HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom V

Kazanie II. Cześć — wiara w obecność Boga

(Adwent)

Gdy moja wiara stała się letniaGdy wiara wydaje się nierozumna WiaraDoskonałości Boże
„Oczy twoje ujrzą Króla w Jego piękności; będą oglądać ziemię daleką bardzo."
W skrócie. Newman opisuje dwie klasy ludzi pozbawionych świętej bojaźni Bożej: tych, którzy uznają Boga intelektualnie, ale żyją tak, jakby Go nie było, oraz tych, którzy Go publicznie wyznają, lecz na co dzień są pochłonięci sprawami doczesnymi. Prawdziwa wiara objawia się w czci i respekcie przed Bożą obecnością. Bez tego uczucia pobożność staje się jedynie formalizmem.

„Innym jeszcze przejawem jest niedbały sposób, w jaki ludzie mówią o ziemskich czynach i słowach naszego Pana, jakby był jedynie człowiekiem.”

*(Adwent)*

*„Oczy twoje ujrzą Króla w Jego piękności; będą oglądać ziemię daleką bardzo."* — Iz 33,17

Choć Mojżesz nie dostąpił wejścia do Ziemi Obiecanej, z oddali ujrzał ją łaskawie mu ukazaną. I my, choć nie zostaliśmy jeszcze wprowadzeni do chwały niebieskiej, mamy dane wiele widzieć — w przygotowaniu do oglądania jeszcze więcej. Chrystus przebywa pośród nas w Kościele swoim naprawdę, choć niewidzialnie, i przez jego ustanowienia spełnia wobec nas, w prawdziwym i wystarczającym sensie, obietnicę słów naszego tekstu. Wolno nam już teraz „ujrzeć Króla w Jego piękności" i „oglądać ziemię daleką bardzo". Słowa Proroka odnoszą się do naszego stanu obecnego nie mniej niż do stanu świętych w życiu przyszłym. O chwale przyszłej mówi święty Jan: „Będą oglądać oblicze Jego, a imię Jego będzie na czołach ich." O stanie zaś obecnym sam Izajasz wyraża się w miejscach, które można wziąć za objaśnienie naszego tekstu: „Chwała Pańska będzie objawiona, i ogląda ją wszelkie ciało pospołu" — i znowu: „Oglądają chwałę Pańską i wspaniałość Boga naszego." Nie oglądamy Boga twarzą w twarz pod panowaniem Ewangelii, lecz mimo to prawdą jest, że „po części poznajemy"; widzimy, choć „przez zwierciadło, w zagadce" — co jest o wiele więcej, niż dano komukolwiek, kto nie jest chrześcijaninem. Chrzest, przez który stajemy się chrześcijanami, jest oświeceniem; a Chrystus, który jest Przedmiotem naszej czci, jest zarazem Światłością, w której oddajemy cześć.

Taki pogląd jest obcy większości ludzi; nie uświadamiają sobie obecności Chrystusa, ani nie uznają powinności jej uświadamiania. Dotyczy to nawet tych, którzy nie są pozbawieni nawyków powagi — niemal zupełnie albo całkowicie zapomnieli o tej powinności. Jest to oczywiste od razu: gdyby bowiem o niej nie zapomnieli, nie byliby tak bardzo ubodzy w cześć, jak są w istocie. Można bez przesady powiedzieć, że bojaźń i trwoga zostały w dzisiejszych czasach niemal wygnane z religii. Całe wspólnoty noszące miano chrześcijańskich czynią z odrzucania powinności czci niemal pierwszą zasadę; a my sami, którym jako dzieciom Kościoła cześć jest poniekąd szczególnym dziedzictwem, mamy jej bardzo mało i nie odczuwamy jej braku. Ci zaś, którzy wbrew sobie podlegają wpływowi świętej bojaźni Bożej, zbyt często wstydzą się jej, uznają ją wręcz za oznakę słabości umysłu, skrywają to uczucie, ile mogą, i kiedy zostają z niego wyśmiani lub zganieni, nie potrafią go sami przed sobą uzasadnić na zrozumiałych podstawach. Pragną wprawdzie zachować cześć w sposobie mówienia i postępowania wobec rzeczy świętych, lecz nie wiedzą, jak odpierać zarzuty ani jak opierać się przyjętym obyczajom i modom; i w końcu zaczynają podejrzliwie i lękowo odnosić się do własnych instynktownych uczuć. Weźmy tedy sposobność z obietnicy zawartej w naszym tekście, by opisać ów religijny brak, do którego aluzję czyniłem, i wskazać na lekarstwo nań.

Istnieją dwie klasy ludzi ubogich w bojaźń i trwogę — i, co bolesne do powiedzenia, łącznie stanowią one poważną część religijnej części społeczeństwa. Jest to rzeczywiście bolesne, jeśli tak jest naprawdę: nie dziwi nas, że grzesznicy żyją bez bojaźni Bożej; lecz cóż powiedzieć o epoce lub kraju, w którym nawet klasy poważniejsze — te, które żyją według zasad i roszczą sobie prawo do sądzenia w sprawach religijnych, które patrzą w przyszłość i sądzą, że ich rachunek jest dobry i że są w łasce Bożej — kiedy nawet takie osoby utrzymują lub przynajmniej zachowują się, jak gdyby utrzymywały, że „duch świętej bojaźni Bożej" nie jest żadną częścią religii? „Jeśli światło, które jest w nas, jest ciemnością, jakaż to ciemność!"

Oto dwie klasy ludzi cierpiących w tym względzie na niedostatek: pierwsi — ci, którzy sądzą, że nigdy nie byli szczególnie pod gniewem Bożym; drudzy — ci, którzy sądzą, że choć kiedyś tak było, to teraz bynajmniej nie, bo wszelki grzech został im przebaczony; — jedni, którzy uważają, że grzech sam w sobie nie jest wielkim złem, drudzy, którzy uważają, że nie jest wielkim złem w ich przypadku, ponieważ ich osoby są przyjęte w Chrystusie ze względu na ich wiarę.

Należy teraz zauważyć, że istnienie bojaźni w religii nie zależy od okoliczności bycia grzesznikami — jest czymś wcześniejszym. Gdybyśmy byli czyści jak Aniołowie, i tak, można by mniemać, nie moglibyśmy nie lękać się przed Tym, przed którym nawet niebiosa nie są czyste, a Aniołowie wolni od ułomności. Sami Serafini zasłaniali oblicza, wykrzykując: Chwała! Nawet gdyby więc było prawdą, że grzech nie jest wielkim złem, lub że nie jest wielkim złem w nas, to sam fakt, iż Bóg jest nieskończony i wszechdoskonały, jest przytłaczającą myślą dla stworzeń i śmiertelnych ludzi, i powinien skłaniać wszystkich wyznawców religii do wyznawania zarazem bojaźni religijnej — jakkolwiek rzeczą naturalną jest, że ludzie bez religii tę myśl odrzucają.

I dalej należy zauważyć, że nie jest to spór o słowa. Bo na pierwszy rzut oka moglibyśmy być skłonni sądzić, że chodzi jedynie o to, czy słowo „bojaźń" jest słowem dobrym czy złym — że jedni utożsamiają je z lękiem służalczym, drudzy zaś z pobożną czcią i trwogą — i że dlatego obie strony zdają się sobie sprzeciwiać, gdy w rzeczywistości tak nie jest; jak gdyby obie zgodziły się, że cześć jest słuszna, a egoistyczny strach — zły, i jedyną kwestią między nimi było, czy przez słowo „bojaźń" rozumieć strach czy cześć. Tak nie jest: jest to kwestia nie słów, lecz rzeczy; albowiem osoby, które tu opisuję, jawnie uważają za błędny ów stan ducha, który Kościół Katolicki zawsze przepisywał, a jego Święci zawsze urzeczywistniali.

Aby to wykazać, wskażę w kilku słowach, jakie są owe dwa kierunki poglądów, do których nawiązuję, i jaki jest ów błąd, który — choć same te kierunki szeroko się między sobą różnią — mają ze sobą wspólny.

Pierwsza klasa ludzi to ci, którzy uważają Credo Katolickie za zbyt rygorystyczne — którzy sądzą, że nie potrzeba wyznawać żadnych określonych dogmatów dla zbawienia, lub przynajmniej kwestię tę poddają w wątpliwość; którzy mówią, że nie ma znaczenia, w co człowiek wierzy, byleby postępowanie jego było przyzwoite i porządne; którzy myślą, że wszelkie obrzędy i ceremonie to jedynie subtelności (jak się wyrażają) i błahostki, i że człowiek podoba się Bogu jednakowo, czy je zachowuje, czy nie; którzy może dochodzą do powątpiewania, czy śmierć Chrystusa jest ściśle mówiąc zadośćuczynieniem za grzech człowieka; którzy, przyciśnięci do muru, nie przyznają, że jest On ściśle mówiąc i dosłownie Bogiem; i którzy zaprzeczają, że kara bezbożnych jest wieczna. Oto poglądy mniej lub bardziej wyraźnie ujęte i wyznawane, które charakteryzują pierwszą z dwóch klas, o których mówię.

Druga klasa ludzi w swych formalnych dogmatach szeroko różni się od pierwszej. Sądzą oni, że choć z natury byli dziećmi gniewu, to teraz są przez łaskę Bożą w tak pełnej Jego łasce, iż gdyby mieli umrzeć w tej chwili, byliby pewni nieba; sądzą, że Bóg tak bezwarunkowo odpuszcza im dzień po dniu ich winy, że nie mają się z niczego tłumaczyć, niczego do rozrachunku w Dniu Ostatecznym; że nawiedzeni zostali łaską Bożą w sposób zupełnie odmienny od wszystkich wokół nich i są Jego dziećmi w sensie, w jakim inni nie są, i mają zapewnienie o swoim stanie zbawienia właściwe jedynie sobie, i udział w obietnicach taki, jakiego Chrzest nie udziela; wyznają, że są poza zasięgiem zwątpienia i niepokoju, i powiadają, że byliby nieszczęśliwi bez takiego przywileju.

Przypomniałem o tych szkołach religijnych, aby ukazać, jak rozległe musi być uczucie, które tak przeciwne klasy ludzi mają ze sobą wspólne. A oto co je łączy: uważają Boga jedynie za Boga miłości, nie zaś zarazem bojaźni i czci — przy czym jedna przez miłość rozumie dobroczynność, druga zaś — miłosierdzie; i w konsekwencji ani jedni, ani drudzy nie odnoszą się do Boga Wszechmocnego z bojaźnią. Przejawy braku bojaźni u jednych i u drugich, które zamierzam wskazać, są następujące.

Na przykład: nie mają żadnych skrupułów ani wahania, mówiąc swobodnie o Bogu Wszechmocnym. Używają Jego Imienia równie swobodnie i lekko, jak gdyby byli jawnymi grzesznikami. Jedna klasa przyjęła zestaw słów na oznaczenie Boga Wszechmocnego, które odbierają Mu ideę osobowości, mówiąc o Nim jako o „Bóstwie" lub „Istocie Boskiej" — słowa te, w ich użyciu, ze wszystkich innych najbardziej zdolne są do usuwania z umysłu myśli o żywym i rozumnym Rządcy, ich Zbawicielu i Sędzi. Druga klasa ludzi, idąc w drugą skrajność, lecz z tym samym skutkiem, swobodnie używa owego nieprzydzielnego Imienia, którym raczył On nam objawić swoje doskonałości. Gdy ukazał się Mojżeszowi, wyjawił swoje Imię; i to Imię wydało się tak święte naszym tłumaczom Pisma Świętego, że wzdragali się go używać, choć pojawia się nieustannie w Starym Testamencie, zastępując je ze czci słowem „Pan". Tymczasem wspomniane osoby lubują się w familiarnym używaniu, w modlitwach i hymnach i rozmowie, owego Imienia, którym określają Tego, przed którym Aniołowie drżą. Nawet zwykłym ludziom nie zwracamy się swobodnie po imieniu własnym, chyba że czujemy się z nimi całkowicie swobodnie; a jednak grzesznicy mogą sobie pozwolić na familiarność z Imieniem, przez które wiedzą, że Najwyższy wyodrębnił się spośród wszystkich stworzeń.

Kolejnym przejawem braku bojaźni jest zuchwały i bezceremoniowy sposób, w jaki ludzie mówią o Trójcy Świętej i Tajemnicy Natury Bożej. Używają świętych terminów i zwrotów, gdy nadarzy się okazja, w sposób nieokrzesany i nagły, i rozprawiają o dogmatach dotyczących Wszechświętego i Wiecznego, nawet — jeśli wolno mi to powiedzieć bez braku czci — przy kuflu, może niekiedy argumentując przeciw nim, jak gdyby On był kimś takim jak oni sami.

Innym jeszcze przejawem tego braku bojaźni jest kategoryczny sposób, w jaki ludzie orzekają, co Bóg Wszechmocny musi czynić, czego nie może nie uczynić, jak gdyby byli panami całego planu zbawienia i mogli wyprzedzać Jego najwyższą Opatrzność i wolę.

A innym jest pewność siebie, z jaką nieraz mówią o tym, że zostali nawróceni, odpuszczono im grzechy i zostali uświęceni — jak gdyby znali własny stan równie dobrze, jak zna go Bóg.

Innym jest opór, tak powszechnie odczuwany, przed skłonieniem głowy na Imię Jezusa, co więcej — niecierpliwość wobec tych, którzy to czynią; jak gdyby nie było nic straszliwego w myśli o tym, że odwieczny Bóg stał się człowiekiem, i jak gdybyśmy nie wyrażali stosownie naszego zdumienia i czci wobec tego przez praktykowanie tego, co święty Paweł nakazał nam dosłownie.

Innym jeszcze przejawem jest niedbały sposób, w jaki ludzie mówią o ziemskich czynach i słowach naszego Pana, jakby był jedynie człowiekiem. Był wprawdzie człowiekiem, ale był czymś więcej niż człowiekiem; i czynił to, co czyni człowiek, lecz owe Jego czyny były czynami Boga — i tak samo niepodobna nam oddzielić czynu od Czyniącego, jak ramienia od ciała. A jednak, mimo to, wielu jest skłonnych posługiwać się nieokrzesanym, familiarnym, bluźnierczym językiem wobec dzieciństwa, młodości i posługi ich Boga, choć jest On ich Bogiem.

I innym jest familiarność, z jaką wiele osób zwraca się do naszego Pana w modlitwie, nadając Mu epitety i przybierając styl języka, który nie przystoi stworzeniom, a cóż dopiero grzesznikom.

I innym jest ich ogólny sposób modlitwy — mam na myśli modlitwę w języku rozlanym i swobodnym, z naciskiem i słowami efektownymi, w stylu jakby barwnym i bogatym, z napuszonością w gestykulacji i tonem oratorskim, jak gdyby modlitwa była kazaniem, a jej celem nie było zwracanie się do Boga Wszechmocnego, lecz robienie wrażenia na słuchaczach i poruszanie ich.

I innym jeszcze przejawem tego braku czci jest wprowadzanie — w mowie lub piśmie — słów poważnych i uroczystych dla efektu, dla zaokrąglenia lub nadania dostojeństwa zdaniu.

I innym przejawem jest brak czci w kościele: siedzenie zamiast klęczenia podczas modlitwy, albo udawanie klęczenia, lecz w rzeczywistości siedzenie, albo oparcie się wygodnie lub pozwalanie sobie na inne niestosowne pozy; a tym bardziej — rozglądanie się podczas modlitw i obserwowanie, co robią inni.

Oto niektóre spośród wielu osobliwości znamionujących dzisiejszą religię, występujące bądź w jednej, bądź w drugiej klasie ludzi; lecz wszystkie — w jednej lub drugiej; i są to przykłady tego, co mam na myśli, gdy mówię, że religia tego dnia jest pozbawiona bojaźni.

Można by przytoczyć wiele innych przykładów różnego rodzaju. Na przykład swoboda, z jaką ludzie proponują zmienianie Bożych ustanowień dla własnej wygody lub na miarę epoki; oparcie na własnych, uprzednich wyobrażeniach o rzeczach świętych; brak zainteresowania i ostrożności w dociekaniu, jaka jest prawdopodobna wola Boża; pogarda dla wszelkiego poglądu na Sakramenty przekraczającego świadectwo zmysłów; i pewność siebie w określaniu hierarchii ważności wśród poszczególnych artykułów wiary chrześcijańskiej — a wszystko to pokazuje, że nie jest kwestią słów, czy ludzie mają bojaźń czy nie, lecz że jest coś, czego rzeczywiście nie mają, jakkolwiek byśmy to nazwali.

Do tego miejsca uważam za oczywiste: — jedyną kwestią, która może być sporna, jest to, czy uczucia, które opisywałem, są konieczne; albowiem każda z dwóch klas, które wymieniłem, twierdzi, że są zbędne; jedna uznaje je za niezgodne z rozumem, druga — z Ewangelią; jedna nazywa je przesądem, druga — legalizmem lub judaizowaniem. Rozważmy tedy, czy owe uczucia bojaźni i trwogi są uczuciami chrześcijańskimi, czy też nie? Kilka słów z pewnością wystarczy, by rozstrzygnąć tę kwestię.

Twierdzę zatem, że — i myślę, że nikt tego rozsądnie nie zaprzeczy — są to uczucia, które byśmy mieli, a nawet mieli w stopniu intensywnym, gdybyśmy dosłownie widzieli Boga Wszechmocnego; a zatem są to uczucia, które będziemy mieli, jeśli uświadomimy sobie Jego obecność. W miarę jak wierzymy, że jest On obecny, tak je mieć będziemy; a nie mieć ich — to nie uświadamiać sobie, nie wierzyć, że jest On obecny. Jeśli więc obowiązkiem jest czuć, jak gdybyśmy Go widzieli, albo mieć wiarę, to obowiązkiem jest mieć te uczucia; i jeśli grzechem jest być pozbawionym wiary, grzechem jest być bez nich. Rozważmy to chwilę.

Któż zaprzeczy, że gdybyśmy widzieli Boga, balibyśmy się? Weźcie najchłodniejszego i najbardziej świeckiego spośród tych, którzy rozcieńczają Ewangelię; albo weźcie najbardziej rozgrzanego i fanatycznego spośród tych, którzy uważają ją za swoją wyłączną własność; weźcie tych, którzy sądzą, że Chrystus nie przyniósł nam nic wielkiego, albo tych, którzy sądzą, że przyniósł to wszystko wyłącznie im samym — powiadam: czy którakolwiek z tych stron byłaby w stanie powstrzymać się od wielkiej bojaźni, gdyby ujrzała Boga? Z pewnością jest to oczywistym truizmem, że każde stworzenie by się lękało. Lecz dlaczego by się lękało? Czy jedynie dlatego, że by Go widziało, czy dlatego, że by wiedziało, że Bóg jest obecny? Gdyby człowiek zamknął oczy, wciąż by się lękał, bo oczy przekazały mu tę uroczystą prawdę; sam widok by wystarczył. Skoro jednak tak jest, czy nie wynika z tego natychmiast, że jeśli ludzie się nie lękają, to dlatego, że nie postępują tak, jak postępowaliby, gdyby Go widzieli — to jest: nie czują, że jest On obecny? Czy nie jest całkowicie pewne, że ludzie nie używaliby tak swobodnie Imienia Boga Wszechmocnego, gdyby sądzili, że rzeczywiście Go słyszy — owszem, że jest tuż przy nich, gdy mówią? I tak samo owe inne przejawy braku bojaźni Bożej, które wymieniłem — wszystkie do jednego wynikają z martwoty na obecność Boga. Jeśli człowiek wierzy, że jest On obecny, wzdrygnie się przed zwracaniem się do Niego familiarnie, albo używaniem przed Nim słów nieszczerych, albo kategorycznym i na własną rękę orzekaniem o woli Bożej, albo roszczeniem sobie Jego przychylności, albo zwracaniem się do Niego w familiarnej postawie ciała. Powiadam: weźcie człowieka najbardziej pewnego, że nie ma czego się lękać z obecności Boga i że Bóg Wszechmocny jest z nim w pokoju, i postaw go dosłownie przed tronem Bożym; i czy nie miałby żadnych wątpliwości? I czy ośmieliłby się twierdzić, że owe wątpliwości są słabością, zwykłą irracjonalną trwogą, której nie powinien czuć?

Widać to wyraźniej, rozważając, jak różnie odnosimy się do naszych przyjaciół i mówimy o nich, zależnie od tego, czy są obecni, czy nieobecni. Ich obecność jest dla nas hamulcem; działa jak zewnętrzne prawo, zmuszając nas do czynienia lub nieczynienia tego, czego nie robilibyśmy lub co robilibyśmy inaczej, albo co robilibyśmy, lecz powściągamy przez wzgląd na nich. Właśnie tego brakuje większości ludzi w ich obecnej religii — takiego zewnętrznego przymusu wynikającego ze świadomości obecności Bożej. Rozważcie, mówię, jak różnie mówimy o przyjacielu, choćby nam najbliższym, gdy jest obecny lub nieobecny; pomyślcie, co czujemy, gdy zdarzy się, że zaczęliśmy mówić o nim, jak gdyby był nieobecny, i nagle okazuje się, że jest; i to choć jesteśmy świadomi, że odnosimy się do niego jedynie z miłością i otwarcie. Jest pewien ton głosu i sposób mówienia o osobach nieobecnych, który uznalibyśmy za nieuprzejmy lub przynajmniej lekkomyślny, gdyby były obecne. Kiedy tak jest, nieustannie myślimy mniej lub bardziej, nawet nie uświadamiając sobie tego, jak przyjmą to, co mówimy, jak to na nich wpłynie, co nam odpowiedzą lub co o nas pomyślą. Gdy kogoś nie ma, bywamy skłonni pewnie twierdzić, jakie jest jego zdanie w pewnych kwestiach; — lecz gdy jest obecny, łagodzimy słowa; prawie nie śmiemy mówić, tak żywo uświadamiając sobie, że możemy się mylić i że jest on tu, by nam to powiedzieć. Bardzo ostrożnie jesteśmy w orzekaniu, jakie są jego uczucia w danej sprawie lub jak jest do nas usposobiony; i we wszystkim zachowujemy szacunek i delikatność w postępowaniu wobec niego. Jeśli zaś tak czujemy wobec bliźnich, cóż poczujemy w obecności Anioła? A jeśli tak, to cóż w obecności Wszechwiedzącej i Wszechprzenikającej Sędzi ludzi? Co szacunkiem i uwagą jest wobec bliźnich, staje się bojaźnią Bożą w odniesieniu do Boga Wszechmocnego; a ci, którzy się Go nie lękają, jednym słowem, nie wierzą, że On ich widzi i słyszy. Gdyby wierzyli, przestaliby tak pewnie szczycić się Jego przychylnymi myślami o nich, przepowiadać Jego postępowanie, orzekać o Jego objawieniach, poufale obchodzić się z Jego Imieniem i zwracać się do Niego po familiarsku.

Teraz zaś, w tym, co zostało powiedziane, nie wzięto pod uwagę, jak już wcześniej zaznaczyłem, naszego bycia grzesznikami — ludem skażonym i splamionymi w najlepszym razie — podczas gdy On jest Bogiem Wszechświętym; co z pewnością musi bardzo potęgować naszą bojaźń i trwogę, i nie mniej, lecz bardziej, właśnie dlatego, że zostaliśmy tak przedziwnie odkupieni. Nie wzięto też pod uwagę innej kwestii, do której dodam dwa lub trzy słowa.

Jest pewne szczególne uczucie, jakie żywimy wobec umarłych. Skąd ono pochodzi? — z tego, że ich nie ma? Nie; albowiem nie czujemy tego samego wobec kogoś, kto jest tylko daleko, choćby na drugim końcu ziemi. Czy dlatego, że w tym życiu już go więcej nie ujrzymy? Bynajmniej; bo możemy być zupełnie pewni, że już go nie zobaczymy, gdy wyjeżdża za granicę, możemy wiedzieć, że ma umrzeć za granicą, i może rzeczywiście umiera za granicą — lecz czy ktokolwiek powie, że gdy nadchodzi wiadomość o jego śmierci, nasze uczucie, gdy o nim myślimy, nie jest zupełnie inne? Z pewnością jest to przejście do innego stanu, które wywiera na nas wrażenie i sprawia, że mówimy o nim tak, jak mówimy — to jest z pewną trwogą. Nie możemy wiedzieć, czym jest teraz — jakie są jego relacje do nas, co o nas wie. Nie rozumiemy go — nie widzimy go. Przeszedł do krainy „dalekiej bardzo"; lecz nie jest wcale pewne, że nie ma nad nami jakiejś tajemniczej władzy. Tak więc to, że nie jest widziany naszymi oczyma cielesnymi, podczas gdy być może jest obecny, sprawia, że myśl o nim jest bardziej przejmująca. Zastosujcie to do naszego przedmiotu, a dostrzeżecie, że jest pewien sens — i sens prawdziwy — w którym niewidzialna obecność Boga jest straszliwsza i bardziej przytłaczająca, niż gdybyśmy ją widzieli. Tak samo obecność Chrystusa, teraz że jest niewidzialna, przynosi ze sobą mnóstwo wzniosłych i tajemniczych uczuć, jakich nic innego nie może wzbudzić. Myśl o naszym Zbawicielu — nieobecnym, a jednak obecnym — jest jak myśl o przyjacielu zabranym nam, lecz niejako we śnie do nas powróconym; choć w tym przypadku nie we śnie, lecz w rzeczywistości i prawdzie. Gdy odchodził, rzekł do swoich uczniów: „Ujrzę was znowu, i rozraduje się serce wasze." A jednak w innym miejscu powiedział: „Przyjdą dni, gdy oblubieniec będzie im zabrany, a wtedy pościć będą w one dni." Oto pozorna sprzeczność, jaka towarzyszy każdej próbie wyrażenia wzniosłego uczucia w ludzkim języku! Mieli się radować, bo Chrystus przyszedł, a jednak płakać, bo Go nie ma; to jest — mieli przeżywać uczucie tak subtelne, tak dziwne i nowe, że nie dało się o nim powiedzieć nic, jak tylko że łączyło w jedno wszystko, co słodkie i kojące w przeciwnych ludzkich uczuciach przeżywanych zwykle. Jak pewne cenne owoce ziemi zwykło się opisywać jako smakujące jednocześnie jak wszystkie inne — nie dlatego, że naprawdę nie różnią się od wszystkich innych, lecz że w ten sposób najlepiej można oddać ich smak, gdy chcemy zbliżyć się do prawdy — tak ów stan ducha tych, którzy wierzą, że Syn Boży jest tu, a jednak odszedł, że jest po prawicy Bożej, a jednak jest pośród nas w swoim ciele i krwi, że jest obecny, choć niewidzialny, jest stanem zarazem radości i bólu, a raczej stanem daleko ponad jednym i drugim: uczuciem trwogi, zdumienia i chwały, które nie może być trafniej wyrażone niż słowem Pisma Świętego — bojaźnią; albo słowami świętego Hioba, choć on wypowiadał je w bólu, a nie posiadając błogosławieństwa: „Idę naprzód, ale Go nie ma; i wstecz, ale Go nie mogę wypatrzyć; na lewo, gdzie sprawuje dzieła swoje, ale go nie dostrzegam; ukrywa się po prawicy, że Go widzieć nie mogę. Przeto trwożę się na oblicze Jego; gdy rozmyślam, lęk mnie ogarnia."

Na zakończenie. Dość już zostało powiedziane, by wykazać, że bojaźń Boża musi być obowiązkiem, jeśli życie w obecności Bożej jest obowiązkiem; musi być przywilejem Ewangelii, jeśli duchowe widzenie „Króla w Jego piękności" jest jednym z jej przywilejów. Bojaźń wynika z wiary w sposób konieczny, jak byłoby oczywiste nawet wówczas, gdyby nie było ani jednego tekstu w Biblii, który by tak mówił. Lecz w istocie, jak ledwie trzeba wspominać, Pismo Święte obfituje w nakazy bojaźni Bożej. Takie są słowa Mędrca: „Początkiem mądrości jest bojaźń Pańska." Takie jest znowu trzecie przykazanie, w którym z powagą nakazano nam nie brać imienia Bożego nadaremno. Taka jest wypowiedź proroka Habakuka, który zaczynając od stwierdzenia „Sprawiedliwy z wiary żyć będzie", kończy słowami: „Pan jest w świętym kościele swoim; niech milczy przed Nim cała ziemia." Taka jest wypowiedź świętego Pawła, który podobnie, po długim wywodzie o wierze jako „urzeczywistnieniu tego, czego się spodziewamy, i dowodem rzeczy niewidzialnych", dodaje: „Miejmy łaskę, przez którą służylibyśmy Bogu w sposób Mu miły, z czcią i bojaźnią Bożą." Taka jest relacja świętego Łukasza o Kościele walczącym na ziemi, że „postępując w bojaźni Pańskiej i w pociesze Ducha Świętego" był „mnożony". Taka jest relacja świętego Jana o Kościele tryumfującym w niebie: „Któż by się nie bał Ciebie — mówią — o Panie, i nie uwielbił imienia Twojego; bo Tyś sam Święty?" Takie jest uczucie zanotowane u trzech Apostołów na Górze Przemienienia, którzy, słysząc głos Boży, „upadli na twarze swoje i zlękli się bardzo." A teraz, jeśli tak jest, cóż może być jaśniejsze, jak to, że brak bojaźni jest niczym innym jak brakiem wiary, i że w konsekwencji w tej epoce zbliżamy się w usposobieniu religijnym do owego złego dnia, o którym powiedziano: „Syn Człowieczy, gdy przyjdzie, czy znajdzie wiarę na ziemi?" Czy dziwne, że nie mamy bojaźni w słowach i wzajemnych obcowaniu, skoro nie wykonujemy żadnych aktów wiary? Jakie, zapytacie, są akty wiary? Takie oto: przychodzić często na modlitwę — jest aktem wiary; klęczeć zamiast siedzieć — jest aktem wiary; starać się skupiać na modlitwach — jest aktem wiary; zachowywać się w Domu Bożym inaczej niż w zwykłej izbie — jest aktem wiary; przychodzić do niego w dni powszednie nie mniej niż w niedziele — jest aktem wiary; przystępować często do Najświętszego Sakramentu — jest aktem wiary; i zachowywać się spokojnie i z czcią podczas owej świętej służby Bożej — jest aktem wiary. To są wszystko akty wiary, ponieważ są to czyny, które spełnialibyśmy, gdybyśmy widzieli i słyszeli Tego, który jest obecny, choć oczyma ciała Go nie widzimy ani nie słyszymy. Lecz „błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli"; bo bądźcie pewni, że jeśli tak postępować będziemy, to przez łaskę Bożą stopniowo będziemy obdarzani duchem świętej Jego bojaźni. Z czasem, w sposobie mówienia i postępowania, w naszych nabożeństwach i codziennym życiu, objawi się — nie z przymusu i wysiłku, lecz spontanicznie i naturalnie — że lękamy się Go, kochając.

← wróć do odkrywania