HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom IV

Kazanie XVI. Chrystus ukryty przed światem

Gdy moja wiara stała się letniaGdy wiara wydaje się nierozumna Życie i tajemnice JezusaNatura i jedność Kościoła
„Światłość w ciemności świeci, a ciemność jej nie ogarnęła."
W skrócie. Kazanie rozważa fakt, że Chrystus podczas ziemskiego życia ukrywał swoją Boskość i żył ukryty przed światem. Jego uczniowie rozpoznali Go w pełni dopiero po Zmartwychwstaniu i przez wiarę. Newman wyprowadza stąd naukę, że Kościół i jego łaski są dziś podobnie ukryte — dostępne tylko oczom wiary.

„Jak człowiek cielesny nie poznałby Go nawet w niebie, tak serce duchowe może do Niego przystępować, posiadać Go, widzieć Go — nawet na ziemi.”

*„Światłość w ciemności świeci, a ciemność jej nie ogarnęła."* — J 1,5

Spośród wszystkich myśli, jakie rodzą się w umyśle, gdy rozważamy pobyt naszego Pana Jezusa Chrystusa na ziemi, żadna może nie jest bardziej wzruszająca i uniżająca niż ta, która dotyczy towarzyszącego Mu ukrycia. Nie mam tu na myśli Jego skromnego stanu w znaczeniu ubóstwa; lecz mgłę tajemnicy, w którą był spowijany, i zachowaną przezeń skrytość. Ta cecha Jego pierwszego Przyjścia bywa wielokrotnie przywoływana w Piśmie Świętym — jak w przytoczonym wersecie: „Światłość w ciemności świeci, a ciemność jej nie ogarnęła" — i pozostaje w wyraźnym przeciwieństwie z tym, co przepowiedziano o Jego przyjściu drugim. Wówczas „ujrzy Go wszelkie oko", co znaczy, że wszyscy Go rozpoznają; tymczasem gdy przyszedł po raz pierwszy, widziało Go wielu, lecz prawdziwie poznało Go niewielu. Prorokowano: „Nie było w Nim wdzięku ani piękności, abyśmy na Niego spoglądali"; a przy samym końcu swej działalności powiedział On do jednego ze swych dwunastu wybranych przyjaciół: „Tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś, Filipie?"

Pragnę przedstawić wam jedną lub dwie myśli, jakie nasuwają się z tej wielce uroczystej okoliczności i które, za Bożym błogosławieństwem, mogą przynieść pożytek.

**1.** I najpierw rozważmy niektóre z okoliczności, jakie naznaczyły Jego pobyt na ziemi.

Jego ogołocenie się — zejście z nieba, opuszczenie chwały Ojca i przyjęcie ciała — tak dalece przerasta możliwości słowa i myśli, że można by z pozoru sądzić, iż rzeczą małoznaczną było, czy przyszedł jako książę czy żebrak. A jednak, gdy się nad tym zastanowić, o wiele bardziej zdumiewające jest to, że przyszedł w stanie niskim — i to z następującego powodu: mogłoby się wydawać z góry, że choć raczy On zejść na ziemię, to jednak nie da się lekceważyć i gardzić sobą; bogaci zaś nie są wzgardzeni przez świat, a ubodzy — są. Gdyby przyszedł jako wielki książę lub możny pan, świat, nie wiedząc o nic więcej, że jest Bogiem, przynajmniej spoglądałby nań z uznaniem i oddawał Mu cześć jako księciu; lecz gdy przyszedł w stanie niskim, wziął na siebie jedno upokorzenie więcej — pogardę — dał się sponiewierać, wzgardzić, bezceremonialne ominąć, bezwstydnie zbezcześcić przez swe stworzenia.

Jakież to były okoliczności Jego przyjścia? Jego Matka jest ubogą kobietą; przybywa do Betlejem, by się dać zapisać do spisu ludności, wędrując, choć sama wolałaby pozostać w domu. Nie ma dla niej miejsca w gospodzie; zmuszona jest schronić się do stajni; rodzi pierworodnego Syna swego i kładzie Go w żłobie. Owo małe Dziecię, tak urodzone, tak złożone, jest nie kim innym, jak Stwórcą nieba i ziemi, Przedwiecznym Synem Bożym.

Więc: urodził się z ubogiej niewiasty, złożony w żłobie, wychowany w pokornym rzemiośle, rzemieślnika ciesielskiego; a gdy zaczął głosić Ewangelię, nie miał gdzie głowy położyć; w końcu zaś poniósł śmierć — śmierć haniebną i niesławną, śmierć, którą w owych czasach karzono przestępców.

Przez ostatnie trzy lata swego życia głosił Ewangelię — jak czytamy w Piśmie Świętym — lecz nie zaczął tego czynić, dopóki nie skończył trzydziestu lat. Przez pierwsze trzydzieści lat swego życia zdaje się żył po prostu tak, jak żyłby teraz ubogi człowiek. Dzień za dniem, pora roku za porą roku, zima i lato, jeden rok po drugim mijały, jak mogłoby się przydarzyć każdemu z nas. Przeszedł od niemowlęctwa przez lata dziecięce, potem dorastał „jak wiotka latorośl", wzrastając w mądrości i wzroście; następnie zdaje się przejął rzemiosło Józefa, swego przybranego ojca; wiódł żywot zwyczajny, bez żadnych wielkich wydarzeń, aż skończył trzydzieści lat. Jakże to wszystko zdumiewające! Że miałby tu żyć tak długo, nie czyniąc nic wielkiego; żyć tu jakby dla samego życia; nie głosząc, nie gromadząc uczniów, nie posuwając w żaden widoczny sposób naprzód sprawy, która sprowadziła Go z nieba. Niezawodnie były ku temu głębokie i mądre racje w Bożych zamysłach; powiadam jedynie, że my ich nie znamy.

I godne uwagi jest to, że ci, którzy Go otaczali, zdają się byli traktować Go jak jednego spośród siebie. Jego bracia — to jest bliscy krewni, kuzyni — nie wierzyli w Niego. I bardzo znamienne jest, że gdy zaczął nauczać i zebrał się tłum, powiedziano nam: „Gdy to usłyszeli Jego bliscy, wyszli, żeby Go powstrzymać. Mówili bowiem, że odszedł od zmysłów." Traktowali Go tak, jak my sami bylibyśmy skłonni — i słusznie — traktować dziś jakiegoś zwykłego człowieka, który zacząłby nauczać na ulicach. Mówię „słusznie", bo tacy ludzie głoszą na ogół nową ewangelię, a zatem muszą błądzić. Nauczają nadto bez posłania i wbrew władzy — co znów jest złe. Jesteśmy więc często kuszeni, by mówić, że tacy ludzie „odeszli od zmysłów" albo że są szaleni — i nie bez racji. Bywa to nawet miłosierdzie, bo lepiej być szalonym niż nieposłusznym. Otóż to właśnie, co powiedzielibyśmy o takich ludziach, powiedzieli bliscy naszego Pana o Nim. Żyli z Nim tak długo, a jednak Go nie znali; nie rozumieli, czym był. Nie widzieli w Nim niczego, co by Go odróżniało od nich samych. Ubierał się jak inni, jadł i pił jak inni, wychodził i przychodził, mówił, chodził i spał jak inni. Był pod każdym względem człowiekiem, z wyjątkiem tego, że nie grzeszył; a tej wielkiej różnicy wielu nie mogło dostrzec, bo nikt z nas nie pojmuje tych, którzy są o wiele lepsi od niego — tak że Chrystus, bezgrzeszny Syn Boży, mógłby żyć tuż obok nas, a my nie odkrylibyśmy tego.

**2.** Powiadam, że Chrystus, bezgrzeszny Syn Boży, mógłby żyć teraz na świecie jako nasz sąsiad za ścianą, a my może byśmy Go nie rozpoznali. I nad tą myślą trzeba się zatrzymać. Nie chcę powiedzieć, że nie istnieje pewna liczba osób, co do których moglibyśmy być pewni, że to nie Chrystus; oczywiście, nie są to osoby wiodące życie złe i bezreligijne. Ale jest spora liczba takich, którzy w żadnym sensie nie są bezbożni ani zasługujący na poważny zarzut, którzy na pierwszy rzut oka wyglądają bardzo podobnie do siebie, a w oczach Bożych są bardzo różni. Mam na myśli wielką rzeszę ludzi tak zwanych szanowanych, wśród których panuje wielka rozmaitość: jedni są tylko przyzwoici i zewnętrznie poprawni, nie mają głębszego zmysłu religijnego, nie zapierają się siebie, nie żywią gorącej miłości do Boga, lecz kochają świat; a ponieważ ich interes nakazuje im być regularnym i porządnym, albo nie mają silnych namiętności, albo wcześnie przywykli do regularności i mają ukształtowane stosowne nawyki — są tym, czym są: przyzwoici i poprawni, lecz niewiele więcej. Ale są i tacy, którzy wyglądają zupełnie tak samo w oczach świata, a w sercu są zgoła różni; nie afiszują się niczym, wiodą to samo ciche, zwyczajne życie co tamci — ale naprawdę ćwiczą się, by być świętymi w niebie. Czynią wszystko, co mogą, by się przemienić, by się upodobnić do Boga, by być Bogu posłusznymi, by siebie karnie urabiać, by wyrzec się świata; lecz czynią to w skrytości — bo tak nakazuje im Bóg i bo nie chcą, by to było znane. Ponadto jest niemała liczba innych, pośrodku między tymi dwiema grupami, z mniejszą lub większą domieszką przywiązania do świata i mniejszą lub większą miarą wiary. A jednak wszyscy wyglądają mniej więcej jednakowo dla zwykłych oczu, bo prawdziwa religijność jest życiem ukrytym w sercu; i choć nie może istnieć bez uczynków, to są to przeważnie uczynki ukryte — ukryte miłosierdzie, ukryte modlitwy, ukryte zaparcie się siebie, ukryte zmagania, ukryte zwycięstwa.

Oczywiście, w miarę jak ludzie wychodzą w życie publiczne, będą widziani, badani i (w pewnym sensie) lepiej poznani; lecz mówię o zwyczajnym położeniu ludzi wiodących życie prywatne, takim jakie wiódł nasz Zbawiciel przez trzydzieści lat; a ci wyglądają bardzo podobnie do siebie nawzajem. Jest ich tak wielu, że jeśli nie zbliżymy się bardzo do nich, nie dostrzeżemy żadnej różnicy między jednym a drugim; nie mamy po temu sposobności i nie należy to do naszych zadań. A jednak, choć nie mamy prawa sądzić innych, lecz musimy to pozostawić Bogu, jest rzeczą zupełnie pewną, że człowiek naprawdę święty — prawdziwy święty — choć wygląda jak inni ludzie, posiada jednak pewną tajemną moc, by przyciągać do siebie tych, którzy są podobnie usposobieni, i wywierać wpływ na wszystkich, w których jest coś do Niego podobnego. I tak często staje się próbą tego, czy jesteśmy podobnie usposobieni jak Boży święci, to, czy oni wywierają na nas wpływ. I choć rzadko mamy środki, by wiedzieć w danej chwili, kto jest Bożym świętym, to jednak z czasem, gdy wszystko minie — wtedy, spoglądając wstecz na przeszłość, być może po ich śmierci, jeśli ich znaliśmy, możemy zapytać siebie, jaką mieli nad nami władzę, czy nas przyciągali, czy nas kształtowali, czy nas uniżali, czy sprawiał, że serce pałało w nas. Niestety, zbyt często okażemy się, że byliśmy przez długi czas blisko nich, mieliśmy sposobność ich poznania — i nie poznaliśmy ich; a to jest na nas wielkim wyrokiem potępienia. To właśnie osobliwie objawiło się w dziejach naszego Zbawiciela, zwłaszcza dlatego, że był On tak nadmiernie święty. Im bardziej człowiek jest święty, tym mniej jest pojmowany przez ludzi tego świata. Wszyscy, w których tli się choćby iskra żywej wiary, pojmą go w jakiejś mierze — i im święty jest, tym bardziej — na ogół — będą przyciągani; lecz ci, którzy służą światu, będą wobec niego ślepi lub będą nim gardzić i czuć doń niechęć — im bardziej jest święty. Tak właśnie stało się z naszym Panem. Był wszechwszęty, a jednak „światłość w ciemności świeciła, a ciemność jej nie ogarnęła". Jego bliscy nie wierzyli w Niego. A jeśli tak rzeczywiście było i z powodu, o którym mówiłem, rodzi się poważne pytanie, czy my zrozumielibyśmy Go lepiej niż oni — czy choćby był naszym sąsiadem za ścianą lub członkiem naszej rodziny, odróżnilibyśmy Go od kogokolwiek innego, kto zachowywał się poprawnie i spokojnie; czy raczej — choć Go szanowaliśmy (niestety, jakież to słowo! jakaż to mowa wobec Boga Najwyższego!) — nawet gdybyśmy posunęli się tak daleko, czy nie uważalibyśmy Go za dziwacznego, ekscentrycznego, przesadnego i fantastycznego. A cóż dopiero mówić o dostrzeżeniu choćby iskry tej chwały, którą miał u Ojca przed stworzeniem świata, a która przez ziemski Jego przybytek była jedynie zakryta, nie zgaszona. Jest to zaiste myśl pełna bojaźni; bo jeśli przebywałby blisko nas przez dłuższy czas, a my nie widzielibyśmy w Nim niczego cudownego, mogłoby to być dla nas wyraźnym dowodem, że nie jesteśmy Jego — bo „owce znają Jego głos i idą za Nim" — wyraźnym dowodem, że nie znalibyśmy Go ani nie podziwialibyśmy Jego wielkości, ani nie adorowalibyśmy Jego chwały, ani nie miłowali Jego doskonałości, gdybyśmy zostali dopuszczeni do Jego obecności w niebie.

**3.** I tu dochodzimy do jeszcze jednej bardzo poważnej myśli, którą chcę pokrótce dotknąć. Bardzo lubimy żywiać pragnienie, byśmy urodzili się w czasach Chrystusa — i w ten sposób usprawiedliwiamy nasze wykroczenia, gdy sumienie nas strofuje. Mówimy, że gdybyśmy mieli tę korzyść, że byliśmy z Chrystusem, mielibyśmy silniejsze pobudki, silniejsze hamulce przeciw grzechowi. Odpowiadam: nasze grzeszne nawyki bynajmniej nie zostałyby naprawione przez obecność Chrystusa; jest wielce prawdopodobne, że te same nawyki uniemożliwiłyby nam rozpoznanie Go. Nie wiedzielibyśmy, że jest obecny; a gdyby nawet sam nam powiedział, kim jest, nie uwierzylibyśmy Mu. Co więcej, gdybyśmy widzieli Jego cuda — co może się wydawać nieprawdopodobne — nawet one nie wywarłyby na nas trwałego wrażenia. Nie wchodząc głębiej w ten temat, weźmy pod uwagę jedynie możliwość, że Chrystus byłby blisko nas, choćby nawet nie czynił żadnego cudu, a my byśmy o tym nie wiedzieli — a jednak wierzę, że tak właśnie byłoby w przypadku większości ludzi. Ale dosyć o tym. Chcę zwrócić waszą uwagę na to, jakież przerażające światło rzuca to na nasze widoki w tamtym świecie. Myślimy, że niebo musi być dla nas miejscem szczęśliwości, jeśli tylko się tam dostaniemy; ale wielce jest prawdopodobne — o ile wnosić można z tego, co się tu na dole dzieje — że człowiek zły, gdyby się znalazł w niebie, nie wiedziałby, że jest w niebie. Nie sięgam dalej do pytania, czy wręcz przeciwnie sam fakt jego przebywania w niebie ze wszystką jego nieświętością nie byłby dla niego dosłowną katuszą i czy nie wzniecałby w nim płomieni piekielnych. Byłoby to zaiste najstraszliwszym odkryciem, gdzie się jest. Przyjmijmy jednak przypadek lżejszy: przypuśćmy, że mógłby pozostać w niebie nieunicestwienionym — to zdaje się przynajmniej nie wiedziałby, że tam jest. Nie widziałby tam nic cudownego. Czy ludzie mogli zbliżyć się bliżej do Boga niż wówczas, gdy Go schwytali, bili, pluli na Niego, wlekli Go, rozbierali, rozciągali Jego członki na krzyżu, przybijali Go do niego, podnosili go, stali, wpatrując się w Niego, szydząc z Niego, podawali Mu ocet, przyglądali się z bliska, czy już umarł, i przebili Go włócznią? O, straszna myśl, że najbliższe zbliżenia, jakich człowiek dokonał ku Bogu na ziemi, dokonały się w bluźnierstwie! Kto z obojga zbliżył się do Niego bardziej — święty Tomasz, któremu wolno było wyciągnąć rękę i z czcią dotknąć Jego ran, i święty Jan, który spoczął na Jego łonie; czy brutalni żołnierze, którzy bezcześcili Go członek po członku i zadawali Mu ból nerw po nerwie? Jego Najświętsza Matka zbliżyła się do Niego jeszcze bliżej; a my, jeśli jesteśmy prawdziwymi wierzącymi, bliżej jeszcze — my, którzy mamy Go rzeczywiście, choć duchowo, w sobie — lecz to jest inny, wewnętrzny rodzaj zbliżenia. Spośród tych, którzy zbliżali się do Niego zewnętrznie, najbliżej przyszli ci, którzy nic o tym nie wiedzieli. Tak jest z grzesznikami: podchodziliby blisko tronu Bożego; głupio się w niego wpatrywali; dotykali go; mieszali się do świętości; wdzierali się i węszyli bez złego zamiaru, z jakąś tępą ciekawością, dopóki nie zgubiłyby ich mszczące Pioruny — i to wszystko dlatego, że nie mają zmysłów, które mogłyby ich w tej sprawie prowadzić. Nasze zmysły cielesne ostrzegają nas o zbliżaniu się dobrego lub złego na ziemi. Przez dźwięk, zapach, dotyk wiemy, co nas spotyka. Wiemy, kiedy wystawiamy się na działanie niepogody, kiedy nadmiernie się wysilamy. Mamy ostrzeżenia i czujemy, że nie możemy ich zaniedbywać. Grzesznicy zaś nie mają zmysłów duchowych; nie przeczuwają niczego; nie wiedzą, co w następnej chwili ma się z nimi stać. Idą więc bez trwogi coraz dalej i dalej wśród przepaści, aż nagle padają lub są rażeni i giną. Nieszczęsne stworzenia! — i to właśnie czyni grzech z nieśmiertelnymi duszami: są jak bydlę prowadzone na rzeź, które jednak dotyka i wącha właśnie narzędzia, które mają je unicestwić!

**4.** Ale możecie powiedzieć: cóż to nas obchodzi? Chrystus nie jest tutaj; nie możemy tak ani żadnym innym sposobem znieważać Jego Majestatu. Czy jesteśmy tego pewni? Z pewnością nie możemy dopuścić się takich jawnych bluźnierstw; ale to inna sprawa, czy nie możemy popełniać równie wielkich. Bo często grzechy są większe, które są mniej rażące; zniewagi boleśniejsze, które nie są tak głośne; a zła głębsze, które są bardziej subtelne. Czy nie przypominamy sobie pewnego wielce straszliwego miejsca z Pisma? „Ktokolwiek by rzekł słowo przeciwko Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone; ale ktokolwiek by rzekł przeciwko Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone." Nie rozstrzygam, czy to potępienie może się spełnić w przypadku chrześcijan żyjących dziś, choć gdy przypomnimy sobie, że jesteśmy teraz pod zarządem tego właśnie Ducha, o którym mówi nasz Zbawiciel, jest to pytanie nader poważne; lecz przytaczam je po to, by wykazać, że mogą istnieć grzechy większe nawet niż zniewaga i krzywda wyrządzona Osobie Chrystusa, choć zdawałoby nam się to niemożliwe i choć tamte nie byłyby tak wyraźne ani otwarte. Z tą myślą niech będzie rozważone to, co następuje:

Po pierwsze — Chrystus jest nadal na ziemi. Powiedział wyraźnie, że przyjdzie znowu. Przyjście Ducha Świętego jest tak naprawdę Jego przyjściem, że równie dobrze można by twierdzić, że Go nie było wówczas, gdy był widzialnie na tym świecie, jak zaprzeczać, że jest tu teraz, gdy jest tu przez swego Boskiego Ducha. Jest to zaiste tajemnica — jak Bóg Syn i Bóg Duch Święty, dwie Osoby, mogą być jedno, jak On może być w Duchu, a Duch w Nim; lecz tak właśnie jest.

Następnie, jeśli jest On nadal na ziemi, a jednak nie jest widzialny (czemu zaprzeczyć nie można), to jasne jest, że pozostaje nadal w tym samym stanie, który wybrał w dniach swego człowieczeństwa. Chcę przez to powiedzieć, że jest Zbawicielem ukrytym i można do Niego przystępować (jeśli nie jesteśmy ostrożni) bez należnej czci i bojaźni. Gdziekolwiek jest — bo to jest dalsze pytanie — jest tu i znów jest ukryty; a jakiekolwiek są znaki Jego obecności, muszą być z natury takie, iż pozwalają ludziom wątpić, gdzie ona jest; a jeśli ktoś zechce argumentować i być sprytnym i subtelnym, może siebie i innych wprawić w zakłopotanie — jak czynili Żydzi nawet w dniach Jego człowieczeństwa — aż Chrystus zdaje im się nigdzie teraz nieobecnym na ziemi. A gdy przyjdą do mniemania, że jest daleko, oczywiście uważają, że niemożliwe jest, by Go tak znieważyć jak Żydzi niegdyś; a jednak jeśli jest tu naprawdę, może się zdarzyć, że zbliżają się do Niego i znieważają Go, choć tak sądzą. I tak właśnie było w przypadku Żydów, bo i oni nie wiedzieli, co czynią. Jest więc prawdopodobne, że możemy teraz popełniać co najmniej tak wielkie bluźnierstwo wobec Niego jak Żydzi — po pierwsze dlatego, że jesteśmy pod zarządem tego Ducha Świętego, przeciwko któremu można popełniać grzechy jeszcze cięższe; a po drugie dlatego, że Jego obecność teraz równie mało sama siebie zaświadcza lub wywiera wrażenie na wielu, jak dawniej czyniła to Jego obecność cielesna.

Widzimy dalszy powód tej obawy, gdy weźmiemy pod uwagę, jakie są teraz znaki Jego obecności; okaże się bowiem, że są one z natury swojej łatwe do pchnięcia ludzi w niecześć, jeśli nie są oni pokorni i czujni. Na przykład, Kościół zwany jest „Jego Ciałem": czym było Jego materialne Ciało, gdy był widzialny na ziemi, tym jest teraz Kościół. Jest on narzędziem Jego Boskiej mocy; jest tym, do czego musimy przystępować, by od Niego otrzymać dobro; jest tym, przez znieważenie czego wzbudzamy Jego gniew. Czymże jest jednak Kościół, jeśli nie jakimś ciałem poniżenia, niemal prowokującym zniewagę i bezbożność, gdy ludzie nie żyją wiarą? Naczyniem glinianym — o wiele bardziej jeszcze niż Jego ciało z ciała, bo to przynajmniej było wolne od wszelkiego grzechu, a Kościół jest splamiony we wszystkich swoich członkach. Wiemy, że jego szafarze są w najlepszym razie niedoskonali i błądzący, i podlegają tym samym namiętnościom, co ich bracia; a jednak o nich powiedział On — mówiąc nie tylko do Apostołów, lecz do wszystkich siedemdziesięciu uczniów (którym szafarze chrześcijańscy z pewnością są równi co do urzędu): „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi, a kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał."

Poza tym uczynił On ubogich, słabych i utrapionych znakami i narzędziami swej Obecności; i tu znów, jak łatwo dostrzec, napotykamy to samo pokuszenie, by ją zaniedbywać lub bezcześcić. Czym On był, takimi są na tym świecie Jego wybrani naśladowcy; a jak Jego skryte i bezbronne położenie skłaniało ludzi do znieważania Go i złego z Nim obchodzenia się, tak podobne właściwości w znakach Jego Obecności skłaniają ludzi do znieważania Go teraz. Że takie są Jego znaki, widać z wielu miejsc Pisma Świętego; na przykład mówi On o dzieciach: „Kto by przyjął jedno takie dziecię w imię moje, Mnie przyjmuje." Znowu: do Szawła, który prześladował Jego uczniów, powiedział: „Czemu mnie prześladujesz?" I uprzedza nas, że w dzień ostateczny powie sprawiedliwym: „Byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie." I dodaje: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili." To samo powiązanie między Nim a Jego naśladowcami zaznacza w słowach do niegodziwych. Co sprawia, że to miejsce jest tym bardziej straszliwe i doniosłe, to co zostało już niegdyś zauważone: ani sprawiedliwi, ani niegodziwi nie wiedzieli, co czynili; nawet sprawiedliwi są przedstawieni jako nieświadomi, że zbliżali się do Chrystusa. Mówią: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Cię, lub spragnionym i daliśmy Ci pić?" W każdej więc epoce Chrystus jest jednocześnie na świecie, a jednak nie jest jawnie bardziej niż w dniach swego człowieczeństwa.

Podobna uwaga odnosi się do Jego Ustanowień, które są zarazem najprostsze, a jednak najściślej z Nim złączone. Święty Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian pokazuje, jak łatwe i jak straszliwe jest zbezczeszczenie Wieczerzy Pańskiej, gdy mówi o tym, jak wielkie były wykroczenia Koryntian, a jednak że były one brakiem „rozeznania Ciała Pańskiego". Gdy On przyszedł na świat, świat Go nie poznał. Złożony był w prostym żłobie, wśród bydląt — a „wszyscy aniołowie Boży oddawali Mu pokłon". Teraz też jest obecny na stole — może prostym z wyrobu i pozbawionym czci w swych okolicznościach — i wiara Mu cześć oddaje, a świat przechodzi mimo.

Prośmy Go więc nieustannie, by oświecał oczy naszego rozumu, abyśmy należeli do Niebiańskiego Zastępu, nie do tego świata. Jak człowiek cielesny nie poznałby Go nawet w niebie, tak serce duchowe może do Niego przystępować, posiadać Go, widzieć Go — nawet na ziemi.

← wróć do odkrywania