duszy

Gdy nie umiem się modlićGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego Modlitwa ustna i wspólnaObecność Boża
„Jednego prosiłem Pana i tego szukać będę: abym mieszkał w domu Pańskim po wszystkie dni życia mego, abym oglądał piękność Pańską i nawiedzał świątynię Jego."
W skrócie. Newman omawia naturę modlitwy jako ukierunkowanego pragnienia duszy ku Bogu — pragnienia, które musi stać się jednym i dominującym. Modlitwa nie jest jedną z wielu czynności, lecz wyrazem podstawowego nastawienia serca. Jedność pragnień i skupienie na Bogu jako centrum życia duchowego.

„Stąd może wydają się szorstcy w tym, co mówią i czynią; co więcej, sprawiają nawet, że inni czują się skrępowani i nieswojo w ich obecności.”

*„Jednego prosiłem Pana i tego szukać będę: abym mieszkał w domu Pańskim po wszystkie dni życia mego, abym oglądał piękność Pańską i nawiedzał świątynię Jego."* — Ps 27,4

Czego Psalmista pragnął, tego my, chrześcijanie, w pełni zażywamy — swobody przebywania w łączności z Bogiem w Jego świątyni przez całe nasze życie. Za czasów Prawa obecność Boga zamieszkiwała jeno jedno miejsce; można ją więc było nawiedzać i doznawać jej tylko w wyznaczonych porach. Przez znaczną część swego życia lud wybrany był w pewnym sensie „wyrzucony sprzed Jego oblicza"; a periodyczny powrót do owej obecności, na który im pozwalano, był przywilejem wielce pożądanym i z utęsknieniem oczekiwanym. Tym cenniejszy był przywilej nieustannego przebywania przed Jego obliczem, o którym mowa w tekście. „Jednego" — mówi Psalmista — „prosiłem Pana... abym mieszkał w domu Pańskim po wszystkie dni życia mego, abym oglądał piękność Pańską i nawiedzał świątynię Jego." Pragnął mieć nieustannie ową łączność z Bogiem w modlitwie, uwielbieniu i rozmyślaniu, do której Jego obecność dopuszcza duszę; i to właśnie, powiadam, jest udziałem chrześcijan. Wiara otwiera przed nami, chrześcijanami, świątynię Bożą wszędzie, gdzie się znajdujemy; albowiem owa świątynia jest duchowa, a zatem wszędobecna. „Mamy dostęp" — mówi Apostoł — to jest: mamy wstęp i wprowadzenie — „przez wiarę do tej łaski, w której stoimy, i chlubimy się nadzieją chwały Bożej." I dlatego mówi na innym miejscu: „Radujcie się w Panu zawsze, a znowu mówię: radujcie się." „Radujcie się zawsze, módlcie się nieustannie; za wszystko dziękujcie." I święty Jakub: „Cierpi ktoś wśród was? Niech się modli; jest ktoś dobrej myśli? Niech śpiewa psalmy." Modlitwa, uwielbienie, dziękczynienie, kontemplacja — oto szczególny przywilej i powinność chrześcijanina; i to same w sobie, dla niezwykłej pociechy i zadowolenia, jakich mu udzielają, bez oglądania się na jakiekolwiek określone owoce, ku którym modlitwa zmierza, bez oglądania się na odpowiedzi, które jej są obiecane — płynące z ogólnego poczucia szczęśliwości przebywania w cieniu tronu Bożego.

Zamierzam zatem w dalszych słowach poczynić kilka uwag o łączności z Bogiem, czyli o modlitwie w szerszym znaczeniu tego słowa — nie ze względu na jej zewnętrzne skutki, lecz o tyle, o ile można ją rozważać jako wpływającą na nasze umysły i serca.

Czymże jest zatem modlitwa? Jest ona — jeśli wolno tak powiedzieć z należną czcią — rozmową z Bogiem. Rozmawiamy z naszymi bliźnimi i używamy wtedy języka poufałego, bo są naszymi bliźnimi. Rozmawiamy z Bogiem i używamy wtedy najpokorniejszego, najdostojniejszego, najspokojniejszego i najzwięźlejszego języka, na jaki nas stać, bo On jest Bogiem. Modlitwa jest przeto boską rozmową, różniącą się od ludzkiej tak, jak Bóg różni się od człowieka. Tak też święty Paweł mówi: „Nasza rozmowa jest w niebie" — nie mając na myśli jedynie wymiany słów, lecz obcowanie i sposób życia w ogóle; a jednak w szczególny sposób rozmowę słowną, czyli modlitwę, bo mowa jest szczególnym środkiem wszelkiego obcowania. Nasze obcowanie z bliźnimi odbywa się nie przez wzrok, lecz przez słuch; nie oczami, lecz uszami. Słuch jest zmysłem społecznym, a mowa jest węzłem społecznym. Podobnie jak rozmowa chrześcijanina jest w niebie, jak jego obowiązkiem jest — na wzór Enocha i innych Świętych — chodzić z Bogiem, tak jego głos jest w niebie, a serce jego „wyśpiewuje słowo dobre" — modlitwy i uwielbienia. Modlitwy i uwielbienia są sposobem jego obcowania z tamtym światem, tak jak rozmowa o sprawach czy rozrywkach jest sposobem, w jaki świat ten toczy się we wszystkich swych oddzielnych biegach. Kto się nie modli, ten nie ubiega się o obywatelstwo niebios, lecz żyje — choć jest dziedzicem królestwa — jakby był dzieckiem ziemi.

Nie dziwi tedy, że ów obowiązek lub przywilej, który jest szczególnym znakiem naszego niebiańskiego dziedzictwa, wywiera również szczególny wpływ na naszą zdolność do dochodzenia go. Kto nie używa daru, ten go traci; człowiek, który nie używa głosu ani członków, traci nad nimi władzę i staje się niezdatny do stanu życia, do którego jest powołany. Podobnie kto zaniedba modlitwę, ten nie tylko wstrzymuje się od korzystania ze swego boskiego obywatelstwa, lecz zmierza ku temu, by je utracić. Jesteśmy członkami innego świata; zostaliśmy oderwani od towarzystwa złych duchów i wprowadzeni w owo niewidzialne królestwo Chrystusa, które rozeznaje sama wiara — w ową tajemniczą Obecność Bożą, która nas otacza, która jest w nas i wokół nas, która jest w naszym sercu, która spowijia nas jakby szatą światłości, zasłaniając nasze zbliznowaczone i splamione dusze przed wzrokiem Boskiej Czystości i czyniąc je jaśniejącymi jak Anioły; która napływa ku nam też przez wszelkie formy piękna i wdzięku, jakie zawiera ten widzialny świat — niby gwiazdozbiór albo (jeśli wolno mi tak rzec) droga mleczna boskich towarzyszy, mieszkańców Góry Syjon, gdzie my przebywamy. Wiara, powiadam, jedynie to wszystko ogarnia; lecz jest coś, co nie jest pozostawione samej wierze — nasze własne upodobania, skłonności, pobudki i nawyki. O nich wiemy w pewnej mierze i możemy coraz lepiej wnikać w swą wiedzę o nich; a skoro świadomość mówi nam, czym one są, rozum mówi nam, czy są takie, jakie przystoją ow owemu niebiańskiemu światu, do którego zostaliśmy przeniesieni, czy też mu odpowiadają.

Powiadam tedy, że zwykłemu rozsądkowi jest jasne, iż człowiek, który nie przyzwyczaił się do języka niebios, nie będzie jego właściwym mieszkańcem wówczas, gdy w dniu ostatecznym zostanie on w pełni objawiony. Sprawa jest podobna do tej z językiem czy sposobem mówienia tego świata; dobrze poznajemy cudzoziemca po miejscowym. Ponadto poznajemy tych, którzy miewali u dworów królewskich lub w towarzystwie wykształconym, od innych. Po głosie, akcencie i języku, a nie tylko po tym, lecz po gestach i chodzie, po obyczajach, po sposobie zachowania się i zasadach postępowania doskonale wiemy, jaka ogromna różnica jest między tymi, którzy żyli w dobrym towarzystwie, a tymi, którzy go nie zaznali. Co prawda to, co się nazywa „dobrym towarzystwem", bywa często towarzystwem wielce miernym. Nie mówię tu o nim, by je sławić; chcę jedynie powiedzieć, że tak jak maniery, które ludzie zwą wytworny mi lub dworskimi, nabywa się jedynie przez obcowanie z dworami i wyszlifowanymi kołami, i jak wpływ słów tam używanych (to jest idei, które owe słowa, uderzając wciąż na nowo w ucho, przenoszą do umysłu), rozciąga się w sposób nader subtelny na wszystko, co ludzie czynią — na budowę ich zdań, na ton pytań i odpowiedzi, na ich ogólną postawę, na spontaniczny bieg ich myśli, na ich sposób patrzenia na rzeczy, na ogólne zasady lub kategorie, do których je odnoszą, na pobudki, które nimi kierują, na upodobania i niechęci, nadzieje i obawy, na ocenę osób i natężenie postrzeżeń w odniesieniu do poszczególnych przedmiotów — tak nawyk modlitwy, praktyka zwracania się do Boga i do świata niewidzialnego w każdej porze, w każdym miejscu, w każdej potrzebie (pomijając jej nadprzyrodzony skutek — wyproszenia czegoś u Boga) — modlitwa, powiadam, ma to, co można by nazwać naturalnym działaniem: uduchowia i wznosi duszę. Człowiek nie jest już tym, czym był przedtem; stopniowo, niepostrzeżenie dla siebie samego, wchłonął nowy zasób idei i przesiąkł świeżymi zasadami. Jest jak ktoś, kto wyszedł z dworów królewskich — z wdziękiem, delikatnością, godnością, stosownością, słusznością myśli i smaku, jasnością i niezłomnością zasad, które są całkowicie jego własne. Takie jest działanie Bożej tajemnej łaski, przezierającej przez ustanowienia, które nam nakazał; taka oczywista stosowność owych ustanowień do wytwarzania skutków, jakie przed nami stawiają. Jak mowa jest organem ludzkiego życia społecznego i środkiem ludzkiej cywilizacji, tak modlitwa jest narzędziem Bożego obcowania i Bożego kształtowania.

Przytoczę dla ilustracji kilka szczegółowych przykładów jednej szczególnej ułomności ducha, którą między innymi nawyk modlitwy jest zdolny wyleczyć.

Na przykład: wielu ludzi zdaje się nie mieć żadnego uchwycenia prawdy doktrynalnej. Nie potrafią skłonić się do uznania za ważne, w co człowiek wierzy, a w co nie. Usiłują to czynić; przez jakiś czas im się to udaje; przez jakiś czas sądzą, że pewna wiara jest konieczna do zbawienia, że pewne doktryny winny być głoszone i utrzymywane w duchu miłości dla dusz ludzkich. A jednak, choć dziś tak sądzą, jutro się zmieniają; chwytają prawdę, a potem znów ją puszczają. Ogarniają ich wątpliwości; nagle przychodzi im pytanie: „Czy możliwe, by taka a taka doktryna była konieczna?" — i wpadają z powrotem w nieprzyjemny stan sceptyczny, z którego nie ma wyjścia. Rozumowania ich nie przekonują; nie mogą się przekonać; nie mają uchwycenia prawdy. Dlaczego? Bo tamten świat nie jest dla nich rzeczywistością; istnieje w ich umyśle jedynie w postaci pewnych wniosków wyprowadzonych z pewnych rozumowań. Jest jedynie wnioskiwaniem i nigdy nim być nie przestanie, nigdy nie stanie się obecny w ich umyśle, dopóki nie zaczną działać zamiast rozumować. Niechaj tylko postępują tak, jakby tamten świat był przed nimi; niechaj tylko oddadzą się takim ćwiczeniom pobożności, jakie winniśmy zachowywać w obliczu Boga Wszechmogącego, Wszechświętego i Miłosiernego — i rzadkim będzie przypadek, kiedy ich trudności nie znikną.

Albo też: człowiek może mieć przyrodzoną skłonność do kaprysu i zmienności; może być skłonny brać się to za jedną, to za drugą fantazję, z powodu nowości lub z innej przyczyny; może mieć nagłe upodobania lub niechęci albo pokusić się do stworzenia sobie własnego systemu religijnego — tego, co uważa za najlepsze lub najpiękniejsze ze wszystkich systemów dzielących świat.

Znowu: trapi go może wiele myśli nieprzystojnych, które rad by trzymał z dala od umysłu, gdyby mógł. Czuje się niespokojny i niezrównoważony, niezadowolony ze swego położenia, łatwo pobudzany, w jednej chwili żałujący grzechu, w następnej już o nim zapominający, słaboduchy, niezdolny do opanowania siebie, skłonny do zajmowania się błahostkami, do dawania się łapać i pociągać marnościom oraz do oddawania się lenistwu i opieszałości.

I jeszcze: nie ma jasnego postrzegania drogi prawdy i obowiązku. Jest to szczególna wada wśród nas w dzisiejszych czasach: ludzie kierują się być może najlepszymi uczuciami i najprzyjemniejszymi pobudkami i nie można ich słusznie posądzić o nieszczerość; a jednak brakuje im prostoty w postępowaniu. Pozwalają, by ich wiodła sposobność, i bronią się, i być może tak przekonująco, że choć nie jesteś przekonany, zostasz uciszony. Zważają na to, co myślą inni, bardziej niż na to, co mówi Bóg; patrzą na Pismo Święte bardziej jako na dar dla człowieka niż jako na dar od Boga; uważają, że wolno im modyfikować jego wyraźne nakazy według pewnej uznaniowej reguły; słuchają głosu wielkich ludzi i pozwalają, by ich pociągali; robią porównania i ważą na szali nieprzydatność wykonania w całości tego, co Bóg nakazuje, i wykonalność osiągnięcia części, i myślą, że mogą zgodzić się zrezygnować z czegoś, byle zabezpieczyć resztę. Zmieniają poglądy, zbaczając najpierw trochę w tę, potem trochę w tamtą stronę, zależnie od głośności i pewności siebie, z jaką mówią inni; są na łasce ostatniego mówcy i sądzą, że zachowują bezpieczny, roztropny i umiarkowany kurs, trzymając się stale w pewnej odległości za tymi, którzy idą najdalej. Albo też są pochopni w swych religijnych zamierzeniach i przedsięwzięciach i zapominają, że mogą naruszać granice i płoty prawa Bożego, swobodnie poruszając się wedle własnego upodobania. Otóż nie chcę osądzać nikogo; nie będę mówić, że w tym czy owym konkretnym przypadku owa ułomność ducha (bo jakkolwiek bądź jest ułomnością) z pewnością pochodzi z jakiejś pewnej przyczyny, którą biorę sobie do głowy odgadnąć. Ale przynajmniej są przypadki, gdy owo chwiejenie się umysłu bierze się ze skąpości modlitwy; a jeśli tak, to warto, by człowiek, który jest tak niestały, bojaźliwy i krótkowzroczny, zastanowił się, czy owa skąpość nie jest przypadkiem prawdziwą przyczyną takich słabości w jego własnym przypadku, i czy „wytrwanie w modlitwie" — przez co rozumiem nie tylko modlitwę rano i wieczór, lecz coś stosownego do jego choroby, coś nadzwyczajnego, jak lekarstwo jest nadzwyczajne, „wykupywanie czasu" od towarzystwa i rozrywek, aby więcej się modlić — czy taka zmiana w jego nawykach nie usunęłaby ich.

Bo czymże jest samo obietnica Nowego Przymierza, jeśli nie trwałością? Czymże jest, jeśli nie jasnym wejrzeniem w prawdę, takim, które pozwoli nam wiedzieć, jak postępować, jak wyznawać wiarę, jak sprostać okolicznościom życia, jak odpierać kłótników? Czy zbudowani jesteśmy na skale, czy na piasku? Czy po tym wszystkim miotamy się wciąż na morzu mniemań, gdy Chrystus wyciągnął ku nam rękę, by nas wesprzeć i zachęcić? „Zachowasz w doskonałym pokoju tego, którego umysł stoi przy Tobie, bo Tobie ufał." Takie jest słowo obietnicy. Czyż możemy żywić lęk przed tym, co człowiek nam uczyni lub powie, czyż możemy pochlebiać możnym tej ziemi lub trwożliwie uginać się przed ogółem, albo dawać się olśnić talentowi, lub powodować się interesem — my, którzy jesteśmy w nawykowym obcowaniu z Bogiem? „Macie namaszczenie od Świętego" — mówi święty Jan — „i wiecie wszystko. Nie napisałem wam dlatego, że nie znacie prawdy, lecz że ją znacie i że żadne kłamstwo nie jest z prawdy. ... Namaszczenie, które otrzymaliście od Niego, trwa w was i nie potrzebujecie, by ktoś was uczył... Ktokolwiek narodził się z Boga, grzechu nie popełnia, bo trwa w nim Jego nasienie; i nie może grzeszyć, bo narodził się z Boga." Oto ono narodzenie, przez które ochrzczona dusza nie tylko wstępuje w królestwo Boże, ale naprawdę je ogarnia i urzeczywistnia. Oto prawdziwe i skuteczne odrodzenie, gdy ziarno życia zapuszcza korzenie w człowieku i rośnie. Tacy ludzie przyzwyczaili się mówić do Boga, a Bóg zawsze do nich mówił; i czują „moce przyszłego wieku" tak prawdziwie, jak czują obecność świata tego, bo przyzwyczaili się mówić i postępować tak, jakby ów tamten świat był rzeczywisty. Wszyscy musimy na czymś się oprzeć; wszyscy musimy ku czemuś spoglądać w górze, podziwiać to, ubiegać się o to, jednoczyć się z tym. Większość ludzi rzuca swój los ze światem widzialnym; prawdziwi zaś chrześcijanie — ze Świętymi i Aniołami.

Tacy ludzie są mało rozumiani przez świat, bo nie są ze świata; i dlatego zdarza się niekiedy, że nawet lepsi ludzie bywają przez nich zbici z tropu i drażnieni. Inaczej być nie może; postępują oni wedle zasad tak różnych od tych, które powszechnie przyjmuje się za prawdziwe. Biorą za pewnik, jako pierwsze zasady, to, co świat chce mieć dowiedzione w szczegółach. Obcowali z widokami tamtego świata, aż mówią o nich tak, jakby wszyscy je uznawali. Nieśmiertelność prawdy, jej jedność, niemożność koalescencji kłamstwa z nią, czym jest prawda, do czego w szczegółowych przypadkach powinna kogoś prowadzić, jak wchodzi w szczegóły życia — wszystkie te punkty są w świecie jedynie kwestiami sporymi, a ludzie snują długie procesy rozumowań i chlubią się swą subtelnością w bronieniu lub atakowaniu, w uprawdopodabnianiu lub wywieraniu wrażenia nieprawdopodobieństwa na idee, które ci, co żyli w niebie, przyjmują bez słowa jako sam grunt wyjścia. Toteż takich ludzi nazywa się złymi dyskutantami, niekonsekwentnymi rozumującymi, dziwnymi, ekscentrycznymi albo przewrotnymi myślicielami — jedynie dlatego, że nie przyjmują za pewnik ani nie usiłują dowodzić tego, co inni, bo nie zabierają się do definiowania i wyznaczania widoków (by tak rzec), gór i rzek i równin, słońca, księżyca i gwiazd tamtego świata. I dlatego z kolei są oni zwykle niezdolni do wnikania w myśli i uczucia innych ludzi, pochłonięci myślami Bożymi i drogami Bożymi. Stąd może wydają się szorstcy w tym, co mówią i czynią; co więcej, sprawiają nawet, że inni czują się skrępowani i nieswojo w ich obecności. Może wydają się też zamknięci w sobie, bo tak wiele biorą za oczywiste, choć dałoby się to rozwinąć, i bo nie mogą zdobyć się na opowiedzenie wszystkich swych myśli ze względu na ich świętość, i bo są odrywani od swobodnej rozmowy ku myśli o niebie, na którym spoczywa ich duch. Ba, bywa, że wydają się surowi, bo ich pobudki nie są rozumiane, ani ich wrażliwa zazdrość o cześć Bożą i ich miłosierna troska o dobro współbraci w Chrystusie należycie doceniane. Słowem, światu wydają się obcokrajowcami. Wiemy, jakie wrażenie sprawują na nas cudzoziemcy: są często w naszym mniemaniu dziwni i nieprzyjemni w obejściu; dlaczego? Jedynie dlatego, że są z innego kraju. Każdy kraj ma własne obyczaje — jeden nie musi być lepszy od drugiego; ale z natury lubimy własne sposoby i nie rozumiemy cudzych. Nie pojmujemy ich sensu. Błędnie je odczytujemy; myślimy, że mają jakieś nieprzyjemne, grubiańskie albo nadmiernie poufałe, albo wyniosłe, albo nieokrzesane znaczenie, choć wcale tak nie jest. I podobnie świat w ogóle nie tylko nie jest chrześcijański, ale nie może rozeznać ani pojąć chrześcijanina. Tak też nasz Błogosławiony Pan sam nie był uznany ani czczony przez swoich krewnych, a (jak oczywiste jest dla każdego czytelnika Pisma Świętego) On nierzadko zdaje się mówić gwałtownie i surowo. Tak samo święty Paweł był przez Koryntian uważany za nieznaczącego w mowie. I dlatego też święty Jan, mówiąc o tym, „jaką miłość okazał nam Ojciec, że zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi", dodaje: „dlatego świat nas nie zna, bo Jego nie poznał". Taki jest skutek Bożych rozmyślań: wprowadzają nas do tamtego świata i odciągają od tego; czynią nas dziećmi Bożymi, ale zarazem „obcymi dla braci naszych, cudzoziemcami dla synów matki naszej". Zaiste, choć prawdziwi słudzy Boga wzrastają dzień po dniu w łagodności i miłości i tym, którzy ich znają, będą się wydawać tym, czym naprawdę są; i choć ich dobre uczynki są widoczne dla wszystkich i nie można im zaprzeczyć, to jednak takie jest wieczne prawo rządzące Kościołem i światem — nie możemy być przyjaciółmi obu; a ci, którzy biorą swój dział z Kościołem, będą się wydawać — poza niektórymi wyjątkowymi przypadkami — nieprzyjaznymi dla świata, bo „świat ich nie zna" i nie lubi ich, choć ledwie potrafi powiedzieć dlaczego; lecz (jak wywodzi dalej święty Jan) mają to błogosławieństwo, że „gdy On się objawi, będą do Niego podobni, bo ujrzą Go takim, jakim jest".

A jeśli — jak się zdaje — musimy wybierać między jednym a drugim, to zaiste przyjaźń świata łatwiej nam puścić niż wspólnotę z naszym Panem i Zbawicielem. Bo co mamy czynić z pozyskiwaniem ludzi, my, których twarze są zwrócone ku Bogu? Wiemy, jak ludzie czują i postępują w obliczu śmierci; odpędzają od umysłu sprawy doczesne i usiłują urzeczywistnić sobie stan niewidzialny. Wtedy świat ten jest dla nich niczym. Może chwalić, może ganić; oni tego nie czują. Zostawiają za sobą swój majątek, swe czyny, słowa, pisma, swe imiona; i nie dbają o to, bo czekają na Chrystusa. Do jednej tylko rzeczy są żywi — do Jego przyjścia; czuwają na nie, byleby go nie spotkał wstyd. Tak postępują umierający; i to, co niemal wszyscy czynią na samym końcu — jeśli nie zawiodą ich zmysły i siły nie wyczerpią — to czyni prawdziwy chrześcijanin przez całe życie. Zawsze umiera, gdy żyje; leży na swej marze, a nad nim odprawia się modlitwy za chorych. Nie ma innego zadania, jak pojednanie się z Bogiem i przygotowanie się na sąd. Nie ma innego celu, jak być znalezionym godnym do uniknięcia tego, co się stanie, i stanięcia przed Synem człowieczym. I dlatego dniem po dniu odpiera miłość do tego świata i pragnienie jego chwały; może znieść przynależność do bezimiennej rodziny Bożej i zdawanie się światu czymś w niej dziwnym i nie na miejscu — bo takim właśnie jest.

A gdy Chrystus przyjdzie w końcu, zaiste błogosławiony będzie jego los. Przyłączył się od początku do strony zwycięskiej; zaryzykował teraźniejszością dla przyszłości, dając pierwszeństwo szansie wieczności przed pewnością czasu; a wtedy jego nagroda dopiero się zacznie, gdy ta dzieci tego świata dobiegnie kresu. Słowami Mądrego: „Wtedy sprawiedliwy stanie z wielką odwagą naprzeciwko tych, którzy go ciemiężyli i mieli jego trudy za nic. Gdy ujrzą, zatrwoży ich straszna bojaźń i zdumieją się nad niezwykłością jego zbawienia, tak dalece ponad wszelkie ich oczekiwanie. I jękną, trapiąc się w ucisku ducha, i powiedzą między sobą: To jest ten, z którego niegdyś drwiliśmy i czyniliśmy go przysłowiem pośmiewiska; myśmy głupi poczytali życie jego za szaleństwo i koniec jego za hańbę. Jakże to zaliczony jest do synów Bożych i udział jego jest między świętymi?"

← wróć do odkrywania