*„Jest czas płakania i czas śmiechu, czas narzekania i czas tańca."* — Koh 3,4
W Boże Narodzenie radujemy się radością naturalną i niezmąconą — radością dzieci; lecz radość wielkanocna jest z natury swojej wysoce udoskonalona i szlachetna. Nie jest to spontaniczny i prosty wybuch uczucia, jaki mogłaby wywołać sama wieść o Odkupieniu — jest ona przemyślana; ma za sobą długą historię i przeszła przez długi bieg uczuć, zanim stała się tym, czym jest. Jest uczuciem ostatnim, nie pierwszym. Święty Paweł opisuje jej naturę i jej kształtowanie, gdy mówi: „Ucisk wyrabia cierpliwość, a cierpliwość doświadczenie, a doświadczenie nadzieję; a nadzieja nie zawodzi, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który nam jest dany". I prorok Izajasz, gdy mówi: „Rozradują się przed Tobą, jak się radują podczas żniwa, jak się weselą, gdy łupy dzielą". Albo — tak jak się wypełniło w przypadku samego Pana naszego, który jako Wódz naszego zbawienia udoskonalony został przez cierpienia. Toteż Boże Narodzenie poprzedzone jest jedynie czasem uroczystego oczekiwania, natomiast Wielkanoc — długim postem Wielkiego Postu i surowością Świętego Tygodnia, który właśnie minął; i wynika ona zeń, i (poniekąd) rodzi się z Wielkiego Piątku.
W dniu takim tedy, z samej intensywności radości, jaką chrześcijanie powinni odczuwać, i z powodu próby, przez którą przeszli, będą często skłonni mówić mało. Raczej — podobnie jak chorzy w trakcie rekonwalescencji, gdy kryzys minął, choroba ustąpiła, lecz siły jeszcze nie powróciły — wyjdą na światło dnia i w świeże powietrze, i w milczeniu usiądą z wielką rozkoszą w cieniu owego Drzewa, którego owoc jest słodki ich podniebieniu. Skłonni są raczej rozmyślać i trwać w pokoju niźli wypowiadać wiele słów; albowiem ich radość była tak bardzo dziecięciem smutku, jest natury tak przemienionej i złożonej, tak spleciona z bolesnymi wspomnieniami i smutnymi skojarzeniami, że choć jest radością tym większą przez kontrast, to jednak nie jest, nie może być taka, jak gdyby smutku nigdy nie było.
I pod tym też względem uczucie wielkanocne nie jest niepodobne do zwrotu ducha po powrocie do zdrowia po chorobie — że i w chorobie wiele się nam przydarza dziwnego, wiele, co musimy słabo pojmować i niejasno za sobą śledzić. W chorobie bowiem umysł wędruje od rzeczy widzialnych w świat nieznany, cofa się w głąb siebie i przebywa w towarzystwie tajemnic; zostaje wprowadzony w zetknięcie z przedmiotami, których nie może opisać ani zbadać. Ujmuje skraj mocy i opatrzności stojących poza tym światem i jest przynajmniej bardziej żywy wobec niewidzialnych wpływów — złych i dobrych — które są jego udziałem w tym stanie próby. Potem zaś posiada wspomnienia bolesne: wspomnienia niepokoju, których przyczyn nie jest w stanie przywołać, dążeń pozbawionych celu i przebłysków ulgi bez trwania. I czymże jest to wszystko, jak nie uczuciem równoległym do tego, z którym chrześcijanin przeszedł przez rozważania podsunięte jego wierze w tygodniu, który właśnie minął — który jest dla niego jak przerażający, nękający sen, z którego czar teraz prysł? Przedmioty, które mu zostały przedstawione, są wprawdzie nie snem, lecz rzeczywistością — cierpienia Zbawiciela, jego własna nędza i grzech. Lecz, niestety, dla niego w najlepszym razie są one jak snem, gdyż z braku wiary i duchowego rozeznania pojmuje je tak niedoskonale. Były dla niego jak sen, ponieważ jedynie w pewnych chwilach serce jego chwytało żywy przebłysk tego, co bez przerwy stało przed jego rozumem; — ponieważ wrażenie, jakie wywarły, było nieregularne, chwiejne i przemijające; — ponieważ nawet gdy rozważał uważnie cierpienia Zbawiciela, nie rozumiał i nie mógł zrozumieć głębokich ich przyczyn ani znaczenia słów Zbawiciela; — ponieważ to, co najsilniej go poruszyło, przychodziło przez jego irracjonalną naturę, nie było z ducha, lecz z ciała, nie z dziejów boleści zapisanych w Lekcjach i Ewangeliach, lecz z dolegliwości własnego ciała, które był zobowiązany, o ile zdrowie na to pozwalało, nakłonić do wspólnego odczuwania z historią owych cierpień, które są jego zbawieniem. I tak tedy powiadam, że jego niepokój w tygodniu minionym był podobny do niepokoju złego snu — niespokojny i ponury; czuł, że powinien był być bardzo zasmucony, i nie mógł powiedzieć dlaczego, — nie mógł opanować swego żalu, nie mógł urzeczywistnić łez, lecz był jak dzieci, które się dziwią, płaczą i milczą, gdy widzą rodziców w smutku, z przeczucia, że coś złego się dzieje, choć nie potrafią powiedzieć co.
I dlatego teraz, choć to wszystko minęło, nie może tak od razu strząsnąć z siebie tego, co było, by w pełni wejść w to, co jest. Chrystus wprawdzie, choć cierpiał i umarł, zmartwychwstał pełen mocy dnia trzeciego, rozerwawszy więzy śmierci; lecz my nie zdołamy dokonać w naszym rozważaniu o Nim tego, czego On dokonał w rzeczywistości; albowiem On był Świętym, a my jesteśmy grzesznikami. Ciąży na nas opieszałość i gnębienie dawnego „ja", choć jesteśmy nowi; i dlatego musimy błagać Tego, który jest Księciem Życia, samym Życiem, aby nas wyniósł w swój nowy świat, gdyż sami nie zdołamy tam dojść, i posadził nas tam, skąd — jak Mojżesz — moglibyśmy oglądać ziemię i rozmyślać nad jej pięknem!
A jednak, choć długi czas smutku, który poprzedza ten Błogosławiony Dzień, poniekąd studzi i przytępia ostrość naszej radości, to jednak bez takiego czasu przygotowania bądźmy pewni, że nie będziemy się wcale radować. Nikt mniej nie raduje się w Wielkanocnej porze niźli ci, którzy nie smucili się w Wielkim Poście. To właśnie widać w świecie w ogólności. Dla nich jedna pora roku jest taka sama jak inna i żadnej nie uwzględniają. Dzień święta i dzień postu, pora święta i inna pora — to dla nich jedno i to samo. Toteż wcale nie urzeczywistniają sobie przyszłego świata. Dla nich Ewangelie są zaledwie podobne do każdej innej historii — biegiem wypadków, który miał miejsce osiemset lat temu. Nie uobecniają sobie życia i śmierci Zbawiciela; nie przenoszą się myślą wstecz do czasu Jego pobytu na ziemi. Nie odtwarzają i nie obchodzą Jego historii we własnym jej przestrzeganiu; i następstwem jest, że nie czują ku niej żadnego pociągu. Nie mają do niej ani wiary, ani miłości; nie ma ona nad nimi żadnej władzy. Nie kształtują swego osądu rzeczy na jej podstawie; nie przechowują jej jako swego rodzaju zasady czynnej w swoim sercu. Tak jest nie tylko ze światem w ogóle, lecz zbyt często z ludźmi, którzy mają Imię Chrystusa na ustach. Sądzą, że wierzą w Niego, a jednak gdy przychodzi próba albo w codziennym postępowaniu, nie są w stanie działać wedle zasad, które wyznają; i dlaczego? — ponieważ uznali za właściwe obejść się bez kościelnych ustanowień, biegu nabożeństw i kołowrotu Świętych Pór Kościoła, i uznali za prostszą i bardziej duchową religię nie postępować po chrześcijańsku, jak tylko wówczas, gdy wezwie ich do tego nadzwyczajna próba lub pokusa; — ponieważ pomyśleli, że skoro obowiązkiem chrześcijanina jest radować się zawsze, to tym lepiej będą się radować, jeśli nigdy się nie smucili i nigdy nie trudzili się ku sprawiedliwości. Przeciwnie — bądźmy pewni, że poprzednie poniżenie, choć studzi naszą radość, jedynie ją nam zabezpiecza. Zbawiciel nasz mówi: „Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni"; a co jest prawdą na potem, jest prawdą i tu. Jeśli nie smuciliśmy się w minionych tygodniach, nie będziemy się radować w porze, która teraz się rozpoczyna. Często mówi się — i słusznie — że opatrzne utrapienie przybliża człowieka do Boga. Czymże jest przestrzeganie Świętych Pór, jeśli nie takim środkiem łaski?
To też trzeba powiedzieć o związku Postów i Świąt w naszej służbie Bożej, mianowicie, że ów umiar w świętowaniu, który poprzedni post wywołuje, sam w sobie wart jest wysokiej ceny i szczególnie wart zapewnienia. W tym bowiem chrześcijańska radość różni się od światowej, że jest powściągliwa; a jak ma być powściągliwa, jeśli nie tak, że przeszłość utrzymuje nad nami swoją władzę i gdy nas ostrzega i studzi, zarazem faktycznie zniechęca i ujarzmia nasze ciało do użycia? W świecie świętowanie przychodzi pierwsze, a post potem; najpierw ludzie nasycają się do przesytu, a następnie czują wstręt do swoich wybryków; korzystają do syta z dobrego, a potem cierpią; są bogaci, by stać się ubogimi; śmieją się, by płakać; wznoszą się, by upaść. Lecz w Kościele Bożym jest to odwrócone: ubodzy będą bogaci, pokorni będą wywyższeni, którzy sieją we łzach, będą żąć w radości, którzy się smucą, będą pocieszeni, którzy cierpią z Chrystusem, będą z Nim królować; zgodnie ze słowami naszego Kościoła: „nie wstępował do radości, lecz pierwej znosił ból. Nie wchodził do chwały swojej, zanim był ukrzyżowany. Tak prawdziwie droga nasza do wiecznej radości to cierpieć tu z Chrystusem, a bramą wejścia do życia wiecznego jest chętnie umrzeć z Chrystusem, abyśmy mogli z martwych powstać i z Nim przebywać w życiu wiekuistym". A to, co jest prawdą o ogólnym biegu naszego Odkupienia, spełnia się, powiadam, również w rocznych i innych jego upamiętnieniach. Nasze Uroczystości poprzedzone są poniżeniem, abyśmy je należycie obchodzili — nie hałaśliwie ani fanatycznie, lecz w duchu wyrafinowanym, powściągliwym, uduchowionym, który jest prawdziwą radością w Panu.
W takim duchu starajmy się obchodzić tę najświętszą z wszystkich Uroczystości, tę trwającą porę świąteczną, która trwa pięćdziesiąt dni, gdy Wielki Post ma dni czterdzieści, jakby na znak, że gdzie obfitował grzech, tam z nawiązką obfitowała łaska. Taki też zdaje się być ton ducha, który opanował Apostołów, gdy upewnili się o Zmartwychwstaniu; i gdy oczekiwali bądź gdy oglądali na własne oczy swego zmartwychwstałego Pana. Gdy się zastanowimy, odkryjemy, że relacje owej pory w Ewangeliach nacechowane są wielką zadumą i czułą, radosną melancholią — słodkim i pogodnym nastrojem tych, którzy przeszli przez ból i po bólu otrzymują przyjemność. Czy czytamy opis Marii Magdaleny płaczącej u grobu, widzącej Jezusa i nie rozpoznającej Go, rozpoznającej Jego głos, usiłującej uchwycić Jego nogi i pogrążającej się potem w milczącym lęku i zachwyceniu, aż wstała i pośpieszyła powiedzieć zdezorientowanym Apostołom; — czy też zwrócimy się do owego uroczystego spotkania, które było trzecim z kolei, gdy stanął na brzegu i przemówił do uczniów swoich, a Piotr wskoczył w wodę, i potem razem z innymi przejął go lęk nakazujący milczenie i nie śmiał mówić, lecz tylko wypełniał Jego polecenie i jadł ryby w milczeniu, i tak pozostawał w obecności Tego, w którym się radował, Kogo kochał — jak On sam wiedział — ponad wszystkie rzeczy, aż On przerwał milczenie, pytając Piotra, czy Go miłuje; — albo wreszcie rozważymy chwilę, gdy ukazał się wielkiej liczbie uczniów na górze w Galilei, i wszyscy oddali Mu pokłon, lecz niektórzy zwątpili — któż nie widzi, że ich Uroczystość była właśnie taka, jak ją opisywałem: święta, czuła, pełna czci, mężna radość — nie tak mężna, by była szorstka, nie tak czuła, by była niemęska, lecz (jakby) nastrojem Anielskim, zmieszaną ofiarą z wszystkiego, co najlepsze i najwyższe w naturze mężczyzny i kobiety złączone razem — Maria Magdalena i Piotr zlani w jedno ze Świętym Janem? I tu może uczymy się lekcji z głębokiego milczenia, jakie zachowuje Pismo Święte o Najświętszej Dziewicy po Zmartwychwstaniu; jakby ona, która była kwiatem nazbyt czystym i świętym, by być tu na ziemi więcej niż tylko ujrzana, nawet w porze poniżenia swego Syna, została na Jego Zmartwychwstanie przez Aniołów całkowicie wprowadzona za zasłonę, i miała swą radość w Raju z Gabrielem, który pierwszy ją uczcił, i z owych dawnych Świętych, którzy powstali po Zmartwychwstaniu, ukazali się w Świętym Mieście, a potem zniknęli.
Oby nam było dane uczestniczyć w takiej spokojnej i niebieskiej radości; i gdy jej błagamy, pamiętając przy tym, że wciąż jesteśmy na ziemi i mamy obowiązki w tym świecie, nigdy nie zapominajmy, że gdy miłość nasza musi być cicha, wiara musi być żarliwa i żywa. Nigdy nie zapominajmy, że w miarę jak miłość nasza jest „zakorzeniona i ugruntowana" w przyszłym świecie, wiara musi się rozgałęziać jak owocne drzewo w tym. Im spokojniejsze nasze serca, tym czynniejsze nasze życie; im bardziej pogodni, tym więcej zajęci; im bardziej oddani, tym gorliwsi; im bardziej niezaburzeni, tym żarliwsi. To jeden z wielu paradoksów, które chrześcijanin urzeczywistnia w sobie, a które świat osądza inaczej. Chrystus zmartwychwstał; zmartwychwstał z martwych. Możemy śmiało wołać: „Alleluja, Pan Bóg Wszechmogący króluje!" Starł wszelką potęgę nieprzyjaciela pod swoimi stopami. Deptał po lwie i żmii. Zamknął paszczę lwa za nas, lud swój, i skruszył głowę węża. Nie ma teraz nic niemożliwego dla nas, jeśli tylko wejdziemy w pełnię naszych przywilejów, przedziwną moc naszych darów. Nie ma takiej rzeczy do nazwania w niebie ani na ziemi, w granicach prawdy i posłuszeństwa, której nie moglibyśmy dokonać przez Chrystusa; nie ma takiej prośby do wymówienia, której nie mogłoby zostać nam udzielono dla Jego Imienia. Albowiem my, którzyśmy z Nim powstali z grobu, stoimy w Jego mocy i wolno nam używać Jego broni. Jego nieskończony wpływ u Ojca jest nasz, — nie zawsze do użycia, gdyż może w tym czy owym wysiłku, jaki podejmujemy, bądź w prośbie, którą zanosimy, nie byłoby to dla nas dobre; lecz tak bardzo nasz, tak w pełni nasz, że gdy prosimy i czynimy rzeczy wedle Jego woli, jesteśmy naprawdę obdarzeni mocą u Boga i przeważamy, — tak że, choć możemy mało wiedzieć kiedy i kiedy nie, jesteśmy nieustannie w posiadaniu broni niebieskiej, nieustannie dotykamy sprężyn najprzedziwniejszych opatrzności w niebie i na ziemi; i przez Imię, i Znak, i Krew Syna Bożego zdolni jesteśmy sprawić, by drżały złe duchy, a Święci się radowali. Taką to bronią posługuje się wiara: małą z pozoru, a jednak „nie cielesną, lecz mocą Bożą zdolną do burzenia twierdz" — wzgardzoną przez świat, jakby to było tylko słowo, lub tylko symbol, lub tylko chleb i wino; lecz Bóg wybrał to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mądrych, i to, co słabe, aby zawstydzić mocnych; i jak wszystko wyrasta z małych początków, z nasion i żywiołów niewidzialnych lub nieznacznych, tak gdy Bóg zechciał odnowić ród ludzki i odmienić bieg życia człowieczego i spraw ziemskich, wybrał rzeczy tanie za budulec swojego dzieła i kazał nam wierzyć, że może przez nie działać, i że tak uczyni. Jak tedy my chrześcijanie dostrzegamy w Nim, gdy przyszedł na ziemię, nie syna cieśli, lecz Odwieczne Słowo Wcielone; jak widzimy piękno w Tym, w którym świat nie dostrzegał kształtu ani urody; jak rozpoznajemy w owej śmierci Zadośćuczynienie za grzech, w której świat widział jedynie wyrok wykonany na przestępcy — tak wierzmy z pełnym przekonaniem, że wszystko, co nam zostawił w spuściźnie, ma moc od Niego. Przyjmijmy Jego Ustanowienia, i Jego Wyznanie Wiary, i Jego przykazania; i stójmy prosto z niezachwianą wiarą, niezłomni, z twarzami jak krzemień, by Mu służyć w nich i przez nie; by je narzucać światu bez wahania, bez chwiejności, bez lęku; będąc pewni, że Ten, który nas zbawił od piekła przez Ciało z ciała, które świat znieważał, torturował i nad którym triumfował, tym bardziej może teraz przykładać korzyści swojej Męki przez Ustanowienia, które świat poranił i teraz wyśmiewa.
Taki więc, bracia moi, niech będzie nasz duch w tym dniu. Bóg spoczął od swoich trudów dnia siódmego, a jednak pracuje po wsze wieki. Chrystus wszedł w swój odpoczynek, a jednak i On nieustannie działa. I my też, jeśli wolno tak powiedzieć, w pełnym czci i pokornym naśladowaniu tego, co nieskończone, gdy spoczywamy w Chrystusie i radujemy się w Jego cieniu, strzeżmy się opieszałości i tchórzostwa, lecz służmy Mu z oczami utkwionymi wprost i dłońmi czynnymi; abyśmy byli prawdziwie Jego w naszych sercach — jak uczynieni Jego przez Chrzest, jak uczynieni Jego nieustannie przez nawracający się obchód Jego oczyszczających Postów i świętych Świąt.