HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom IV

Kazanie XVII. Chrystus objawiony we wspomnieniu

Gdy nie mam oparciaGdy potrzebuję nadziei Duch Święty i Jego daryObecność Boża
„On Mnie otoczy chwałą."
W skrócie. Newman wykłada zasadę, że Boża obecność i działanie są rozpoznawane dopiero z perspektywy czasu — nie w chwili, gdy nas dotyczą. Duch Święty objawia Chrystusa i Jego działanie, ale często dopiero gdy patrzymy wstecz. Kazanie zachęca do wiary w Bożą Opatrzność w bieżących doświadczeniach, których sensu jeszcze nie widzimy.

„Jakże cudny, a zarazem niezwyciężony bieg Opatrzności Bożej!”

*„On Mnie otoczy chwałą."* — J 16,14

Gdy Pan nasz opuszczał Swoich Apostołów, a oni pogrążeni byli w smutku, pocieszył ich obietnicą innego Przewodnika i Nauczyciela, na którym mogliby polegać zamiast na Nim, i który miał być dla nich czymś jeszcze więcej, niż On sam był dotąd. Przyobiecał im Trzecią Osobę w Trójcy Przenajświętszej, Ducha Świętego, Ducha Siebie samego i Ojca Swojego, który miał przyjść niewidzialnie, a z tym większą mocą i pociechą, że był niewidzialny; tak iż Jego obecność byłaby tym prawdziwsza i skuteczniejsza, im bardziej ukryta i nieprzenikniona. Zarazem ów nowy i najłaskawszy Pocieszyciel, przynosząc wyższą szczęśliwość, nie miał w żadnej mierze przyćmić ani zasłonić tego, co było przed Nim. Choć miał uczynić dla Apostołów więcej, niż uczynił Chrystus, nie miał zepchnąć w cień i zastąpić Tego, po którym następował. Jakże bowiem mogłoby być inaczej? Któż mógłby przyjść większy lub świętszy niż Syn Boży? Któż mógłby przyćmić Pana chwały? Jakże Duch Święty, który był jednym z Synem i Duchem od Syna pochodzącym, mógłby nie objawiać Syna, objawiając samego Siebie? Jakże mógłby nie rozświetlić miłosierdzia i doskonałości Tego, którego śmierć na Krzyżu otworzyła drogę, by On sam, Duch Święty, mógł być łaskawy również dla człowieka? Przeto choć było rzeczą konieczną, aby Syn odszedł, a wtedy dopiero mógł przyjść Pocieszyciel, nie utraciliśmy widoku Syna w obecności Pocieszyciela. Przeciwnie, Chrystus wyraźnie oznajmił Apostołom o Nim słowami z wersetu-motta: „On Mnie otoczy chwałą."

Słowa te skłaniają nas najpierw do rozważenia, w jaki szczególny sposób Duch Święty oddaje chwałę Synowi Bożemu; a następnie do zbadania, czy w tym ustanowieniu nie odbija się jakaś ogólna zasada Opatrzności Bożej, którą obserwujemy tak w Piśmie Świętym, jak i w dziejach świata.

Szczególny sposób, w jaki Bóg Duch Święty oddał chwałę Bogu Synowi, polegał, jak się zdaje, na objawieniu Go jako Jednorodzonego Syna Ojca, który ukazał się jako Syn człowieczy. Zbawiciel nasz mówił najwyraźniej, że jest Synem Bożym; lecz czym innym jest ogłosić całą prawdę, a czym innym ją przyjąć. Zbawiciel nasz powiedział wszystko, co powiedzieć należało, ale Apostołowie nie rozumieli Go. Co więcej, nawet gdy wyznawali wiarę — w wierze i przez ukrytą łaskę Bożą, a więc w sposób miły Chrystusowi — to i wtedy nie rozumieli w pełni tego, co mówili. Święty Piotr wyznał Go jako Chrystusa, Syna Bożego. Podobnie uczynił setnik obecny przy Jego ukrzyżowaniu. Czy ów setnik, mówiąc „Prawdziwie, Ten był Synem Bożym", rozumiał własne słowa?

Z pewnością nie. Nie rozumiał ich i święty Piotr, choć przemawiał nie przez ciało i krew, lecz przez objawienie Ojca. Gdyby rozumiał, czy tak prędko potem, gdy Pan nasz mówił o czekającej Go Męce, ośmieliłby się „wziąć Go na stronę i zacząć Go napominać"? Bez wątpienia nie pojmował, że Pan nasz jako Syn Boży nie jest stworzeniem Bożym, lecz Odwiecznym Słowem, Jednorodzonym Synem Ojca, jednym z Nim w istocie, odrębnym w Osobie.

A gdy przypatrzymy się postępowaniu Zbawiciela w dniach Jego ciała, odkrywamy, że celowo ukrywał tę wiedzę, którą jednak dawał; jakby chciał, by była ona posiadana, lecz nie od razu; jakby Jego słowa miały trwać, ale jeszcze przez chwilę czekać na swoje wyjaśnienie; jakby zachowywał je dla Tego, który miał przyjść i jednocześnie wprowadzić Chrystusa i Jego słowa w pełne światło. Tak więc gdy młody przełożony przyszedł do Niego i rzekł: „Nauczycielu dobry", Pan okazał się bardziej chętnym do napomnienia go niż do objawienia Siebie, bardziej pragnął skłonić go do rozważenia własnych słów, aniżeli sam je przyjąć. Innym razem, gdy odkrył Siebie na tyle, że Żydzi oskarżyli Go o bluźnierstwo, mówiąc, że On, będąc człowiekiem, czyni się Bogiem, zamiast powtarzać i nalegać na świętą Prawdę, którą odrzucali, unieważnił poniekąd wyrażenia, których użył do jej przekazania, dając do zrozumienia, że nawet prorocy Starego Testamentu byli nazywani bogami podobnie jak On. A gdy stanął przed Piłatem, odmówił składania świadectwa o sobie, mówienia, kim jest i skąd pochodzi.

Tak więc był pośród nich „jako ten, który służy". Najwidoczniej dopiero po Zmartwychwstaniu, a zwłaszcza po Wniebowstąpieniu, gdy zstąpił Duch Święty, Apostołowie zrozumieli, kto był z nimi. Gdy już wszystko minęło — poznali; nie w chwili, gdy się to działo.

Widzimy tu, jak sądzę, ślad ogólnej zasady, która pojawia się raz za razem zarówno w Piśmie Świętym, jak i w wydarzeniach świata: że obecność Boża nie jest rozpoznawana w chwili, gdy spoczywa na nas, lecz dopiero potem, gdy spoglądamy wstecz na to, co przeminęło.

Dzieje samego Zbawiciela dostarczą nam przykładów poświadczających istnienie tej niezwykłej zasady.

Święty Filip na przykład, gdy prosił o ujrzenie Ojca Wszechmogącego, mało rozumiał, z jakiego przywileju cieszył się już od tak dawna; toteż Pan nasz odpowiedział mu: „Tak długo jestem z wami i nie poznałeś Mnie, Filipie?"

Kiedy indziej rzekł do świętego Piotra: „Co Ja czynię, ty teraz nie wiesz, ale potem to zrozumiesz." I znowu: „Uczniowie Jego początkowo tego nie rozumieli, lecz gdy Jezus został uwielbiony, wówczas przypomnieli sobie, że to o Nim zostało napisane i że to Jemu uczynili."

I podobnie, gdy szedł z dwoma uczniami do Emaus, oczy ich były zasłonięte i nie poznali Go. Gdy Go rozpoznali, natychmiast znikł im z oczu. Wtedy „mówili nawzajem do siebie: Czy serce nasze nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze?"

Podobne przykłady przynosi Stary Testament. Jakub, gdy uciekał przed bratem, „natknął się na pewne miejsce i przenocował tam, bo słońce zaszło". We śnie zobaczył wizję Aniołów i Pana nad nimi. Toteż gdy przebudził się ze snu, rzekł: „Prawdziwie, Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem. I przeląkł się, i rzekł: Jakże straszliwe jest to miejsce! Nie jest to nic innego, jak dom Boży, a to jest brama nieba."

Nadto, gdy przez całą noc zmagał się z Aniołem, nie wiedząc, kim On jest, i pytał o Jego imię, wtedy w końcu „Jakub nadał temu miejscu nazwę Peniel, bo: widziałem Boga twarzą w twarz, a jednak pozostałem przy życiu."

I znów, gdy Anioł odszedł od Gedeona, który obchodził się z Nim jak ze zwykłym człowiekiem, dopiero wtedy, a nie wcześniej, Gedeon odkrył, kto był z nim, i rzekł: „Biada mi, Panie Boże, bo widziałem Anioła Pańskiego twarzą w twarz."

I podobnie, gdy Anioł odszedł od Manoaha i jego żony, dopiero wtedy, a nie wcześniej, rozpoznali Go. Wtedy „upadli twarzą na ziemię... A Manoah rzekł do żony swojej: Na pewno pomrzemy, bo widzieliśmy Boga."

Taka jest zasada Boża w Piśmie Świętym: udzielać swoich błogosławieństw cicho i skrycie, tak iż nie rozpoznajemy ich w chwili, gdy ich doznajemy — chyba przez wiarę — lecz jedynie potem. O czym, jak już powiedziałem, mamy dwa szczególne przykłady w samym zarysie historii Ewangelii: misja Zbawiciela naszego, który dopiero po czasie został poznany jako Syn Boga Najwyższego, i misja Ducha Świętego, jeszcze bardziej obfita w dary duchowe i jeszcze bardziej tajemna. Ciało i krew nie mogły rozpoznać Syna Bożego nawet wtedy, gdy dokonywał widzialnych cudów; człowiek cielesny tym mniej pojmuje rzeczy Ducha Bożego; a jednak na tamtym świecie wszyscy zostaną sądzeni za to, że nie uwierzyli tu temu, czego nigdy nie było im dane zobaczyć. Tak więc obecność Boża podobna jest do Jego chwały, jaka ukazała się Mojżeszowi: Pan rzekł: „Nie możesz oglądać mojego oblicza... bo żaden człowiek nie może ujrzeć Mnie a pozostać przy życiu"; lecz przeszedł obok, i Mojżesz ujrzał tę chwałę w miarę jej odchodzenia — chwałę, której nie mógł ujrzeć wprost ani w trakcie przejścia; ujrzał ją zaś i uznał, i „śpiesznie upadł twarzą ku ziemi i oddał pokłon."

Rozważcie teraz, jak bliskie jest to temu, co zdarza się w Opatrzności codziennego życia. Zdarzenia spotykają nas radosne lub bolesne; nie rozumiemy ich znaczenia w tej chwili, nie dostrzegamy w nich ręki Bożej. Jeśli mamy wiarę, wyznajemy to, czego nie widzimy, i przyjmujemy wszystko, co się zdarza, jako Jego dzieło; ale czy przyjmujemy to w wierze, czy nie — z pewnością nie ma innego sposobu przyjęcia tego. Nic nie widzimy. Nie widzimy, dlaczego rzeczy się zdarzają ani dokąd zmierzają. Jakub zawołał pewnego razu: „Wszystko to sprzeciwia się mnie" — i rzeczywiście tak wyglądało. Jeden syn zgładzony przez pozostałych, drugi w więzieniu w obcej krainie, trzeci żądany; — „Obraliście mnie z dzieci: nie ma Józefa, nie ma Symeona, a teraz chcecie zabrać Beniamina. Wszystko to sprzeciwia się mnie." A jednak wszystko to zmierzało ku dobru. Albo śledźcie losy umiłowanego i świętego młodzieńca, który jako pierwszy został od niego wzięty: sprzedany przez braci obcym, zabrany do Egiptu, wystawiony na bardzo niebezpieczną pokusę, który jej przezwyciężył, lecz nie był za to nagrodzony, wrzucony do więzienia, gdzie żelazo wchodziło w jego duszę, czekający, aż Pan okaże łaskawość i „wejrzy z nieba"; a czekający — dlaczego? i jak długo? W świętym opowiadaniu powtarza się znowu i znowu: „Pan był z Józefem"; lecz czy sądzicie, że widział on wówczas jakieś znaki Bożej obecności? Jakiekolwiek znaki — chyba tylko o tyle, o ile w wierze je uchwytywał, w wierze je dostrzegał? Jego wiara była sama sobie nagrodą; choć w oczach rozumu nie była nagrodą żadną, jako że wiara sądziła o rzeczach według miary, którą sama ustanowiła, i orzekała, że Józef jest szczęśliwy, bo być nim powinien. Tak więc choć Pan był z nim, z pozoru wszystko sprzeciwiało mu się. A jednak potem ujrzał to, co było tak tajemnicze w chwili obecnej: „Bóg posłał mnie przed wami", rzekł do braci swoich, „aby zachować życie... Nie wyście mnie tu posłali, ale Bóg; On też ustanowił mnie ojcem Faraona i panem całego jego domu, i władcą w całej ziemi egipskiej."

Przedziwna zaiste Opatrzność, tak cicha, a tak skuteczna, tak nieustanna, tak nieomylna! To właśnie unicestwia potęgę szatana. Szatan nie jest w stanie dostrzec ręki Bożej w tym, co się dzieje; i choć chciałby jej stawić czoła i z nią walczyć w swoim szalonym i bluźnierczym buncie przeciw niebu, nie może jej znaleźć. Chytry i przenikliwy jak jest, jego tysiące oczu i wielość narzędzi nic mu nie pomagają wobec majestatycznej pogodnej ciszy, świętego nienaruszalnego spokoju, który panuje w Opatrzności Bożej. Chytry i doświadczony jak jest, wychodzi na dziecię lub głupca, na kogoś, z kogo się naigrawają, komu dniem powszednim są klęska i szyderstwo, wobec głębokiej i tajemnej mądrości Bożych Radzeń. Tu zgaduje, tam śmiale działa, lecz wszystko po omacku. Nie wiedział o przybyciu Gabriela i cudownym poczęciu Dziewicy, ani o tym, co znaczyło, że ów Święty, który miał się narodzić, będzie nazwany Synem Bożym. Usiłował Go zabić, a uczynił męczennikami niewinne dzieci; kusił Pana wszechrzeczy głodem i wizjami zaszczytów; przesiewał Apostołów i nie pozyskał nikogo oprócz jednego, który już nosił jego własne imię i już był wydany jako czart. Powstał przeciw swemu Bogu z całą swoją mocą, w godzinie i potędze ciemności, i wtedy zdało się, że zwyciężył; ale przy najwyższym wysiłku i jako swoje największe osiągnięcie uczynił nie więcej niż „cokolwiek Twoja ręka i Twoja rada postanowiły z góry, że ma się stać." Wprowadził na świat to samo zbawienie, którego się lękał i nienawidził. Dokonał Odkupienia tego świata, którego nędzę planował. Jakże cudny, a zarazem niezwyciężony bieg Opatrzności Bożej! „Zaprawdę, Ty jesteś Bogiem ukrytym, Boże Izraela, Zbawicielu"; a jeśli nawet szatani, tak bystrzy, duchy z natury i doświadczone w złu, nie mogą wykryć Jego ręki, gdy działa, jakże my możemy mieć nadzieję ujrzeć ją inaczej, niż tą drogą, której szatani iść nie mogą — przez miłującą wiarę? Jakże możemy ją ujrzeć inaczej, jak dopiero potem, jako nagrodę za naszą wiarę, widząc obłok chwały w oddali, który gdy był obecny, był zbyt ulotny i nieuchwytny dla zmysłów śmiertelnych?

I tak też w wielu innych zdarzeniach — nieuderzających, nieprzykrych, nieprzyjemnych, lecz zwyczajnych — jesteśmy potem w stanie dostrzec, że Pan był z nami, i jak Mojżesz oddać Mu pokłon. Niechaj ktoś, kto ma nadzieję, że służy Bogu ogólnie w sposób Jemu miły, spojrzy wstecz na swoje życie, a odkryje, jak ważne były chwile i czyny, które w tamtej chwili zdawały się najbardziej obojętne: na przykład szkoła, do której posłano go jako dziecko, okoliczność, w której zetknął się z tymi ludźmi, którzy wywarli nań największy wpływ, przypadki, które ukształtowały jego powołanie lub możliwości, czymkolwiek były. Ręka Boża czuwa nieustannie nad swoimi i prowadzi ich naprzód drogą, której oni nie znają. Największe, co mogą uczynić, to wierzyć w to, czego teraz nie widzą, a co ujrzą kiedyś; i wierząc, współdziałać z Bogiem ku temu.

I może dlatego właśnie minione lata niosą we wspomnieniu tyle słodyczy, choć być może w chwili obecnej widzieliśmy w nich niewiele powodów do radości; a raczej — nie zdawaliśmy sobie sprawy, nie mogliśmy jej sobie uświadomić, że doznajemy radości, choć jej doznawaliśmy. Doznawaliśmy radości, bo byliśmy w obecności Boga, lecz nie wiedzieliśmy o tym; nie wiedzieliśmy, co przyjmujemy; nie pogłębialiśmy w sobie ani nie rozpatrywaliśmy radości, której doznawaliśmy; lecz potem, gdy radość przeminęła, przychodzi refleksja. W chwili obecnej — czujemy; potem — rozpoznajemy i rozważamy. Taka, powiadam, jest słodycz i miękkość, z jaką dni dawno minione padają na pamięć i poruszają nas. Najbardziej zwyczajne lata, gdy zdawało się nam, że żyjemy dla niczego, jaśnieją przed nami właśnie swoją regularnością i spokojnym biegiem. Co wtedy było jednostajnością, jest teraz trwałością; co było nudą, jest teraz kojącym spokojem; co zdawało się bezowocne, ma teraz skarb w sobie samym; co było monotonią, jest teraz harmonią; wszystko jest miłe i dobroczynne, i patrzymy na to wszystko z czułością. Co więcej, nawet czasy smutku (co na pierwszy rzut oka wydaje się zdumiewające) są tak właśnie łagodzone i rozświetlane potem; a jakżeby mogło być inaczej, skoro wówczas, bardziej niż w innych porach, Pan jest obecny, gdy zdaje się opuszczać swoich w opuszczeniu i sieroctwie? Zaszczepienie Krzyża Chrystusowego w sercu jest ostre i bolesne; lecz drzewo majestatyczne wznosi się w górę, ma gałęzie piękne i owoce bogate, i jest miłe na wejrzenie. A jeśli to wszystko jest prawdą nawet o czasach smutnych lub zwyczajnych, o ileż bardziej odnosi się to do sezonów pobożnego posłuszeństwa i pociechy.

Takie są uczucia, z którymi ludzie często patrzą wstecz na swoje dzieciństwo, gdy jakiś przypadek przywoła je im żywo przed oczy. Jakaś pamiątka lub znak owych wczesnych lat, jakaś miejscowość, lub jakaś książka, lub słowo, lub zapach, lub dźwięk, przywodzi ich pamięcią do pierwszych lat uczniowstwa, i widzą wtedy, czego nie mogli wiedzieć w tamtej chwili, że obecność Boża szła z nimi i dawała im odpocznienie. Co więcej, być może nawet teraz nie są w stanie w pełni rozpoznać, co sprawiło, że ów czas był tak jasny i chwalebny. Są pełni czułych, miłujących myśli o tamtych pierwszych latach, lecz nie wiedzą, dlaczego. Myślą, że tęsknią za tamtymi właśnie latami, podczas gdy tęsknią za obecnością Bożą, która, jak teraz widzą, spoczywała wówczas nad nimi i która ich przyciąga. Myślą, że żałują przeszłości, podczas gdy jedynie wzdychają do przyszłości. Nie chodzi o to, żeby znów być dziećmi, lecz żeby być Aniołami i oglądać Boga; żeby być istotami nieśmiertelnymi, uwieńczonymi amarantem, odzianymi w biel, z palmami w dłoniach, przed Jego tronem.

To, co przydarza się w losach jednostek, przydarza się również Kościołowi. Jego radosne czasy są radosne we wspomnieniu. Nie możemy wiedzieć, kto jest wielki, a kto mały, które czasy są doniosłe i jakie są ich skutki — aż do potem. Wtedy wielce cenimy dom, wyjścia i powroty tych, którzy za swoich dni żyli pośród nas po przyjacielsku i wyglądali jak inni ludzie. Wtedy zbieramy wspomnienia o tym, co tu czynili i co tam mówili. Wtedy ich prześladowcy, choćby potężni, nie są znani ani wspominani inaczej, jak tylko po to, by uwydatnić ich osiągnięcia i tryumfy w Ewangelii. „Królowie ziemi i wielcy, i bogaci, i wodzowie, i możni", którzy za swoich dni tak się wywyższali, tak niszyli i szpecili Kościół, że można go było dostrzec jedynie przez wiarę — wtedy okazuje się, że wcale nie naruszyła ciągłości jego zarysów, które lśnią jasno i chwalebnie, i nawet jeszcze delikatniej i czulej za sam ten zamach ich zatarcia. Nie potrzeba wielkiej znajomości historii, by dowieść, jak naprawdę tak jest; jak mało schizmy i podziały, i nieporządki, i kłopoty, i lęki, i prześladowania, i rozproszenia, i groźby naruszają chwałę Mistycznego Chrystusa, gdy się na nią patrzy z perspektywy — choć w chwili ich trwania niemal ją zasłaniały. Wielcy święci, wielkie wydarzenia, wielkie przywileje — jak wiekuiste góry — rosną w miarę, jak się od nich oddalamy.

I jest to pewien rodzaj instynktu, wyczuwalnego przez tłumy, że rzeczywiście posiadają to, czego ani nie widzą, ani w wierze nie przyjmują; instynktu, który — jak niektórzy zauważyli — sprawia, iż tak niechętnie wyrzekają się w ostatniej chwili tych przywilejów, które tak długo posiadali, nie ceniąc ich i nie korzystając z nich. Niekiedy w ostatniej chwili, gdy łaski mają być cofnięte, gdy jest za późno lub prawie za późno, ogarnia ich uczucie, że coś cennego ich opuszcza. Zdaje się im, że słyszą szczęk broni i głosy w Świątyni mówiące: „Odejdźmy stąd"; i usiłują zatrzymać to, czego nie mogą zobaczyć — pokutujący, gdy dzień łaski jest już zamknięty.

Jeszcze raz: każdy z nas z pewnością doświadczył tego ogólnego uczucia w sposób najsilniejszy, w tej lub innej chwili, w odniesieniu do Sakramentów i Ustanowień Kościoła. W chwili obecnej nie możemy zdać sobie sprawy, możemy tylko wierzyć, że Chrystus jest z nami; lecz po jakimś czasie unosi się z nich słodycz jak z Jego szat „z mirry, aloesu i kasji." Takie jest wspomnienie niejednej świętej Komunii w kościele, świętych Komunii udzielonych choremu do łoża, Chrztów, przy których byliśmy obecni, Bierzmowania, Małżeństwa, Kapłaństwa; co więcej, nabożeństw, w których nie mogliśmy uczestniczyć z pełną uwagą z powodu choroby, wzruszenia, niespokojności — nabożeństw, które w tamtej chwili, mimo naszej wiary w ich błogosławioność, niepokoiły nasze niesforne serca — nabożeństw, które czuliśmy się kuszeni uznać za zbyt długie, których lękaliśmy się z góry, a nawet pragnęliśmy, by się skończyły, gdy trwały (niestety, jakże byliśmy ślepi i martwi wobec naszego najwyższego dobra!), a które potem są pełne Boga. Przychodzimy jak Jakub po ciemku i kładziemy się ze skałą pod głową; lecz gdy wstajemy i przypominamy sobie, co minęło, pamiętamy, że widzieliśmy wizję Aniołów i Pana objawionego przez nich, i wiedzeni jesteśmy do zawołania: „Jakże straszliwe jest to miejsce! Nie jest to nic innego, jak dom Boży, a to jest brama nieba."

Na zakończenie. Czerpmy pożytek z tego, czego uczy nas każdy dzień i każda godzina, gdy przemijają. Co jest mroczne, gdy nas spotyka, odbija Słońce Sprawiedliwości, gdy jest za nami. Korzystajmy z tego na przyszłość przynajmniej w tej mierze, by mieć wiarę w to, czego nie widzimy. Świat zdaje się toczyć zwykłym trybem. Na obliczu społeczeństwa nie ma nic z nieba; w wiadomościach dnia nie ma nic z nieba; w twarzach wielu, ani wielkich, ani bogatych, ani zapracowanych, nie ma nic z nieba; w słowach wymownych, ani w czynach możnych, ani w radach mądrych, ani w postanowieniach dostojnych, ani w przepychu bogatych — nie ma nic z nieba. A jednak Przebłogosławiony Duch Boży jest tutaj; Obecność Odwiecznego Syna, dziesięćkroć chwalebniejsza, potężniejsza niż gdy chodził po ziemi w naszym ciele, jest z nami. Nosimy zawsze w pamięci tę Bożą prawdę: im bardziej ukryta ręka Boża, tym potężniejsza — im cichsza, tym straszliwsza. Jesteśmy pod wzniosłą służbą Ducha, przeciwko któremu kto mówi, naraża się na więcej, niż można zliczyć; kogo kto zasmuca, ten traci z błogosławieństwa i chwały więcej, niż można ogarnąć. Pan był z Józefem, i Pan był z Dawidem, i Pan w dniach swojego ciała był z Apostołami; ale teraz jest z nami w Duchu. A ponieważ Duch Boży jest czymś więcej niż ciało i krew; ponieważ zmartwychwstały i uwielbiony Zbawiciel jest potężniejszy, niż gdy był w postaci sługi; ponieważ Odwieczne Słowo, uduchowiając własne człowieczeństwo, ma dla nas więcej cnoty, i łaski, i błogosławieństwa, i życia, niż gdy było w nim ukryte i podległe pokusie i cierpieniu; ponieważ wiara jest błogosławieńszą rzeczą od widzenia — o tyle bardziej jesteśmy teraz uprzywilejowani, o tyle bardziej mamy prawo być zwani królami i kapłanami Bogu, nawet niż uczniowie, którzy widzieli Go i dotykali. Ten, który Chrystusa otoczył chwałą, udziela nam Go tak uwielbionego. Jeśli On mógł czynić cuda w dniach Swojego ciała, o ileż bardziej może czynić cuda teraz? A jeśli Jego cuda widzialne były pełne mocy, o ileż bardziej Jego cuda niewidzialne? Prośmy Go o łaskę, dzięki której wejdziemy w głębię naszych przywilejów — będziemy korzystać z tego, co posiadamy — wierzyć w nie, używać ich, pomnażać, chlubić się naszymi obecnymi darami jako „członkowie Chrystusa, dzieci Boże i dziedzice królestwa niebieskiego."

← wróć do odkrywania