*„Czuwajcie i módlcie się, bo nie wiecie, kiedy czas nastanie."* — Mk 13,33
Zbawiciel nasz wypowiedział to ostrzeżenie, opuszczając ten świat — to znaczy o tyle, o ile chodzi o widzialną Jego obecność. Patrzył naprzód ku wieluset latom, które miały upłynąć, zanim przyjdzie po raz wtóry. Znał własne zamierzenie i zamierzenie Swego Ojca: stopniowo pozostawić świat samemu sobie, stopniowo cofać z niego znaki łaskawej Swojej obecności. Rozważał — jako Ten, który rozważa wszelkie rzeczy — owo zaniedbanie Siebie, które rozszerzy się nawet wśród jawnych Jego wyznawców; zuchwałe nieposłuszeństwo i głośne słowa, którymi wielu przezeń odrodzonych ośmieli się wystąpić przeciw Niemu i Jego Ojcu; a także oziębłość, tchórzostwo i pobłażliwość wobec błędu, jaką okażą inni, którzy nie posuwali się aż do słów czy czynów skierowanych przeciw Niemu. Przewidział stan świata i Kościoła takim, jakim widzimy go dzisiaj, gdy Jego przedłużona nieobecność sprawiła, że powszechnie żyje się tak, jakby już nigdy nie miał powrócić w widzialnej postaci — i w słowach tekstu łaskawie szepce nam do ucha, abyśmy nie ufali temu, co widzimy, nie dawali się wciągnąć w owo powszechne niedowiarstwo, nie poddawali się nurtowi świata, lecz „czuwali, modlili się" i wyglądali Jego przyjścia.
Zaprawdę to łaskawe ostrzeżenie winno być zawsze w naszych myślach, tak jest bowiem precyzyjne, tak uroczyste, tak gorące. Zapowiedział pierwsze Swoje przyjście, a przecież wziął Kościół z zaskoczenia, gdy przyszedł; o ileż bardziej przyjdzie nagle po raz drugi i zastanie ludzi nieprzygotowanych, skoro tym razem nie odmierzył z góry czasu oczekiwania, lecz zdał nasze czuwanie na wierność i miłość.
Rozważmy zatem to najważniejsze pytanie, które tak blisko dotyczy każdego z nas: czym jest czuwanie na Chrystusa? On mówi: „Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: wieczorem czy o północy, czy gdy kury pieją, czy rankiem; by nie zastał was śpiących, gdy przyjdzie znienacka. Co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie." I znowu: „Gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie przyjdzie złodziej, nie pozwoliłby włamać się do swego domu." Podobne ostrzeżenie daje gdzie indziej tak Pan nasz, jak i Jego Apostołowie. Mamy na przykład przypowieść o dziesięciu pannach, z których pięć było mądrych, a pięć głupich; oblubieniec przyszedł nagle po długiej zwłoce, a pięć z nich znaleziono bez oliwy. Pan nasz mówi przeto: „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny, w której przychodzi Syn Człowieczy." Znowu mówi: „Uważajcie na siebie, aby serca wasze nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka; jak sidło bowiem przyjdzie on na wszystkich, którzy mieszkają na powierzchni całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli ujść temu wszystkiemu, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym." Podobnie upomniał Piotra: „Szymonie, śpisz? Jednej godziny nie mogłeś czuwać?"
Podobnie też święty Paweł w Liście do Rzymian: „Teraz bowiem zbawienie jest bliżej nas niż wtedy, gdyśmy uwierzyli… Noc się posunęła ku końcowi, a przybliżył się dzień." Znowu: „Czuwajcie, trwajcie mocno w wierze, bądźcie dzielni, bądźcie mocni." „Bądźcie mocni w Panu — siłą Jego potęgi. Obleczcie się w zbroję Bożą, abyście mogli się ostać wobec podstępnych zakusów diabła… abyście mogli oprzeć się w złym dniu i wykonawszy wszystko — ostać się." „Nie śpijmy tedy jak inni, ale czuwajmy i zachowajmy trzeźwość." Podobnie święty Piotr: „Bliski jest już koniec wszystkiego. Bądźcie więc rozsądni i trzeźwi, żebyście się mogli modlić." „Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć." I święty Jan: „Oto przyjdę jak złodziej: błogosławiony, kto czuwa i strzeże swych szat."
Otóż słowo „czuwanie" — użyte najpierw przez Pana naszego, potem przez umiłowanego Ucznia, a następnie przez dwóch wielkich Apostołów, Piotra i Pawła — jest słowem godnym uwagi, godnym uwagi dlatego, że znaczenie jego nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka zdawać, i dlatego, że wszyscy oni je nakazują. Nie mamy jedynie wierzyć, ale czuwać; nie jedynie miłować, ale czuwać; nie jedynie być posłuszni, ale czuwać — czuwać na co? na wielkie owo wydarzenie: przyjście Chrystusa. Zatem czy zważamy na dosłowne znaczenie tego słowa, czy na cel, ku któremu nas kieruje, widzimy w nim szczególny obowiązek, który sam z siebie nie nasuwa się naszym myślom. Większość z nas ma jakieś ogólne wyobrażenie o tym, co znaczy wierzyć, bać się, miłować i być posłusznym; lecz może nie rozważamy i nie pojmujemy, co znaczy czuwać. A sądzę, że to właśnie jest w praktyce jedną z głównych cech, która odróżnia prawdziwych i doskonałych sług Bożych od rzeszy tak zwanych chrześcijan — od tych, o których nie powiem wprost, że są fałszywi i potępieni, ale o których tak mało możemy powiedzieć i tak niewiele możemy domyślać się co do ich przyszłego losu. Mówiąc to, nie twierdzę, że możemy z pewnością wskazać, kto jest doskonały, a kto dwuduszny lub niedoskonały w wierze; ani że ci, którzy mówią i nalegają w tych kwestiach, stoją koniecznie po właściwej stronie. Mówię jedynie o dwóch postawach: postawie prawdziwej i spójnej oraz postawie niekonsekwentnej. I twierdzę, że będą one w niemałym stopniu rozróżnione i oddzielone właśnie przez ten jeden znak: prawdziwi chrześcijanie, kimkolwiek są, czuwają, a niekonsekwentni chrześcijanie nie czuwają. Czymże tedy jest czuwanie?
Sądzę, że można je objaśnić w sposób następujący. Czy znacie uczucie, jakie dają sprawy doczesne, gdy oczekujecie przyjaciela, wyglądacie go, a on się spóźnia? Czy wiecie, co to jest być w przykrym towarzystwie i pragnąć, by czas mijał szybciej, a godzina uderzała, kiedy będziecie wolni? Czy wiecie, co to jest żyć w niepokoyu, że może się przydarzyć coś, co może, ale nie musi nastąpić, lub być w zawieszeniu z powodu ważnego zdarzenia, które sprawia, że serce bije mocniej, gdy przychodzi ono na myśl, i o którym myślicie z samego rana? Czy wiecie, co to jest mieć przyjaciela w dalekim kraju, oczekiwać wiadomości o nim i z dnia na dzień zastanawiać się, co teraz porabia i czy jest zdrów? Czy wiecie, co to jest tak żyć z osobą, która jest przy was, że oczy wasze śledzą jej spojrzenie, że czytacie jej duszę, że widzicie wszystkie jej zmiany na obliczu, że domyślacie się jej pragnień, że śmiejecie się jej śmiechem i smucicie jej smutkiem, że jesteście przygnębieni, gdy ona jest strapiona, i radujecie się jej powodzeniami? Czuwanie na Chrystusa jest uczuciem takim właśnie jak te wszystkie — na tyle, na ile uczucia tego świata są zdolne odzwierciedlić uczucia innego.
Czuwa na Chrystusa ten, kto ma umysł wrażliwy, gorliwy i przejęty; kto jest ocknięty, żywy, przenikliwy, pełen zapału w szukaniu Go i oddawaniu Mu czci; kto wypatruje Go we wszystkim, co się dzieje, i kto nie byłby zaskoczony, nie byłby wzburzony nadmiernie ani przytłoczony, gdyby się okazało, że Chrystus przychodzi lada chwila.
A czuwa z Chrystusem ten, kto patrząc ku przyszłości, spogląda zarazem ku przeszłości i nie rozważa tak tego, co Zbawiciel dlań zjednał, by zapomnieć o tym, co dla niego wycierpiał. Czuwa z Chrystusem ten, kto w sobie samym wciąż uobecnia i odnawia Krzyż i Konanie Chrystusa, i chętnie bierze na siebie ów płaszcz utrapienia, który Chrystus nosił tu na ziemi, a pozostawił po sobie, gdy wstąpił do nieba. I dlatego w Listach, ilekroć natchnieni pisarze wyrażają pragnienie Jego przyjścia wtórnego, tylekroć też okazują pamięć o Jego przyjściu pierwszym i nigdy nie tracą z oczu Ukrzyżowania w blasku Zmartwychwstania. Tak więc, jeśli święty Paweł przypomina Rzymianom, że „oczekują odkupienia ciała" w dniu ostatecznym, dodaje też: „Skoro jednak razem z Nim cierpimy, to po to, by też razem mieć udział w chwale." Jeśli mówi Koryntianom o „oczekiwaniu objawienia się Pana naszego Jezusa Chrystusa," mówi też o „noszeniu zawsze w ciele umierania Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym ciele." Jeśli Filipianom o „mocy Jego zmartwychwstania," zaraz dodaje „i o udziale w Jego cierpieniach — upodabniając się do Jego śmierci." Jeśli pociesza Kolosan nadzieją „gdy Chrystus, który jest naszym życiem, objawi się" i oni też „z Nim się objawią w chwale," uprzednio wyznał już, że „dopełnia to, czego niedostaje cierpieniom Chrystusa, w swoim ciele, dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół." Tak więc myśl o tym, czym Chrystus jest, nie może wymazać z umysłu myśli o tym, czym był; wiara zawsze z Nim współsmuci, choć i się raduje. I ta sama jedność przeciwnych uczuć jest wciśnięta w nas w Komunii Świętej, w której widzimy zarazem śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, w tym samym jednym momencie; jednej czcimy pamiątkę, drugiego się radujemy; składamy ofiarę i otrzymujemy błogosławieństwo.
To zatem jest czuwanie: oderwać się od tego, co obecne, i żyć tym, co niewidzialne; żyć myślą o Chrystusie — tak o tym, jak przyszedł niegdyś, jak i o tym, jak przyjdzie znowu; pragnąć Jego przyjścia wtórnego z miłości i wdzięczności za Jego przyjście pierwsze. I właśnie w tym ludzie w ogólności okazują się niedoskonali. Brak im wprawdzie i wiary, i miłości; ale przynajmniej wyznają, że mają te łaski, i trudno ich przekonać, że jest inaczej. Sądzą bowiem, że mają wiarę, jeśli tylko uznają, że Biblia pochodzi od Boga, lub że całkowicie ufają Chrystusowi w sprawie zbawienia; a uważają się za miłujących, jeśli są posłuszni niektórym z najoczywistszych przykazań Bożych. Myślą, że mają miłość i wiarę; ale z pewnością nie wyobrażają sobie nawet, że czuwają. Nie mają żadnego jasnego pojęcia o tym, co znaczy czuwać i dlaczego jest ono obowiązkiem; i tak się przypadkowo składa, że czuwanie jest właśnie dobrym sprawdzianem chrześcijanina, bo jest tą szczególną właściwością wiary i miłości, której — choć jest nieodzowna — ludzie świata nawet nie wyznają; tą szczególną właściwością, która jest życiem czy też energią wiary i miłości, sposobem, w jaki wiara i miłość, gdy są prawdziwe, dają o sobie znać.
Łatwo zilustrować to, co mam na myśli, na podstawie doświadczenia, jakie wszyscy mamy z życia. Wielu ludzi to wprawdzie jawni bluźniercy religii lub przynajmniej jawnie łamiący jej prawa; ale przyjrzyjmy się tym, którzy są bardziej trzeźwi i sumienny. Mają wiele zalet i są w pewnym sensie, do pewnego stopnia pobożni; ale nie czuwają. Ich pojęcie religii jest w skrócie takie: kochają wprawdzie Boga, ale kochają też ten świat; nie tylko wypełniają swój obowiązek, ale też szukają swego głównego i najwyższego dobra w tym stanie życia, do którego Bogu spodobało się ich powołać — spoczywają w nim, biorą go za swój udział. Służą Bogu i szukają Go; ale patrzą na obecny świat tak, jakby był wieczny, nie zaś tylko tymczasową sceną ich obowiązków i przywilejów, i nigdy nie rozważają możliwości rozłączenia się z nim. Nie jest tak, żeby zapominali o Bogu, albo żeby nie kierowali się zasadami, albo żeby zapomnieli, że dobra tego świata są darem Jego; ale kochają je dla nich samych bardziej niż dla miłości dawcy i liczą na ich trwałość, jakby posiadały tę niezmienność, którą mają ich obowiązki i przywileje duchowe. Nie rozumieją, że są powołani, aby być pielgrzymami i przechodniami na ziemi, i że doczesny ich los i doczesne dobra są niejako przypadłością ich bytu, i że w istocie nic nie posiadają na własność, choć prawo ludzkie gwarantuje im własność. Przeto przywiązują serce do swoich dóbr, wielkich czy małych, nie bez pewnego poczucia religijnego, a jednak bałwochwalczo. Na tym polega ich błąd: utożsamiają Boga ze światem i dlatego oddają światu bałwochwalczą cześć; i w ten sposób uwalniają się od trudu szukania Boga, sądzą bowiem, że znaleźli Go w dobrach tego świata. I choć pod wieloma względami są naprawdę godni pochwały — życzliwi, miłosierni, uprzejmi, pomocni bliźnim i pożyteczni w swoim pokoleniu, ba, może wytrwali w zwykłych obowiązkach religijnych uświęconych zwyczajem — i choć dają wyraz wielu słusznym i ujmującym uczuciom, i niemałej prawości w poglądach, i są nawet na drodze do poprawy charakteru i postępowania z biegiem czasu, by naprawiać wiele błędów, zdobywać większą władzę nad sobą, dojrzewać w sądzie i stawać się wskutek tego poważanymi — to mimo wszystko widać wyraźnie, że kochają ten świat, że niechętnie by go opuścili i że pragną mieć więcej z jego dobrych rzeczy. Lubią bogactwo, wyróżnienie, poważanie i wpływy. Mogą się poprawiać w postępowaniu, ale nie w dążeniach; idą naprzód, ale nie wzwyż; poruszają się na poziomie niskim i chociażby się poruszali przez wieki, nigdy nie wznieśliby się ponad atmosferę tego świata. „Na straży mojej stoję, wpatruję się z wieży; wypatruję, co On powie do mnie, co odpowiem, gdy się poskarżę." Oto ducha, którego im brak; i gdy rozważymy, jak rzadko spotyka się go wśród wyznających chrześcijan, zrozumiemy, dlaczego Pan nasz tak usilnie go nakazuje — jak gdyby mówił: „Nie ostrzegam was, uczniowie Moi, przed jawnym odstępstwem; tego nie będzie; ale przewiduję, że bardzo niewielu zostanie ocknięci i będzie czuwać, gdy Mnie nie będzie. Błogosławieni słudzy, którzy tak czynią; mało kto otworzy Mi od razu, gdy zapukam. Będą mieli najpierw coś do zrobienia; będą musieli się przygotować. Będą musieli otrząsnąć się z zaskoczenia i zamieszania, w jakie wpadną na pierwszą wieść o Moim przyjściu, i potrzebować będą czasu, by zebrać myśli i przywołać lepsze swoje uczucia. Czują się dobrze w swoim położeniu i chcą służyć Bogu jako tacy. Są zadowoleni z pozostania na ziemi; nie chcą się ruszyć; nie chcą się zmieniać."
Nie odmawiając tym ludziom pochwały za wiele ich religijnych nawyków i praktyk, powiedziałbym, że brak im serca czułego i wrażliwego, które przywiązane jest do myśli o Chrystusie i żyje w Jego miłości. Tchnienie świata ma szczególną moc — rzec by można — rdzewienia duszy. Lustro w nich, zamiast odbijać Syna Bożego, Zbawiciela, stało się mętne i pociemniałe; i dlatego, choć (używając potocznego wyrażenia) mają w sobie niemało dobra, jest ono jedynie w nich, a nie przenika przez nich, wokoło nich i ku nim. Powleka ich zła skorupa: myślą tak jak świat; są pełni światowych pojęć i światowych sposobów mówienia; odwołują się do sądu świata i mają swego rodzaju cześć dla opinii świata. Brak im prostoty, naturalności i dziecięcej uległości. Trudno ich dotknąć czy — jak by rzec — trafić do nich i nakłonić do prostej drogi w religii. Wymykają się, gdy najmniej się tego spodziewacie: robią zastrzeżenia, czynią rozróżnienia, dopuszczają wyjątki, oddają się subtelnościom w kwestiach, gdzie są naprawdę tylko dwie strony: słuszna i niesłuszna. Uczucia religijne nie płyną z nich swobodnie w chwilach, gdy powinny płynąć; są albo nieśmiali i nie potrafią nic powiedzieć, albo też sztuczni i wymuszeń w sposobie rozmawiania. I jak rdza toczy metal i wżera się weń, tak ten duch światowy przenika coraz głębiej w duszę, która raz go wpuści. I to jest, jak się zdaje, jeden wielki cel utrapień: ścierać i zmywać te zewnętrzne zmazy, by utrzymywać duszę w pewnej czystości i jasności chrzcielnej.
Nie można, zaiste, wątpić, że rzesze ludzi w Kościele są takie, jak opisuję, i że nie witałyby — nie potrafiłyby od razu powitać — Pana naszego w chwili Jego przyjścia. Nie możemy wprawdzie odnosić tego do tego czy innego poszczególnego człowieka; ale patrząc całościowo na tłum, nie można się mylić. Mogą być wyjątki; lecz po wszelkich możliwych zastrzeżeniach, wielka rzesza musi pozostawać taka dwuduszna, usiłując łączyć rzeczy nie do pogodzenia. Moglibyśmy być tego pewni, nawet gdyby Chrystus nie powiedział o tym ani słowa; lecz jest to myśl przejmująca i uroczysta, że On sam zwrócił naszą uwagę właśnie na to niebezpieczeństwo — niebezpieczeństwo świeckiej pobożności, jak ją można nazwać, choć jest to pobożność; tej mieszaniny religii i niedowiarstwa, która wprawdzie służy Bogu, ale kocha mody, zaszczyty, przyjemności, wygody tego życia — która czerpie zadowolenie z dostatku w okolicznościach doczesnych, lubi przepych i próżność, jest wymagająca w kwestii jedzenia, stroju, domu, wyposażenia i spraw domowych, zabiegając o względy wielkich ludzi i o pozycję w społeczeństwie. Ostrzega On uczniów przed niebezpieczeństwem odwrócenia myśli od Niego przez jakąkolwiek przyczynę; ostrzega przed wszelkimi podnietami, wszelkimi ponętami tego świata; uroczyście ostrzega ich, że świat nie będzie przygotowany na Jego przyjście, i z miłością zaklina ich, by nie brali swej cząstki ze światem. Ostrzega ich przykładem bogacza, od którego zażądano duszy, przykładem sługi, który jadł i pił, i przykładem głupich panien. Gdy przyjdzie, wszyscy bez wyjątku będą potrzebować czasu; głowy im się pomieszają, oczy zamglą, język się zaplącze, nogi zachwiają się, jak u ludzi nagle wyrwanych ze snu. Nie od razu ogarną zmysłami i rozumem. O trwożliwa myśl! Weselny orszak przesuwa się przed oczyma — są tam Aniołowie — są tam sprawiedliwi, którzy dostąpili doskonałości — są małe dzieci i święci nauczyciele, i obleczeni w białe szaty, i męczennicy obmyci w krwi; wesele Baranka nadeszło i Oblubienica przystroiła siebie samą. Już ozdobiła się: gdy myśmy spali, ona się stroiła; dodawała klejnot do klejnotu i łaskę do łaski; zbierała swych wybranych jednego po drugim i ćwiczyła ich w świętości, i oczyszczała ich dla swego Pana; a teraz nadeszła jej godzina weselna. Święte Jeruzalem zstępuje, a donośny głos głosi: „Oto przychodzi Oblubieniec; wyjdźcie mu naprzeciw!" — ale my, niestety! olśnieni jesteśmy jedynie blaskiem owej łuny i ani nie witamy wezwania, ani mu nie odpowiadamy. I po co? Co zyskamy wówczas? Co będzie nam wówczas potrzebny ten świat? O nędzy, świat zwodniczy! który wówczas zostanie spalony, nie mogąc nie tylko przynieść nam pożytku, lecz nawet ocalić siebie samego. Zaiste, straszna to będzie godzina, gdy w pełni dotrze do nas świadomość tego, w co teraz nie chcemy uwierzyć — że mianowicie służymy w tej chwili światu. Igramy teraz z sumieniem; łudzimy swój lepszy sąd; odrzucamy wskazania tych, którzy mówią nam, że wiążemy się z tym przemijającym światem. Chcemy zasmakować trochę jego przyjemności i kroczyć jego drogami, i uważamy to za niegroźne, byleby zupełnie nie zaniedbać religii. To znaczy: pozwalamy sobie pożądać tego, czego nie mamy, chełpić się tym, co posiadamy, spoglądać z góry na tych, którzy mają mniej; albo pozwalamy sobie wyznawać to, czego nie staramy się praktykować, dowodzić dla samego zwycięstwa i dyskutować tam, gdzie powinniśmy być posłuszni; i szczycimy się naszą zdolnością rozumowania, uważamy się za oświeconych, gardzimy tymi, którzy mniej mieli do powiedzenia na swą obronę, i głosimy, i bronimy własnych teorii; albo też jesteśmy nadmiernie zaniepokojeni, skwaszeni i stroskani z powodu spraw doczesnych, złośliwi, zawistni, zazdroścni, niezadowoleni i złej myśli: tak czy owak bierzemy swą cząstkę z tym światem i nie chcemy w to wierzyć. Uparcie odmawiamy wierzenia w to; wiemy, że nie jesteśmy całkowicie bezbożni, i wmawiamy sobie, że jesteśmy pobożni. Nauczyliśmy się myśleć, że można być zbyt pobożnym; wmówiliśmy sobie, że w religii nie ma nic wzniosłego ani głębokiego, że nie ma w niej wielkiego ćwiczenia uczuć, wielkiego pokarmu dla myśli, wielkiej pracy dla naszych wysiłków. Idziemy naprzód z samozadowoleniem lub zarozumiałością, nie wypatrując poza sobą, nie stojąc jak żołnierze na straży w ciemną noc; ale rozniecamy własny ogień i rozkoszujemy się jego iskrami. Oto nasz stan, lub coś podobnego, i Dzień to ujawni; Dzień jest bliski, a Dzień przeszuka serca nasze i uzmysłowi nawet nam samym, że łudziliśmy się słowami i nie służyliśmy Chrystusowi tak, jak tego wymaga Odkupiciel dusz, lecz służbą nędzną, cząstkową, światową, i bez rzeczywistego wpatrywania się w Tego, który jest ponad tym światem i poza nim.
Rok za rokiem mija w ciszy; przyjście Chrystusa jest zawsze bliższe niż było. O, niechby gdy On zbliża się ku ziemi, my zbliżali się ku niebu! O, bracia moi, módlcie się do Niego, by dał wam serce do szukania Go szczerze. Módlcie się do Niego, by uczynił was gorliwymi. Macie jedno tylko zadanie: dźwigać krzyż swój za Nim. Postanówcie w Jego mocy tak czynić. Postanówcie nie dać się dłużej mamić „cieniami religii", słowami, dysputami, pojęciami, szczytnym wyznaniem wiary, wymówkami ani obietnicami czy pogróżkami świata. Módlcie się do Niego, by dał wam to, co Pismo Święte nazywa „sercem szczerym i dobrym" lub „sercem doskonałym", i nie zwlekając, zacznijcie natychmiast słuchać Go z całego serca, jakie macie. Jakiekolwiek posłuszeństwo jest lepsze niż żadne — jakiekolwiek wyznanie wiary oderwane od posłuszeństwa jest czystą pozą i obłudą. Jakakolwiek religia, która nie przybliża was do Boga, jest ze świata. Macie szukać Jego oblicza; posłuszeństwo jest jedyną drogą szukania Go. Wszystkie wasze obowiązki są aktami posłuszeństwa. Jeśli macie wierzyć prawdom, które objawił, kształtować siebie Jego przykazaniami, uczestniczyć w Jego ustanowieniach, trwać przy Jego Kościele i ludzie — to dlaczego? Jedynie dlatego, że On nakazał; a czynić to, co On nakazuje, znaczy być Mu posłusznym, a być Mu posłusznym znaczy przybliżać się do Niego. Każdy akt posłuszeństwa jest zbliżeniem — zbliżeniem do Tego, który choć się tak nie zdaje, nie jest daleko, lecz tuż za tą widzialną zasłoną rzeczy, która Go nam zakrywa. Jest za tą materialną budową; ziemia i niebo są tylko szatą, która stoi między Nim a nami; nadejdzie dzień, kiedy rozerwie tę zasłonę i okaże się nam. I wówczas, stosownie do tego, jak Go oczekiwaliśmy, tak nam wynagrodzi. Jeśli zapomnieliśmy o Nim, On nie pozna nas; lecz „błogosławieni owi słudzy, których pan, gdy przyjdzie, zastanie czuwających… przepasze się i każe im zasiąść do stołu, i przychodzić będzie, by im usługiwać. Czy o drugiej, czy o trzeciej straży nocnej przyjdzie, a zastanie ich tak — błogosławieni ci słudzy." Niech to będzie udziałem każdego z nas! Trudno to osiągnąć; lecz straszne jest chybić. Życie jest krótkie; śmierć pewna; a świat przyszły wieczny.